Skocz do zawartości
Nerwica.com

Niedługo 30 a ja nadal sam… Wasze rady są żałosne i fałszywe. Okłamujecie i krzywdzicie ludzi.


bakus

Rekomendowane odpowiedzi

20 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Ale ja np. mówię o dziewczynach w moim wieku - 25 lat. Moja koleżanka jest w związku z facetem, który codziennie spożywa alkohol, a w weekendy dodatkowo nawala się jak świnia - do tego stopnia, że nie pamięta. Dziewczyna ma wysoką samoocenę, jest bogata. Moja była przyjaciółka również była bogatsza od swojego faceta przemocowca, który rzucał ją, wracał do niej, wyzywał ją. No nieistotne. 

Nie potrafię tego zrozumieć. Te kobiety mają całe życie przed sobą i mogą poznać kogoś innego, nie są brzydkie czy głupie, ale nadal tkwią w tych związkach. 

Widocznie lubią być bite.   Oczywiście żartowałem, ale też mnie to zawsze dziwiło. Ja nigdy bym nie uderzył kobiety czy podniósł na nią głosu, zresztą zachowuje się tak wobec wszystkich. No ale kobiety tego nie doceniają, wolą agresywnych, naładowanych testosteronem i emocjami od spokojnych,  opanowanych i może nudnych, oczywiście nie wszystkie.  

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

18 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

A jak nikt nie uważa partnera za ideał? Jak każdy odradza tej osobie tego oto partnera, a ona przy nim tkwi?

Może ona sama uważa tego partnera za ideał, wbrew innym? Może to właśnie presja i nacisk innych powoduje, że ona tak bardzo trwa przy swoim wyborze? A może jej zachowanie jest motywowane wiarą, że "moja miłość go odmieni"? Może też chodzić o przekonanie, jakoby rodzina była najważniejsza... że miłość to poświęcanie się...
Przyczyny mogą być przeróżne i bez większej ilości informacji trudno odgadnąć, które są właściwe.
 

18 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Moim zdaniem czasami jest jedno wytłumaczenie - miłość ;) nawet ślepa.

To też trafne spostrzeżenie. ;)
 

19 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Ty masz dużo przyjaciółek kobiet, że Cię to tak dziwi ;)?

Nie tyle mnie to dziwi, ile staram się znaleźć tego przyczynę.

Może "cierpisz" na swego rodzaju "klęskę urodzaju": jesteś atrakcyjna zarówno wewnętrznie (intelekt, mądrość, samodzielność, samoświadomość itd.), jak i zewnętrznie (uroda), i dlatego mężczyźni postrzegają Cię jako bardzo pociągającą kandydatkę do związku? ;)

Jeśli o mnie chodzi, to generalnie łatwiej mi się porozumieć z kobietami, niż z mężczyznami. Zatem już choćby z tego faktu wynika to, że zawieram znacznie więcej znajomości z kobietami, niż z mężczyznami. I nie postrzegam tych znajomości jako "castingu na kandydatkę do związku".
Także jest coś na rzeczy w twierdzeniach, że przyjaźń pomiędzy kobietą a mężczyzną może istnieć tylko wtedy, jeśli żadna ze stron nie chce od tej relacji czegoś więcej.
 

19 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Ja w teorii myślę inaczej - że mężczyźni w większości są "porządni", a w praktyce okazuje się, że jestem naiwna. Nawet wprost mi ktoś to kiedyś powiedział - jesteś bardzo naiwna.

Jak rozmawiałam z facetem kiedyś po 40, przez Internet, czysto platonicznie, który żył w poliamorycznym związku, przekonywał mnie, że wszyscy jego koledzy marzą o zdradzeniu żony. Że jego relacja jest udana tylko dlatego, że otrzymał tego typu pozwolenie.

Może szukasz "porządnych" mężczyzn w miejscach, w których trudniej ich znaleźć? ;) Albo świadomie szukasz "porządnych", natomiast podświadomie postrzegasz ich jako "nudnych", mało interesujących, nie dość ekscytujących?
Bo jednak kobiety zdają się bardzo zwracać uwagę na to, jakie emocje wywołuje w nich mężczyzna... a łatwiej wywołać emocje negatywne i/lub huśtawkę nastrojów, niż "przewidywalne i nudne" poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa (czyli to, o czym wspomniał @carlosbueno). W drugą stronę też to może działać, czyli dla niektórych mężczyzn bardziej atrakcyjne może być "emocjonalne tornado", niż "ciepły wiaterek".
Z resztą, przekazy medialne bazują na tej ludzkiej tendencji do zróżnicowanego odczuwania emocji: na pierwszej stronie "kroniki kryminalne", a na ostatnich stronach informacje pozytywne.:classic_blink:
 

19 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Zresztą czy coś jest w tym złego - jeśli nie dochodzi do czynu? Związek nikogo nie kastruje przecież. Niewinny flirt to nic takiego. Kobiety też zwracają uwagę na atrakcyjnych mężczyzn. I mam taką świadomość, że mój partner np. prawdopodobnie będzie zwracał uwagę na inne kobiety. Jednak to nie oznacza, że mnie zdradzi.

Wg mnie to zależy od wyznawanych wartości.
W jednym ze swoich związków, z zaborczą kobietą czułem się źle. Przyłapałem się na tym, że wolałem spędzać czas w pracy z koleżanką, byle tylko uciec od nieprzyjemnej atmosfery w związku.:classic_unsure: Na tyle wystraszyłem się tego spostrzeżenia, tej niespójności z wyznawanymi przeze mnie zasadami, że ta sytuacja zmobilizowała mnie do rozmowy z partnerką o tym, co się dzieje, do starań naprawy relacji. Dla niektórych osób to "jeszcze nie zdrada", a dla innych "już zdrada" (emocjonalna).
Z kolei w pozostałych czułem się szczęśliwy. Nie miałem wątpliwości "czy wybrałem właściwą kobietę", nie zastanawiałem się "czy <<tuż za rogiem>> nie czekałaby na mnie <<lepsza oferta>>". Ostatecznie te związki również nie przetrwały, ale nie umniejsza to uczuciom, które wtedy odczuwałem.
Także gdybym miał własne doświadczenia rozciągać na wszystkich ludzi, to stwierdziłbym, że dużo zależy od tego, jakie wyznajemy zasady i wartości, jak się czujemy w danej relacji, czy mamy tendencję do poszukiwania własnego spełnienia, szczęścia przede wszystkim wewnątrz związku, czy jednak bardziej poza nim i in.
Jednakże zdaję sobie sprawę z tego, że inne osoby mają prawo do innego spojrzenia na tę kwestię. ;) Moje podejście nie musi być "najlepsiejsze" dla innych, tylko dlatego, że mi odpowiada. ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

8 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Może "cierpisz" na swego rodzaju "klęskę urodzaju": jesteś atrakcyjna zarówno wewnętrznie (intelekt, mądrość, samodzielność, samoświadomość itd.), jak i zewnętrznie (uroda), i dlatego mężczyźni postrzegają Cię jako bardzo pociągającą kandydatkę do związku? ;)

Nie przesadzajmy ;) jak już to do *seksu. 

