Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Lilith

Kwestia perspektywy

Rekomendowane odpowiedzi

Interesuje mnie czy jesteście w stanie ocenić daną sytuację z różnych perspektyw, przyjąć, że to, co odbieracie w danej chwili może być inne niż to, o co naprawdę chodzi? Czy umiecie choćby "dopuścić" do siebie myśl, że Wasza interpretacja zdarzeń zależy od perspektywy, z jakiej patrzycie na owe zdarzenie? Czy umiecie wyjść poza własny osąd, pierwszą myśl, która pociągnęła całą interpretację i spróbować zobaczyć szerszą perspektywę? 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ciekawe jest to co napisałas. Nie wiem czy dokładnie o to Ci chodzi, ale ja np. pracuje na terapii na czymś takim i czytam też książkę o tym że nasz umysł podpowiada nam nie prawdziwe rzeczy. A mianowicie, że nasze myśli to nie zawsze prawda. Także ja staram się to oceniać czy to co wytworzył mój umysł jest prawdą - bo zazwyczaj nie jest. I na ile jest mi to przydatne(ta technika pomaga). I często jest tak, że moja ocena sytuacji jest nie prawdziwa. Z tym że ja to odnoszę bardziej do siebie niż do innych. Czyli bardziej chodzi o to, że jak ja myślę że ludzie źle o mnie myślą, no to nie wiem czy to jest prawda? Więc mój mózg ocenia i podpowiada mi złe myśli, w które de fakto ja wierzę, a nie powinnam. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Sama zdolność spojrzenia z dystansu na sytuację i nie przyjmowanie swojej perspektywy jako "prawdy objawionej" to na pewno cecha dobra, umożliwiająca faktyczny dialog (czyli taką wymianę myśli w której obie strony coś zyskują), jednak stosowanie jej zawsze i wszędzie w skrajnej formie, najczęściej prowadzi do czegoś zupełnie odmiennego: braku swojego zdania, braku jakiegokolwiek zdania w danej kwestii, niezdecydowania. W dyskusji to może być odbierane różnie: jako wyważenie, zdrowy dystans, jakaś tam "cnota" świadcząca o inteligencji, ale również jako bycie taką chorągiewką co łopocze w zależności od tego jak wiatr wieje albo kimś tak "głupio mądrym" kto gada tylko żeby gadać a w gruncie rzeczy nie ma nic sensownego do powiedzenia. W konkretnych życiowych sytuacjach efekty takiej postawy są jeszcze bardziej upierdliwe. 

Przykład z życia: skonfliktowana ze wszystkimi współlokatorami w domku para pewnego dnia odkrywa, że pranie które sobie nastawili zostało zniszczone: ktoś dolał farby do włosów do pralki i wszystkie ich ręczniki w sposób cudowny stały się rude. Przylatują do kuchni i ryk: kto to zrobił! Zarzuty do innej pary z którą są najbardziej skonfliktowani, po całej scenie chodzenie po innych i przekonywanie ich do swojej racji już nie w grupie a na osobności. I potem dyskusje na domku. "W sumie mam to w dupie ale im się należało", "Sami sobie to zrobili żeby pokazać jak to są uciskani na domku", "Nie wiem kto to zrobił ale to zwykłe skurwysyństwo", "Nawet jeśli to ja <uśmieszek> to i tak mi tego nie udowodnią", "To pewnie Marian bo on ich najbardziej nie lubi", "Nie! to Zuźka, Baśka, Kryśka" i tak dalej (imiona zmienione rzecz jasna). Domek podzielony, napięta atmosfera, dwa wrogie "obozy", pokątne próby przeciągania żołnierzy jednego obozu do drugiego. Widząc podział wśród pracowników (wszystkie osoby z domku pracują w jednej firmie) i to, że przez to spada efektywność pracy, szefostwo decyduje, że trzeba konflikt rozwiązać a jeżeli to się nie uda, zwolnić osoby które najbardziej nakręcają konflikt.

