Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

"Mumią" nazywałam swoją już byłą terapeutkę. Przez pierwszy rok ( z małymi wyjątkami ) prawie w ogóle się nie odzywała. Podczas sesji panowała nieznośna cisza i napięta atmosfera. Słychać było przelatywanie muchy. W końcu udało mi się przełamać - mówiłam a terapia posunęła się do przodu. Proponuję opisac tutaj swoje doświadczenia z tym problemem. Jak sobie z tym radzicie lub jak sobie poradziliście? Nie byłam i nie jestem jednostkowym przypadkiem ze zmumifikowaną terapeutką. Jakie Wy macie doświadczenia?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale taka postawa terapeuty w nurcie psychodynamicznym to standard. Zmiana terapeuty niewiele wniesie. pacjent ma gadać o sobie i tyle. Była to jedna z rzeczy, które spowodowały że jestem sceptykiem i do tej formy leczenia zraziłem się na stałe.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Duża Mi
3 godziny temu, Teksas napisał:

Ale taka postawa terapeuty w nurcie psychodynamicznym to standard.

Polemizowałabym. Mój T. zdecydowanie do "mumii" nie należy, zresztą powiedział mi na początku, że nie będzie wyłącznie siedział i słuchał z kamienną twarzą. Jakiś czas temu zrobił się milczący, zostawiając mi więcej przestrzeni na własną inicjatywę, ale nie potrafiłam tego podjąć, potrzebuję jednak prowadzenia, dlatego też wróciliśmy do dawnych dyskusji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
11 godzin temu, Teksas napisał:

Ale taka postawa terapeuty w nurcie psychodynamicznym to standard.

 

Ja również się nie zgodzę. Moja psychoterapeutka prowadzi terpię w nurcie psychodynamicznym, ale powiedziała mi raz, że nie do końca zgadza się z taką postawą milczącego psychoterapeuty z kamienną twarzą. Cięzko jest w ten sposób nawiązać silną więź terapeutyczną. Ja bym nie potrafiła pracować z takim psychoterapeutą, bo czułabym się jak w rozmowie z robotem, który słucha mnie z przymusu/z automatu, a nie z czystych chęci. Poza tym, mam podobnie jak Duża Mi, że wychodzenie z inicjatywą przychodzi mi z ogromnym trudem i żadko kiedy mi się to udaje, więc często potrzebuję takiego prowadzenia za rączkę.

Uważam, że nie dla każdego i nie w każdym problemie taka postawa psychoterapeuty będzie słuszna, wiele zależy od usposobienia pacjenta, Jego możliwości na dany moment.

Kiedyś podczas oczekiwania na sesję rozmawiałam chwilę z inną klientka, która do innej psychoterapeutki uczęszcza, ale do lekarza tego samego, co ja (czyli mojej psychoterapeutki). Zapytała się mnie jaka Ona jest jaką psychoterapeuta, bo Ona od roku chodzi do swojej i kompletnie nie potrafi z Nią rozmawiać, własnie przez to, że tamta przez cała sesję siedzi z kamienną twarzą, rzadko kiedy się odzywa, więc będzie szukać kogoś innego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
13 godzin temu, Teksas napisał:

Zmiana terapeuty niewiele wniesie.

Absolutnie nie miałam na myśli zmiany terapeuty. Chodziło mi raczej o to, czy jesteście w stanie pokonać ciszę i jak to trafnie określiła @Duża Mipodjąć własną inicjatywę. A przede wszystkim, co pojawia się Wam w głowie, kiedy terapeuta milczy i siedzi jak ta nieszczęsna mumia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
23 godziny temu, Lilith napisał:

Jakie Wy macie doświadczenia?

Kiedyś udałam się na analizę - taką kozetkową, bez kontaktu z twarzą w twarz. Sytuacja egzystencjalna bardzo trudna, bo terapeuta/analityk siedzi z tyłu, za kozetką i staje się wtedy faktycznie lustrem, miejscem na projekcje, wyobrażenia i fantazje i one są bardzo znaczące. Trzy miesiące "leżałam" tytułem eksperymentu. Jednocześnie był to czas bardzo obfitujący w znaczące interpretacje, dużo się dowiedziałam, także takich rzeczy, których nie chciałam. Myślę, że są takie sytuacje gdy łatwiej się gada w przestrzeń lub bez kontaktu twarzą w twarz, sprzyja to skupieniu i słyszeniu siebie. Teraz jestem w psychodynamicznej,  jest kontakt twarzą w twarz i terapeuta jest aktywny, ale często przestawiam fotel skosem, żeby nie było "układu konfrontacji" i żebym mogła zebrać myśli.