8 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Jeśli o mnie chodzi, to generalnie łatwiej mi się porozumieć z kobietami, niż z mężczyznami. Zatem już choćby z tego faktu wynika to, że zawieram znacznie więcej znajomości z kobietami, niż z mężczyznami. I nie postrzegam tych znajomości jako "castingu na kandydatkę do związku".

Czyli większość Twoich relacji damsko-męskich ma całkowicie neutralny charakter? Jesteś pewny, że kobiety nie są w Tobie zauroczone np.? Nawet zapytałabym wulgarnie i oczywiście nie musisz odpowiadać - jakbyś miał atrakcyjną koleżankę, był wolny i wiedział, że bez żadnych konsekwencji możesz się z nią przespać, to byś zrezygnował w takiej sytuacji? 

I mogłabym też drążyć - skąd to rozróżnienie na płeć przy komunikacji? Ja się równie dobrze dogaduję i z mężczyznami, i z kobietami. Zależy bardziej od cech jednostkowych osoby aniżeli od płci.

 

8 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Może szukasz "porządnych" mężczyzn w miejscach, w których trudniej ich znaleźć? ;) Albo świadomie szukasz "porządnych", natomiast podświadomie postrzegasz ich jako "nudnych", mało interesujących, nie dość ekscytujących?
 Bo jednak kobiety zdają się bardzo zwracać uwagę na to, jakie emocje wywołuje w nich mężczyzna... a łatwiej wywołać emocje negatywne i/lub huśtawkę nastrojów, niż "przewidywalne i nudne" poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa (czyli to, o czym wspomniał @carlosbueno). W drugą stronę też to może działać, czyli dla niektórych mężczyzn bardziej atrakcyjne może być "emocjonalne tornado", niż "ciepły wiaterek".

Może i tak, masz tutaj rację, że szukamy emocji. Natomiast jestem pewna, że można być nietoksycznym i zapewniać jakieś emocje. Ja np. nie lubię ciepłych kluch, co nie oznacza, że gustuję w wytatuowanych bad boyach na motocyklach, ale lubię np. jak ktoś ma cięty język, podobne poczucie humoru do mnie. Takie dosyć oczywiste rzeczy, ale zapewnia mi to jakieś emocje, kiedy ktoś nie jest miły do - za przeproszeniem - porzygu, nie mówi miałkich komplementów, ale prowadzi ze mną normalną konwersację na poziomie. Natomiast może jak byłam nastolatką to mnie kręciły jakieś sinusoidy, ale teraz raczej jestem nastawiona na stabilizację. 

Nie, raczej tutaj wypowiedziałam się, jak inni mężczyźni mówią o innych mężczyznach. Ja nie mam złych doświadczeń z facetami ogólnie.Trochę dziwaków spotkałam, to prawda. Nikt mnie chyba nawet nie zdradzał. Niektórzy traktowali mnie średnio fajnie, ale każdego może to spotkać ;). 

8 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

W jednym ze swoich związków, z zaborczą kobietą czułem się źle. Przyłapałem się na tym, że wolałem spędzać czas w pracy z koleżanką, byle tylko uciec od nieprzyjemnej atmosfery w związku.:classic_unsure: Na tyle wystraszyłem się tego spostrzeżenia, tej niespójności z wyznawanymi przeze mnie zasadami, że ta sytuacja zmobilizowała mnie do rozmowy z partnerką o tym, co się dzieje, do starań naprawy relacji. Dla niektórych osób to "jeszcze nie zdrada", a dla innych "już zdrada" (emocjonalna).

To masz kręgosłup moralny, gratuluję. Mało ludzi jest aż tak uczciwych ;). 

8 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Także gdybym miał własne doświadczenia rozciągać na wszystkich ludzi, to stwierdziłbym, że dużo zależy od tego, jakie wyznajemy zasady i wartości, jak się czujemy w danej relacji, czy mamy tendencję do poszukiwania własnego spełnienia, szczęścia przede wszystkim wewnątrz związku, czy jednak bardziej poza nim i in.

No tak, tutaj masz rację (coś zbyt często ją przyznaję ;p), natomiast moim zdaniem nigdy nie jest dobrze poszukiwać szczęścia tylko wewnątrz związku. Wtedy relacja nigdy nie jest zdrowa. Związek powinien być uzupełnieniem naszego życia, szczęścia i innych takich. A nie stanowić meritum istnienia. Bo gdy partner odejdzie, to można się całkowicie załamać. 

A zawsze ktoś może odejść. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 21.01.2019 o 13:34, alicja_z_krainy_czarów napisał:

 

Jak rozmawiam z większością facetów - najbardziej platoniczne znajomości zdarzały mi się, jak korespondowałam z kimś wirtualnie - to wielu z nich mówiło o chęci zdrady, że zwracają uwagę na kobiety. Zresztą czy coś jest w tym złego - jeśli nie dochodzi do czynu? Związek nikogo nie kastruje przecież. Niewinny flirt to nic takiego. Kobiety też zwracają uwagę na atrakcyjnych mężczyzn. I mam taką świadomość, że mój partner np. prawdopodobnie będzie zwracał uwagę na inne kobiety. Jednak to nie oznacza, że mnie zdradzi.

Hmm...czyli masz świadomość także, że "Twój partner" niewinnie flirtuje z innymi i jesteś z tym zupełnie ok? Czy może niewinny flirt to nic takiego tylko wtedy, kiedy to Ty niewinnie flirtujesz?  

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

16 minut temu, amygdala napisał:

Hmm...czyli masz świadomość także, że "Twój partner" niewinnie flirtuje z innymi i jesteś z tym zupełnie ok? Czy może niewinny flirt to nic takiego tylko wtedy, kiedy to Ty niewinnie flirtujesz?  

Ja wiem, że w utopijnym świecie wszyscy żyją w płomiennych związkach trwających po 20 lat, ale powiedzmy sobie szczerze. Jak jesteś z kimś kilka lat w związku, to pojawia się rutyna. I tak, uważam, że jakiś niewinny flirt, jak jesteś osobą wierną, kochasz swojego partnera, to nie jest nic takiego wielkiego. Tak samo taniec z kimś innym. Nie mam na myśli jakichś obscenicznych uwag, erotycznych tekstów, ale raczej jakieś "żarty", że można powiedzieć koleżance - koledze - z pracy, że ładnie wygląda, uśmiechnąć się do kogoś, powiedzieć, że np. ten instruktor jest przystojny.  

