Skocz do zawartości
Nerwica.com

3/4 życia z nerwicą natręctw


ChoryChorak

Rekomendowane odpowiedzi

Witam, Na początku napiszę, że nie wierzę, że to robię. W sumie wymagało to ode mnie ogromnej odwagi i samozaparcia, aby zarejestrować się na forum i napisać temat. Mam 20 lat. Nigdy z nikim nie rozmawiałem o moich problemach psychicznych. Jest to właściwie pewien rubikon, bo przekraczam granicę, która kiedyś wydawała mi się nieosiągalna. Mój największy problem to nerwica natręctw. Odkąd skończyłem jakieś 7 lat cierpię na tą chorobę. Kiedyś była o lekkim natężeniu. Dało się żyć z tą chorobą. Później bywały momenty, że te chore rytuały zabierały mi sporo czasu z dnia i przyprawiały umysł o katusze. Teraz właściwie żyję tymi rytuałami. Już każda czynność każdego dnia jest powiązana z nimi. Nie mogę umyć rąk jak człowiek, tylko muszę przed tym odkręcić i zakręcić kran kilka razy, albo kilkadziesiąt. Towarzyszy temu oczywiście liczenie. Najlepiej, żebym w głowie policzył do 28 i wtedy odkręcił. W takim momencie umyję ręce i wyjdę z łazienki zanim pojawią się kolejne natrętne myśli. Gdy byłem mały miałem myśli w stylu "jak nie wykonam tego "rytuału", to umrze moja mama". I musiałem je wykonywać, bo z mamą byłem mocno związany, teraz już mniej. Tak chciałem napisać kilka zdań o tym, na co cierpię. Natrętne myśli i czynności towarzyszą mi we wszystkim, co robię. Nie mam pojęcia, dlaczego tak długo zwlekałem, żeby chociaż zarejestrować się na forum tematycznym o nerwicy. Był to oczywiście strach :)

Kiedyś, gdy przeżywałem najgorsze chwile życia, miałem mocną depresję i w ogóle nieciekawe rzeczy, porozmawiałem z bliskimi na temat problemu. Doznałem wtedy tak silnych doznań psychicznych, że odcisnęło się to trwale w mojej psychice i od tamtej pory każda myśl, aby z kimś porozmawiać, nawet temat na forum założyć, była automatycznie negowana. Nie chciałem po prostu przeżywać tego uczucia jeszcze raz. No ale dzisiaj jakoś tak znikąd wzięło mnie, żebym założył temat na jakimś forum i o tym napisał. Wróćmy do mojej nerwicy natręctw. Wiem, że to, co robię jest irracjonalne. Zresztą większość cierpiących na tą chorobę o tym wie. Gdy pojawi się myśl "a może przerwę ten rytuał?", zaraz pojawia się druga myśl "nie, jednak tego nie zrobię, bo jak tego nie zrobię, to stanie się coś złego, dzień będzie nieudany".

