Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Lilith

Terapia - wspomnienia po latach..

Rekomendowane odpowiedzi

Udało mi się zebrać do kupy całą swoją terapię. Pomogły mi w tym kserokopia karty z terapii i notatki, które robiłam po sesji.

Zakładam ten watek w nadziei, że po przeczytaniu komuś to pomoże, rozwieje wątpliwości co do tego, jak wygląda terapia i co można dzięki niej zdziałać.

Cały okres terapii mogę podzielić na trzy części: początek, głęboka terapia i zakończenie. Tak też będzie podzielony wątek. Poszczególne części będę dodawać stopniowo. Pierwsza część będzie opisowa, wprowadzająca.

Niektóre sesje pamiętam jak przez mgłę, a niektóre bardzo dokładnie,jakby miały miejsce wczoraj. Mogę odtworzyć dialog, odczucia na sesji. Zbierając to wszystko w całość, powstał spory materiał dla tych, którzy chcą się dowiedzieć, jak wygląda terapia w praktyce.

 

POCZĄTEK

 

Swoją terapię zakończyłam ponad dwa lata temu. Trwała ona prawie trzy lata. Z uwagi na charakter problemów, z którymi się zmagałam, a w zasadzie ich przyczynę, było mi bardzo ciężko w ogóle cokolwiek zacząć. Wielokrotne nadużycia w sferze seksualnej, które niestety powtarzały się cyklicznie oraz kilka innych kwestii doprowadziły do przewlekłego PTSD, na bazie którego rozwinęły się inne "żyjątka", takie jak nerwica lękowa, silna fobia społeczna, zachowania autoagresywne, zaburzenia odżywiania, stany depresyjne.

W całym swoim życiu miałam sporo kontaktu z psychologami i psychiatrami. Wszystkie wspominam źle. Nikt nie potrafił mi pomóc i odsyłano mnie od drzwi do drzwi. Psycholog, do której chodziłam 9 miesięcy, w pewnym momencie się rozpłakała i uznała, że nie jest w stanie mi pomóc i muszę udać się do kogoś innego. Zważywszy na to, jak trudno było mi się wówczas otworzyć, stwierdziłam: nigdy więcej psychologów.

Mijały kolejne miesiące, a ja wplątywałam się w kolejne dziwne i trudne sytuacje, nie mając pojęcia, co robię źle. W końcu, po związku, który niemal mnie zabił ( w dosłownym tego słowa znaczeniu ) sięgnęłam po raz kolejny dna. Wówczas pojawili sie ludzie, którzy w mniejszy lub bardziej znaczący sposób mi pomogli. To wtedy zaczęła się moja egzystencja na Forum. Ludzie tutaj bardzo mocno mnie wspierali, wytłumaczyli ( po ciężkich bojach ), na czym polega prawdziwa terapia i że to coś zupełnie innego niż wizyty u "zwykłego" psychologa. W pewnym okresie życia wykasowałam swoje osobiste posty, ponieważ było to konieczne z racji sytuacji w realu. Czasami mi tego szkoda...

Wracając jednak do terapii. Zapisałam się chyba tylko dla świętego spokoju. Mialam czekać rok. Zadzwonili po miesiącu, że zwolniło się miejsce. Wszystko we mnie krzyczało, że to najgorsza rzecz, jaką mogę zrobić i lepiej po prostu ze sobą skończyć. Po wielu przebojach znalazłam sie jednak w Instytucie i już pierwszego dnia było źle. Przypisali mi psychoterapeutę. Była to oczywiście pomyłka rejestracji, bo miała być kobieta. Pamiętam trochę jak przez mgłę atak paniki, kiedy tylko zamknęły się drzwi gabinetu i zostałam z terapeutą sama. Wpadłam w taką histerię, że niestety, ale terapeuta musiał opuścić własny gabinet. Panie rejestratorki chcąc naprawić pomyłkę w ekspresowym tempie przypisały mnie do kobiety. Jak się później okazało, miała ona wykształcenie obejmujące pomoc w sferze seksuologicznej.

Po traumatycznym pierwszym kontakcie z Instytutem zmusiłam się do przyjścia tydzień później. Trzy pierwsze sesje były wprowadzające. Pi razy drzwi opisalam swoją sytuację. Pytania bardziej szczegółowe pomijałam milczeniem.

Ogólnie z tych pierwszych sesji pamiętam rzeczowy ton terapeutki, rozmowę na zasadzie pytanie - odpowiedź i dużo zawieszania się.Czułam, że moje przychodzenie tam nie ma najmniejszego sensu, pierwsze trzy sesje wyprały mnie z jakiejkolwiek energii, zapadałam się coraz bardziej w siebie. Kolejna sesja była już inna. Rozpoczęła się najbardziej znienawidzonym i przeklinanym przeze mnie pytaniem: " to co na dzisiaj?". Do tej pory ciarki mnie przechodzą, jak sobie o tym pomyślę.

