Skocz do zawartości
Nerwica.com

Do kogo zwrocic sie o pomoc?


anonimowoanonimowo

Rekomendowane odpowiedzi

Cześć

 

Mam problem. Problem ze swoją głową, którzy rzutuje na codzienne życie, prace, związki itd. Zanim wyleje się na mnie fala hejtu - często czytam historie ludzi których życie doświadczyło w naprawdę okrutny sposób. Sam przez jakiś czas miałem styczność z dzieciakami z oddziałów onkologicznych. Wobec tych wszystkich tragedii moje problemy są nic nie znaczące i nieważne. Sam często ganiłem się za "rozczulanie" się nad sobą, ale doszedłem do wniosku że nieistotne jest to jak bardzo błahy lub poważny z boku jest mój problem, skoro nie daje mi on normalnie funkcjonować.

 

Poniżej napiszę o co mi chodzi.

-Wbrew pozorom wszystko jest okej. Mam <30 lat, jestem po studiach (asem nauki nie byłem, ale umiałem zawsze dobrze się "zakręcić" i łatwo nawiązywać kontakty z ludzmi).

Problem jaki widzę nr 1: totalnie nie umiałem się zmotywować do systematycznej pracy, zbierałem się do nauki/pisania prac/itd. w ostatniej chwili i tylko dzięki temu że jestem zdolny jakoś przebrnąłem przez studia. To nie było "o, dzisiaj poniedziałek, chodźmy na browar zamiast na zajęcia" - zdarzało mi się przez tydzien siedziec w pokoju i nic nie robic poza zamawianiem zarcia i piciem piwa. Momentami myslalem ze to depresja.

 

-Nigdy nie mialem problemu zeby nawiazac kontakt z dziewczyną (nie znaczy to że nie trzęsły mi się nogi jak chciałem zagadać do ślicznej dziewczyny, bo trzęsły jak cholera), ale nigdy nie udało mi się zaangażować w jakikolwiek związek na dłużej niż kilka miesięcy. Nie jestem brzydki, mam sporo ciekawych zainteresowan, znam się na literaturze,a przy okazji turlam sie po macie i biegam na siłownię itd. Jak zostanę sam na sam z dziewczyną która mi się podoba i nie jest kosmiczną introwertyczką to mogę z nią gadać do świtu, mimo że strasznie daleko mi do kolesia do którego kobiety same lgną. O tym żeby pójść z nią do łóżka na pierwszym lub kolejnych spotkaniach nie wspomnę - nie jest to dla mnie kłopotem.

Problem jaki widzę nr 2 : Nie umiem się zaangażować na dłuższą metę. Spotykanie się, umawianie, poznawanie drugiej osoby itd jest na początku fascynujące, jednak jak tylko dochodzimy do momentu w ktorym nasza znajomosc staje się związkiem to "odpuszczam". Jestem wlasnie po raz kolejny w takiej sytuacji. Niczego bardziej na swiecie nie chcialbym niż tego zeby moja glowa nie płatała mi takich numerow i pozwoliła się zaangażować w relację z drugą osobą. W teorii wiem wszystko - wiem jak się zachowac, wiem jak sprawiac zeby kobieta czula się przy mnie bezpiecznie, wiem jak sprawiac zeby czula się wyjątkowo. Nie jestem złym Sebą który "przypierdoli jak trzeba", wręcz przeciwnie. Nie mam zadnych oporów zeby odstawiac akcje w postaci kupna miliona kwiatów i wjechania z nimi na salę pełną ludzi wśród których jest kobieta z którą się umawiam, zabrania ją na wycieczkę niespodziankę do Włoch w klapkach i dresie z jej klatki schodowej itd. Sytuacja kryzysowa? Rodzina w szpitalu/dramat w pracy/inne? Nie ma problemu - rzucam wszystko i jestem obok żeby wspierać. Niektóre moje znajome uważają że 98% lasek dałoby się pokroić za takiego faceta. Tylko że co z tego? Co z tego że wiem jak to wszystko robić, co z tego że na początku sprawia mi to niesamowitą frajdę (uwielbiam patrzeć jak ktoś na kim mi zależy się cieszy), skoro w pewnym momencie przestaje mi na tym zależeć. Staram się dalej, ale potem idę biegać wieczorami, siadam w parku na ławce i gapię się przed siebie starając się dojść do jakichś wniosków albo probując wymyśleć jakieś pomysły na zmianę sytuacji, niestety bezskutecznie. Po kilku tygodniach/miesiącach nie umiem dłużej udawać, oddalam się, zaczynam się denerwować, wszystko się sypie. Pojawiają się kłótnie, które momentami sam wywołuję. Jak już prawie odchodzimy od siebie i widzę że sytuacja jest zła następuje kolejny, ostatni już zryw (tak jak na uczelni - gdy egzamin był za 24 godziny, to siadałem i zakuwałem żeby zdać, ale w związku takie krótkotrwałe zrywy nie zadziałają). Koniec koncow wszystko się pier****i. Efekt? Dziewczyna zraniona, ja zdołowany próbujący uciekać w sport, imprezy, czy nawet jezdzenie autem po nocy aby tylko nie siedzieć samemu w domu i nie myśleć nad sobą, bo łapię wtedy takiego doła że wyję na kanapie i mam ochotę rzucić się z balkonu. Nie pokazuję tego na codzien - jestem uśmiechnięty i miły dla otoczenia, jedynie kilka osob wie jakie bagno mam w głowie.