Istotną kwestią, o której muszę wspomnieć przy nerwicy natręctw jest pewien schemat działania mojego mózgu. Wyobraźmy sobie, że kupuję sobie nowy ciuch, jest super, fajnie, aż tu nagle dzieje się jaka nieprzyjemna rzecz - nie wiem, usłyszę coś na swój temat niemiłego czy jakaś inna drobnostka albo większa rzecz - w takim momencie ten nowo kupiony ciuch będzie mi się kojarzył z tym dniem, w którym mi się coś nieprzyjemnego trafiło. Gdybym nosił go w następny dzień byłbym przygnębiony, bo kojarzył by mi się on z tym poprzednim dniem, w którym mi się coś złego przytrafiło. W ten sposób, ten ciuch z automatu leci do szafki i już go raczej nie założę, bo będzie mi się kojarzył z czymś złym. Mimo, że wydam na niego dużo pieniędzy, nie założę już go raczej, bo z automatu dzień, w którym ponownie go założę będzie straconym, smutnym dniem. To w sumie jest ogromny problem jak dla mnie. Nie dotyczy to tylko ciuchów, tylko właściwie wszystkiego, co sobie kupię. Ale się wylałem ze swoich problemów :D Nie wierzę, że piszę o swoich problemach na forum :D To bardzo dużo dla mnie znaczy. Może dzisiejszy dzień będzie w pewien sposób przełomowy. W nocy sporo nie spałem i myślałem, żebym w tym tygodniu poszedł do psychiatry. Nie psychologa - psychiatry. Chciałbym, żeby przepisał mi jakieś leki na uspokojenie czy coś. Żeby przytłumić działanie nerwicy natręctw. Nie chciałbym iść do niego, żeby sobie pogadać, wylać się ze swoich problemów. Wiem, że to nie tak powinno wyglądać leczenie. Ale od czegoś trzeba zacząć :) Myślałem nad tym, żeby samemu zamówić sobie jakieś leki przeciw nerwicy natręctw, ale wiem jak to może się skończyć - wpierniczę się w jakieś bezno czy coś i zamiast się leczyć, to jeszcze pogłębię nerwicę a przy okazji się uzależnię. Nie wiem, na co liczę na tym forum. Tak chciałem się wygadać po prostu. Nigdy nikomu nie mówiłem o swoich problemach. Może mi coś poradzicie/polecicie w tej sprawie? Jak walczyć z nerwicą natręctw? Myślę, że w tym tygodniu jest spora szansa, że udam się do psychiatry. Byłoby fajnie, gdybym miał na tyle odwagi i lenistwo by nie wygrało - bo tak, ostatnie lata, to było też duże lenistwo, że nie chciało mi się wziąć życie w garść i zacząć się leczyć, walczyć o spokój umysłu. Gdybyście coś napisali, to by było super. Może jakieś własne doświadczenia? Ale się rozgadałem :D Nigdy w życiu, nikomu o tym nie mówiłem. Fajnie było się tak wylewnie rozpisać o mojej chorobie. Mam 20 lat, 3/4 mojego życia to nerwica natręctw. Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Założyłem ten temat chwilę temu a już czuję pozytywny rezultat. Czuję w środku euforię i radość, że się wygadałem o swoim problemie. Jak na razie rytuały zniknęły. Wiem, że dzisiaj jeszcze wrócą, ale w tej chwili jestem od nich wolny. Fajne uczucie. Takie trochę niepełne, bo umysł przytłumiony tym, że napisałem o rzeczach dla mnie przykrych, ale lepsze to (ta dawka euforii) niż taki trochę marazm. Tak piszę, bo mnie natchnęło, żebym dodał coś do tego tematu jeszcze. Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Fajnie, że jestem tu mile widziany :)

Może będę pisał tutaj, co mnie boli, nie wiem. Po wczorajszym napisaniu, wyżaleniu się, dzień mi zleciał nawet fajnie :) Przez większość dnia nie miałem prawie żadnych "rytuałów". Porysowałem sobie trochę, nawet mi to wyszło i byłem zadowolony :)

Ale dzisiaj mam już mniejszy humor. Mój ojciec mi go popsuł. Zrobił mi awanturę, że nadal jestem na bezrobociu, że jutro mam iść do Urzędu Pracy itd. Mógłbym w sumie iść do tej pracy, ale jednak czuję, że to jeszcze nie ten moment. W sensie, że jeszcze nie czuję się na tyle dobrze, żebym mógł przebywać z ludźmi przez 8 godzin dziennie. Niedługo już będę pracował, ale to jeszcze nie jest ta chwila. Ojciec to ogólnie idiota, bardziej nim gardzę niż mam do niego szacunek. Taki prosty, głupi człowiek. Nigdy z nim nie byłem jakoś bardzo związany. Wczoraj myślałem, że pójście do psychiatry jest najważniejsze, dzisiaj już mniej o tym myślę. Kiedyś będę musiał i tak iść, bo sam na pewno nie wygram z nerwicą natręctw - bez tej farmakologii całej. To tak chciałem sobie napisać. Bardzo pozytywne skutki widzę jak na razie pisania tutaj :D Prawie nikt tego nie czyta, pewnie większość skasowała zakładkę z tematem, po zobaczeniu pierwszego postu, ale i tak jakoś tak lepiej się czuję, wiedząc, że anonimowo to sobie napisałem :) Chyba nie mam jakiejś mocnej tej nerwicy natręctw, skoro potrafię ot tak czasami wywalić rytuały z dnia codziennego. Kiedyś jeszcze wrócą, ale na razie jest dobrze :) Pozdrawiam :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chorychorak,wielu mądrych ludzi chorowało na tę przypadłość.Np. Nikola Tesla nigdy nie zjadł zupy jak nie policzył jej objętości.