Zapadła cisza. Miałam pustkę w glowie. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. I tak zleciała cała sesja. Czułam na sobie wzrok terapeutki, ale nie miałam odwagi na Nią spojrzeć. Uparcie przyglądałam się Jej butom. Siedziałyśmy sobie po prostu w gabinecie jak dwie mumie. Na sam koniec padły słowa, które ostro wryły mi się w pamięć:

"Pani Kasiu, czy może Pani na mnie spojrzeć?"

Zmusiłam sie i popatrzyłam na terapeutkę. Spodziewałam się czegoś w rodzaju irytacji, zniecierpliwienia, może nawet złości. Nie było tego jednak. Bylam lekko zaskoczona wzrokiem,który w moim odczuciu nie wydał się wrogi, karcący, ale ciepły i pełen zrozumienia. A później głos równie ciepły, co wzrok:

"Pani Kasiu, terapia jest Pani czasem i sama zdecyduje Pani, jak go wykorzystać, ale zachęcam, żeby jednak spróbować opowiedzieć o tym, co boli, bo cisza niczego nie zmieni. Ma Pani wybór - milczeć lub zmierzyć się z tym, co Panią spotkało. Mogę być przy Pani, wysłuchać, pomóc przeżyć, ale nie zrobię wszystkiego za Panią. To Pani decyduje. Proszę o tym pamiętać. Do zobaczenia za tydzień".

Nie musze mówić, że jeszcze bardziej mnie zatkało. Spodziewałam się wyrzutów, może nawet podniesionego glosu, od którego nie stroniła wcześniejsza psycholog, ale nie tego. Wtedy zdecydowałam, że będę chodzić dalej. Oprócz tego całego smutku, bezradności, bólu, beznadziejności, nienawiści do siebie, przerażenia, pojawiło się we mnie coś nowego- chęć, żeby znowu poczuć to dziwne uczucie, które przez moment się we mnie zapaliło. Ta chwila dała mi siłę, żeby raz w tygodniu wyjść z domu i przyjść na terapię.

Nie. Nie było juz z górki. Kolejne sesje nie były "lepsze". Poza tym nieszczęsnym gabinetem męczyły mnie emocje, zalewały fale rozpaczy, bywały napady szału, autoagresji, żeby przez chwilę zabolało coś innego, a gdy tylko wchodziłam na terapię - nic. Zero emocji i pustka w głowie. Stawałam się pustą skorupą wpatrującą się w jeden punkt na wykładzinie. Na sesjach padały tylko "dzień dobry", " to co na dzisiaj?" i " do widzenia". Gdy wychodziłam z gabinetu lądowałam w toalecie niemal pijana emocjami, napięciem, które się nagle na mnie "zwalało". Doszło do tego, że wymiotowałam po każdej sesji. Wciąż miałam w głowie myśl, jaka to jestem beznadziejna, że nie potrafię wydusić z siebie nawet słowa. To był po prostu koszmar.

I dokładnie w taki sposób minęły pierwsze miesiące terapii...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Artemizja, cieszę się, że chcesz się tym podzielić z innymi i przekonać do skuteczności terapii. Pamiętam, jak przechodziłaś ten czas, pamiętam nasze rozmowy na PW... Skąd potrzeba, by akurat teraz do tego wrócić?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ekspert_abcZdrowie, w sumie, to ostatnio sporo myślałam o swojej terapii. Poza tym, gorszy okres, który wymusił ponowną analizę siebie i tak jakoś wyszło. Też pamiętam te rozmowy. Bardzo dużo mi wtedy pomogły. Może nie tyle chcę kogokolwiek do czegoś przekonać, co raczej zobrazować, jak to wygląda.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dziękuję Ci za ten post. Ja wprawdzie nie przeżyłam tego, co Ty, ale ze swoimi stanami psychicznymi borykam się strasznie. W zasadzie, jest lepiej, niż było kilka lat temu. Chodziłam przez rok na terapię systemową. Problemem jest, że pojawia się w pewnym momencie irytacja i poczucie, że terapeutka przykłada gotowe szablony do mojej psychiki i mojej sytuacji. Po irytacji poczucie, że to mi nie pomoże i tylko tracę czas. Rok dałam radę, bo akurat trafiłam chyba na dobrą terapeutkę. Psychiatra powiedział mi, że moje zaburzenie wymaga co najmniej siedmiu (!) lat psychoterapii (psychoanalitycznej), a dla mnie jest to jak grzebanie się za życia... No i zostałam z lekami i pustką w głowie. Niemniej jednak, Twój post mnie zainteresował, bo pierwszy raz czytam dłuższą wypowiedź na temat odczuć innej osoby uczęszczającej na terapię.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Artemizja, Pisz, pisz dalej! :105:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Artemizja, Kasiu... mówię całkiem poważnie... masz taką lekkość wyrażania myśli poprzez słowo pisane, dobrze się czyta to czym się z nami dzielisz. Myślę, że "materiał" mógłby nadać się na książkę. Całkiem serio.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

New-Tenuis, znam to poczucie grzebania się za życia. Zwłaszcza w etapach terapii, kiedy docierasz do bardzo trudnych rzeczy i wałkujesz je przez tygodnie, miesiące...

