Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Lilith

Między młotem a kowadłem - rodzice kontra partner

Rekomendowane odpowiedzi

Co zrobić, kiedy między rodzicami a partnerem panuje niezgoda? Co zrobić, kiedy się kłócą, nie potrafią znieść, kiedy oczekują, że opowiemy się po którejś ze stron? Jak wybrnąć z takiej sytuacji?

Problem nie dotyczy tylko związków partnerskich. Co zrobić, kiedy "stara" rodzina próbuje się wtrącać w "nową"? Kogo wybrać? Czy musimy wybierać? Jak sobie poradzić z sytuacją, kiedy chcemy żyć w zgodzie ze wszystkimi, ale niestety, konflikty się nawarstwiają? Czy istnieje sposób, żeby Ich pogodzić? Jak się w tym wszystkim Wy czujecie? Jak psychicznie dajecie sobie radę?

Zapraszam do dyskusji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Wydaje się, że podstawowa rzecz to wyprowadzka "nowej" rodziny na swoje, najlepiej do własnego domu, nie każdy lubi bloki :D

To bardzo proste, w takiej Polsce wystarczy niecały milion zł, żeby sobie taki domek postawić, zarabiając 2.000 zł miesięcznie, można zaoszczędzić ten milion w 100 lat.

"Starą" rodzinę odwiedzać 2 razy miesiącu, albo 2 roku :D Ja bym swojej doglądał 2 razy w tyg :pirate:

Szkoda, że świat jest popi$%%ny, a ludzie zostali zniszczeni do tego stopnia (ofc nie wszyscy), że kłócą się o jakieś głupoty totalne i najchętniej by widywali się raz w roku, na wigilii, przeglądając fb na smartfonie :/

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja byłam w takiej sytuacji.

Jak rodzice partnera dowiedzieli sie że choruje natychmiast zmienili do mnie nastawienie i próbowali nastawic swojego syna przeciw mnie.

Najlepszym rozwiazaniem jest jak to kolega wyzej napisał wyprowadzka.

Im dalej tym lepiej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Praktycznie byłoby najlepiej.

Jak to jednak w życiu bywa, niestety nie zawsze jest to możliwe.

Dodatkowo, nawet po wyprowadzce mimo wszystko rodzice ( lub przynajmniej jedno z Nich ) mogą chcieć nadal ingerować w sprawy nowej rodziny. Co wtedy?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Dodatkowo, nawet po wyprowadzce mimo wszystko rodzice ( lub przynajmniej jedno z Nich ) mogą chcieć nadal ingerować w sprawy nowej rodziny. Co wtedy?

Wypada im wtedy powiedzieć, żeby się nie wtrącali.

 

Ja tu tylko teoretyzuję, nie byłem nigdy w takiej sytuacji i raczej nie będę. Mało osób udziela się w socjologii a tyle fajnych tematów założyłaś Lilith :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Co zrobić, kiedy między rodzicami a partnerem panuje niezgoda? Co zrobić, kiedy się kłócą, nie potrafią znieść, kiedy oczekują, że opowiemy się po którejś ze stron? Jak wybrnąć z takiej sytuacji?

Problem nie dotyczy tylko związków partnerskich. Co zrobić, kiedy "stara" rodzina próbuje się wtrącać w "nową"? Kogo wybrać? Czy musimy wybierać? Jak sobie poradzić z sytuacją, kiedy chcemy żyć w zgodzie ze wszystkimi, ale niestety, konflikty się nawarstwiają? Czy istnieje sposób, żeby Ich pogodzić? Jak się w tym wszystkim Wy czujecie? Jak psychicznie dajecie sobie radę?

Zapraszam do dyskusji.

 

Zależy ile dla Ciebie znaczy partner. Miałem w życiu ze dwa związki można by to nazwać gdzie rodzina się wchrzaniała. Ale wychodziłem z założenia ze jak mój "partner" sobie na to pozwala znaczy że jest nadal dzieciakiem i kazałem wybierać - albo rodzice albo my. I zazwyczaj dopóki sam tego nie uciąłem akcje rodzice i partner vs nasz związek trwało w najlepsze z mniejszymi albo większymi przerwami cała znajomość. Raz opieprzyłem babę równo nie przebierając w słowach (to był taki typ co musiał zawsze mieć rację i wkurzała mnie naprawdę mocno) ale na dłuższą metę nic to nie zmieniło. Rozmowy z córeczką trwały w najlepsze kiedy ja nie byłem w pobliżu.

Jak zadajesz się z kimś kto nie ma własnego podejścia i rodzice mają na niego wpływ to znaczy że nie dorósł do końca. Przeprowadzka nawet na drugi koniec kraju w czasach telefonów też niewiele da. Ja dawałem kopa w dupę po jakimś czasie, nie toleruję wtrącania się osób trzecich w swoje życie.