Sam musisz zdecydować czy owa dolegliwość przeszkadza Ci w codziennym życiu i nowej pracy na tyle,że wymaga leczenia.

OCD-Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne są trudne do wyleczenia i raczej nie spotyka się remisji.Rozważ możliwość pogłębienia się dolegliwości.Zdaję sobie sprawę,że wkroczenie na teren farmakoterapii to one way ticktet.Wizyta i porada u dobrego lekarza psychiatry sądzę,że nie zaszkodzi.

Porozmawiaj na forum z "natrętnikiem"/nick/ ,Udziela się często na podforum "Leki".

Ja mam tylko depresję i zaburzenia lękowe.

Trzymaj się i pozdrawiam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Cześc , dobrze , ze sie przełamałeś, w końcu kiedys trzeba a pogodzenie sie z tym faktem pomaga a rozmowa również.Ja mam od 5 roku zycia , chociaz ostatnio jest oki , ostatnich pare lat, ale bywało lepiej i gorzej, da sie zyc. Rafael Nadal tez ma NN i nie przeszkadza mu to byc wybitnym tenisistą.:).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kurde, wszedłem na forum z dosyć słabym humorem, przeczytałem wasze posty i od razu się cieplej zrobiło :) Niby głupie napisanie paru liter na forum do anonimowego gościa, a ile można zrobić :) Fajnie usłyszeć takie słowa, szczególnie jeśli osoba, która to pisze ma świadomość, z czym żyję :)

Wchodzę dzisiaj, żeby napisać jak się czuję, co robię itd. Sam sobie przepisałem taką terapię, że będę pisał na forum, co mnie boli.

Ostatnio znalazłem sobie ciekawe zajęcie. Nie do końca ciekawe z obiektywnego punktu widzenia, ale dla mnie super. Oglądam sobie serial. Czas mi przyjemnie leci. Szczególnie mi się spodobał, bo główny bohater ma problemu psychiczne. Serial ten to Mr. Robot. Jestem ciekawy, jaka byłaby ocena po pierwszym odcinku osoby, która cierpi na schizofrenię - jak główny bohater. Jeśli ktoś ma czas, to polecam obejrzeć :)

W sumie tak mi ten czas leci - leniwie się, siedząc na kompie. Mam w głowie myśli, że wypadałoby poszukać pracy, że mogę wyrwać się z tego marazmu nerwicowego, ale jednak raz, że mnie trzyma lenistwo a dwa, że nie mam na razie na takie coś siły.