Nie mam partnera od dłuższego czasu, więc mogę sobie dywagować, jakby to było, ponieważ istotne są też zasady, które się określa na początku związku i w czasie jego trwania. Granice ustala się wspólnie, a nie pojedynczo i w teorii.

 

Dodam jeszcze, że jak się jest nienormalnym, to emocje same się pojawią. Nie trzeba specjalnie starać się o rozrywkę ;). 

Edytowane przez alicja_z_krainy_czarów

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Taniec z kimś czy powiedzenie komuś, że ładnie wygląda to nie jest flirt. Flirt to flirt ;)  https://pl.wikipedia.org/wiki/Flirt 

Trochę się z Tobą droczę @alicja_z_krainy_czarów ale sposób w jaki o tym piszesz jest taki typowo...kobiecy, więc chciałbym to sprostować, aby kolega, który założył wątek nie uznał, że tak to właśnie wygląda, bo jedna koleżanka z forum tak twierdzi ;) 

Jeżeli ktoś jest ok z tym aby partner/partnerka flirtowali z innymi to jest to sprawa indywidualna, ale nie generalizujmy, że są flirty "niewinne" i "winne". 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Godzinę temu, amygdala napisał:

Taniec z kimś czy powiedzenie komuś, że ładnie wygląda to nie jest flirt. Flirt to flirt ;)  https://pl.wikipedia.org/wiki/Flirt 

Trochę się z Tobą droczę @alicja_z_krainy_czarów ale sposób w jaki o tym piszesz jest taki typowo...kobiecy, więc chciałbym to sprostować, aby kolega, który założył wątek nie uznał, że tak to właśnie wygląda, bo jedna koleżanka z forum tak twierdzi ;) 

Jeżeli ktoś jest ok z tym aby partner/partnerka flirtowali z innymi to jest to sprawa indywidualna, ale nie generalizujmy, że są flirty "niewinne" i "winne". 

A jaki to jest sposób "typowo kobiecy"? Do tego przydałby mi się link z Wikipedii ;)

Wiem, co oznacza flirt, podałam zachowania około flirtu, bo brak mi wyrazistego przykładu. Zazwyczaj wynika to z kontekstu. 

Ale czy ja komuś narzucam poglądy? Piszę, że DLA MNIE to nic takiego. I tak, jak byłam w związku, to nie zapomniałam, że istnieją inni mężczyźni, a mój partner nie zapomniał, że istnieją inne kobiety. Niemniej, było nam całkiem dobrze razem. Może oprócz tego że jestem wariatką. 

I wiem, że każdy myśli, że jest wyjątkowy, ale nie masz do końca racji. Raczej patrzę na relacje romantyczne inaczej niż większość moich koleżanek. 

Edytowane przez alicja_z_krainy_czarów

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Teraz Twoja wypowiedź jest pełna - to "DLA MNIE" zmieniło wszystko ;)  

11 minut temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

I wiem, że każdy myśli, że jest wyjątkowy, ale nie masz do końca racji. 

Nigdy nie myślałem, że jestem wyjątkowy. Nie chce żeby ludzie przyznawali mi rację na ślepo. Jeżeli ktoś uważa, że flirt generalnie nie jest flirtem i powinien być ogólnie akceptowany w związkach to z przyjemnością posłucham argumentów ;)  Ciągle się uczę. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

12 minut temu, amygdala napisał:

Teraz Twoja wypowiedź jest pełna - to "DLA MNIE" zmieniło wszystko ;)  

To chyba dosyć logiczne, że wszystko, co piszę, jest według mnie i nie uzurpuję sobie prawa do jedynej słusznej prawdy. 

12 minut temu, amygdala napisał:

Nigdy nie myślałem, że jestem wyjątkowy. Nie chce żeby ludzie przyznawali mi rację na ślepo. Jeżeli ktoś uważa, że flirt generalnie nie jest flirtem i powinien być ogólnie akceptowany w związkach to z przyjemnością posłucham argumentów ;)  Ciągle się uczę. 

Napisałam to może niezrozumiale. Dodałam w następnym zdaniu, że moje koleżanki inaczej zazwyczaj patrzą na relacje damsko-męskie. Miałam na myśli, że nie sądzę, że jestem jakaś wyjątkowa, ale akurat moje spojrzenie na ten konkretny aspekt się różni od znanych mi spojrzeń innych kobiet. Pewnie też dlatego że jestem osobą zaburzoną psychicznie. 

Nie sądzę, że są jakieś rzeczy, o których ja czy ktoś inny może napisać "tak, to jest akceptowalne w związku". Jedynie można powiedzieć, że są rzeczy, które nie powinny być akceptowane w związku takie jak np. przemoc psychiczna i fizyczna. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Muszę się wywnętrznić. Wybaczcie, ale łączy nas to, że mamy problemy psychologiczne, nie? Śpię na "kwaterze" teraz, poza domem. Trafiło mi się bardzo wygodne łóżko. Chyba mam bardzo wysokie libido, bo teraz prawie zawsze przed snem wyobrażam sobie seks z mężczyznami, którzy mi się fizycznie podobają, najczęściej jacyś znani młodzi  aktorzy albo przystojni koledzy-studenci. Wiem, to żałosne-w wieku 25 lat. Która ma podobnie, jak ja? Przyszło mi do głowy, że seks, mimo iż budzi moją odrazę, ogromnie mnie fascynuje, że lubię o nim czytać książki (Wiem, paradoks), zwłaszcza o pozycjach i technikach seksualnych. Że gdybym go spróbowała, na pewno bym go polubiła i chciałabym to często robić. Zarówno powoli i delikatnie, jak i ostro i szybko. Rozłożyłam się na łóżku i wyobraziłam sobie, jak jeden z moich ukubionych aktorów mnie dotyka i całuje. Chciałabym tego. Zafascynowała mnie pozycja seksualna na psa-jest taka dzika, zwierzęca. W jakiś perwersyjny sposób mnie interesuje. Wyobrażam sobie, jak jestem penetrowana przez mężczyznę w ten sposób w tej pozycji, obaj jesteśmy całkowicie roznegliżowani, on w szybki sposób wprowadza członka do mojej pochwy, a ja wiję się w ekstazie, rzucam wulgaryzmami i błagam go, by nie przestawał, tylko robił to mocniej, głębiej i szybciej. Wiem, może i jestem chorą erotomanką. Tak niby "kozaczę" w myślach, ale w rzeczywistości w ogóle tak nie robię-za bardzo się boję. Strach tnie głębiej niż miecze. Ale tak bardzo brakuje mi dotyku mężczyzny, przytulenia, trzymania za ręce. Jeżeli nie seks, to chciałabym przeżyć długi, namiętny francuski pocałunek w usta z chłopakiem, który bardzo mi się podoba fizycznie. Nie chcę masturbacji-wibratorów i tym podobnych bajerów. Chcę dotyku 20-letniego mężczyzny. Chcę usłyszeć jego głos. Poczuć smak namiętnego pocałunku....Czy ja jestem chora? Błagam, powiedzcie mi, co się ze mną dzieje?? Któraś ma podobnie jak ja? Albo nawet któryś mężczyzna ma podobny problem z pragnieniem bliskości???

