Skocz do zawartości
Nerwica.com

Moja ścieżka


cdn.

Rekomendowane odpowiedzi

Hej! Witam! Mimo, że pozornie jestem nowa, forum te nie jest mi obce :twisted: Ale to jest pewien mój nowy projekt, dlatego od moich poprzednich " projektów" chciałabym się odciąć być może już nie wracać. Znudziło mnie pisanie, że tak samo jak większość tutaj mam przerąbane i nie widzi w niczym sensu.

Widzę sens w pracy - praca jest moim kołem napędowym. Niedawno doświadczyłam tego, że każdy podjęty trud prędzej czy później się zwraca.

 

Wcześniej pogrążyłam się w kryzysie, życiowym dole na padole łez. Nie jestem na tyle mocna aby się pozytywnie sama nakręcać. Próbowałam, ale nie wychodziło. Żeby się podnieść zawsze potrzebny mi jest jakiś dobry impuls z zewnątrz. Teraz takim impulsem stała się propozycja pracy. Ktoś o mnie pomyślał, do mnie zadzwonił. Mam znowu powód by wychodzić z domu. Mam też powód by nie złorzeczyć na ludzkość.

 

Mój wątek nie jest niczym oryginalnym. Kolejna szara osoba z miliona chce wpisać w pamięć tego serwera swoją drogę do poprawy i zdrowia.

Być może kolejny nudny wątek, ale dla mnie dosyć ważny.

 

I nie podchodzę wcale do tego z dzikim entuzjazmem. Po wielu porażkach nie mogę sobie na to pozwolić. Zdaję sobie sprawę jak bardzo pewne złe mechanizmy we mnie siedzą, że na dobrą sprawę nie mogę się odciąć od przeszłości, nawet jeśli nastąpią w moim życiu pozytywne zmiany to będą one kontynuacją pewnych doświadczeń. Liczę na to, że na bazie zgniłego starego życia może jeszcze wyrosnąć coś dobrego. Przede mną wiele pracy i wysiłku. Mam 24 lata, schyłek mojej młodości, nie ma co marnować czasu. Fajnie by było, gdybym zapisywała tutaj tylko same moje sukcesy, ale się nie łudzę, że będę tu też płakać i jęczeć, czasem wrzeszczeć ze złości na samą siebie.

Coś czuję, że nie znajdę zbyt wiele czasu na pisanie, ale się postaram robić to chociaż systematycznie. Następna rzecz, którą muszę sobie przyswoić :mrgreen:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Trudno, to było do przewidzenia. To co nie było wdł mnie entuzjazmem, rano przemieniło się całkiem w zniechęcenie. Szybka zmiana, co nie oznacza, że mam zamiar rezygnować ze swoich planów - dobrze, że je mam. Mimo mojej totalnej degrengolady, mylenia dnia z nocą, umysłowego otępienia (a może ja zawsze taka głupia byłam, tylko do tej pory tego nie zauważałam ?) moje życie ma jakiś kierunek. Jakoś daję radę poruszać się w tym totalnym chaosie, podejmować decyzje zawodowo - kształceniowe, idzie mi nawet rozmowa z ludźmi - co kiedyś nie było takie dla mnie oczywiste. Może kiedyś nawet zapanuję nad tym chaosem, który nieraz był przyczyną wojen między mną a otoczeniem, a także zwątpieniem we własne siły. Bywam nieznośna, jak każdy zaburzony - dlatego Kontrast, dobra rada, poszukaj sobie ognia gdzie indziej :P

 

Można powiedzieć, że przebudziłam się, zobaczyłam w jakim jestem miejscu i jakim jestem człowiekiem, przez ostatni czas niczym się nie interesowałam - na wszelki wypadek, by właśnie nie poczuć się tak jak dzisiaj rano. Spojrzeć do lustra i zobaczyć, ze pomimo starań nasz wygląd nie nadaje się do wystawienia poza teren jaskini. I pomimo tzw. mobilizacji trzeba było się wrócić parę razy po coś, znowu siejąc chaos, zamęt, spóźniając się. Wyszłam czując ciężką gulę ze złości na siebie, ale też na innych. Przeszło mi trochę gdy kupiłam sobie parę nowych butów :lol: Myślę, że dalej robię za mało i mimo, że pracuję, i jakoś radzę sobie na studiach to nie jest to wystarczający wysiłek.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Negatywnie do całego świat.