Od jakiegoś czasu palę marihuanę. Wiem, że to głupie, żeby palić chorując na nerwicę natręctw. Co ciekawe, na peak'u(to jest ta właściwa "faza" po marihuanie - tak się to w slangu nazywa) to ja rządzę swoim umysłem. Nie ma wtedy mowy na większość "rytuałów", mówię w głowie "nie" i koniec. Czasami jednak wracają te natręctwa, ale ostatecznie to ja wygrywam. Po peak'u jest czas rozluźnienia, relaksu itd. Wtedy, też co również jest ciekawe nie mam natręctw na rytuały, a jeśli są, to nawet mniejsze. Najgorsza część palenia to dzień po, kiedy się budzisz. Nie chce się w ogóle wstać, najlepiej leżałoby się w ciepłym łóżku. Wiem wtedy, że muszę się wykazać dużą powściągliwością, żeby nie wpaść w ciąg rytuałów. I tu potwierdzam, że marihuany nie wypada palić, gdy ma się nerwicę natręctw. Rankiem, po przebudzeniu mam najgorsze rytuały. Tzn. cholernie łatwo w nie wpaść. Jeśli nie zrobię jednego z nich, to w głowie mam myśl, że coś się złego stanie, dzień będzie stracony itd. Nie są one jednak tak niszczące, jak rytuały, do których mnie ciągnęło w czasie największych natręctw. Wczoraj też paliłem, i to 2 razy. Jestem świadomy tego, że to debilizm - jarać mając nerwicę natręctw, ale media wykreowały ten narkotyk tak, że choćbym nie wiem jak chciał, to będzie mi się kojarzył z fajną używką, którą wszyscy zażywają itd. I wtłaczam w siebie to THC, potem nadchodzi faza, jak mam humor i dobre samopoczucie, to jest fajnie, mam myśli, których nie mam na trzeźwo. Wydaje mi się, że rozumiem świat itd. Ale jak mam zły humor i zapalę, to jest horror. Czasami są takie napady myśli, paranoje, że opisać się nie da. Aktualnie potrafię kontrolować ten stan. Gdy pojawia się zła myśl i wpadam w ten ciąg myślowy, każda myśl jest coraz gorsza itd., mówię sobie "to nie jest prawda, uspokój się". Skłamałbym, gdybym napisał, że jestem uzależniony od marihuany. Ja wiem, że nie jestem. Obrzydza mnie zapach konopii, a co dopiero zapach czarnej części blanta - tam gdzie się gasi. Smród jest ohydny. Obrzydza mnie ten dym. To kompletnie nienaturalne dla organizmu człowieka, żeby wtłaczać sobie smolisty gaz do płuc. Brzydzi mnie to kompletnie. Robię to chyba dlatego, żeby odciąć się na chwilę od świata. Na peak'u są problemy, czuje się je o wiele mocniej, ale są one przytłumione, i można wtedy zająć umysł czymś innym. Tak, właściwie po to to robię. Żeby trochę odlecieć, poczuć odmienną świadomość. Brzmi to jakbym był ćpunem :D Na szczęście mam rozum, żeby nigdy nie próbować niczego więcej. bo wiem, jak znam siebie, że gdybym wszedł, to już bym nie wyszedł z ciężkich narkotyków. Wczoraj paliłem i powiem, że te fazy były słabe. Oglądałem jeden odcinek Mr. Robot i prawie niczego nie pamiętałem, ale tak to jest. Plus był taki, że się bardzo najadłem. W sumie powiem, że ta trawa jest bardzo przereklamowana, nic fajnego w sumie. Może trzeba być zdrowym psychicznie, żeby widzieć w niej większość plusów? Nie wiem, myślę, że tak. Były momenty, że na fazie poznałem naturę swoich problemów, doświadczając przy okazji traumatycznych przeżyć, ale coś tam zrozumiałem. Ale na dłuższą metę trawa to przeżytek i jak dla mnie, stwarza więcej minusów, bo gorsze ciągi rytuałów wytwarza. Trzeźwość jest zdecydowanie lepsza :)

Od niedzieli, kiedy napisałem ten temat to teraz żyję takim nienormalnym tygodniem, którego chyba nigdy nie miałem w życiu. Jest mi na pewno lżej, bo zawsze mogę tu wejść i napisać, co mnie boli. To zaskakujące, bo tydzień temu nie uwierzyłbym, że mogę pisać na forum o moich problemach, i że KTOŚ może to przeczytać i się o tym dowiedzieć. Tydzień temu byłoby to dla mnie traumatycznym przeżyciem. A teraz tu jestem, pisząc o swoich problemach nie mam prawie żadnych myśli w stylu "nie zrobię tego, bo ktoś się o tym dowie, będę czuć się tragicznie". To ogromny sukces dla mnie :)