 

*Monika*, to byłaby bardzo ciężka książka i to zwłaszcza w czytaniu...chodzi mi oczywiście o tematykę.

 

 

Myślałam, że uda mi się w jednym poście zawrzeć drugi etap terapii, ale jest tego za dużo. Zatem to też podzielę na części. Ponadto, zbyt długie posty źle się czyta, więc kilka krótszych powinno być bardziej przystępne.

 

GŁĘBOKA TERAPIA

 

Mimo tylu przemilczanych sesji terapeutka była cierpliwa. Od czasu do czasu próbowała zacząć rozmowę, ale ja dalej zapadałam się w siebie.

"Co Panią blokuje Pani Kasiu?

Nie jestem przyzwyczajona, żeby zrzucać na kogoś swoje problemy. Zazwyczaj radziłam sobie z nimi sama.

Zamiatając je pod dywan? Zdaje sobie Pani sprawę z tego, że te śmieci w końcu i tak wysypią się z powrotem na z pozoru posprzątaną podłogę?

Nie można obciążać drugiej strony swoimi problemami, bo może mieć dość i się odsunąć.

Aha. Czyli chce być Pani taką "dobrą" pacjentką , która przychodzi do gabinetu, nie narzeka, uśmiecha się i nic nie mówi, bo nie chce obciążać terapeuty."

Zrobiło mi się głupio, bo wyczułam prześmiewczy ton. Zerknęłam na terapeutkę. Wyglądała na lekko rozbawioną, ale z dodatkiem pewnego rodzaju zaciętości.

" Jak Pani o tym mówi, to już nie brzmi tak poważnie jak...

Jak w Pani głowie? Pani Kasiu, czego się Pani boi? Tego, że nie uniosę tego, co mi Pani powie, że rozpadnę się, rozlecę na kawałki? Że Pani mi powie, a ja porzucę Panią, jak psycholog, do której Pani wcześniej chodziła? A może to nie tylko o to chodzi? A może tak naprawdę chodzi o obawę, że to Pani się rozpadnie, że Pani nie wytrzyma rozmowy o najbardziej bolących problemach, że się Pani po tym nie pozbiera, załamie?

Nic się nie odezwałam. W głębi czułam, że miała rację. Cholerną rację, która nie dawała mi spokoju i jednocześnie, o której bardzo nie chciałam rozmawiać. Czułam się nieco zobligowana do tego, żeby się wreszcie przełamać, zacząć mówić i poruszać tematy, o których tak ciężko było mi nawet pomyśleć, a które tak naprawdę stale były w moim życiu obecne.

Napisałam więc kartkę z tym, co chciałabym powiedzieć. Kolejna rzecz, która wydawała mi się idiotyczna, ale postanowiłam spróbować. Na następnej sesji nawet nie wyciągnęłam tej kartki z torebki. Tak banalna rzecz, jak przeczytanie tego, co się napisało, stało czymś tak ogromnie trudnym.

Na następnej sesji kartkę wyciągnęłam, powiedziałam terapeutce, że chciałabym ją przeczytać. Zgodziła się od razu i stwierdziła, że to może mi pomóc. Gapiłam się na tę kartkę jak debilka. Przy każdej próbie przeczytania z kartki czegokolwiek miałam ściśnięte gardło, zaczynałam się telepać i ciężko mi było oddychać. W dodatku poczucie, że czas sesji znowu mija, a ja tylko patrzę w kartkę sprawiło, że zalała mnie fala irytacji, zniecierpliwienia, złości na samą siebie. W końcu nie wytrzymałam i się rozpłakałam. To były pierwsze łzy na tej terapii. Ryczałam z twarzą ukrytą w dłoniach kołysząc się w tę i z powrotem. Było mi źle, nieswojo, wstyd. Czułam się bezradna, bezbronna, odsłonięta. Pamiętam to aż za dobrze. Po jakimś czasie nie miałam już nawet siły płakać. Po prostu siedziałam.

"Co sprawiło, że zaczęła Pani płakać?

Nie wiem. Nie wiem, jak to nazwać.

Proszę spróbować."

Bardzo chaotycznie, co chwilę się zacinając, opowiedziałam, co się ze mną działo, jak wchodziłam do gabinetu, jak bardzo chciałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam się przełamać. Z każdym zdaniem czułam w sobie ulgę, wyciszenie, zupełnie tak, jakbym wzięła coś na uspokojenie. Z drugiej strony narastała też obawa, jak zareaguje terapeutka. Zdałam sobie sprawę, że czekam na uderzenie...

Nic takiego się jednak nie stało. Terapeutka odniosła się do tego, co powiedziałam, a ja nie wyczułam w tym niczego, co dałoby mi choćby pretekst do niepokoju. Nadal jednak go odczuwałam...

Na następną sesję szłam z mieszanymi uczuciami.

Padło standardowe pytanie" to co na dzisiaj, Pani Kasiu?".

I znów to samo. Pustka, milczenie.

"Jak się Pani czuje po ostatniej sesji?"

Miałam wrażenie, że się przesłyszałam. Padło drugie pytanie. Odstępstwo od normy zbiło mnie z tropu.