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

14 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Czyli większość Twoich relacji damsko-męskich ma całkowicie neutralny charakter? Jesteś pewny, że kobiety nie są w Tobie zauroczone np.?

Z mojej strony są neutralne. Podejrzewam, że ze strony tych kobiet również, choć całkowitej pewności nie mam. O tyle też uznaję moje podejrzenia za prawdopodobne, że znaczna część z tych kobiet jest w związkach, zatem dla mnie są "zakazane". A gdyby im w głowach kiełkowały pomysły na skoki w bok, to raczej byłbym jednym z pierwszych, który by je "sprowadzał na ziemię".
 

14 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Nawet zapytałabym wulgarnie i oczywiście nie musisz odpowiadać - jakbyś miał atrakcyjną koleżankę, był wolny i wiedział, że bez żadnych konsekwencji możesz się z nią przespać, to byś zrezygnował w takiej sytuacji?

To pytanie nie jest dla mnie wyłącznie teoretyczne, bo kilka lat temu stanąłem przed podobnym wyborem. Różnica zawierała się w tym, że ta propozycja miała mieć swoje konsekwencje - skłonienie mnie do związku... dla którego nie widziałem przyszłości. Odmówiłem. Uznałem, że zgoda z mojej strony byłaby bardzo nie fair wobec koleżanki. Miałaby prawo czuć się wykorzystana i zraniona (tzn. moja odmowa pewnie też ją zraniła, jednak sądzę, że taka decyzja była najmniej dotkliwa). Niemniej ważne było dla mnie też to, że sam ze sobą czułbym się fatalnie zgadzając się. "Wykorzystałbyś i zranił kobietę, która żywi do ciebie uczucia, tylko z powodu własnej przyjemności? Kim byś wtedy był we własnych oczach?":classic_unsure: Z pewnością miałbym wyrzuty sumienia większe, niż w przypadku odmówienia jej.

Rzecz jasna, można by dywagować, czy podjąłbym inną decyzję, gdybym chciał z nią związku. W tym wypadku może bym się zgodził, ale raczej też nie od razu - wcześniej chciałbym ją lepiej poznać, dowiedzieć się jak bardzo jesteśmy do siebie podobni (m.in. pod względem wyznawanych wartości, poglądów na życie i doświadczeń), a jak bardzo się różnimy.
Inaczej mówiąc: seks nie jest dla mnie celem samym w sobie. To ważny aspekt związku, ale nie jej fundament.

Nie chcę tutaj wyjść na kogoś, kto ma jakiś "niesamowity kręgosłup moralny", bo to byłby zafałszowany obraz. Na pewno złamałem kilka serc, na pewno polały się przeze mnie łzy, zraniłem niemało osób... choć wolałbym takich szkód wywoływać możliwie jak najmniej. Nie chcę iść przez życie "po trupach do celu".
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

I mogłabym też drążyć - skąd to rozróżnienie na płeć przy komunikacji? Ja się równie dobrze dogaduję i z mężczyznami, i z kobietami. Zależy bardziej od cech jednostkowych osoby aniżeli od płci.

Te pytania skłoniły mnie do refleksji. Chyba problem leży w moim subiektywnym postrzeganiu komunikacji z płciami. Bo to nie jest tak, że z mężczyznami zupełnie nie odnajduję wspólnego języka, a z kobietami zawsze. W zasadzie odsetek kobiet i mężczyzn, z którymi się dogaduję jest zbliżony... a jednak bardziej rzuca mi się w oczy niedogadywanie się z mężczyznami.:classic_unsure:
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Natomiast jestem pewna, że można być nietoksycznym i zapewniać jakieś emocje. Ja np. nie lubię ciepłych kluch, co nie oznacza, że gustuję w wytatuowanych bad boyach na motocyklach, ale lubię np. jak ktoś ma cięty język, podobne poczucie humoru do mnie. Takie dosyć oczywiste rzeczy, ale zapewnia mi to jakieś emocje, kiedy ktoś nie jest miły do - za przeproszeniem - porzygu, nie mówi miałkich komplementów, ale prowadzi ze mną normalną konwersację na poziomie.

Może sedno tkwi w intensywności wytwarzanych/generowanych emocji? Dla części kobiet "wystarczające" mogą być emocje towarzyszące spostrzeżeniom typu "mój mężczyzna dba o mnie poprzez to, że sprząta i zawozi do mechanika samochód, który służy mi na co dzień", "dba o mnie, gdy przekopuje grządki pod moje ukochane kwiaty, nawet, gdy nie odróżnia hortensji od róż ;) ", "pomaga mi, gdy w nocy wstaje do płaczącego Jasia", "wyraża swoją miłość tym, że mogę na nim polegać praktycznie w każdej sytuacji". A dla innych kobiet takie emocje mogą być "niewystarczające"; mogą odczuwać miłość mężczyzny dopiero w czasie "intensywniejszych fajerwerków": "kocha mnie, bo ostatnio zabrał mnie na kolację na Wieży Eiffla", "jest cudowny, bo oświadczył mi się pod wodą w czasie nurkowania w Hurghadzie", "zachwycił mnie bukietem z 1000 róż wysłanym do pracy" itd.
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

No tak, tutaj masz rację (coś zbyt często ją przyznaję ;p), natomiast moim zdaniem nigdy nie jest dobrze poszukiwać szczęścia tylko wewnątrz związku. Wtedy relacja nigdy nie jest zdrowa. Związek powinien być uzupełnieniem naszego życia, szczęścia i innych takich. A nie stanowić meritum istnienia. Bo gdy partner odejdzie, to można się całkowicie załamać. 

A zawsze ktoś może odejść.