 

Chociaż moja teściowa teraz to inna bajka. Ktoś naprawde mądry co sporo w życiu widział i nie traktuje naszego małżeństwa jako pola do przedłużania swojej strefy wpływów. Osoba bardzo podobna do mnie, z bardzo podobnymi problemami w przeszłości i taką samą agresywnością. Dzięki rozmowom z nią posłuchałem na tyle swojej żonki i jej że wylądowałem na terapii farmakologicznej nie chcąc spieprzyć życia naszej córce tak jak ona spieprzyła mojej żonie. I to był za bardzo dobry ruch, sporo spokojniejszy teraz jestem ogólnie, nie ciśnie mnie, nie ma tylu zadym jak wcześniej to ma dużo dobrego wpływu na nas oboje. A ile ja w życiu spieprzyłem już tą swoja impulsywnością, agresją i narwaniem to tylko ja do końca wiem :roll:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Psychciu, również nie toleruję wtrącania się innych w moje sprawy. Jak potrzebuję, to sama zapytam. W sumie o tyle dobrze, że moja mama nigdy tego nie robiła. Co innego niedoszłe teściowe ( nie wszystkie, ale większość ). W dłuższej perspektywie zaczynało mnie męczyć ustępowanie i tłumaczenie facetowi, że Jego jaja są na tyle duże, że mamusia nie musi za Niego decydować. Niestety...w takich wypadkach mamusie zawsze wygrywają, a związki szlag trafia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgadza się Lilith, masz 100% racji

 

Przypomina mi się jedna rzecz. Ta akcja po której miałem gadkę z teściową, sytuacja która dała mi dużo do myślenia wtedy bo żona stwierdziła po raz kolejny że "synunio to święta krowa w oczach mamusi" ale tym razem było to aż nadto widoczne. Bylo to z rok temu - jesteśmy w domu, ja żona, teściowa przyjechała też moja matka. Siedzimy gadamy, nagle 2 miesięczny dzieciak zaczyna się drzeć o coć.

Mi coś odwaliło i wybuchłem, nie powiem Ci dlaczego, po prostu chyba ten płacz to była kropla przepełniająca czarę goryczy. Poczerwieniałem na gębie, zacząłem prężyć się kurwić i kląć rzucajac teksty w stylu "pier.... ten burdel, ten poj... dom" "w d... mam to pop.... życie w tym syfie itp..." no typowy napad domowego tyrana :roll: . Teściowa wywaliła gały na wierzch, żona poczerwieniała i ryjem i bluzgami na mnie a potem w płacz i żebym się odwalił od dziecka, wzięła je na ręce i przytuliła (jest wyczulona bo matka tak się na nią darła a dziecko podobno do 6, 7 roku życia nie rozróżnia czy klniesz w powietrze czy na nie bo coś zrobiło). Jeszcze bardziej się zapieniłem. Zaczęło być coraz bardziej hardkorowo, myślę sobie "cholera dziecko". Wiec wylazłem z domu nadal wściekły jak wszyscy diabli. Matka za mną wyszła wtedy, wsiadłem do samochodu żeby nie robić scen przed sąsiadami. Kurwiłem na potęgę, n wszystko co jest w domu - moje małżeństwo, żonę, dziecko a zamiast zjeby za chore zachowanie usłyszałem od niej tylko "Nie kłóćcie się"

 

Nie kłóćcie się.....

Do cholery ileż razy prowokowałem tego typu awantury z byle powodu. I nigdy matka mi zjebki żadnej za to nie dała. Nigdy.

 

Ale tym razem potem jak wróciłem teściowa zainterweniowała. Najpierw była wstępna zjeba, ale potem rozmowa. Ale rzeczowa i na temat. Powiedziała ze wie z czym się szarpie, że zna to ciśnienie i wrogość bo sama tak miała a jej córka przez to miała ogromne problemy (to znam dobrze z jej opowieści) i ze nie można dopuścić do tego żeby nasza miała to samo itp.... Dużo mi ta rozmowa wtedy dała. To po niej wszedłem na prochy. Nadal się wkurzam ale nie ak dziko, o wiele bardziej asertywnie i o wiele mniej destrukcyjnie.

 

Ale o co mi chodzi. Nie jestem typem maminsynka co do matki ucieka jak ma problem. Nigdy tak nie robiłem, od 13-14 roku życia moje problemy zachowywałem dla siebie ew. pytałem starszego rodzeństwa. Matka też nie jest jakoś przesadnie troszcząca się o mnie czy nadopiekuńcza. A mimo to nawet jakbym wyszedł i zastrzelił kilkadziesiąt osób jestem pewny że by mnie w celi albo w psychiatryku odwiedzała a jej pierwszym pytaniem byłoby "jak żyjesz synku, masz przyniosłam sałatkę".

Mój brat cioteczny - identyczna relacja z matką (nawet jak zaczął ćpać to był biedny synek i zero pomysłów jak go naprostować, to robił ojciec) Mój przyjaciel - bardzo podobnie. Dziesiątki innych przykładów obserwowałem i to jedyna reguła jaką w tym widzę. Ci co nie mieli ojca mieli zazwyaj bardziej przesrane bo byli bardzo podatni na wpływy środowiska. Ale matka zawsze była bezkrytyczna.