Skoro znalazłem siły, żeby tu wejść, to za jakiś czas uda mi się pójść do psychiatry :) Zdecydowanie łatwiej mi jest, jak tutaj piszę. Wiem, że temat jest od niedzieli, ale te dni zleciały w sumie w porządku :) Jak ktoś to czyta i ma wątpliwości, czy założyć swój wątek - to polecam :)

Trochę napisałem tego postu, więc jak na tą chwilę starczy :) Jeszcze raz dzięki za dobre słowa, one na pewno pomagają, mi pomogły :) Pozdrawiam wojowników o zdrowie :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kurde, napisałem o tym, że palę marihuanę i teraz mam nieprzyjemne myśli, że zrobiłem to niepotrzebnie. Że teraz mnie pewnie już poważnie nie weźmiecie, skoro sam siebie krzywdzę pogłębiając nerwicę natręctw paląc trawę.

Tak to piszę, bo to taka moja walka z przykrymi myślami.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Wszyscy chorzy psychiatrycznie w jakimś okresie swojego życia sięgali po używki by sobie pomóc.Znakomita większość w czasie leczenia przestała.Ich stan psychiczny im na to pozwolił.Musisz się zacząć leczyć ,choroba będzie się pogłębiać.

Pozdrawiam

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jak na tą chwilę, to rytuały zwiększyły swoją częstotliwość, nie dużo, ale zauważalnie. Jednak cieszy mnie to, że potrafię nad nimi zapanować. Mówię w głowie "NIE" i po sprawie. W większości przypadków to działa. Wcześniej nawet, gdy tak mówiłem "NIE" raczej nie skutkowało to żadnym sukcesem, a teraz rzeczywiście jest to rozkaz dla psychiki. :) Oczywiście mam też takie stare "rytuały", które się mnie trzymają właściwie od początku choroby. Walka z nimi jest ciężka, bo już się przyzwyczaiłem, że muszę je zrobić, bo stanie się coś złego/będę się źle czuł. Te nowe rytuały zdecydowanie łatwiej jest pokonać. Pomimo tego, że jeszcze nie umiem rozwalić te starocie, to bardzo mnie cieszy, że spotkały mnie ostatnio pozytywny rzeczy, jak rejestracja na tym forum :), dobre samopoczucie, no i umiem częściowo mówić "NIE" chorobie :) Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie jest źle jak na razie :) Humor nawet dopisuje, rytuały jak były tak są, ale mniej, no i nauczyłem się z nimi walczyć - czy skutecznie czy nie, to powiem, że różnie, ale przeważnie ja wygrywam. Bardzo się rozleniwiłem, ale wciąż mam w głowie myśl, że muszę iść do pracy. Nie traktuję jej zbytnio negatywnie, bo wiem, że praca jest potrzebna, i wiem też, że się jej podejmę za jakiś czas.

Czasami, po jakimś niemiłym doświadczeniu (np. kłótnia z rodzicami) czuję się źle. Wiecie jak to jest, poddenerwowanie i te sprawy. Ale tu dochodzi jeszcze jeden aspekt, o który chciałem zapytać. Nie wiem, czy to podchodzi pod depresję, ale miałem prawie identycznie podczas depresji lata temu. Chodzi mi o sposób w jaki widzimy po niemiłym doświadczeniu. Może to dziwnie brzmieć, ale już tłumaczę. Gdy mnie spotka coś, co sprawia mi przykrość, od razu staję się smutny oraz zaczynam widzieć dziwnie przez oczy. Widzę jakby przez mgłę, trudno to opisać, ale chyba najlepiej tym krótkim słowem - mgła. Czuję się jakoś tak otumaniony, otoczony aurą smutku. Ostatnie zacząłem w takich momentach pić zieloną herbatę i melisę. Może to placebo albo rzeczywiście mi pomogło, bo pomogło :) Chciałem was zapytać, czy ta "mgła" przed oczami oznacza u mnie depresję, problemy z oczami, czy po prostu tak zawsze jest. Może też tak macie? Jestem ciekawy, bo często mam to uczucie i się zastanawiam. Pozdrawiam :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gdy pojawia się natrętna myśl, która próbuje mnie zmusić do wykonania jakiegoś rytuału, blokuje ten rozkaz, zagłuszam go wewnątrz głowy. Żeby pokonać tą myśl, robi taki swoisty anty-rytuał. Gdy następuję moment pojawienia się myśli, po chwili wykonuję jedno mrugnięcie i przesuwam oczy w inny kierunek, przeciwny od rzeczy związanej z natrętną myślą np. Tak to można nazwać. Jeśli jest to bardzo natrętna myśl, np. mój lęk przed czymś, to raczej uda się jej mnie pokonać. Tak to wygląda.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Masz rację. Nie myślałem o tym w ten sposób. Rzeczywiście na dłuższą metę, to nie przejdzie, bo to mruganie itd. będzie kolejnym rytuałem. Na szczęście tu anty-rytualne zachowanie nie pojawia się przy każdej natrętnej myśli. I część z nich po prostu w głowie pokonuję, mówiąc im "NIE".

