Skocz do zawartości
Nerwica.com

Osobowość zależna - "diagnoza" i co dalej


Radioaktywna

Rekomendowane odpowiedzi

Witam.

Mam nadzieję, że zakładam wątek w dobrym miejscu; znalazłam post o osobowości zależnej, ale nie było w nim odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie.

 

Kilka lat temu przeszłam załamanie nerwowe, próbę samobójczą i pobyt na oddziale zamkniętym. Zdiagnozowano u mnie bardzo silne zaburzenia lękowo-depresyjne, które doprowadziły do próby targnięcia się na swoje życie. Co więcej, okazało się, że cierpię również na anoreksję o typie bulimicznym (która z czasem ewoluowała stricte w bulimię).

 

Przeszłam intensywną terapię grupową na oddziale leczenia nerwic, po której czułam się o wiele lepiej; z tego powodu na ten sam rodzaj terapii dobrowolnie zgłaszałam się jeszcze dwukrotnie. Ostatnią zakończyłam nieco ponad pół roku temu.

 

Do czego zmierzam - moją "diagnozą" jest osobowość zależna. Choć dziś żyje mi się o wiele lepiej, a lęki i stany depresyjne nie pojawiają się tak często jak przedtem (nauczyłam się jakoś z nimi radzić) - nie wiem, co dalej robić. Nawet nie do końca wiem, o co konkretnie chcę zapytać tak naprawdę. Najbardziej chyba o to, czy do końca życia już będę pod tym kątem zaburzona? Czy jest w ogóle szansa, żebym kiedyś stworzyła normalny związek i w ogóle jakieś normalne relacje z ludźmi? Jest tu ktoś, kto ma podobne obawy?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ciekawi mnie ostatnio to zaburzenie. To jest tak, że jak jesteś pozostawiona sama sobie to kompletnie nie masz pojęcia co robić i jak dzień zorganizować?

Czy osobowość autorytarna i narzucająca to ktoś kogo obok siebie potrzebujesz, czy tu chodzi o sam fakt że jest obok ktoś na kimś możesz się wzorować i kto by "pomagał" podejmować decyzje?

Czy perspektywa bycia pozostawionym samemu sobie budzi jakieś lęki czy raczej odbiera chęć do robienia czegokolwiek?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To jest tak, że jak jesteś pozostawiona sama sobie to kompletnie nie masz pojęcia co robić i jak dzień zorganizować?

 

Teraz już nie jest tak. Kilka lat temu byłam totalnie uzależniona od swojego faceta (przemocowca z ewidentnymi elementami osobowości psychopatycznej, który zrobił mi papkę z mózgu długotrwałym znęcaniem się psychicznym - dochodziłam do siebie ponad trzy lata). Uzależnienie dotyczyło także mojej rodziny - nie potrafiłam się od niej "odciąć emocjonalnie" tak, jak powinna zrobić to dorosła osoba. Wówczas występował własnie taki objaw - dezorientacja i strach przed wzięciem życia we własne ręce (dlatego nie mogłam odejść od faceta, byłam pewna, że bez niego sobie nie poradzę, że moje życie straci sens).

 

Czy osobowość autorytarna i narzucająca to ktoś kogo obok siebie potrzebujesz, czy tu chodzi o sam fakt że jest obok ktoś na kimś możesz się wzorować i kto by "pomagał" podejmować decyzje?

Nie wiem. Raczej chciałabym otaczać się ludźmi "normalnymi", bez szczególnych odchyleń w którąkolwiek stronę jeśli chodzi o osobowość. Bardzo się boję, że wchodząc np. w nowy związek albo zawierając jakąś przyjaźń - popłynę, dam się zmanipulować i powtórzę swoje poprzednie błędy.

 

 

Czy perspektywa bycia pozostawionym samemu sobie budzi jakieś lęki czy raczej odbiera chęć do robienia czegokolwiek?