Ale nie odbierałam analityczki/ terapeuty jako "mumii", oni byli aktywni , nie było sesji całej przemilczanej (chyba że prosiłam "teraz ja gadam tylko"), czułam raczej że dają przestrzeń, nie przeszkadzają w skojarzeniach. Choć miałam momentami  i projekcje takie, że chcą mi krzywdę zrobić :). Milczenie może być dobre. Burzy dziecięce oczekiwania, że jest tata i mama i że przytulą, że ten psycho wszystko wie i coś z naszym problemem zrobi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Duża Mi
49 minut temu, doi napisał:

Teraz jestem w psychodynamicznej,  jest kontakt twarzą w twarz i terapeuta jest aktywny, ale często przestawiam fotel skosem, żeby nie było "układu konfrontacji" i żebym mogła zebrać myśli.

A nie stoi skosem docelowo? U mnie tak jest i z tego co czytałam, tak raczej powinno być. W drugim gabinecie mam jeszcze większy komfort, bo fotele stoją niemal bokiem do siebie i dzieli nas jeszcze stolik. Poza tym kontaktu twarzą w twarz raczej tak czy siak można skrzętnie unikać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Napisano (edytowane)
24 minuty temu, Duża Mi napisał:

A nie stoi skosem docelowo?

Nie. Jest lekki. Na ogół ustawiony na wprost. Przestawiam go sobie jak mam ochotę mniej się angażować twarzą w twarz.  Lub wycofać. Czytanie mimiki rozprasza.  I łatwiej mi się skupić. Ustawienie fotela też staje się znaczące. Ja zmieniam sobie, ale może inni siadają tak jak ustawili go poprzednicy. Jestem introwertykiem i łatwiej mi gadać i myśleć jak tylko od czasu do czasu spojrzę na t. On jest na wprost i tego nie zmienia, tylko pacjenta fotel jest ruchomy.

W tych gabinetach gdzie bywałam różne były ustawienia. Czasem ciężki fotel na wprost, czasem po skosie i też nie do ruszenia.

Edytowane przez doi

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@uprising, @Duża Mi, mamy więc inne doświadczenia. Nie mówię, że mój terapeuta siedział całą sesję z kamienną twarzą i nic nie mówił, ale nie było też żadnego prowadzenia ani jego inicjatywy. Może nie była to "mumia", ale jak dla mnie zero własnego wkładu. Gdybym nie mówił o sobie i w ogóle milczał, to milczelibyśmy oboje całą godzinę bo terapeuta się nie odezwie. Poruszyłem ten temat oczywiście i powiedziałem że mi to nie pasuje, ale odpowiedzią było albo milczenie, albo jakieś ogólniki. W praktyce wyglądało to tak, że ja nawijałem większość czasu a terapeuta z rzadka komunikował, że w moich wypowiedziach przebija np. smutek, czy obawa, albo że zauważa to i tamto, albo robił spostrzeżenia że koncentruję się bardzo na temacie np. kontroli nad własnym życiem. Ale jaki wniosek z tych spostrzeżeń, to już ciężko było uzyskać odpowiedź. Generalnie, czy mówiłem godzinę o śmierci matki, czy o sporcie lub motoryzacji, czy o dupie marynie było beż różnicy. I z tego co wiem tak wygląda terapia w tym nurcie. Terapeuta nawet w minimalnym stopniu nie kieruje rozmową czy naprowadza na dany temat. Moje oczekiwania zaś były inne, dlatego zrezygnowałem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Teksas to pewnie zależy też od etapu psychoterapii na jakim klient się znajduje. rozpoczynając terapię komplenie nie wiedziałam, co dla mnie jest ważne, przez stres związany z tymi sesjami zupełnie nie potrafiłam wyłapac żadnej konkretnej myśli, a co dopiero ją przekazać. Stąd potrzebna mi była początkowo dość duża aktywność psychoterapeutki, bo w innym wypadku całe sesje spędziłybysmy milcząc. Z biegiem czasu zdarzało się, że sama od siebie jakiś wątek rozpoczynałam, wtedy psychoterapeutka pozostawała bierna, żeby dać mi przestrzeń do rozważań. Myślę, że człowiek potrzebuje takiego uniwersalnego psychoterapeuty, czasem jednak wymagane jest poprowadzenie nas za rączkę, żeby terapia ruszyła. Niejednokrotnie sami nie dostrzegamy pewnych rzeczy i jeśli ktoś nam czegoś nie zasugeruje to być może nigdy sami na to nie wpadniemy. Dobry psychoterapeuta powinien się dostosowywać do potrzeb klienta i tyle.