 

Powracam, jakbym nie miała wrócić. I będę tak powracać przynajmniej raz na tydzień.

Dzięki za miłe słowa, Nie spodziewałam się , że to co napiszę spotka się z jakimkolwiek odzewem.

Pracuję, nie jest łatwo , ale liczę że jakieś przyjdą jeszcze z tego profity poza tymi nędznymi złotówkami. Zawsze to jakiś punkt zaczepienia, kolejny wpis na cv. Jednak po tych wakacjach będę tęgo myśleć co dalej robić , jak się wyrwać z tego grajdoła i wyjechać gdzieś dalej.

 

W poprzednie wakacje też zakładałam, że znajdę ambitniejszą robotę. Zarobiłam konkretną sumę, mogłam je lepiej wydać , ale zamiast dostosować się do swoich potrzeb ulegałam potrzebom innym. Niewiele z tego mi zostało. Jednak się poddałam zamiast walczyć o siebie. I sama sobie winna jestem tej fali zniechęcenia i wściekłości na innych ludzi. Nie potrafię oszukiwać siebie , dlatego zawsze mam ciężkie sumienie. Żeby mieć coś z tego życia postanowiłam chociaż na krótko odpocząć od polskich klimatów, a tam wśród rewelacyjnych widoków ze mną nie było rewelacyjnie, raz upojona tym co widzę, raz nadąsana i gryząca otoczenie. Wróciłam – myślałam, że po takim odpoczynku będzie lepiej, jednak gdy wróciłam do naszej ciasnoty i do zabłoconego, zaśnieżonego widoku skurczyłam się na dobre. Takiej jesienno – zimowej chandry nie miałam od dawna. Chyba przedawkowałam Słońce. Po drodze się poddałam i jako tako zdałam sesję, ale bez rewelacyjnych wyników. Ciężko było mi wstać z łóżka.

Miałam już pomysł aby na dobre zerwać ze wszystkim tym, co do tej pory mnie otaczało. Przekwalifikować się, odciąć się od ludzi, z którymi źle zaczęłam. Niestety nie jestem na tyle mocna. Trudno przekreślić te parę lat studiów, które jednak coś mi gwarantują. I tych ludzi, z którymi choćby teraz pracuję.

Nie będzie rewolucji, no to chociaż ewolucja, uciułam to i tamto.

Palenie za sobą mostów mam przećwiczone do perfekcji, tym razem jednak pierwszy raz poczułam, ze mam zbyt wiele do stracenia. Miałam już zerwać z moją największą Przyjaźnią, bo ta Przyjaźń ostatnio mocno mnie wkurzyła. Po tylu latach?

 

Nie jestem zbyt tolerancyjna, ciężko mi przebaczać. I nie potrafię udawać, że coś mi się podoba jak mi się nie podoba. Chyba dlatego tylu osobom działam na nerwy. Ludzie żyją ze sobą mając na swoim koncie większe zatargi. I to mnie przeraża. Cena stałych relacji. Ale czy ja mam sama coś lepszego do zaoferowania innym ludziom? Nie jestem żadnym aniołem, tylko zgorzkniałym człowiekiem. Chyba mnie nie stać na lepsze życie. Na pewno nie stać mnie na królewska obrazę. Ustawiona przez innych, twarzą do ziemi. Jakoś czołgam się do przodu.

 

Nigdy nie wiem, czy to co robię jest poprawne i na miejscu, czy nie powiem jakiejś głupoty, próbuję sobie tłumaczyć, że sama sobie to wkręcam. Jak zwykle towarzyszy mi zbyt wiele emocji nawet w głupich codziennych sprawach. Ponoć zbyt wiele rzeczy biorę do siebie. Mam w to uwierzyć? Może to tylko słowo wytrych, dzięki któremu można mnie obrażać bez końca.

 

Tak poza tym to wszystko doskonale. Proza dnia codziennego, tak nudna, że mogę pozwolić na tego typu umysłowe śmieci.

 

A największy pozytyw? Moja Przyjaźń się nie rozleciała. Trochę się uspokoiłam. Tak nie miałabym już nikogo.

Miałam zacząć się odchudzać - jak na razie nic z tego nie wyszło. Dalej dobre żarcie jest moim największym pocieszeniem. Chociaż spróbuję z językami - na początek niemiecki. Bez języków z tego grajdoła nie ucieknę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

NN4V, jestem pełna podziwu - przedrzeć się przez tak długaśny wpis, by napisać co tak bez sensu.