Na chwilę obecną nie mam takich myśli...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Generalnie to, czego się najbardziej boję to właśnie ryzyko "popłynięcia". Muszę dodać, że nie mam zbyt wielu znajomych - właściwie dobry kontakt utrzymuję jedynie z ludźmi, którzy znają mnie niemal od zawsze (np. kuzynki). Zanim rozsypałam się psychicznie miałam koleżanki i nie byłam jakoś szczególnie aspołeczna. Zaczęłam jednak izolować się od znajomych; trochę dlatego, że szybko chudłam i byłam ewidentnie znerwicowana, co wszyscy zauważyli, a trochę na wyraźne życzenie mojego ówczesnego faceta (bo nie chciał, żeby zbyt wiele osób zauważyło, jak szybko chudnę i jak bardzo jestem znerwicowana, jak również dbał o to, bym nikomu się nie zwierzała).

Po "utracie" tamtych znajomych nie udało mi się zbudować z nikim jakiejś dłuższej relacji - niezależnie od płci i wieku. Doszłam do wniosku, że sama odpycham ludzi z kilku powodów:

1) boję się, że to oni odepchną mnie, gdy lepiej mnie poznają

2) boję się, że mogę się zaangażować emocjonalnie i tym samym pozwolę się skrzywdzić.

 

Mówiąc krótko - wiem, do czego prowadzi taka osobowość zależna, dlatego robię wszystko, by od nikogo nigdy się już nie uzależniać. Kiedy spotykałam się z jakimś chłopakiem, często mój nastrój i nastawienie do życia zależał od nastroju tego człowieka, irracjonalnie bałam się odejścia, w ogóle zachowywałam się lekko irracjonalnie... dlatego teraz w ogóle nikt się do mnie nie zbliża, bo na to nie pozwalam...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hmmmm z tego co tu napisałaś wynika że wcześniej miałaś koleżanki i znajome tylko ten pojebaniec spowodował że się od ludzi odcięłaś. Czy znajomości z tymi osobami też były na zasadzie jakiej opisujesz, typowe dla osobowości zależnej?

A nie jest to tak, że ta postawa którą opisujesz jest bardziej skutkiem tamtej znajomości a nie jej przyczyną? Wiesz jak to jest, pierwszy facet naiwność i.... po prostu pech, szczególnie że za młodu na udawaną uczuciowość ludzie są bardziej podatni bo i jej spragnieni w większości i nieobeznani z tym jak to w praktyce wygląda.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hmmmm z tego co tu napisałaś wynika że wcześniej miałaś koleżanki i znajome tylko ten pojebaniec spowodował że się od ludzi odcięłaś. Czy znajomości z tymi osobami też były na zasadzie jakiej opisujesz, typowe dla osobowości zależnej?

Wcześniej moje kontakty z ludźmi były w miarę normalne i raczej nie doszukiwałabym się w nich cech typowych dla jakichś psychicznych zależności. Rzeczywiście odcięłam się od znajomych, bo takie było jego wyraźne życzenie - teraz jest mi wstyd i źle czuję się w towarzystwie osób, z którymi lubiłam się w tamtym okresie czasu (mam wrażenie, że wszyscy źle o mnie myślą - choć z drugiej strony mam świadomość, że najgorzej myślę o sobie sama i większość ludzi wcale nie podziela mojego zdania na ten temat; do tego dochodzi kwestia mojego zachowania, kiedy zaczynałam popadać w swoistą psychozę - wstydzę się, że oni to widzieli, że to pamiętają).

 

Wiesz jak to jest, pierwszy facet naiwność i.... po prostu pech, szczególnie że za młodu na udawaną uczuciowość ludzie są bardziej podatni bo i jej spragnieni w większości i nieobeznani z tym jak to w praktyce wygląda.