Gdybym ja na początku trafiła na taką "mumię" to moja psychoterapia zakończyłaby się po kilku spotkaniach i prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałabym się na nową, bo wydawanie pieniędzy za milczenie mijałoby się z celem. Uważam, że tacy całkowicie bierni psychoterapeuci to są troszkę naciągacze na kasę, bo taka terapia to odpiero może trwać i 10 lat. 

Są ludzie (klienci/pacjenci), którzy szybciej sami dojdą do konstruktywnych wniosków i skorygują swoje myslenie, a są tacy, którzy długo muszą głowkować nad jakąś drobnostką. I skoro psychoterapeuta posiadając narzędzia, które mogą przyspieszyć ten proces, nie korzysta z nich to jest to moim zdaniem dojenie pacjenta z pieniędzy i tyle, bo w takim razie po co ten psychoterapeuta tam jest? Równie dobrze za darmo można do lustra pogadać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
2 godziny temu, uprising napisał:

I skoro psychoterapeuta posiadając narzędzia, które mogą przyspieszyć ten proces, nie korzysta z nich to jest to moim zdaniem dojenie pacjenta z pieniędzy i tyle, bo w takim razie po co ten psychoterapeuta tam jest? Równie dobrze za darmo można do lustra pogadać.

To chyba nie jest takie proste. Terapeuta owszem posiada narzędzia, ale jako narzędzie występuje też jego osobowość, temperament etc. Narzędziem zmiany jest też to, że klient wybiera sobie (w sytuacji idealnej) jakiś nurt.  Są terapeuci którzy w naturalny sposób będą bardziej powściągliwi. Musi dopasować się diada pod względem osobowościowym. Np dla ekstrawertyka milczenie terapeuty może budzić demony, dla introwertyka będzie "przestrzenią na wypowiedź".

Co do lustra- też chyba nie takie proste. Tak naprawdę gada się z wyobrażeniem terapeuty, z kimś kto słucha i my sobie wyobrażamy jak i czy słucha. Niektórzy aktywni terapeuci budują swoją aktywnością określony obraz.  Inni bardziej milczący (lub zakładający dojrzałość klienta bo pracują w takim nurcie) buduje bardzo oszczędnie. Gadanie do lustra nie działa, bo nie ma jak tutaj zbudować obrazu tego, który słucha. Musi być jakaś postać, jakiś gest, nawet jeśli postać milczy.

A słuchanie empatyczne- można tez w milczeniu oddać, w tonie głosu, w pozycji ciała. Nie musi być słów.  Więc niekoniecznie naciągacze. Po prostu inne oczekiwania.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@doi ja to rozumiem, ale jeśli tego typu psychoterapeuta widzi np. po roku prowadzenia w ten sposób psychoterapii, że kompletnie ona nie działa to powinien zasugerować klientowi zmianę terapeuty. A jeśli tego nie robi i nadal praktykuje taki sposób prowadzenia sesji to już jest naciąganie ludzi na pieniądze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@uprising Nie wiem czy naciąganie, choć pewnie zdarzają się terapie uporczywe i durni t. Może po prostu wierzą w to co robią? I rok w psychodynamicznej to jest dość mało. A temat "pan/pani nie odzywa się i mnie z tym ciężko" jest jednak ważnym tematem w terapii. Analitycy nazwą to dziecięcym oczekiwaniem tego że "rodzic" ma coś zrobić. W terapii tyle się dzieje w diadzie, że trudno jednoznacznie , z boku ogarnąć. Ale tak, pacjent ma pełne prawo porzucić t., który nie spełnia jego oczekiwań i z którym nie nawiązuje relacji.  Dla mnie ważne jest aktywne słuchanie, nawet jesli t. milczy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, doi napisał:

Analitycy nazwą to ....