 

Jestem zmęczona, ale jakoś zasnąć nie mogę.

Moja przygoda z pracą skończyła się. Nie wiem ile było w tym mojej winy, czy po prostu tylko na tak krótki okres kogoś potrzebowali. Pracowałam w stresie, trzeba było się non stop spieszyć. Potem kobieta, u której pracowałam nie potrzebowała już tylu ludzi. Miałam zostać ja albo moja koleżanka. Wybrała mnie. Koleżanka też długiego stażu nie miała, ale zaczęła trochę wcześniej, pracowała w gronie swoich przyjaciół, byłam osobą z zewnątrz, która pracowała tam tylko w wyniku ich "uprzejmości". Była to dla mnie i dla innych kłopotliwa sytuacja. Jednak się nie odezwalam, sama nie zrezygnowałam, choć być może powinnam.

 

Następnego dnia moja pracodawczyni zmieniła zdanie, nie powiedziała tego otwarcie, ale wszystko na to wskazywało. Miałam zabrać wszystkie moje rzeczy w wypadku gdybym nie miała wrócić, dziewczyna z którą pracowałam pilnowała abym wszystko wzięła. Tak jakby wszyscy o tym wiedzieli. Jak się zapytałam dopiero wprost czy będę pracować dalej czy nie uzyskałam odpowiedź, gdyby nie to pewnie dalej czekałabym w niepewności co będzie dalej.

 

Nie wierzę w szczerość ludzi wokół mnie. Pod koniec miałam parę wpadek w pracy, nie byłam wystarczająco uważna. Możliwe, że w wyniku wyrzutów sumienia, że komuś podkradłam miejsce pracy. I dalej nie wiem co było przyczyną zmiany decyzji, możliwe że reszta ekipy przekonała kobietę aby ta druga została, że jestem tu tylko gościem. A może nie trzeba jej było wcale przekonywać, po prostu moje rozkojarzenie wkurzyłoby każdego pracodawcę.

 

Niedopowiedzenia, tyle cyrku o w sumie taką se pracę.

 

A może w ogóle nie myślała nad tym tak samo jak nie myślała wtenczas gdy przyjęła do siebie zbyt dużą liczbę osób. Ja z kolei dużo myślę, we wszystko wkładam emocje. Tego chyba nie zmienię. Da się to zmienić? Z roztrzęsionego gnoma przeistoczyć się w stoika - gnoma? To byłoby już coś. Teraz jak to piszę nie towarzyszą już mi emocje. Jestem totalnie zmęczona i czuję, że coraz bardziej lubię ten stan, kiedy nie mam już sił na nic, a szczególnie na moje bezproduktywne myśli.

 

A propos stoicyzmu, przypomniała mi się "sala nr 6" Czechowa. Wiara - niewiara w to, że w "sprzyjających" okolicznościach jedna osoba może zrozumieć położenie drugiej - gdy wpadnie w to samo gówno. Ja myślę jednak, że często nawet to nie pomaga. Dlatego ja pewnie nigdy nie zrozumiem stoików ani ludzi sukcesu :pirate:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

cdn.,

To jest chyba główne marzenie każdego roztrzęsionego gnoma,żeby stać się opanowanym

stoikiem,tylko to wydaje się być tak samo trudne,jak trudna jest zmiana osobowości..A z pracą,

to już tak bywa,że raz się ją zdobywa ale czasami też się ją traci,na twoim miejscu bym się

tym nie przejmował,zawsze jest szansa,że znajdziesz coś lepszego.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Heh, właśnie zamiast pisać powinnam się zbierać i jechać do domu. Jednak wcale mi się tam nie spieszy.

Nigdzie mi się już nie spieszy, nie chce mi się starać. Coraz bardziej popadam w chaos. Skąd brać siłę aby żyć według jakiegokolwiek porządku, skoro nic mnie tu nie trzyma? Może poza rodziną?