Jak najbardziej się zgadzam z tym, że opieranie swojego życia wyłącznie na związku/pracy/rodzinie jest bardzo niebezpieczne.
Nie doprecyzowałem swojej myśli w poprzednim poście. Poszukiwanie szczęścia i spełnienia w pasjach, pracy zawodowej, znajomościach - jak najbardziej. Natomiast poszukiwanie ekscytacji, intymności, poczucia atrakcyjności, satysfakcji seksualnej poza związkiem, gdy partner/ka tego już nie oferuje - z tym bym polemizował.
Wg mnie, gdy "coś się dzieje w związku", to jest to sygnał do partnerskiego działania, do szukania przyczyn i rozwiązań tego stanu rzeczy. Wydaje mi się złudne przekonanie typu "jeśli nie dogaduję się z partnerką, a z kochanką tak, to znaczy, że pora się rozstać z dotychczasową partnerką (bo wiadomo, ona taka owaka, w ogóle mnie nie rozumie itd.) i związać się z kochanką"... bo nie ma żadnej gwarancji, że w relacji z kochanką nie pojawią się kolejne problemy. I co wtedy? Szukać kolejnej kochanki, z którą na pewno będzie dochodziło do kolejnych nieporozumień (choć może na innych płaszczyznach)? I tak "przeskakiwać całe życie z kwiatka na kwiatek", a zarazem krzywdzić innych i siebie?:classic_wacko:
 

10 godzin temu, LostStar napisał:

Tak niby "kozaczę" w myślach, ale w rzeczywistości w ogóle tak nie robię-za bardzo się boję.

Co by się musiało stać, byś mogła zrzucić to jarzmo strachu? Co musiałoby się stać, byś bez strachu mogła realizować własne fantazje?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Musiałabym mieć 100% pewności, że nie znajdę w ciążę, że defloracja nie będzie bolała oraz musiałabym być na 100% pewna, że chęć seksu i zainteresowanie nim, uprawianie go, nie odbiera mi godności, człowieczeństwa.

Ech, gdyby rodzice nie byli na mnie źli w razie przypadkowego dowiedzenia się, że spędziłam namiętną noc z kochankiem i mi się podobało i że tego chciałam. Żeby mnie wciąż kochali.  Że fakt, że zaznałam bliskości fizycznej z mężczyzną nie przekreśli ich miłości do mnie. Żeby się cieszyli, że ich dziecko jest dorosłe i poznaje kolejną dziedzinę dorosłego życia. 

Aktor Chris Evans zeznał w wywiadzie, że powiedział swojej mamie, gdy przeżył swój pierwszy raz. Ona zaś cieszyła się, że jej dziecko ma do niej tak duże zaufanie, że jej powiedział. Rozpłakałam się, gdy to zobaczyłam. Niektórzy mają takich rodziców. Ale moja matka utopiłaby mnie w szklance wody, gdyby się dowiedziała, że uprawiałam seks. Wyzwala by mnie od "dz%%%k", powiedziała, że to za wcześnie (nawet jakbym miała 30 lat!!) i postraszyłaby mnie ciąża  :(

Jestem taka nieszczęśliwa. Często płaczę z powodu moich psychologicznych i seksualnych problemów, które się nawartwiły po latach i których nie potrafię rozwiązać. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

To pytanie nie jest dla mnie wyłącznie teoretyczne, bo kilka lat temu stanąłem przed podobnym wyborem. Różnica zawierała się w tym, że ta propozycja miała mieć swoje konsekwencje - skłonienie mnie do związku... dla którego nie widziałem przyszłości. Odmówiłem. Uznałem, że zgoda z mojej strony byłaby bardzo nie fair wobec koleżanki. Miałaby prawo czuć się wykorzystana i zraniona (tzn. moja odmowa pewnie też ją zraniła, jednak sądzę, że taka decyzja była najmniej dotkliwa). Niemniej ważne było dla mnie też to, że sam ze sobą czułbym się fatalnie zgadzając się. "Wykorzystałbyś i zranił kobietę, która żywi do ciebie uczucia, tylko z powodu własnej przyjemności? Kim byś wtedy był we własnych oczach?":classic_unsure: Z pewnością miałbym wyrzuty sumienia większe, niż w przypadku odmówienia jej.

No to masz rozwinięty kręgosłup moralny. Nawet bardzo. I nie ma się czego wstydzić, to w sumie dosyć unikatowa i pozytywna cecha w społeczeństwie.

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Rzecz jasna, można by dywagować, czy podjąłbym inną decyzję, gdybym chciał z nią związku. W tym wypadku może bym się zgodził, ale raczej też nie od razu - wcześniej chciałbym ją lepiej poznać, dowiedzieć się jak bardzo jesteśmy do siebie podobni (m.in. pod względem wyznawanych wartości, poglądów na życie i doświadczeń), a jak bardzo się różnimy.
 Inaczej mówiąc: seks nie jest dla mnie celem samym w sobie. To ważny aspekt związku, ale nie jej fundament.

Powtarzam to, co napisałam powyżej ;). 

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

a jednak bardziej rzuca mi się w oczy niedogadywanie się z mężczyznami.

Cóż, z niektórymi "człowiekami" 😜 trudno się porozumieć.

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Może sedno tkwi w intensywności wytwarzanych/generowanych emocji? Dla części kobiet "wystarczające" mogą być emocje towarzyszące spostrzeżeniom typu "mój mężczyzna dba o mnie poprzez to, że sprząta i zawozi do mechanika samochód, który służy mi na co dzień", "dba o mnie, gdy przekopuje grządki pod moje ukochane kwiaty, nawet, gdy nie odróżnia hortensji od róż ;) ", "pomaga mi, gdy w nocy wstaje do płaczącego Jasia", "wyraża swoją miłość tym, że mogę na nim polegać praktycznie w każdej sytuacji". A dla innych kobiet takie emocje mogą być "niewystarczające"; mogą odczuwać miłość mężczyzny dopiero w czasie "intensywniejszych fajerwerków": "kocha mnie, bo ostatnio zabrał mnie na kolację na Wieży Eiffla", "jest cudowny, bo oświadczył mi się pod wodą w czasie nurkowania w Hurghadzie", "zachwycił mnie bukietem z 1000 róż wysłanym do pracy" itd.

Trudno mi się tutaj wypowiadać, ponieważ mnie tyle emocji dostarcza moja nerwica, że nie potrzebuję dodatkowych, intensywnych bodźców. 

Rzeczy, które piszesz, są miłe dla kobiety od czasu do czasu - myślę, że jakby jakiś facet codziennie przysyłał swojej partnerce kwiaty do pracy, to miałaby dosyć. Natomiast taki gest raz, w drodze wyjątku, oczywiście dostarczy wrażeń. Ale dużo istotniejsza jest codzienność, przynajmniej w moim odczuciu, żeby ktoś nie był toksyczny. 