 

 

Miłość matki. Jedyna bezwarunkowa. Psychologicznie uwarunkowana. To nie do matki należy kształtowanie syna, mamusia ma tylko o niego kochać i dbać. Od kształtowania synka jest ojciec. Ona zawsze będzie syna bronić

 

Teraz co do partnerów to podstawowe pytanie czy synuś do mamy ucieka po radę czy jest na tyle ogarnięty że nie potrzebuje doradzania w kwestiach życia i związków. Dlatego z duetem mamusia/dziecko nigdy się nie wygra.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

A w sytuacji rodzica się postawcie. Mam dwudziestoletnią córkę, swoją zdobycz lat 25 przyprowadza mi do domu na oględziny.

Na pierwszy rzut oka facet wygląda ok, mogę zaakceptować dredy, mogę zaakceptować osiem kolczyków w uchu, natomiast 16 tatuaży z wężami zwraca moją uwagę. Co byście zrobili w takiej sytuacji? Ja bym się chyba powtrącał? Co mi będzie chorom curke na tatuaże wyrywał? Umieściłbym mu pluskwę w plecaku żeby sprawdzić w jakim towarzystwie się obraca i jaką ilość nielegalnych substancji spożywa.

 

Wtrącałbym się na początku, potem dałbym spokój. Młodzi i tak zrobią jak zechcą, przeważnie na odwrót niż by chcieli starsi :smile:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Ja mam podobną sytuację. Tj. mój mąż nie rozmawia z moimi rodzicami, nie widują sie nawet w święta. I tak jest w sumie lepiej, bo przynajmniej się nie kłócą i nie ma zagrożenia, że się pobiją. Trudno, tak musi być. A ja kocham i męża, i rodziców.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Psychciu, przynajmniej masz teściową, od której dostałeś rzeczową rozmowę. Użyteczną. Ja jedynie slyszałam, że nie dbam o synka, bo synek schudł 2 kg :mrgreen: Miałam na studiach związek, w którym chłopak był typowym synem mamusi i dziadków. Straszne. Mieszkałam z Nim i Jego mamusią przez jakieś 4 miesiące. Co niedzielę obowiązkowy obiad u dziadków i lustracja. Najlepiej by mnie też siłą zaciągnęli do Kościoła i odprawili egzorcyzmy. Raz dla świętego spokoju nawet poszłam. Jak tylko jechałam do pracy, to i mamusia i dziadkowie na mnie najeżdżali, że nie jestem dla synka i wnuczka dość dobra, że skoro nie jestem wierząca, to pewnie się k*rwię, że zapewne jestem juz z kimś w ciąży i synusia będę chciała w to wrobić. Wiedziałam o każdej takiej rozmowie, bo za każdym razem chłopak przychodził i się wypłakiwał, że nie spełnił oczekiwań rodziny względem dziewczyny, że Ich zawiódł, że powinien Im przyprowadzić kogoś lepszego. Miesiąc, dwa - tłumaczyłam. Po czterech miesiącach wynajęłam pokój i wyprowadziłam się o ponad godzinę drogi od mieściny, w której mieszkaliśmy, bo by mnie jasna krew zalała. Zaproponowałam, żebyśmy sobie razem coś znaleźli, ale oczywiście mamusia zainterweniowała, że przecież synek się w dużym mieście zagubi, nie poradzi sobie. Płacz i szantaż emocjonalny, że Ona tyle lat pracowała dla Niego, a On taki niewdzięczny i chce się wyprowadzić z lafiryndą, która Go poprowadzi na pokuszenie. Dodam, że trzeba było po Nim sprzątać, prasować Mu, gotować i przecedzać zupki, bo jak pływało Mu coś z warzyw, to rzucał talerzami. Totalna pomyłka. Wytrzymałam około 8 - śmiu miesięcy i odeszłam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sailorka, cięzka sytuacja ale tak często bywa. :? Tobie musi być przykro. Lilith, o osiem za długo. Co za ćwok to była chora rodzina, dobrze, że odeszłaś.

Ja tak żyłam parę lat. To co się wyprawiało to był istny dla mnie, psychiczny horror.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

zupa z rzodkiewek, chora...ciężko to tak nazwać. W małej mieścinie ( dziadkowie z wioski ), to nie było chore, ale normalne ;) Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i na początku niezbyt wiedziałam jak zareagować, żeby nie pogorszyć sprawy. Później, po setnej takiej sytuacji - po prostu przestało mi zależeć, zdystansowałam się i uznałam, że nie warto, bo co bym nie robiła, to i tak zawsze będzie źle. Jakby facet się starał jakoś to łagodzić, widziałabym, że mnie szanuje i nie daje się wodzić za nos, to ok. Próbowałabym dążyć do odcięcia pępowiny. Ale jak On był uczepiony spódnicy? Równie dobrze mogłam prosić o asertywność swoje kapcie i podejrzewam, że byłby to jeden poziom. Nie mogłam zupełnie na Niego liczyć, bo za każdym razem się ode mnie odwracał. Widziałam, jak patrzy na mnie "Ich" wzrokiem. A ja nie uważam siebie za zło wcielone, więc nie widziałam sensu w byciu z kimś, kto po rozmowie z rodziną uważał inaczej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×