To nie był mój pierwszy facet - wcześniej byłam ponad 6 lat z kimś, kto nie był mną w ogóle zainteresowany; przyjeżdżał, odpalał kompa, wyciągał czteropak piwa i tak wyglądało 90% wspólnie spędzonego czasu. Dlatego po rozstaniu z nim, kiedy spotkałam kogoś, kto interesował się wszystkim, co mnie dotyczy (włącznie z treścią smsów, hasłem do fb i tym, dlaczego nie odbieram telefonu jak sram) - popłynęłam. Rodzice też nigdy się mną nie interesowali i... no chciałam chyba mieć coś, czego nigdy nie miałam - czyjąś uwagę. Wyszło jak wyszło, nie ma co się teraz nad tym rozpływać.

 

Moim podstawowym problemem było to, że ja nigdy nie czułam się ważna sama dla siebie i po terapiach udało mi się to zmienić, jestem zadowolona z efektów. Ale w kwestii kontaktów z ludźmi jestem skrzywiona strasznie. Bardzo się boję, że kiedy zacznie mi na kimś zależeć, pozwolę zrobić sobie krzywdę. Nie wiem, co jest normalne a co nie, jakie zachowania powinny mnie niepokoić, czego unikać...

 

Co więcej, mam świadomość, jacy ludzie (a w szczególności faceci) mnie pociągają. No i raczej nie są to spokojne, poukładane osoby.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wcześniej moje kontakty z ludźmi były w miarę normalne i raczej nie doszukiwałabym się w nich cech typowych dla jakichś psychicznych zależności. Rzeczywiście odcięłam się od znajomych, bo takie było jego wyraźne życzenie - teraz jest mi wstyd i źle czuję się w towarzystwie osób, z którymi lubiłam się w tamtym okresie czasu (mam wrażenie, że wszyscy źle o mnie myślą - choć z drugiej strony mam świadomość, że najgorzej myślę o sobie sama i większość ludzi wcale nie podziela mojego zdania na ten temat; do tego dochodzi kwestia mojego zachowania, kiedy zaczynałam popadać w swoistą psychozę - wstydzę się, że oni to widzieli, że to pamiętają).

 

Ok ale czego się tu wstydzić? Tego że padłaś ofiarą manipulatora i przemocowca? Że pod jego wpływem zachowywałaś się w stosunku do tych ludzi tak że mogli to odebrać jako atak albo wrogość w stosunku do nich? Wiedzą oni że miałaś do czynienia z kimś takim? I że tego typu ludzie nie są wymysłem mediów i naprawdę istnieją i co robią z mózgami innych?

Powrót do dalekiej przeszłości po długim kryzysie no i czasem do znajomości też jest niezłym punktem żeby zacząć wszystko od nowa. Próbowałaś się kontaktować z tymi osobami czy żyjesz niepotrzebnymi wspomnieniami?

 

To nie był mój pierwszy facet - wcześniej byłam ponad 6 lat z kimś, kto nie był mną w ogóle zainteresowany; przyjeżdżał, odpalał kompa, wyciągał czteropak piwa i tak wyglądało 90% wspólnie spędzonego czasu. Dlatego po rozstaniu z nim, kiedy spotkałam kogoś, kto interesował się wszystkim, co mnie dotyczy (włącznie z treścią smsów, hasłem do fb i tym, dlaczego nie odbieram telefonu jak sram) - popłynęłam. Rodzice też nigdy się mną nie interesowali i... no chciałam chyba mieć coś, czego nigdy nie miałam - czyjąś uwagę. Wyszło jak wyszło, nie ma co się teraz nad tym rozpływać.

 

Czyli faktycznie tego faceta nie było a psychcio był pierwszym który emocjonalnie na Ciebie zadziałał.

 

Moim podstawowym problemem było to, że ja nigdy nie czułam się ważna sama dla siebie i po terapiach udało mi się to zmienić, jestem zadowolona z efektów. Ale w kwestii kontaktów z ludźmi jestem skrzywiona strasznie. Bardzo się boję, że kiedy zacznie mi na kimś zależeć, pozwolę zrobić sobie krzywdę. Nie wiem, co jest normalne a co nie, jakie zachowania powinny mnie niepokoić, czego unikać...