Opowiedziałam, jak wyglądał mój tydzień, z jakimi odczuciami siedziałam pod gabinetem. Nie było to nawet takie trudne.

Następne sesje wyglądały podobnie. Zawsze jakiś szczegół, który nawiązywał do poprzednich sesji. Po prostu rozmowa. Nigdy bym nie pomyślała, że sama rozmowa i to bez opowiadania o traumach może sprawić taką trudność.

Z perspektywy czasu mam wrażenie, że terapeutka próbowała w ten sposób przekonać mnie, że w gabinecie i Jej obecności nic mi nie grozi, że mogę czuć się bezpieczna. To był tak naprawdę fundament tego wszystkiego. Bez poczucia bezpieczeństwa w obecności terapeuty tak naprawdę nie ma terapii. A mnie było bardzo trudno poczuć się gdziekolwiek bezpiecznie i myślę, że terapeutka zdawała sobie z tego sprawę. Budowała poczucie bezpieczeństwa stopniowo. Wizyty w gabinecie przybrały dla mnie formę "odporu psychicznego". Czułam się dzięki nim trochę lżej. Z czasem jednak pojawiło się również wrażenie, że coś jest nie tak, że czegoś brakuje. Ta myśl zaczęła być dokuczliwa. Może właśnie wtedy zaczęłam być gotowa do tego, żeby rozmawiać o traumach, jakie przeżyłam?

 

Jakiś czas później miałam sesję, która oscylowała wokół tematu jednej z Użytkowniczek Forum, a ja nie wiedziałam, jak mam Jej pomóc. Postanowiłam zapytać terapeutkę, czy jest coś, co mogłabym zrobić.

Sporo rozmawiałyśmy, dowiedziałam się wielu rzeczy, które okazały się bardzo pomocne. Nawet nie zorientowałam się kiedy weszłyśmy na temat przemocy seksualnej. Terapeutka poruszała kwestię emocji u ofiary. Kiedy mówiła mną zaczęło telepać. Milczałam i patrzyłam w podłogę, a każde słowo terapeutki wydawało się czymś w rodzaju rozgrzanego do białości pręta.

Wszystko, co opisywała było odbiciem tego, co sama czułam. Przeraziłam się tym, co w jednej chwili tak mocno zabolało.

Terapeutka skończyła mówić i zapadła cisza.

"Pani Kasiu, co Pani teraz czuje? Co się z Panią dzieje?"

Nic. Zero odzewu. Nie mogłam nic powiedzieć. Utknęłam. Zalała mnie fala obrazów, urywków. Było mi bardzo zimno.

"Pani Kasiu, jest Pani teraz w innym miejscu. Jest Pani bezpieczna, a ja jestem tuż obok. Może Pani na mnie spojrzeć?"

Długo to trwało. Była to dosłownie chwila, kiedy na Nią zerknęłam, ale wystarczyła, żebym "wróciła". Wiedziała. I bez moich słów wyczuwała, co się ze mną dzieje i nie pozwoliła mi zapaść się w siebie. To jest ostatnie, co pamiętam z tej sesji. Nie wiem, co się działo dalej, nie wiem, jak się zakończyła. Nie wiem nawet, jak wróciłam do domu...

Następne dni były koszmarem. Co chwila wybuchałam płaczem, nie mogłam spać, nie chciałam jeść. Chodziłam jak struta. Ktoś coś do mnie mówił, a ja słyszałam to jakby z oddali. Byłam zamknięta we własnej głowie.

Kiedy tydzień później doczłapałam się na terapię byłam jak żywy trup. Weszłam do gabinetu nie śmiąc spojrzeć na terapeutkę. Tym razem nie padło standardowe pytanie.

"Pani Kasiu, ostatnio wyszła Pani stąd bardzo poruszona. Czy chce Pani wrócić do tematu z ostatniej sesji?"

Zrobiło mi się niedobrze. Wszystko we mnie mówiło "NIE", ale mimo tego po chwili z trudem powiedziałam, że chcę. Czułam w sobie jakby dwie części. Jedną, która chce uciec - bardzo silną i władczą oraz drugą, chcącą zostać i choćby spróbować mówić.

"Czułam, jakbym znowu tam była. Jakby to się znów działo. Jakbym..."

Urwałam. Nie mogłam.

"Jakby Panią gwałcono."

Terapeutka dokończyła to zdanie za mnie. Czułam się, jakbym dostała w twarz. Zaniosłam się płaczem. Nie mogłam znieść tego, co się we mnie pojawiło, nie mogłam znieść samego tego zdania. Zalała mnie cała masa emocji, których nie umiałam od siebie oddzielić, nazwać. Jakby mnie ktoś rozdzierał od środka. Całą sesję to zanosiłam się płaczem, to się uspokajałam i tak w kółko. Pod koniec sesji terapeutka powiedziała, że trzeba to na tę chwilę zamknąć do następnej sesji i odciąć. Ale jak ja to miałam zrobić? Tak się po prostu nie dało. Nie można było sobie włączyć i wyłączyć tego wszystkiego ot tak, na życzenie. To nie działało w ten sposób. Lawiny nie da się zatrzymać. Można jedynie czekać aż zejdzie do końca...