Moje potrzeby, cele są daleko ode mnie, za mgłą. Nie stanowią one dla mnie motoru do działania, jeżeli chce mi się już ruszyć dupę, to tylko ze względu na zobowiązania wobec innych. Tak też jest z tym powrotem do domu – mam pomóc mojemu tacie opiekować się babcią. Znowu wrócę do tego smutnego domu z zagrzybioną ścianą spełniać swój święty obowiązek. Nie mój jedyny, mam wykonać pewne badania, na których znowu bardziej zależy mojej rodzinie niż mnie samej. Może gdybym miała jakąś alternatywę to bym się tam nie wybrała, ale nie mam. Moi znajomi szczęśliwie sobie pracują, nie mam z resztą ich zbyt wielu. Miałam ochotę gdzieś wyjechać, w góry, nie mam z kim, więc ochota też minęła. Mam tylko w tym momencie mojego tatę, który prawie w ogóle się nie odzywa i babcię z zanikiem pamięci. Gówniany schyłek mojej młodości.

Jestem człowiekiem bez charakteru.

Jeszcze jakiś rok temu chciało mi się starać i walczyć o siebie. Teraz mi się już nie chce. A ten wątek miał mi pomóc ogarnąć się, bo jest z tym coraz gorzej. Tamta energia ze mnie upłynęła.

Czasami wyobrażam sobie dziwne rzeczy. Fantazje, że jestem kimś innym, lepszym człowiekiem, poszły w zapomnienie. Jest lepiej, już tak łatwo nie mogę uwolnić się od własnej osoby.

W czasie ostatniej sesji egzaminacyjnej wyobrażałam jak moja głowa roztrzaskuje się o chodnik, zastanawiałam się jak szybko nastąpiłaby śmierć. Wiele razy idąc wzdłuż ulicy, oczami wyobraźni widziałam jak schodzę z chodnika i pakuję się pod samochód. Dzisiaj z kolei w łazience susząc ubrania wyobrażałam sobie jak wkładam rękę do umywalki z wodą i wpada tam podłączona suszarka, jak przechodzi prze ze mnie prąd. Oczywiście nic takiego się nie stanie. Ciąg dalszy nastąpi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Samo przyszło – parę dni totalnego regresu. Z którego teraz powoli wychodzę. Regres wziął się także stąd, że przed podjęciem się pracy również mi towarzyszył. Bardzo łatwo jest mi wpaść w stan totalnej apatii. Pojawiają się wtenczas głupie myśli. Poza suszarkowymi fantazjami , nie wiem czemu zaczęłam wyobrażać sobie pogrzeb mojego dziadka i kłótnie z mamą. Chyba po prostu mój mózg z braku zajęcia nie wyrabiał.

 

Jednak nie ma co się o tym rozpisywać , wracam powoli do żywych.

 

Może mi się uda.

 

To co mnie trochę postawiło na nogi, to kazania o. Szustaka. Po wysłuchaniu tego poczułam się od razu lepiej:

 

Całe życie niby przede mną, ale mam też poważny problem – mianowicie duży lęk przed bliskością. Tak duży, że nawet tutaj ciężko mi o tym pisać. Oczywiście nie zamierzam poprzestać na walce z tym. Jednak wydaje mi się, po obserwacji mojej osoby, że nie ruszę z miejsca jeśli chociaż trochę lepiej nie spojrzę na swoją sytuację, jeśli się nie pogodzę , z tym że jestem w takim a nie innym punkcie swojego życia. Jest we mnie paraliżująca ilość złości i lęku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Utknęłam na mieliźnie. W sumie nie warto nic o tym pisać. Jednak wolałabym pojawiać się tu tylko wtedy by zapisywać swoje sukcesy. Jak na razie nic nie wskazuje na to by się pojawiły. A moim największym sukcesem byłoby normalne życie bez niepotrzebnych rozterek. Wśród ludzi, bez ciągłego stresu.

Na razie ich unikam nie wychodząc ze swojej pieczary i właściwie nie myśląc, nie działając. Uległam totalnemu rozproszeniu. Moje poczucie wartości się wyzerowało.

A te kazania itp. , piękne , lecz w tym momencie zupełnie dla mnie nieprzydatne. Tak jak większość rzeczy stało się dla mnie mało istotne. Porusza problem, o którym nie chcę nawet myśleć, wystarczy chyba, że tkwię w nim po uszy.Jestem w stanie niesprzyjającym wychodzeniu z samotności - po tym jak uświadomiłam sobie, że jakoś nigdy nie było ku temu sprzyjających warunków.

Stan prawie jak nirwana,a dokładnie - totalne zidiocenie.