 

A czego do tej pory Ciebie nauczono w kwestii normalnego zachowania? Nie masz czegoś takiego jak instynkt który podpowiada że coś tu nie gra? Na przykład że ktoś co innego mówi a inaczej się potem zachowuje przykładowo? Jak ktoś robi krzywdę to organizm sam rozpoznaje to jako nieprzyjemny bodziec i nastawia na dystansowanie się od tego bodźca i od tej osoby, intuicja wie najlepiej bo to biologiczny mechanizm obronny, poza intelektem który wyewoluował naturalnie i on wie najlepiej w co się pakujesz tylko ludzie świadomie nie chcą czasem tego słuchać. Masz taką zdolność czy u osobowości zależnych jest to jakoś stłumione? Na czym dokładnie polega "popłynięcie"?

 

Co więcej, mam świadomość, jacy ludzie (a w szczególności faceci) mnie pociągają. No i raczej nie są to spokojne, poukładane osoby.

 

Jacy to są faceci? Zakładam ze przyciąga Ciebie duże może nawet obsesyjne zainteresowanie Twoją osobą w zachowaniu kogoś takiego tak? Poza tym mają jakieś cechy których należy unikać?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wcześniej moje kontakty z ludźmi były w miarę normalne i raczej nie doszukiwałabym się w nich cech typowych dla jakichś psychicznych zależności. Rzeczywiście odcięłam się od znajomych, bo takie było jego wyraźne życzenie - teraz jest mi wstyd i źle czuję się w towarzystwie osób, z którymi lubiłam się w tamtym okresie czasu (mam wrażenie, że wszyscy źle o mnie myślą - choć z drugiej strony mam świadomość, że najgorzej myślę o sobie sama i większość ludzi wcale nie podziela mojego zdania na ten temat; do tego dochodzi kwestia mojego zachowania, kiedy zaczynałam popadać w swoistą psychozę - wstydzę się, że oni to widzieli, że to pamiętają).

 

Ok ale czego się tu wstydzić? Tego że padłaś ofiarą manipulatora i przemocowca? Że pod jego wpływem zachowywałaś się w stosunku do tych ludzi tak że mogli to odebrać jako atak albo wrogość w stosunku do nich? Wiedzą oni że miałaś do czynienia z kimś takim? I że tego typu ludzie nie są wymysłem mediów i naprawdę istnieją i co robią z mózgami innych?

Powrót do dalekiej przeszłości po długim kryzysie no i czasem do znajomości też jest niezłym punktem żeby zacząć wszystko od nowa. Próbowałaś się kontaktować z tymi osobami czy żyjesz niepotrzebnymi wspomnieniami?

 

Nikt nic nie wie. Tzn ogólnie ludzie wiedzą, że próbowałam się zabić, że wylądowałam na oddziale zamkniętym, ale nie zwierzałam się nikomu z tego, co mnie spotkało ze strony kochającego narzeczonego. Opinia obiegowa zawsze była taka, że bardzo się kochamy (bo przy kimś był bardzo czuły, szarmancki i opiekuńczy); dramat rozgrywał się w czterech ścianach. Niektórzy widzieli, że ten związek mi nie służy i nawet mi o tym mówili, ale cóż... no nie chciałam wtedy nikogo słuchać. Kiedyś ktoś powiedział "nie wyglądasz na szczęśliwą" - kochający narzeczony to usłyszał i bardzo się na mnie wyżywał. Takich sytuacji, że ktoś coś powiedział i mi się za to oberwało było dużo i między innymi dlatego zaczęłam unikać ludzi; tak było po prostu dla mnie na tamten czas bezpieczniej.

Z kilkoma osobami próbowałam się kontaktować, ale źle czuję się w ich towarzystwie. Jest mi wstyd.