Wyszłam z gabinetu. Kolejny tydzień był po prostu kwintesencją piekła na ziemi...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Artemizja, mixed to dziwnie zabrzmi ale czekam na dalsze Twine woody na rematch terapii. To taka moja mała nadzieja, że ja też kiedyś sobie z tym poradzę dzięki terapii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Artemizja, Kasiu... mówię całkiem poważnie... masz taką lekkość wyrażania myśli poprzez słowo pisane, dobrze się czyta to czym się z nami dzielisz. Myślę, że "materiał" mógłby nadać się na książkę. Całkiem serio.

Fakt, Monika dobrze prawi. Masz zdolność pisania w sposób wciągający czytelnika.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Lilith, czekam na dalszą część. Wspaniale piszesz.

 

To ja się może wypowiem o terapii. Nie wiem, czy to kogoś obchodzi i czy ktos to przeczyta, ale co tam...

 

Kiedy zachorowałam po raz pierwszy, miałam niecałe 17 lat i mama biegała ze mną po psychologach i psychiatrach, żeby usłyszeć diagnozę, że nic mi nie jest. Wydawała fortunę, a lekarze uparcie twierdzili, że coś jest nie tak i trzeba mnie leczyć. Pamiętam, jak jedna psycholożka z tytułem doktora spytała, czy ja przypadkiem nei zakochałam sie nieszczęśliwie. Nic nie powiedzialam, ale w środku ją wyśmiałam, bo przecież chodziło o coś zupełnie innej natury. Inny lekarz przepisywał mi antydepresanty, bo mylnie zinterpretował moje myśli s. W końcu w dramatycznych okolicznościach trafiłam do psychiatryka. Bla bla bla... 2 tygodnie faszerowali mnie tak jakimiś psychotropami, że w ogóle nic nie pamiętam. Po 6 tygodniach wyszłam do domu, po 3-4 latach weszłam w stan przypominający remisję.

W wieku 21 lat brałam udział w tragicznym wypadku. Swoje życie zawdzięczam po części cudowi, a po części temu, że mimo sozku udało mi się zachować zimną krew. Tak czy inaczej, przyjaciel zmarł mi na rękach, a ja znalazłam się w pułapce, w której tkwiłam razem z dwiema innymi dziewczynami i trupem przyjaciela przez pół dnia. Ostatecznie udało mi sie jakoś wezwać pomoc (telefonów nie miałyśmy). Później znajomi oskarżali mnie wprost o śmierć tego człowieka, o to, że nie udzieliłam mu pomocy, mimo że próbowałam, narażając przy tym własne życie. Oni nie rozumieli. To byli przeważnie faceci, którzy pewni swojej męskiej dumy twierdzili, że oni na pewno poradziliby sobie lepiej. Idioci. Większość z nich ze strachu spanikowałaby i nic by nie zrobiła. Nic kompletnie. A ja uratowałam siebie i dwie inne osoby.

 

Po 3 miesiącach licznych dziwnych objawów poszłam do psychologa z poradni psychologiczno-pedagogicznej. Pani psycholog narzekała, że przerwy między pacjentami są za krótkie, ciągnęło ją na fajka, miała dość siedzenia. Na wstępie stwierdziła, że późneij zrobi mi jakieś testy, a po wysłuchaniu mojej historii odprawiła mnie do domu ze słowami, że "z czasem samo mi to przejdzie". Tak więc czekałam. Nie przechodziło. Żyłam z tym 10 lat, czasami było gorzej, czasami lepiej. W końcu jako dizennikarka byłam świadkiem pożaru, w którym zginęli ludzie. To mną wstrząsnęło. To był pewnego rodzjau impuls. W pracy nastąpiły zmiany, odeszli fajni ludzie, a ci, którzy zostali lub przyszli, nie zapewnili mi żadnego wsparcia. Miałam dość. Poszłam pracować w firmie męża. Potem mąż zachorował na bardzo poważną i potencjalnie śmiertelną chorobę. Musiałam znowu iść do pracy jako dziennikarka. Wytrzymałam 3 miesiące, nienawidziłam robić materiałów z wypadków, zabójstw, samobójstw itp. Pod koniec pracy, jak jeszcze pracowałam, zaczęłąm terapię na PTSD po tym moim wypadku. Po pewnym czasie przypadkiem nadmieniłam, że byłam kiedys w psychiatryku, bo przechodziłam psychozę. Terapeuta się wkurzył, że mu wcześniej o tym nie powiedziałam. A ja przecież przyszłąm do niego z innym problemem, przeżyłam straszny wypadek, a wspomnienia z psychiatryka prawie całkiem wyparłam. Terapeuta skierował mnie do psychiatry. Stwierdziła schizofrenię. Wciąż do niej chodzę.