Z czysto egoistycznych pobudek w takiej sytuacji najwygodniej w ogóle zarzucić takie obiektywne patrzenie na całą sprawę z dystansu, pominąć to kto ma rację i zająć jedno z dwóch stanowisk (albo jeszcze wygodniej, ocenić sytuację która grupa jest silniejsza i to ją właśnie zasilić). Daje to różne profity, chociażby  poczucie przynależności do grupy (nic tak nie łączy jak wspólny wróg), komfort posiadania swojego zdania (jestem zdecydowany, ludzie to widzą więc zyskam szacun tych którzy gardzą ludźmi niezdecydowanymi) czy to, że unika się znalezienia miedzy "młotem a kowadłem", wykluczenia z obu grup. 

Można też przyjąć postawę skrajnie idealistyczną. Starać się wziąć pod uwagę każdy fakt, próbować zrozumieć każdy punkt widzenia, wszystko bez końca analizować, porównywać i zestawiać z założeniem, że bez względu na osobiste sympatie/antypatie ustali się kto jest winny w tej sytuacji, a do czasu ustalenia tego nie opowiadać się po żadnej ze stron. A że takiej pewności nigdy nie można uzyskać (obie strony generują nowe "dowody" w sprawie które wymagają przemyślenia) pozostaje się samemu, bez "wrogów" ale też bez "sojuszników". Jedyny plus tego to to, że nie będzie się miało kaca moralnego w stosunku do niesłusznie wskazanych i wkurwu na siebie, jeżeli wybrałoby się błędnie. W myśl zasady: "Ten się nie myli, kto nic nie robi".

Znacznie bliżej mi do tej drugiej skrajności. Mniej niż kiedyś, ale jednak.

W tym konkretnym przypadku zdałem się trochę na intuicję, skupiłem się na tym co mi podpowiadają bebechy w kwestii prawdomówności obu par i podjąłem decyzję (jako ostatni z domku co prawda), ktora okazała się słuszna. Kiedyś pewnie nie byłbym do tego zdolny.

Ciągle gdzieś mi z tyłu głowy siedzi taki "szalony detektyw" który "dla idei" każe mi grzebać, analizować i zajmować stanowisko dopiero po przemieleniu wszystkiego, czyli w praktyce nigdy. To że ten "detektyw" w głębokim poważaniu ma koszty psychiczne związane z jego działalnością które ja pokrywam, uświadomiła mi dopiero terapia.

Co śmieszniejsze, dotarło do mnie jeszcze coś innego. Mianowicie to, że tak jak odnośnie spraw codziennych takie "krytyczne wątpienie" uniemożliwia lub przynajmniej utrudnia decydowanie, tak w kwestii postrzegania samego siebie praktycznie uniemożliwiało zmianę myślenia o sobie tak na prawdę cementując niskie poczucie własnej wartości i dotychczasowy sposób patrzenia na swoje traumy. Bo jeżeli dąży się do 100% pewności we wszystkich sprawach i dopiero wtedy można zająć stanowisko, to jak się ma zajęte stanowisko (np swój stosunek do siebie, negatywny czy pozytywny) to ni hu hu nie chce się go zmieniać, ani nawet rozważyć zmiany. Bo to już nie jest "moja myśl" tylko "fakt".