Tak podczytuję posty osób będących w terapii analitycznej i odnoszę wrażenie, że analitycy nazwą wszystko 🙂

Na szczęście z tym, że taka forma terapii nie jest dla mnie ogarnęłam się na wstępie, bo pewnie po max kilku sesjach nawet z "aktywnym" słuchaniem bym się zniechęciła na zawsze.

Ale podziwiam tych wszystkich potrafiących mówić. Ja nie potrafię.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja jestem na analitycznej i moja terapeutka mówi dużo. Czasem więcej niż ja.🙂

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
15 godzin temu, Disappear napisał:

Tak podczytuję posty osób będących w terapii analitycznej i odnoszę wrażenie, że analitycy nazwą wszystko 🙂

Na szczęście z tym, że taka forma terapii nie jest dla mnie ogarnęłam się na wstępie, bo pewnie po max kilku sesjach nawet z "aktywnym" słuchaniem bym się zniechęciła na zawsze.

Ale podziwiam tych wszystkich potrafiących mówić. Ja nie potrafię.

Nie wiem czy nazwą wszystko, u mnie czasem panuje bezradność... Po prostu chciałam napisać, że to milczenie i oczekiwanie na poprowadzenie za rękę jest ważne, czasem w terapii znaczące i warto się temu przyjrzeć by przejść do myślenia "odpowiadam ze siebie, jestem swoim panem, mogę".

Napisałaś coś ważnego- że się ogarnęłaś na wstępie. Myślę , że fajnie by było, gdyby klienci mieli świadomość, że trzeba się procesowi przyjrzeć, osobowości terapeuty, temu czy się dobrze z nim czujemy etc. Zakłada się (takie odnoszę wrażenie) że każdy terapeuta może pracować z każdym pacjentem (bo jest wyszkolonym terapeutą i się dostosuje), ale to nieprawda. To cokolwiek by nie powiedzieć, diada, współdziałanie, synergia osobowości

W każdym procesie jest milczenie, takie puste sesje lub przegadane o niczym. Też miałam z tym trudność, bo mam schemat z domu "nikt mnie nie słucha, nie mam nic interesującego do powiedzenia ludziom". Skoro nie słucha, po co gadać? Ale warto choć na sesji się przełamać.

Nie ma co podziwiać, dobrze że się różnimy :).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mam terapię psychodynamiczną i zwykle jak wchodzę do gabinetu to poza standardowym "dzień dobry" T milczy przyglądają się. Jeżeli milczenie znacząco się przedłuża to zadaje pytanie "skąd dziś problem u mnie z rozpoczęciem rozmowy?" I znów milknie i czeka. Jak sytuacja się powtarza, że moje milczenie trwa długo to znów zadaje pytanie "czy mam jakiś trudny temat o którym ciężko mi zacząć mówić, czy odczuwam pustkę w głowie". I dalej milknie zostawiając mi decyzję co chce zrobić. Nigdy nie było tak by na początek narzuciła jakiś temat choć czasami widzę, że stara się sprowadzić rozmowę na dane tory. W czasie sesji jest sporo milczenia gdy rzuci jakąś interpretację, spostrzeżenia, a ja mam wówczas czas na wnioski, na ustosunkowanie się do tego co powiedziała. Ekspresja T jest nieduża, ale w ważnych chwilach widać zmiany i je się docenia.

Mi taka terapia odpowiada. W czystej analizie nie przeskoczyłabym tego, że nie widzę T, wciąż bym czuła zagrożenie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja sie wybieram na terapie pierwszy raz w zyciu i przyznam ze jestem zdziwiona jak niektorzy o tym mowia. Jakby terapia byla czyims hobby a nie srodkiem do jakis celow : ) wiedza robi wrazenie, ale czy o to chodzi zeby sie zajmowac tym w jakiej pozycji ustawiony jest fotel itd? Jak orzebiega kontakt wzrokowy itd? To nie dziala na dluzsze mete jak wykorzystywanie terapii jako kuli obecnej juz na stale w naszym zyciu? Celem nie jest samodzielnosc i niezaleznosc od terapeuty?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@monmannon celem jest samodzielność. Chociaż są osoby, które do dobrego funkcjonowania będą potrzebować terapii przez całe życie i to nic złego, wynik ich choroby/zaburzeń. W terapii sprawy jak ustawienie fotela przydają się przy niektórych ciężkich tematach gdy łatwiej mówić/przypomnieć sobie pewne sprawy patrząc w przestrzeń, a nie na terapeutę. Wówczas po Twojej stronie jest decyzja czy chcesz nawiązać kontakt wzrokowy, czy wolisz się zagłębić we własne myśli i emocję.