 

W czasie tej drugiej psychozy chodziłam na terapię indywidualną. To była męczarnia. Wyciągaliśmy jakieś brudy z czasów dzieciństwa, kiedy to rodzice mnie poniżali, mówili mi, że jestem do niczego itd. Teraz chodzę na terapię grupową, która zapewnia mi wsparcie i jak nie chcę, to nie muszę nic mówić, wystarczy, że słucham innych. To mi odpowiada. Ostatnio miałam dużo pracy i stresów i mi się pogorszyło. Miałam myśli s. i teraz też je mam, ale tylko od czasu do czasu, już nzacznie rzadziej i mniej intensywnie, bo stresy sie skończyły. Dodam, że te myśli nie były moje, tylko obce, czyli urojeniowe. Czy w związku z tym iść do psychiatry, czy nie ma takie potrzeby, skoro mi się juz nieco poprawiło?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sailorka, poszłabym mimo poprawy. Może już lepiej, a może, to tylko złudzenie i lepiej się zawczasu skonsultować z lekarzem...

 

Trochę minęło od mojego ostatniego wpisu i tym ciężej było mi się zmobilizować i napisać kolejną część. Oczywiście - do końca jeszcze daleka droga, a to tylko kolejny kawałek układanki.

GŁĘBOKA TERAPIA CIĄG DALSZY

 

Po wspomnianym tygodniu wróciłam do Instytutu i nie byłam pewna czy chcę tam wejść. Pojechałam wcześniej, kręciłam się od rana po mieście, chodziłam po galeriach, ale w środku czułam, że drży mi serce i żołądek coraz bardziej podchodzi do gardła. W końcu dowlekłam się pod gabinet i siedziałam z myślami, żeby wyjść i uciec do domu. Kiedy jednak terapeutka wyłoniła się z gabinetu i powiedziała "zapraszam", wstałam i weszłam.

"To co na dzisiaj, Pani Kasiu?"

Czułam się jak dziecko. Przerażone i czekające na karę po tym, jak coś przeskrobało. Uparcie wlepiałam wzrok w kwadraciki na wykładzinie i to do nich mówiłam.

"Nie wiem, co mam Pani powiedzieć. Nie wiem. Jest mi wstyd."

"Dlaczego?"

"Bo się rozkleiłam."

Poza urywanymi zdaniami, które wypluwałam z siebie nie byłam w stanie niczego więcej powiedzieć. W trakcie minionego tygodnia miałam tony myśli, odczuć, których nie rozumiałam. A kiedy przyszło do rozmowy, to potrafiłam jedynie bąknąć, że się rozkleiłam.

"Ma Pani prawo, żeby płakać. Ma Pani prawo do smutku, bólu. Ma Pani prawo czuć złość za to, co Pani zrobiono. Ma Pani prawo nienawidzić tych, co Panią skrzywdzili."

No i klops. Nie miała pojęcia, co znowu wywołała. A może miała...?

Przez moment czułam zalewającą masę, wielki glut, który rozprzestrzenia się błyskawicznie na każdy kawałek i którego nie jestem w stanie zatrzymać.

Cisza. Poczułam się pusta. Zniknęły emocje, odczucia. W ogóle nic nie czułam. Słyszałam własny oddech i bicie serca. Początkowo dudniło bardzo szybko - później uderzenia stawały się coraz rzadsze i głębsze. Nie potrafiłam się ruszyć, nie potrafiłam się odezwać. Nie byłam do końca pewna, czy ja to ja, nie czułam tego, że jestem. Po prostu istniałam. Jeśli ktoś miałby mnie zapytać, co oznacza porównanie do żywotu warzywka z ogródka, to właśnie bym opisała.

"Pani Kasiu, co się z Panią dzieje?"

Obudziła mnie. Przez chwilę zastanawiałam się, co się dzieje, gdzie jestem, co się stało? Nie podniosłam wzroku. W środku zaczęło mnie palić. Trzęsłam się i to dygotanie było i widoczne i słyszalne.

"Nie czuję do Nich złości. Złość czuję do siebie. Nienawidzę siebie. "

"Za co?"

Ton miała taki ciepły. To ciepło mnie irytowało, sprawiało, że wnętrzności wywracały mi się na drugą stronę. Chciałam Jej powiedzieć, żeby przestała, że coś Jej się pomyliło, że powinna być ostra, stanowcza, a nie tak obrzydliwie delikatna. Czułam, że znów zaczynam się sypać. Rozpadałam się. Kolejny fragmencik z tej olbrzymiej hałdy zleciał i rozwalił się z wielkim trzaskiem.

"To moja wina. To niemożliwe, żeby takie sytuacje się powtarzały i żeby nie było w tym mojej winy. To musi być coś we mnie".

Dobrze znałam swój głos. Ten brzmiał jakby z oddali, był zniekształcony. To nie był głos, który znałam. Kto to mówił? Ja tak brzmiałam?

" Pani Kasiu, to nie jest Pani wina. Może Pani powtarzać schemat, którego Pani nie dostrzega, który Panią naraża, w którym ktoś przekracza względem Pani granice, może Pani wchodzić nieświadomie w rolę ofiary, ale nie ma tu mowy o winie. To sprawca odpowiada za czyn. "

Całą sobą krzyczałam, że się z tym nie zgadzam. Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to ja jestem winna. Nie mogło być przecież inaczej, prawda?