 

[videoyoutube=wXiYmS18cZM][/videoyoutube]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie potrafię się do niczego zmotywować, tak źle jeszcze nigdy nie było. Jak ruszyć z miejsca? Ciężko jest mi się na czymkolwiek skupić. Coś zaczynam robić by za chwilę odlecieć.

 

Pamiętam jak kiedyś to moja matka była główną siłą motywacji. Mówiła mi, że jeśli nie będę pracować by się dostać na studia skończę jak moi bezrobotni kuzyni - wyżej sra niż dupę ma. Przekonani o swojej wyższości, tacy geniusze, że nigdy się nie musieli uczyć. Teraz dumnie żyją w zasiłku nie wychodząc prawie z domu.

 

Później zaczęłam rozgrzebywać swoje rany, teraz nie jestem pewna czy potrzebnie. Doszłam do wniosku, że zawsze na pierwszym miejscu w moim życiu były pragnienia innych - moich rodziców, znajomych. I jakoś zawsze udawało mi się z nich wywiązywać. A moje pragnienia m.in. o byciu zaakceptowanym, o życiu towarzyskim, o pracy ( myślałam o niej już w LO, na myśleniu się skończyło) nie były już tak ważne, a przede wszystkim, mimo pewnych starań nigdy nie udało mi się pod tym względem spełnić.

 

I gdy uświadomiłam sobie moją służalczą naturę wszystko poszło się j****. Nie tylko dlatego. Mam wrażenie, że mój czas minął. Nie mogę odsunąć tej myśli.

W swojej pasywności stałam się egoistyczna. Niby jak inaczej kiedy już się niczym nie potrafię się przejąć. Teraz głównie mam kontakt z tatą i babcią, która już totalnie nie kontaktuje. Ojciec ciężko pracuje, wkurza się na mnie. W żaden sposób mu nie pomagam. Wszystko mi jedno czy jestem tu czy w na mieszkaniu stud. - życie będzie wyglądać tak samo. Mama powiedziała, żebym pomyślała o nim i wczuła sie w jego sytuację, na to ja - czy ktokolwiek jest w stanie wczuć się w moją sytuację, wejść w moją skórę. Skończyło się na tym, że jestem hardą osobą :roll: i nie pomagam.

 

Często mam mówiła mi, że coś robię jej na złość, że na złość jestem smutna. Nie wiem co mną kieruje, że coraz bliżej mi do stawianego pod czarną gwiazdą anty-ideału.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

...

I gdy uświadomiłam sobie moją służalczą naturę wszystko poszło się j****. Nie tylko dlatego. Mam wrażenie, że mój czas minął. Nie mogę odsunąć tej myśli.

W swojej pasywności stałam się egoistyczna. Niby jak inaczej kiedy już się niczym nie potrafię się przejąć. Teraz głównie mam kontakt z tatą i babcią, która już totalnie nie kontaktuje. Ojciec ciężko pracuje, wkurza się na mnie. W żaden sposób mu nie pomagam. Wszystko mi jedno czy jestem tu czy w na mieszkaniu stud. - życie będzie wyglądać tak samo. Mama powiedziała, żebym pomyślała o nim i wczuła sie w jego sytuację, na to ja - czy ktokolwiek jest w stanie wczuć się w moją sytuację, wejść w moją skórę. Skończyło się na tym, że jestem hardą osobą :roll: i nie pomagam.

....

Autonomia vs poczucie winy. Znam osoby, które mimo uświadomienia nie potrafią przełamać bariery własnego poczucia winy/obowiazku. Poczucia wpojonego wieloletnim praniem mózgu przez emocjonalne szantaże. Jak się Tobie udało? A może wyparłaś poczucie winy, a ono wciąz Cię niszczy z nieświadomości?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

NN4V, właśnie w tym problem, że często nie potrafię rozdzielić tego co się u mnie dzieje świadomie a co nie. Mam mętlik w głowie. Jestem wyczulona na ten temat.

Z tym wieloletnim praniem mózgu trafiłeś w 10tkę. Może nie było trudno 8)

Jestem po 2 latach terapii, byłam topornym materiałem, widocznie moje zaburzenia są mocno zakorzenione. Moja pamięć to potwierdza.