Towarzyszy temu jak zwykle to uczucie, że może jednak mógłbym zrobić to, co wymaga ode mnie natręctwo, wiecie o co mi chodzi. Po chwili to uczucie przechodzi i okazuje się, że nic się nie stało, mimo że nie wykonałem czegoś. Coraz częściej to zjawisko obserwuję, z czego się cieszę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Długo tutaj nie pisałem, ale dzisiaj muszę.

Przed chwilą ojciec zrobił mi awanturę, że muszę iść do pracy. Czuję, że dłużej już nie dam rady siedzieć na bezrobociu, bo ojciec też ma swoją granicę. A więc praca. Mówią do mnie: "praca jest najważniejsza", "bez pracy nie ma życia", "wszyscy pracują, A TY NIE". To jest niesamowicie wkurzające, bo oni nie rozumieją mojej sytuacji. Nie zdają sobie nawet sprawy z czym ja walczę każdego dnia. Nerwica natręctw, myśli paranoiczne, depresja, która co jakiś czas powraca, i tak od 3 lat.

Jestem słabym człowiekiem, bo nie mam siły iść do żadnego psychiatry ani psychologa, a o rozmowie z rodzicami nie wspominając, bo to jest dla mnie tak wrażliwy temat (rozmowa z nimi), że wolałbym bardziej wygadać się lekarzowi niż im. Depresja sprawiła, że wypaliłem się uczuciowo do bliskich. Stałem się egoistą. Nie myślę już o innych, ale tylko o sobie, o tym jak mam przeżyć to życie, żebym był szczęśliwy. Można powiedzieć, a zabrzmi to niemiło, ale gardzę już rodzicami. Ojciec to idiota, i obiektywnie rzecz ujmując mógłbym go nie szanować, matka za to jest bardzo dobrą osobą, z którą kiedyś byłem bardzo zżyty, jednak teraz jestem na nią zły, bo nie potrafiła dobrze zadbać o moje zdrowie psychiczne, choćby wizytą u psychiatry, skoro już w dzieciństwie przejawiałem oznaki nerwicy natręctw czy tików. Choroby całkowicie wypaliły we mnie ośrodek empatii do nich.

 

Skończyłem palić marihuanę, bo choć dawała chwilowe odcięcie (o ile miałem dobry nastrój, bo jak zły to tylko potęgowała smutek i depresję) od problemów, to za parę dni miałem straszne ataki nerwicy natręctw.

 

Mam często tak, że przypomnę sobie o przykrej sytuacji z przeszłości, i choćbym na chwilę przed tym miał dobry humor, to zaraz się zepsuje, bo pojawia się ten depresyjny smutek, jakby zamglenie przed oczami i widzę tylko tą cholerną szarość, żadnych kolorów, tylko tą szarość.

 

Często pojawiają się myśli samobójcze, ale jestem za słaby, żeby się zabić, i na pewno nigdy tego nie zrobię. W głowie pojawia mi się scenariusz, że gdy się zabiję to zniknę, nie będzie mnie, jakbym odrzucał istnienie poza cielesne, mimo, że jako tako wierzę w Boga, a w życie po śmierci to już całkowicie jestem pewny, że istnieje.