Długo zmagałem się z tym jakie były moje relacje z ojcem. Delikatnie mówiąc, nigdy nie szczędziliśmy sobie wzajemnych "uprzejmości", z mojej strony nie miał zupełnie autorytetu, gardziłem chłopem z całego serca i byłem przekonany, że z wzajemnością. To było takie 100% pewności. W roku w którym zaczynałem studia zmarł, a po mnie spłynęło jak po kaczce (przynajmniej tak sądziłem wtedy), nie tęskniłem, nie brakowało mi go. Jedyny sygnał że coś się we mnie dzieje po tym zdarzeniu to to, że jak nigdy nie pamiętałem swoich snów, tak zacząłem je pamiętać. To były strasznie makabryczne koszmary z jego udziałem, (on chodzący po domu w piżamie, strasznie wyniszczony chorobą nowotworową i do połowy obgryziony przez robaki, tego typu obrazy). Potem po latach terapeutka próbowała mi uświadomić, że wiele z moich objawów to efekt nieprzeżytej traumy (np. zwróciła uwagę na fakt, że pierwszą paczkę papierosów kupiłem w czasie kiedy on umierał na raka płuc, co dość zgrabnie tłumaczyło moją autoagresję). Wtedy tego nie przyjąłem, (bo przecież jak można tęsknić za kimś kogo się nienawidziło tyle lat), terapię przerwałem i temat wrócił dopiero po kilku latach na terapii grupowej. Na jednych z zajęć mieliśmy ćwiczenie polegające na wyobrażeniu sobie jakiegoś pięknego miejsca, oraz że jest się w nim z jakąś zmarłą, bliską osobą. Muzyka relaksacyjna w tle oczywiście, te klimaty. Pamiętam, że zupełnie rozkleiłem się podczas tej sesji. Jak opowiadałem grupie o czym rozmawialiśmy z ojcem, to nie umiałem powstrzymać się od łez (a płacz przy świadkach w moim wypadku to naprawdę ewenement). Jak już powoli zacząłem się uspokajać, do głosu doszedł rozum i skwitowałem sytuację: wszystko ładnie pięknie, piękne wyobrażenie ale w rzeczywistym życiu by tak nie było. Bo nasza relacja wyglądała tak a tak, wobec mnie używał słów takich a takich a nie takich jak w wyobrażeniu. Na co terapeuta: ale odczuł pan ulgę? Przestał się trząść Pan trząść, usiadł inaczej, rozluźnił się. A teraz znów Pan się "zamyka".  Ja na to, wkurwiony, podniesionym głosem:  "Ale to są fakty! Taka PRAWDA!". Gość tylko spokojnie skwitował: I co ta "prawda" panu robi?

I potem jeszcze sporo razy słyszałem to z jego ust. Za każdym razem kiedy ja reagowałem na temat swojej osoby swoją 100% prawdą, on tylko trochę ironicznie komentował: " no tak, ta Pana "Prawda"...

Zacząłem w temacie, pod koniec posta trochę z niego zszedłem. Przyznaję sobie punkt karny i "karnego jeżyka" w kącie kanciapy moderatorów.

Dobranoc ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Czasem umiem, czasem nie. Ogólnie mam dużą samoświadomość, ale mam też świadomość, że jestem tylko człowiekoem i na pewno nieraz posłużę się jakimś uogólnieniem czy błędem poznawczym :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@dumpsno nie do końca o to mi chodziło. Bardziej czy potrafisz się postawić, wczuć w inną osobę przy danej sytuacji, wyobrazić sobie jak ta dana osoba widzi tą sytuację, dlaczego tak się zachowuje?  

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 16.01.2019 o 02:54, na_leśnik napisał:

 

W roku w którym zaczynałem studia zmarł, a po mnie spłynęło jak po kaczce (przynajmniej tak sądziłem wtedy), nie tęskniłem, nie brakowało mi go. Jedyny sygnał że coś się we mnie dzieje po tym zdarzeniu to to, że jak nigdy nie pamiętałem swoich snów, tak zacząłem je pamiętać. To były strasznie makabryczne koszmary z jego udziałem, (on chodzący po domu w piżamie, strasznie wyniszczony chorobą nowotworową i do połowy obgryziony przez robaki, tego typu obrazy). Potem po latach terapeutka próbowała mi uświadomić, że wiele z moich objawów to efekt nieprzeżytej traumy (np. zwróciła uwagę na fakt, że pierwszą paczkę papierosów kupiłem w czasie kiedy on umierał na raka płuc, co dość zgrabnie tłumaczyło moją autoagresję).

Mi się śni chora na nowotwór babcia. Zawsze chora, nigdy zdrowa. Podejmę ten temat na najbliższym spotkaniu z terapeuta. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bardzo ciekawy temat, taki filozoficzny.

 

Zgadzam się z naleśnikiem. Takie myślenie jest pożyteczne, ale w nadmiarze prowadzi do niezdecydowania. Chaosu w głowie. Taki relatywizm, sceptycyzm. Druga skrajność to takie dogmatyczne myślenie. Pewność i buta.

 

Osobiście jestem z tych co dzielą włos na czworo. Mam kilka tematów, które rozważam i częstym efektem jest powstawanie sprzeczności.

 

No i słynne złudzenia optyczne, też ukazują że umysł działa schematycznie i łatwo go oszukać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×