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Wg mnie, gdy "coś się dzieje w związku", to jest to sygnał do partnerskiego działania, do szukania przyczyn i rozwiązań tego stanu rzeczy. Wydaje mi się złudne przekonanie typu "jeśli nie dogaduję się z partnerką, a z kochanką tak, to znaczy, że pora się rozstać z dotychczasową partnerką (bo wiadomo, ona taka owaka, w ogóle mnie nie rozumie itd.) i związać się z kochanką"... bo nie ma żadnej gwarancji, że w relacji z kochanką nie pojawią się kolejne problemy. I co wtedy? Szukać kolejnej kochanki, z którą na pewno będzie dochodziło do kolejnych nieporozumień (choć może na innych płaszczyznach)? I tak "przeskakiwać całe życie z kwiatka na kwiatek", a zarazem krzywdzić innych i siebie?:classic_wacko:

No tak, tutaj uderzasz w ważny problem, bo moim zdaniem również często to jak wygląda związek, stanowi odzwierciedlenie naszych problemów. Czyli jeśli ktoś po prostu ma jedną nieudaną relację za drugą, no to warto się zastanowić najpierw nad sobą, a później nad ewentualnym związaniem się z kochanką. 

Natomiast jednak nie jestem zwolenniczką tkwienia w przemocowych związkach, w toksycznych relacjach - czy są sformalizowane, czy nie. Moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest ostre cięcie. A jak są jakieś małe problemy - to tak, można nad nimi popracować. Jednak jeśli dwójka ludzi po prostu się ze sobą nie dogaduje, to też sądzę, że życie jest zbyt krótkie, żeby się męczyć. 

8 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Co by się musiało stać, byś mogła zrzucić to jarzmo strachu? Co musiałoby się stać, byś bez strachu mogła realizować własne fantazje?

Nie wiem, może jestem przewrażliwiona, może czegoś nie rozumiem, natomiast widzę na tym forum coraz więcej postów, które podchodzą mi pod trolling. Z jednej strony źle się czuję, pochopnie oceniając, a z drugiej zbyt finezyjny, rozbudowany opis takich elementów, które nie są niezbędne w danej historii, każe mi tak myśleć. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

18 godzin temu, LostStar napisał:

Musiałabym mieć 100% pewności, że nie znajdę w ciążę, że defloracja nie będzie bolała oraz musiałabym być na 100% pewna, że chęć seksu i zainteresowanie nim, uprawianie go, nie odbiera mi godności, człowieczeństwa.

Ech, gdyby rodzice nie byli na mnie źli w razie przypadkowego dowiedzenia się, że spędziłam namiętną noc z kochankiem i mi się podobało i że tego chciałam. Żeby mnie wciąż kochali.  Że fakt, że zaznałam bliskości fizycznej z mężczyzną nie przekreśli ich miłości do mnie. Żeby się cieszyli, że ich dziecko jest dorosłe i poznaje kolejną dziedzinę dorosłego życia.

Które z tych oczekiwań zależą w całości od Ciebie, na które z nich masz wpływ? A które nie zależą od Ciebie? Które są łatwo osiągalne, a które nie? Które są niezbędnymi kryteriami?
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

No to masz rozwinięty kręgosłup moralny. Nawet bardzo.

Nie postrzegam tego tak, bo są sfery życia, w których mam do popracowania nad moralnością. Np. gdybym był w pełni moralny, to nie zapracowałbym sobie na kilka mandatów drogowych. ;)
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Natomiast jednak nie jestem zwolenniczką tkwienia w przemocowych związkach, w toksycznych relacjach - czy są sformalizowane, czy nie. Moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest ostre cięcie. A jak są jakieś małe problemy - to tak, można nad nimi popracować. Jednak jeśli dwójka ludzi po prostu się ze sobą nie dogaduje, to też sądzę, że życie jest zbyt krótkie, żeby się męczyć.

Zgadzam się - w relacjach nie ma miejsca na toksyczność. Jednak nie sądzę, by zawsze skuteczne było ostre cięcie, odseparowanie się. "Wstrząs", "sięgnięcie dna" potrafi prowadzić do zmiany, ale nie zawsze musi to być związane z rozstaniem. Rozstanie uważam za niezbędne, jeśli to jedyny sposób na ochronę przed toksynami. Natomiast jeśli jedna strona dostrzega w sobie dość siły, by postawić granicę i powiedzieć "hola, hola, nie będę tolerować takich zachowań; możemy porozmawiać o problemach pomiędzy nami, wspólnie poszukać rozwiązań, ale nie w tak krzywdzący sposób!", to wg mnie warto spróbować bez rozstania.
Uważam, że pochopne odpuszczanie, szybkie poddawanie się w walce o szczęście w związku również nie jest dobre. Bo to może być odbierane jako presja, szantaż i zarazem oznaka małego zaangażowania w relację. "Jeśli się nie sprawdzisz, to zmienię cię na <<inny model>>". Trudno budować trwały związek, gdy od początku relacji przynajmniej jedna strona sygnalizuje coś, co można zinterpretować jako "pamiętaj, zawsze mam wyjście awaryjne, więc staraj się, bo jak nie...".:classic_unsure:
Nie napawa optymizmem, gdy nieraz widać ten konsumpcjonizm w relacjach. Nie dość, że grymasimy, filtrujemy i przebieramy, by wybrać sobie "model z jak największą ilością funkcji", to jeszcze chętnie byśmy go wymienili na inny, gdy zaczyna się psuć. Tylko, że człowiek, to nie toster czy nowa komórka.:classic_unsure:
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Nie wiem, może jestem przewrażliwiona, może czegoś nie rozumiem, natomiast widzę na tym forum coraz więcej postów, które podchodzą mi pod trolling. Z jednej strony źle się czuję, pochopnie oceniając, a z drugiej zbyt finezyjny, rozbudowany opis takich elementów, które nie są niezbędne w danej historii, każe mi tak myśleć.

Skąd się biorą takie Twoje reakcje? Dlaczego jedne wypowiedzi odbierasz podejrzliwie, a inne nie? Co je różni?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W dniu 23.01.2019 o 01:21, LostStar napisał:

Zarówno powoli i delikatnie, jak i ostro i szybko. Rozłożyłam się na łóżku i wyobraziłam sobie, jak jeden z moich ukubionych aktorów mnie dotyka i całuje. Chciałabym tego. Zafascynowała mnie pozycja seksualna na psa-jest taka dzika, zwierzęca. W jakiś perwersyjny sposób mnie interesuje. Wyobrażam sobie, jak jestem penetrowana przez mężczyznę w ten sposób w tej pozycji, obaj jesteśmy całkowicie roznegliżowani, on w szybki sposób wprowadza członka do mojej pochwy, a ja wiję się w ekstazie, rzucam wulgaryzmami i błagam go, by nie przestawał, tylko robił to mocniej, głębiej i szybciej.