 

Wracając do meritum tematu - muszę znaleźć pracę, bo choć wygodnie jest siedzieć w domu, gdzie jest się bezpiecznym, to i tak muszę znaleźć jakąś pracę. Szukałem na stronach z ogłoszeniami, ale nic interesującego nie znalazłem.

Wspomnę tutaj jeszcze, że mam jakby fobie społeczną. Wiele razy zdarzało mi się, że ludzie mnie krytykowali, naśmiewali się ze mnie, czy to w szkole, czy poza nią. Nie byłem jakimś odludkiem, miałem kolegów, ale lubiano sobie ze mnie pożartować a bo on taki śmieszny jest hehe to można z niego jaja robić. Przed ten cały czas nieświadomie kumulowało się to wszystko, aż w końcu pogorszyło to mój stan psychiczny. Boję się ludzi. Że znowu będę ze mnie drwić, przez co znowu będę się czuł jak śmieć. Tyczy się to też nowej pracy. Nie mógłbym pracować w miejscu, gdzie mam styczność z wieloma osobami, a gdzie na pewno znajdą się takie jednostki, którym nie przypadnę do gustu i nie będę się tam dobrze czuł. W sumie proszę was o naprowadzenie mnie na jakąś pracę, która może nie być dobrze płatna, ale w której będę się czuł bezpieczny, w której nie będzie dużo osób. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale może macie jakiś pomysł? Nie chodzi mi o pracę, którą bym wykonywał w domu, bo to byłoby dla mnie uwłaczające (przepraszam, jeśli kogoś to uraziło). Nie mam siły pracować, ale muszę iść.

 

Tak bardzo jestem zły na matkę, że nigdy nie pomyślała, żeby udać się ze mną do psychiatry, chociaż DOSKONALE WIEDZIAŁA, że mam tiki nerwowe, które nigdy nie minęły. Może teraz byłbym szczęśliwym człowiekiem, a nie wrakiem, które nic nie wnosi do świata. Nie mam siły na to pieprzone życie, nie powinienem się urodzić.

 

Proszę was, doradźcie mi coś z pracą, bo teraz tylko tutaj mogę o tym rozmawiać, na tyle starcza mi sił.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mój ojciec to też beton.

Nie wiem czy praca przy nn to dobry pomysł. Jak się tak człowiek "zawiesi" w tych swoich natrętnych myślach to może to być niebezpieczne. Zresztą zależy od pracy. Na pewno te myśli natrętne bardzo obniżają efektywność pracy. Często prostych rzeczy nie da się dokończyć. A jak Ci przy tym ktoś nawrzuca jaki jesteś nieudacznik i że sie nadajesz... no to wiadomo jak dalej może być.

Z drugiej strony teraz rąk do pracy jest mało i pracodawcy nie wybrzydzają tak jak jeszcze do niedawna.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kiedyś to mi się marzyło żyć prostym życiem jak w amerykańskich sitcomach.

Teraz by mi wystarczyło, żebym widział przyszłość w jasnych barwach. Żebym widział nadzieję, że uda mi się ułożyć życie i żyć chociaż w połowie życiem jak w tych sitcomach.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dawno nic tutaj nie pisałem. W sumie nie miałem chęci.

Do tego czasy bywało dobrze i źle. Poszedłem w końcu do pracy. Miałem szczęście, że jest to praca w hali, gdzie nie ma wielu pracowników, a jeśli są to daleko ode mnie i właściwie przez cały dzień pracy mam kontakt może z jednym pracownikiem, który mi pomaga jak czegoś nie wiem itd. Praca nie jest zła. Dużo się nie męczę. Gorzej z psychiką. Już pierwszego dnia mnie zdenerwował koleś, który miał mnie szkolić. Denerwują mnie takie sytuacje, że ja staram się wypełniać wskazane polecenia, robię to jak najlepiej, a ktoś ma jeszcze jakiś problem, że za wolno robię. Kurwa, typie, robię tu pierwszy dzień. HALO?