Nie miałam siły nic więcej powiedzieć. Przeczekałam do końca sesji.

Wróciłam do domu. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Czułam, że mnie boli. Co? Nie wiedziałam. Gdybym wiedziała, to może poszukałabym odpowiedniej tabletki przeciwbólowej...

Miotałam się tak przez dwa dni. W końcu nie wytrzymałam i sięgnęłam po żyletkę. Potraktowałam nią swoją rękę. Na moment ulżyło. Ten inny ból, ta wstrętna masa, przez którą z trudem oddychałam na chwilę ustąpiła. Czułam fizyczny ból, ale to nie było takie straszne. A na pewno lepsze niż to, co czułam wcześniej.

Taki stan trwał jednak tylko chwilkę. Później pojawił się paskudny głosik, który powtarzał, że to złe, obrzydliwe, że jestem wstrętna. Nie mogłam na siebie patrzeć. Nie mogłam siebie znieść. Rękę zabandażowałam i ukryłam pod długim swetrem.

Nie było to moje pierwsze doświadczenie z autoagresją. Raczej setne. Tak bardzo chciałam poczuć choć na moment ulgę, że robiłam, co robiłam. Nieważne, że później było jeszcze gorzej. Ta chwila, ten moment...

 

Wróciłam po tygodniu. Rękę miałam w bandażu, pod swetrem. Weszłam do gabinetu zniechęcona i zrezygnowana.

Standardowe "dzień dobry", standardowe pytania i standardowa cisza. Nie miałam ochoty rozmawiać. Co mogłam powiedzieć?

"Pani Kasiu, co Pani ma na ręce?"

Przytkało mnie. Jakim cudem...?

Popatrzyłam na terapeutkę i z przerażeniem zrozumiałam, że w tym całym ferworze wchodzenia do gabinetu i usadawiania się w fotelu naprzeciwko Niej, nie zadbałam o to, żeby rękaw swetra pozostał na swoim miejscu. Podsunął się do góry uwidaczniając dosłownie skrawek bandaża. Wystarczyło.

Spojrzałam na terapeutkę raz jeszcze. Na twarzy nie miała odrazy, ale coś bardziej w stylu mieszaniny troski, lęku i współczucia.

"Było warto?"

Nic się nie odezwałam. Czułam, że zbiera mi się na płacz.

"Zdaje sobie Pani sprawę z tego, że powtarza Pani przemoc, której Pani doświadczyła? Kontynuuje Pani to stając po stronie swoich prześladowców. Sama dla siebie jest Pani katem. Chciałaby Pani, żeby przemoc się w Pani życiu nie powtarzała, ale jak to ma dojść do skutku, skoro sama siebie Pani gwałci?"

Dostałam z mentalnego liścia. Siedziałam tam i w osłupieniu gapiłam się terapeutkę. Kiedy powiedziała "do zobaczenia za tydzień" - nawet nie odpowiedziałam.

Nigdy więcej nie podniosłam na siebie ręki. Kiedy przychodziła mi ochota, używałam całej siły woli, żeby nic sobie nie zrobić i dotrwać do terapii. Z czasem nauczyłam się mówić, co się ze mną dzieje, rozkładać chęć zrobienia sobie krzywdy na czynniki pierwsze. Po kilku miesiącach przestałam miewać napady autoagresji. Tamta sesja była początkiem końca zachowań autoagresywnych. Chęć zrobienia sobie krzywdy ostatecznie pożegnałam kilka miesięcy później...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

czekam na dalszy ciąg oraz epilog, czyli jak się czujesz teraz i co porabiasz

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

sailorka, do epilogu jeszcze daleko, ale ogólnie obecnie jest ok. Po terapii też jeszcze sama ze sobą pracowałam ;) No, ale to już później opiszę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość Reghum
czekam na dalszy ciąg oraz epilog, czyli jak się czujesz teraz i co porabiasz

 

Nie chciałem tagować całego twojego postu, więc zwrócę się do drugiego - masz diagnozę schizo paranoidalnej, tak?

Już odpisywałem ci w tym wątku pi-kne-umys-y-czyli-spam-dzia-u-schizofrenia-t46570-1190.html

Totalnie inaczej wyobrażałem sobie diagnozę choroby u ciebie. Więc jednak schizofrenia to o wiele bardziej skomplikowana choroba, a ja myślałem, że pacjent słyszy głosy, widzi rzeczy, tyle.

Zawsze kłóciło się to u mnie, bo nie potrafiłem sobie powiedzieć że mam problem. Wiedziałem że jestem dziwny, ekscentryczny, ale opinia społeczna na temat schizo mówiła, że jednak choroba przebiega inaczej niż u mnie.