 

A czego do tej pory Ciebie nauczono w kwestii normalnego zachowania? Nie masz czegoś takiego jak instynkt który podpowiada że coś tu nie gra? Na przykład że ktoś co innego mówi a inaczej się potem zachowuje przykładowo? Jak ktoś robi krzywdę to organizm sam rozpoznaje to jako nieprzyjemny bodziec i nastawia na dystansowanie się od tego bodźca i od tej osoby, intuicja wie najlepiej bo to biologiczny mechanizm obronny, poza intelektem który wyewoluował naturalnie i on wie najlepiej w co się pakujesz tylko ludzie świadomie nie chcą czasem tego słuchać. Masz taką zdolność czy u osobowości zależnych jest to jakoś stłumione? Na czym dokładnie polega "popłynięcie"?

 

Generalnie jestem DDA, więc w ogóle mam problem z oceną, co jest normalne, a co nie. "Popłynięciem" nazywam własnie taką emocjonalną zależność od kogoś - i wtedy mój instynkt samozachowawczy przestaje działać, tak jak było w przypadku tego kochającego narzeczonego. Byłam naprawdę gotowa zrobić wszystko, byle tylko był ze mną, byle mnie nie zostawiał, byle mnie kochał... Bardzo się boję powtórki z tej historii, dlatego wolę być sama. Wolałabym umrzeć niż przejść jeszcze raz coś takiego.

Dla zobrazowania tego, jak bardzo bliższe kontakty z ludźmi mnie przerastają, przytoczę przykład kolesia, z którym spotykałam krótko po rozstaniu z tym kochającym narzeczonym - mnóstwo rzeczy mi nie odpowiadało w tej relacji, ale nie potrafiłam ich zmienić, nie potrafiłam się przeciwstawić, nie potrafiłam jakoś zawalczyć o to, co ja chcę. Moje potrzeby i pragnienia momentalnie schodzą na drugi plan, kiedy pojawia się ktoś w moim życiu. "Związek" (raptem dwa miesiące spotykania się) chciałam zakończyć, bo się w nim dusiłam, ale nie wiedziałam jak - no bo kolesiowi będzie przykro. Tak bardzo nie chciałam, żeby mu było przykro, że jak bumerang powróciły myśli samobójcze i jakieś tam delikatne próby ich urealnienia.

Innym razem spotykałam się z kimś tam i np. jak wychodził - zaczynałam się bać, że już nie wróci. Zależało mi na nim i dostawałam pie*dolca, bo ciągle się bałam, że go stracę. Oczywiście rozleciało się wszystko, częściowo przez tego mojego pie*dolca, a częściowo dlatego, że zupełnie czego innego chcieliśmy od życia.

 

Jacy to są faceci? Zakładam ze przyciąga Ciebie duże może nawet obsesyjne zainteresowanie Twoją osobą w zachowaniu kogoś takiego tak? Poza tym mają jakieś cechy których należy unikać?

Mnie po prostu ciągnie do przemocowców, alkoholików i psycholi. I do facetów, z którymi nie da się ułożyć sobie życia z różnych przyczyn.

 

Jest jeszcze jedna kwestia - jedzenie. Jak zaczynam się angażować emocjonalnie w jakąś relację (bo parę razy mi się zdarzyło, że zaczynało mi na kimś trochę zależeć), przestaję jeść.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z kilkoma osobami próbowałam się kontaktować, ale źle czuję się w ich towarzystwie. Jest mi wstyd.

 

Ludzie sobie potrafią (o ile się znają od dawna) wyjaśniać nieporozumienia sprzed 10 albo i nawet 15 lat chociaż jako ciekawostkę po utraconym kontakcie w sumie zaczynająć znajomość od zera bo emocje po paru do kilku lat latach już praktycznie totalnie wygasły.