W sumie pracuje tam niecały miesiąc. O cały miesiąc za długo.

 

Pogorszyło mi się zdrowie psychiczne. Codziennie myślę, że to wszystko nie ma sensu, że ja nigdy nie będę szczęśliwy. Myśli o samobójstwie mam już nie co tydzień, ale w każdy dzień. Nie mam uczucia przytłoczenia jak przy depresji - bardziej wypalenie z uczuć. Po prostu nie mam siły, żeby chodzić do tej pracy, nie widzę w tym sensu.

Nie mam ochoty się męczyć - i fizycznie i psychicznie, żeby starzy byli zadowoleni, że nie siedzę w domu. Żebym dostał za wykonaną pracę kasę, za którą i tak nic nie kupię, bo takie jest życie z nerwicą, że składam tą kasę jak debil, bo co bym nie kupił, to zaraz mi się nie spodoba i jak zwykle ten sam mechanizm zadziała, że ostatecznie kupiona rzecz nigdy nie zostanie użyta.

 

Nie mam siły wstawać rano zmęczony i zapieprzać do tej pracy. Moje otoczenie to moloch. Ten moloch mnie zabija. Okropnie czuję się w domu. Kiedyś tak bardzo kochałem to miejsce, a teraz mnie obrzydza z dnia na dzień.

 

Nienawidzę swojej rodziny. Zrozumiałem, że choć kiedyś ich kochałem tak teraz już nie. Zostało mi do nich uczucie obrzydzenia. Brzydzę się nimi, ich prostackim myśleniem, że nie rozumieją moich problemów. Gardzę tym wszystkim.

 

Co chwilę pojawiają mi się myśli, że przecież w każdej chwili mogę się zabić. To jest taka nagła myśl jak się źle poczuję i chcę uciec z sytuacji stresu.

Nie wiem już co myśleć. Przyszłość widzę w ciemnych barwach. Chyba już nigdy nie będę się cieszył z życia. Chciałbym, żeby to wszystko się już skończyło, bo jestem naprawdę zmęczony.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem teraz w pracy. Mam chwilę, wiec postanowiłem się wyżalić, bo mnie coś strzeli.

Pracuje od 18.00, wróciłem właśnie z chorobowego i tak jak w domu czułem się w.miare dobrze jak na.moje standardy samopoczucia tak teraz w pracy czuję się jak śmieć. Wróciło przygnębienie. W drodze do roboty mijając szare krajobrazy snułem sobie postanowienie, że w końcu trzeba będzie się zabić zapewne.

Nie widzę sensu,.żebym pracował wśród ludzi będąc chorym na to gowno. Do tego czasami ta depresja, która.co.jakis czas wraca, wahania nastroju, że w jednej chwili chce mi się żyć a zaraz już chce się zabić.

Cholernie nie chce mi się siedzieć w tej pracy. Czuję, że siedzę tu tylko, żeby sprawić sobie ból. Mi nie są potrzebne pieniądze i nie potrzebuje mieć stałego źródła dochodu jeśli w środku umieram. I myślenie o pracy i nad jej przyszłością jest ostatnią rzeczą o jakiej myślę.

 

Zastanawiam się czasem czy nie mam w sobie jakiegoś zalążka schizofrenii, bo parę atutow tej chorobiy są mi jakby bliskie.

 

Chciałbym znowu nie pracować i nie mieć w głowie tej presji społecznej, tych wzrokow ludzi w pracy itd. Może mam fobię społeczna, nie wiem. Nie lubię ludzi po prostu. Za dużo razy byłem przez nich skrzywdzony.

 

To mój najbardziej chaotyczny czas w zyciu. Zazwyczaj było bardzo źle, teraz jest tragicznie. Nie wierzę juz, że kiedyś ułoże sobie życie. Czuję się, jakbym zobaczył świat za jakąś zasłona i że zrozumiał prawdę o nim. Ze nasze życia nie mają sensu, bo po co się meczyc, cierpieć. Boga pewnie i tak nie ma. A jeśli jest to rzeczywiście jest milosierny. ..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×