Pewne moje mechanizmy towarzyszą mi od wieku przedszkolnego. Często obrona mojej autonomii oznacza też obronę mojej godności. Pod tym względem wydaje mi się jestem bardziej stanowcza. Uświadomienie sobie toksycznych relacji z osobą, której zupełnie do tej pory ufałaś/ufałeś jest rzeczą bardzo trudną i bolesną. Myślę , że zrobiłam do tej pory mały krok naprzód. Przy czym dalej jest we mnie dużo lęku przed zupełną samodzielnością. Dalej mam pełno wątpliwości co do każdego mojego słowa i czynu, często szukam jakiegoś potwierdzenia, oceny.

Uświadomiłam sobie jak bardzo ludzie są egoistyczni, tzw. ich sumienie także działa na rzecz ich własnego dobra. Przejechałam się na mojej rodzinie, "przyjaźni". Może to mi właśnie pomogło + terapia. Czasem warto przejrzeć na oczy, chociaż boli jak cholera. To odpowiedź na twoje pytanie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A to dalszy ciąg moich wynurzeń.

Boję się bliskości, właśnie dlatego, że boję się tego " pochłonięcia" i zranienia. Na co dzień wydaję się osobą bardzo zdystansowaną, nieobecną i wystraszoną - ludzie to wykorzystują.

Mam zamiar kontynuować terapię. Szkoda, że tyle energii zużywam na nią w ciągu najlepszych lat mojego życia. Kiedyś trzeba było ja zacząć. Gdy mieszkałam z rodzicami było to niemożliwe. Raz jako dziecko byłam u psychologa - wysłano mnie tam ze względu na moją nieśmiałość. Rozmawiałam z panią psycholog, nie pamiętam o czym, dobrze mi się z nią rozmawiało, rysowałam ósemki, rozwiązywałam jakieś rebusy. Ponoć naskoczyła później na moją mamę, powiedziała, że zawraca jej głowę, że jestem normalnym dzieckiem, że niepotrzebnie przypisuje mi problemy. Tak jak pewnie większość psychologów w moim cudownym mieście zajmowała się dziećmi z zespołem Downa i ADHD. Wypełniała papierki, przypisywała dysleksję dzieciakom, by miały więcej czasu na egzaminie. Im więcej pojawiało się egzaminów końcowych tym większa plaga była dyslektyków ;) . Większość fachowców i instytucji działa jako atrapa. Być może mój przypadek był zbyt kłopotliwy dla tej kobiety. Nie wierzę, aby moja mama wymyśliła tą historię. Czasami do niej wracała, o wiele później, jak byłam już w gimnazjum , liceum. Na pewno mocno ją to zniechęciło do pomocy ze strony psychologów wszelkiej maści. Co więcej wypominała mi, że ja się po prostu uwzięłam by nie otwierać gęby w obecności ludzi, o czym świadczy moje dobre świadectwo u pani psychologów. No po prostu lubię robić z ludzi idiotów :? Dlatego gdy wspominałam czasem o tym, że może powinnam pójść do psychologa wszyscy z otoczenia twierdzili, że nie warto.

Mama oczywiście nie miała nic przeciwko temu abym się rozwijała, pokonywała swoje lęki, ale tylko według jej sposobów. Nawet jak się odchudzałam potrafiła męczyć mnie cały dzień abym wypiła tą szklankę soku, zjadła tą zupkę, kanapkę, bo bez tego na pewno się zagłodzę i umrę. Dieta po swojemu była grubym nietaktem.

Żyję niby w normalnej rodzinie bez nałogów i przemocy. Tylko jak z większością - wszystko jest na niby. Właściwie co to jest ta normalność?

 

Gdybym zaczęła terapię jako nastolatka miałabym więcej szans i czasu na pełne życie. Jednak z tego co czytałam, tak jak w większości innych wypadków nie było to dane.

Dzisiejszy dzień był nieco lepszy od wczorajszego. Wstałam nieco wcześniej, nieco więcej zrobiłam. Pomaga mi modlitwa i lista zadań - jedno bez drugiego nie działa. Taki mój sposób. Najgorzej idzie mi ze snem.

 

Co do tych kazań - jedna rzecz mi najbardziej utkwiła w głowie. Mianowicie - że na pierwszym miejscu powinniśmy mieć Boga. Żadnego człowieka nie powinniśmy miłować bardziej od niego. Chyba nic nie przekręciłam? I powiem wam, to uważam, za rzecz najbardziej dla mnie zbawienną :mrgreen: .