Twoje posty czyta się jak dobry erotyk. To nie przytyk i nie nabijam się, stwierdzam ino wrażenie, jakie odnoszę... Działają... na wyobraźnię.

Edytowane przez Psychoanalepsja_SS

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Nie postrzegam tego tak, bo są sfery życia, w których mam do popracowania nad moralnością. Np. gdybym był w pełni moralny, to nie zapracowałbym sobie na kilka mandatów drogowych. ;)

Dajże spokój, nawet papież może przejść czasem na czerwonym świetle ;p. 

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Uważam, że pochopne odpuszczanie, szybkie poddawanie się w walce o szczęście w związku również nie jest dobre. Bo to może być odbierane jako presja, szantaż i zarazem oznaka małego zaangażowania w relację. "Jeśli się nie sprawdzisz, to zmienię cię na <<inny model>>". Trudno budować trwały związek, gdy od początku relacji przynajmniej jedna strona sygnalizuje coś, co można zinterpretować jako "pamiętaj, zawsze mam wyjście awaryjne, więc staraj się, bo jak nie...".:classic_unsure:

Ja nie mówię o takim podejściu, żeby od razu kogoś kopać w cztery litery, jak ktoś ma problem, jak się pojawia gorętszy okres w kłótniach. Nie. Ale po prostu trzeba umieć też zrywać, urywać relacje, które nam nie służą, a wokół siebie - staram się naprawdę nie oceniać zazwyczaj - widzę w większości toksyczne relacje młodych kobiet, które tkwią w tych związkach, bo społeczeństwo kładzie nacisk na to, że wolna = gorsza. A więc one boją się, że w tym zawrotnym wieku 25 lat już NIKOGO nie poznają i muszą tkwić przy tym facecie, który je unieszczęśliwia, poniża. 

Jak się ma dzieci, męża, to tym bardziej uważam, że warto walczyć o relację. Jednak żeby to nie była walka kosztem "nas", a większość osób nie ma takiego problemu, że wymienia sobie partnerów na lepszy model. Większość osób ma taki problem, że tkwią po uszy w toksycznych, paskudnych relacjach i nie potrafią powiedzieć swojemu oprawcy "do widzenia". 

7 godzin temu, Gods Top 10 napisał:

Skąd się biorą takie Twoje reakcje? Dlaczego jedne wypowiedzi odbierasz podejrzliwie, a inne nie? Co je różni?

Dlaczego? Myślę, że dlatego, jak napisał użytkownik wyżej, to brzmi jak erotyk. 

Zadajesz głębokie pytania na płytki temat ;) jak ktoś uprawia prowokacje - pisze na siłę kontrowersyjnie (nie będę przytaczać tutaj użytkowników po ich nickach, to nie mój poziom) treści, opisuje przesadnie pewne zachowania seksualne, choć temat wcale tego nie wymaga, to tak, myślę, że może być trollem - i to dosyć silne podstawy, żeby tak wnioskować. Nie odbieram niczego podejrzliwie, po prostu mniej więcej można "wyczuć", kto opisuje swój problem, a kto chce się zabawić kosztem innych. 

Rzecz jasna ja zawsze w każdym temacie biorę pod uwagę, że mogę się mylić. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

4 godziny temu, Psychoanalepsja_SS napisał:

Twoje posty czyta się jak dobry erotyk. To nie przytyk i nie nabijam się, stwierdzam ino wrażenie, jakie odnoszę... Działają... na wyobraźnię.

Dzięki. Wydawało mi się, że mogę sobie tutaj "ulżyć" psychicznie, mentalnie. Może to i chore wizje, ale chciałam się wywnętrznić, znaleźć zrozumienie, sprawdzić, czy inni mają takie chore myśli  jak i ja. 

Co do głównego wątku, to przeraża mnie dziedzina miłości, związków, seksu. Szczególnie ograniczenia wynikające z płci żeńskiej. Nienawidzę tego. Ostatnio przeraziło mnie zdanie, iż "studentki IV i V roku desperacko poszukują męża". Wnerwiło mnie to. Czasem mam wrażenie, że to jest jakaś perwersyjna gierka-samiec+samica=kopulacja i rozmnażanie. Do diabła, ja chcę być człowiekiem, a nie samicą rozpłodową!!! Chcę wierzyć, że na miłość NIGDY nie jest za późno i że mogę wyjść za mąż po 30 czy 40. Skąd niby biorą się te wszystkie przypadki, gdy kobiety biorą pierwszy ślub po 30, 40 czy nawet 50??? Gdzieś czytałam, iż według statystyk w Szwecji w 2014 roku 9 osób powyżej 80.roku życia wzięło ślub PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU!!! To dopiero rekordziści!! Tak bardzo chcę, żeby było dobrze. I wcale nie pociągają mnie bad boye, lubię spokojnych, romantycznych, uduchowionych chłopaków. Czy ja nigdy nie znajdę spełnienia w tej dziedzinie??? Przecież chyba możliwy jest scenariusz, że wezmę ślub w wieku 34 lat, a mój narzeczony będzie miał 31 lat?? No i co?? To, że kobieta jest o 2-3 lata starsza to przecież żadna różnica, nie??

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

5 godzin temu, LostStar napisał:

Nienawidzę tego. Ostatnio przeraziło mnie zdanie, iż "studentki IV i V roku desperacko poszukują męża". Wnerwiło mnie to.

Tak było chyba 30 lat temu, teraz desperacja zaczyna się raczej po 30-ce o ile w ogóle, bo przecież są wolne związki i singielstwo. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

7 godzin temu, LostStar napisał:

Dzięki. Wydawało mi się, że mogę sobie tutaj "ulżyć" psychicznie, mentalnie. Może to i chore wizje, ale chciałam się wywnętrznić, znaleźć zrozumienie, sprawdzić, czy inni mają takie chore myśli  jak i ja. 