Myślałem też, że to może przez to, że jestem takim nietypowym przypadkiem, albo że mój problem leży totalnie gdzie indziej np. w wadzie wymowy i stanach lękowych.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@lilith - pierwsze co rzuca się na myśl, to epicka opowieść. Po prostu tak czytliwe, że lepsze niż ostatnie książki które czytałem. Dlaczego tak jest? Jesteś bardzo wglądowa, tak myślę. Życzę wszystkiego co najlepsze :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

jakub358, aż za bardzo, bo czasami się w tym wglądzie zatracam. To nie jest coś, co pozostaje bez echa. Dlatego do kolejnych postów zbieram się całymi miesiącami i wyczekuję momentu, aż będzie na tyle stabilnie, żebym nie popłynęła próbując do tego wracać...

Z jednej strony mnie to w pewien sposób oczyszcza, a z drugiej - chwila nieuwagi i mnie niszczy, doprowadza do zjazdów, z których ciężko się potem podnieść. Podnoszę się w końcu zawsze, ale tracę na to bardzo dużo czasu, którego mi już nikt nie zwróci...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Lilith nie chciałabyś dalej kontynuować opisywania swojej terapii? 

Moze pomogło by mi to przejść najgorszy czas.

Bo on się zbliża i boję się, że sobie nie poradzę.

 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
10 godzin temu, antylopa napisał:

@Lilith nie chciałabyś dalej kontynuować opisywania swojej terapii? 

Moze pomogło by mi to przejść najgorszy czas.

Bo on się zbliża i boję się, że sobie nie poradzę.

Nie planowałam wracać do tego wątku, ale jak poczuję się silniejsza, to przemyślę sprawę. Aktualnie mam przemeblowanie w lekach i nie byłoby rozsądne zagłębiać się we wspomnienia z terapii. Obiecuję jednak, że przez wzgląd na Ciebie i to, że Ci to w jakiś sposób pomaga postaram się tu wrócić jak poczuję się stabilniej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
47 minut temu, Lilith napisał:

Nie planowałam wracać do tego wątku, ale jak poczuję się silniejsza, to przemyślę sprawę. Aktualnie mam przemeblowanie w lekach i nie byłoby rozsądne zagłębiać się we wspomnienia z terapii. Obiecuję jednak, że przez wzgląd na Ciebie i to, że Ci to w jakiś sposób pomaga postaram się tu wrócić jak poczuję się stabilniej.

Dobrze i dziękuję 😁

Dbaj o siebie 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 7.06.2020 o 09:30, Lilith napisał:

Nie planowałam wracać do tego wątku, ale jak poczuję się silniejsza, to przemyślę sprawę. 

 

Lilith, ja też chętnie przeczytam o Twoich zmaganiach. W sieci jak na lekarstwo takich osobistych zwierzeń, a są one bardzo cenne. Ciekawi mnie co było dalej i jak z tego wyszłaś. Z góry dziękuję za cd. i życzę siły i zdrowia. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
W dniu 3.07.2020 o 23:54, Wędrowca napisał:

Lilith, ja też chętnie przeczytam o Twoich zmaganiach. W sieci jak na lekarstwo takich osobistych zwierzeń, a są one bardzo cenne. Ciekawi mnie co było dalej i jak z tego wyszłaś. Z góry dziękuję za cd. i życzę siły i zdrowia. 

Tak ja wcześniej napisałam - to trudne. Muszę trochę stanąć na nogi po ostatnim epizodzie depresji i wtedy pomyślę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak na marginesie. Z perspektywy czasu moja terapia wydaje się inna. Jestem starsza i mogę spojrzeć na nią z boku. Trochę mi żal tych przemilczanych chwil, minut ciszy, które mogłam wykorzystać. Terapia niewątpliwie dużo mi pomogła, ale tak naprawdę nie przepracowałam wszystkiego, co na chwilę obecną dość dobrze widzę. Także to jak zakończyłam terapię dało mi furtkę do kolejnej po latach. Może się kiedyś na nią zdecyduję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Lilith napisał:

Tak na marginesie. Z perspektywy czasu moja terapia wydaje się inna. Jestem starsza i mogę spojrzeć na nią z boku. Trochę mi żal tych przemilczanych chwil, minut ciszy, które mogłam wykorzystać. Terapia niewątpliwie dużo mi pomogła, ale tak naprawdę nie przepracowałam wszystkiego, co na chwilę obecną dość dobrze widzę. Także to jak zakończyłam terapię dało mi furtkę do kolejnej po latach. Może się kiedyś na nią zdecyduję.

A nie dawno rozmawiałyśmy o tym, że nie myślisz o kolejnej. Ale i tak Cie podziwiam :D 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
12 godzin temu, antylopa napisał:

A nie dawno rozmawiałyśmy o tym, że nie myślisz o kolejnej.

Bo nie myślałam. Do czasu aż się połamałam i byłam unieruchomiona w szpitalu i wyłam z bólu, a pielęgniarki tylko wrzeszczały, żebym była cicho. To obudziło traumę. Kilka rzeczy, które sobie siedziały wewnątrz mnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Lilith jak się czyta Twoje dawne wypowiedzi, kiedy chodziłaś na terapię, to widać, że miałaś więcej radości z życia. Być może to kwestia wieku i bycia osobą młodą. Teraz jesteś dojrzalsza, ale pojawił się w Tobie smutek. Mówimy cały czas o zewnętrznym odbiorze Twojej osoby. 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×