 

-W pracy wszyscy są ze mnie zadowoleni, jednak ja sam wiem że stać mnie na dużo więcej. Dzięki temu że jestem zdolny i wiem jak rozmawiać z ludźmi - wyrabiam 100 narzuconej na mnie % normy (w uproszczeniu). Jednak naprawdę staram się tylko w kryzysowych sytuacjach (naglący termin, itd), na codzień często sie opierd***m. Gdybym pracował na 90% swoich mozliwosci dzien w dzien to robilbym 2x tyle co teraz i pewnie w bardzo szybkim tempie awansował. Praca i branża (technologie) mnie ciekawi, mimo to widzę że w pierwszych miesiacach duzo bardziej się przykladałem (za kazdym razem jest tak samo - w pierwszych miesiacach jestem ideałem, w kolejnych zaczynam sie opierd***c jednak nadal spelniam oczekiwania).

Problem jaki widzę nr 3: Nie umiem zmotywować się do ciężkiej pracy dopóki nie mam jakiegoś miecza nad swoją szyją. To frustruje, czasem pol dnia gapię się w monitor mimo że mam sporo do zrobienia, i zabieram się za wszystko o 23 konczac o 4 rano i na 8 idąc znow do pracy. Dodatkowo jestem bałaganiarzem. Nie wyobrazam sobie takiej sytuacji przez nastepne kilka lat bo zwyczajnie zwariuje.

 

Nie oczekuję tu porad w stylu "powieś się", ani obelg "krzywdzisz te dziewczyny" itd. Wiem co robię, jestem wrażliwym gościem i mam wrażenie że przeżywam takie związki ktore spierdoliłem bardziej niż przezywają skrzywdzone przeze mnie laski. Po prostu doszedłem do ściany. Chciałbym móc być szczesliwym facetem w zwiazku, z satysfakcjonujaca praca. Tymczasem jestem kolesiem który na zewnątrz wygląda na szczęśliwego, a w głowie mam myśli o tym żeby z sobą skonczyc, i przeogromne poczucie winy w zwiazki z relacjami z dziewczynami. Background rodzinny - wyprowadzka z domu w wieku 19 lat, 1 rok starsza siostra z ktora mam dobre relacje, kochajaca i bardzo wrazliwa mama, oziebly ojciec ktory nigdy nie okazywal uczuc przed nami (mimo że ryczał jak myślał że nie widzimy gdy się z nami pokłócił), i psychicznie znęcał się nad moją matką.

 

Gdzie szukać pomocy? Psycholog? Psychiatra? Jakiś inny terapeuta? Myślicie że da radę z tym cokolwiek zrobić? Nie chciałbym jedynie skończyć na lekach, bo widzę po kilku osobach z bliższego lub dalszego kręgu że odkąd zaczeli je brać są jak zombie, stoją obok swojego życia które biegnie obok nich, jednak w nim nie uczestniczą.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

anonimowoanonimowo, jasne, że można z tym coś zrobić, by na nowo cieszyć się życiem i stworzyć udany związek.

W większości przypadków to doświadczenia z dzieciństwa rzutują na naszą dorosłość i radzenie sobie w dorosłym życiu.

Nie potrzebujesz lekarstw, więc wizyta u psychiatry niepotrzebna.

 

Poszukaj w Twoim mieście certyfikowanego psychoterapeuty. Możesz to zrobić przez internet.

Potem udaj się do lekarza rodzinnego po skierowanie na psychoterapię.

Zanieś to skierowanie do przychodni, w której pracuje wybrany psychoterapeuta.

Na terapię u takiego specjalisty czeka się około roku.

 

Jeśli stać Cię finansowo i chcesz, by nie czekać długo na terapię, dowiedz się, czy ten terapeuta przyjmuje prywatnie i gdzie.

Są też psychoterapie przez internet (skype). Jeśli trafisz do dobrego terapeuty - na pewno pomoże Ci wyjść na prostą.

 

Psychoterapeuta na samym początku wykona potrzebne testy, pozna Twoje problemy i będziesz pracować pod jego kierunkiem.

Ja jestem w terapii juz 3 lata. Bez ukierunkowania psychoterapeuty nie poradziłabym sobie.

Nie czekaj! Działaj :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

anonimowoanonimowo, opisane przez Ciebie problemy nie mają charakteru klinicznego, dlatego nie potrzebujesz iść do psychiatry, który najprawdopodobniej przepisałby leki. Z Twoimi trudnościami w zaangażowanie się w związek czy też większą motywację do pracy radziłabym udać się do psychologa/psychoterapeuty, pod okiem którego mógłbyś pracować nad sobą. Istotne, że masz świadomość swoich problemów i chcesz coś z tym zrobić. Pozdrawiam i powodzenia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×