Masz wybrany nurt/terapeutę?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
13 godzin temu, doi napisał:

Napisałaś coś ważnego- że się ogarnęłaś na wstępie. Myślę , że fajnie by było, gdyby klienci mieli świadomość, że trzeba się procesowi przyjrzeć, osobowości terapeuty, temu czy się dobrze z nim czujemy etc. Zakłada się (takie odnoszę wrażenie) że każdy terapeuta może pracować z każdym pacjentem (bo jest wyszkolonym terapeutą i się dostosuje), ale to nieprawda. To cokolwiek by nie powiedzieć, diada, współdziałanie, synergia osobowości

Moje założenie było takie, że ta terapeutka albo żadna ;) I to było dobre założenie, chociaż ostatnio przechodzę bunt dwulatka i złoszczę się na te jej cechy, które sama wybrałam 🙂

Dla mnie ta "chemia" w terapii jest najważniejsza. To dlatego rozmawiam z nią o sprawach, o których nie rozmawiam z nikim innym. Nie dlatego, że ma trylion certyfikatów, szkoleń i pomyka na superwizję.

Aczkolwiek zauważam też odjazd w drugą stronę u ludzi, czyli nadmierną idealizację terapeuty. Po tym co niektórzy piszą uważam, że to dość niebezpieczny zawód.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

też tak określiłam jedną terapeutkę  na jednej sesji zakończyłam ...bylam jeszcze na łaczonej z mamą stwierdziła że ja nie mam depresji tylko ta Pani 😁

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
16 godzin temu, monmannon napisał:

Ja sie wybieram na terapie pierwszy raz w zyciu i przyznam ze jestem zdziwiona Celem nie jest samodzielnosc i niezaleznosc od terapeuty?

A dlaczego dla ciebie zastanawianie się nad procesem terapii jest oznaką "zależności od terapeuty" i braku samodzielności?

Na temat tego co w terapii, co w analizie, w diadzie się dzieje całe tomy napisano, bo to jest fascynujący proces.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
10 godzin temu, Disappear napisał:

Po tym co niektórzy piszą uważam, że to dość niebezpieczny zawód.

Tak, choć brzmi to głupio. Zdarzają się ataki na terapeutów, upokorzenia. Jak ktoś zjeżdża do pozycji buntownika, nastolatka etc, to faktycznie może na t. potężnie się złościć umiejscawiając go w pozycji rodzica-boga a potem kopiąc.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
4 godziny temu, doi napisał:

Tak, choć brzmi to głupio. Zdarzają się ataki na terapeutów, upokorzenia. Jak ktoś zjeżdża do pozycji buntownika, nastolatka etc, to faktycznie może na t. potężnie się złościć umiejscawiając go w pozycji rodzica-boga a potem kopiąc.

Pewnie zbyt subiektywnie do tego podchodzę, bo sama się leczę ze skutków czyjegoś uwielbienia, ale patrzę na to bardziej w kategoriach obsesji i idącego za tym stalkingu. Dlatego te granice w relacji terapeutycznej są bardzo ważne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Duża Mi
21 minut temu, Disappear napisał:

Pewnie zbyt subiektywnie do tego podchodzę, bo sama się leczę ze skutków czyjegoś uwielbienia, ale patrzę na to bardziej w kategoriach obsesji i idącego za tym stalkingu. Dlatego te granice w relacji terapeutycznej są bardzo ważne.

Tak, to jest druga strona medalu. Pacjent nie zawsze musi być agresywny, czasem będzie po prostu natarczywy w taki czy inny sposób (i pewnie zdarza się to częściej niż agresja). Terapeuta musi umieć nie tylko postawić i utrzymywać granice, ale też w rozsądny sposób poradzić sobie z wyżej wymienionymi zachowaniami - i myślę, że ta umiejętność nie jest wynikiem przestrzegania zasad prowadzenia terapii, a raczej jest kwestią doświadczenia. I tu raczej nie da się pozostać "mumią".

(kto nie "stalkował" swojego terapeuty w internetach, niech pierwszy rzuci kamieniem :P )

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×