Możesz. Zauważam tylko, że Twoje posty są bardzo graficzne.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Lost Star,

mysle ze masz szanse kogos poznac

ale przede wszystkim dluga porzadna terapia

a po drugie porzuc desperacje-to facetow bardzo odstrasza

 

ja mam troszke inaczej ale podobnie

mam 37 lat nigdy nikogo nie mialam

ale faceci ciagna do mnie jak cmy do lampy

i chca seksu,najlepiej na 1 randce

a mnie to niesamowiscie zlosci

ja tak nie chce i nie potrafie!!!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

Ja nie mówię o takim podejściu, żeby od razu kogoś kopać w cztery litery, jak ktoś ma problem, jak się pojawia gorętszy okres w kłótniach. Nie. Ale po prostu trzeba umieć też zrywać, urywać relacje, które nam nie służą, a wokół siebie - staram się naprawdę nie oceniać zazwyczaj - widzę w większości toksyczne relacje młodych kobiet, które tkwią w tych związkach, bo społeczeństwo kładzie nacisk na to, że wolna = gorsza. A więc one boją się, że w tym zawrotnym wieku 25 lat już NIKOGO nie poznają i muszą tkwić przy tym facecie, który je unieszczęśliwia, poniża. 

Jak się ma dzieci, męża, to tym bardziej uważam, że warto walczyć o relację. Jednak żeby to nie była walka kosztem "nas", a większość osób nie ma takiego problemu, że wymienia sobie partnerów na lepszy model. Większość osób ma taki problem, że tkwią po uszy w toksycznych, paskudnych relacjach i nie potrafią powiedzieć swojemu oprawcy "do widzenia".

Ten zaznaczony fragment powiązał mi się z moimi obserwacjami z pracy. Jest w niej kilka mini-zespołów, które składają się z dwóch kobiet: jednej w wieku "dojrzałym" (40-50 lat) i "młodej" (w wieku 20-30). Z podziwem obserwuję relacje panujące pomiędzy nimi. Jest to naturalny "kobiecy mentoring", w którym ta "dojrzalsza" nieraz służy tej "młodej" "życiowym know-how", czyli np. w kłopotach małżeńskich, wychowywania dzieci, a ta "młoda" służy radą tej "dojrzalszej" np. w "technologicznym know-how", czyli w posługiwaniu się mediami społecznościowymi, wyszukiwania atrakcyjnych okazji zakupowych w sieci, "zarażaniu energią i entuzjazmem" (choć niekiedy właśnie ta "dojrzalsza" jest pełna entuzjazmu). :D  Bardzo mi się podoba ta współpraca, symbioza, wzór kobiecości pozytywnej, wspierającej, wyrozumiałej, akceptującej, otwartej, uważnej, serdecznej, ciepłej.:uklon:
Skojarzyła mi się ta relacja z pracy jako możliwe remedium zarówno na kłopoty Twoich koleżanek (w ten sposób nie tyle wysłuchiwały by krytyki "źle żyjesz", ile by widziały, że "można żyć inaczej"), jak i na Twoje doświadczenia w relacjach z kobietami "wbijającymi nóż w plecy". Niestety, takim mentoringiem dla młodych kobiet nie zawsze służą matki, babcie czy teściowe, ale może gdzieś w pobliżu znajdą się inne kobiety (np. sąsiadki, członkinie jakichś stowarzyszeń, wolontariuszki), które by chętnie weszły w takie role?
 

15 godzin temu, alicja_z_krainy_czarów napisał:

 jak ktoś uprawia prowokacje - pisze na siłę kontrowersyjnie (nie będę przytaczać tutaj użytkowników po ich nickach, to nie mój poziom) treści, opisuje przesadnie pewne zachowania seksualne, choć temat wcale tego nie wymaga, to tak, myślę, że może być trollem - i to dosyć silne podstawy, żeby tak wnioskować.

A co, jeśli to kontrowersyjne pisanie jest specyficzną dla danej osoby formą ekspresji emocji kłębiących się wewnątrz? Poszukiwaniem sposobu na ich ujście, wyrażenie? :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

4 godziny temu, shira123 napisał:

Lost Star,

mysle ze masz szanse kogos poznac

ale przede wszystkim dluga porzadna terapia

a po drugie porzuc desperacje-to facetow bardzo odstrasza

 

ja mam troszke inaczej ale podobnie

mam 37 lat nigdy nikogo nie mialam

ale faceci ciagna do mnie jak cmy do lampy

i chca seksu,najlepiej na 1 randce

a mnie to niesamowiscie zlosci

ja tak nie chce i nie potrafie!!!

Już od roku chodzę na psychoterapię i ostatnio się powoli przełamuję. Zauroczyłam się w jednym znajomym i psychoterauta mówi, że to dobrze-to znaczy, że mam uczucia, że powoli się odblokowuję. Wczoraj nawet udało mi się przełamać i napisałam do niego z próbą o spotkanie. Spotkałam się z kulturalną odmową z powodu natłoku zajęć, ale z uwagą, iż jeżeli będzie miał mnie zajęć, to postara się ze mną spotkać. Nie bolało. Tak się bałam, a skończyło się neutralnie. Ani dobrze, ano źle.

To jest pewien paradoks, ale czy nie odczuwacie czasem lęku przed wyzdrowieniem, przed szczęśliwym zakończeniem? Przed wyjściem z psychicznych problemów? Boję się wyleczenia, mimo że tego chcę. Dziwna sprawa. Skąd się to bierze?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

cos w tym jest 

lostStar

ja sie chyba boje ze stajac sie ''normalna'' stane sie zwyczajna,jak szara myszka a tego nie chce.cos w tym stylu)

powodzenia dziewczyno,powolutku,krok po kroku sie przelamuj a bedzie coraz lepiej.tylko przygotuj sie na dobrych kilka lat terapii.bo rodzice 25 lat wpajali ci pewne falszywe poglady i teraz trzeba je powolutku w tobie zmienic.

trzymam kciuki!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Godzinę temu, LostStar napisał:

To jest pewien paradoks, ale czy nie odczuwacie czasem lęku przed wyzdrowieniem, przed szczęśliwym zakończeniem? Przed wyjściem z psychicznych problemów? Boję się wyleczenia, mimo że tego chcę. Dziwna sprawa. Skąd się to bierze?

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, w jaki sposób funkcjonujemy. Wyjście z zaburzeń byłoby zmianą, a zmiany dla wielu z nas są czymś nieprzyjemnym, wręcz przerażającym. Trzeba by wtedy reorganizować swoje życie, a to wymaga poświęcenia i wytrwałości, czego ja np. zawsze nie cierpiałem. No i myślę, że do tego zachodzi uczucie podobne do tego, kiedy będąc najedzeni do rozpuku zmusimy się do wyobrażenia sobie, że jesteśmy głodni i coś wycinamy. Mimo wysiłków prawdopodobnie myśl o zjedzeniu tabliczki czekolady będzie wtedy dziwna i nieprzyjemna. Tak samo myśl o robieniu czegoś bez lęku, kiedy wziąć się tego boimy, może "być dziwna", a nawet wywołać lekki niepokój.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×