 

 

Dla zobrazowania tego, jak bardzo bliższe kontakty z ludźmi mnie przerastają, przytoczę przykład kolesia, z którym spotykałam krótko po rozstaniu z tym kochającym narzeczonym - mnóstwo rzeczy mi nie odpowiadało w tej relacji, ale nie potrafiłam ich zmienić, nie potrafiłam się przeciwstawić, nie potrafiłam jakoś zawalczyć o to, co ja chcę. Moje potrzeby i pragnienia momentalnie schodzą na drugi plan, kiedy pojawia się ktoś w moim życiu. "Związek" (raptem dwa miesiące spotykania się) chciałam zakończyć, bo się w nim dusiłam, ale nie wiedziałam jak - no bo kolesiowi będzie przykro. Tak bardzo nie chciałam, żeby mu było przykro, że jak bumerang powróciły myśli samobójcze i jakieś tam delikatne próby ich urealnienia.

 

Ale potrafisz powiedzieć albo zdajesz sobie sprawę z tego co Ci pasuje a co nie? Potrafisz mieć jakieś marzenia, fantazje o przyszłości czy nie? Łatwiej Ci stwierdzić co Ci pasuje czy co Ci nie pasuje? Wolisz żeby to druga osoba kierowała Twoim życiem całkowicie czy chcesz mieć w tym tez jakiś udział tylko nie wiesz jak to robić?

 

Innym razem spotykałam się z kimś tam i np. jak wychodził - zaczynałam się bać, że już nie wróci. Zależało mi na nim i dostawałam pie*dolca, bo ciągle się bałam, że go stracę. Oczywiście rozleciało się wszystko, częściowo przez tego mojego pie*dolca, a częściowo dlatego, że zupełnie czego innego chcieliśmy od życia

 

Taki rodzaj relacji typu kontakt 24h/7dni w tygodniu?

 

Mnie po prostu ciągnie do przemocowców, alkoholików i psycholi. I do facetów, z którymi nie da się ułożyć sobie życia z różnych przyczyn.

 

Przemocowcy często stosują idealny wizerunek perfekcyjnego księciunia. Jak coś takiego na Ciebie oddziałuje?

 

Jest jeszcze jedna kwestia - jedzenie. Jak zaczynam się angażować emocjonalnie w jakąś relację (bo parę razy mi się zdarzyło, że zaczynało mi na kimś trochę zależeć), przestaję jeść.

 

Jak każde uzależnienie - dostajesz trochę endorfin od kontaktu z kimś to przestajesz sobie ich szukać np. w słodyczach.Zmieniasz tylko obiekt uzależnienia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale potrafisz powiedzieć albo zdajesz sobie sprawę z tego co Ci pasuje a co nie? Potrafisz mieć jakieś marzenia, fantazje o przyszłości czy nie? Łatwiej Ci stwierdzić co Ci pasuje czy co Ci nie pasuje? Wolisz żeby to druga osoba kierowała Twoim życiem całkowicie czy chcesz mieć w tym tez jakiś udział tylko nie wiesz jak to robić?

No właśnie chyba nie do końca. Mam wrażenie, że w bliższych kontaktach z drugim człowiekiem "poddaję się", kiedy ktoś wie, co będzie dla mnie lepsze. Załącza mi się takie myślenie w stylu "a może on ma rację", " on chce dla mnie dobrze" etc. Poza tym często bywało chyba tak, że po prostu bałam się przeciwstawić - bałam się odrzucenia, sprowokowania złości etc. Kiedy spotykałam się z kimś i mi na nim nie zależało - nie było problemu, potrafiłam jasno powiedzieć, że to, tamto i siamto mi nie pasuje. Ale kiedy w grę zaczynały wchodziły jakieś głębsze emocje zaczynało mi się wydawać, że ja nie mam prawa zgłaszać jakichś pretensji, roszczeń czy coś takiego.

 

 

 

Przemocowcy często stosują idealny wizerunek perfekcyjnego księciunia. Jak coś takiego na Ciebie oddziałuje?

Taki był człowiek, który zrobił mi ogromną krzywdę psychiczną - z uzależnienia od niego leczyłam się kilka lat i gdzieś w głebi duszy ciągle się boję. Boję się też, że spotkam kogoś takiego jak on... Imponują mi ludzie pewni siebie, władczy etc. Teraz takich unikam, ale w gdzieś z tyłu głowy pociąg do tego typu facetów został.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×