Raz wspominam o kazaniach, Słowie Bożym, raz przeklinam jak żul. Wspominałam chyba też o tym, że żyję w totalnym chaosie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Od rana zbieram się do tego żeby się spakować. Nie powiem, zawsze czułam jakiś opór przed tą czynnością. A teraz sięga to granic absurdu. Powoli nic nie jestem w stanie zrobić.

Stwierdziłam, że srejbuk jest moim największym wrogiem. Obserwowanie moich znajomych, którzy działają , rozwijają się, a uświadomienie swojej niemocy jest dla mnie zbyt bolesne. I nie widzę w tym nic prymitywnego - nigdy nie musiałam się chwalić tym co mam i co robię, ale sama świadomość tego, że w czymś fajnym uczestniczę zupełnie wystarczała. Nad czym się tu zastanawiać. Po co się jeszcze chwalić. To była pełnia szczęścia.

 

Ciężko jest wyjść z tego stanu w jaki wpadłam, bo mimo, że jest to typ denny i czorny, to ma swoje dobre strony - nie przeżywam tylu frustracji związanych z dniem codziennym. Jak mi na czymś zależy wszystko mnie denerwuje - biała nitka na swetrze, krzywy chodnik, mój tłuszcz, ludzie. A tak mam spokój, tylko od czasu do czasu żołądek zaczyna mi ciążyć jak kula u nogi ze złości na cały świat.

 

Wczoraj czułam się lepiej - nawet wyszłam do Kościoła. Nawet zadzwoniłam do paru osób - niestety bez odzewu.

Czytałam książkę J.G. Frazera, jego najpopularniejszą - " Złota Gałąź". Było tam o magii, czarach, pierwotnych kultach. Po tym, wszystkim inaczej patrzyłam na Eucharystię, która jest przecież fundamentem chrześcijaństwa. Po co ten rytuał? Który ma przecież tyle wspólnego z magicznym prawem podobieństwa? Może dla naszych ograniczonych mózgów stworzono te rytuały aby to co ciężkie jest do pojęcia, było bardziej dla nas dostępne. W końcu jest to Kościół Powszechny - aby go rozpowszechnić trzeba było pewne rzeczy dostosować do upodobań całej rzeszy osób. Myślę, że takie kompromisy zachodziły w każdej religii. Czytał ktoś z was " Szatańskie wersety" ?

Od rana zbieram się do tego żeby się spakować. Nie powiem, zawsze czułam jakiś opór przed tą czynnością. A teraz sięga to granic absurdu. Powoli nic nie jestem w stanie zrobić.

Stwierdziłam, że srejbuk jest moim największym wrogiem. Obserwowanie moich znajomych, którzy działają , rozwijają się, a uświadomienie swojej niemocy jest dla mnie zbyt bolesne. I nie widzę w tym nic prymitywnego - nigdy nie musiałam się chwalić tym co mam i co robię, ale sama świadomość tego, że w czymś fajnym uczestniczę zupełnie wystarczała. Nad czym się tu zastanawiać. Po co się jeszcze chwalić. To była pełnia szczęścia.

 

Ciężko jest wyjść z tego stanu w jaki wpadłam, bo mimo, że jest to typ denny i czorny, to ma swoje dobre strony - nie przeżywam tylu frustracji związanych z dniem codziennym. Jak mi na czymś zależy wszystko mnie denerwuje - biała nitka na swetrze, krzywy chodnik, mój tłuszcz, ludzie. A tak mam spokój, tylko od czasu do czasu żołądek zaczyna mi ciążyć jak kula u nogi ze złości na cały świat.

 

Wczoraj czułam się lepiej - nawet wyszłam do Kościoła. Nawet zadzwoniłam do paru osób - niestety bez odzewu.

Czytałam książkę J.G. Frazera, jego najpopularniejszą - " Złota Gałąź". Było tam o magii, czarach, pierwotnych kultach. Po tym, wszystkim inaczej patrzyłam na Eucharystię, która jest przecież fundamentem chrześcijaństwa. Po co ten rytuał? Który ma przecież tyle wspólnego z magicznym prawem podobieństwa? Może dla naszych ograniczonych mózgów stworzono te rytuały aby to co ciężkie jest do pojęcia, było bardziej dla nas dostępne. W końcu jest to Kościół Powszechny - aby go rozpowszechnić trzeba było pewne rzeczy dostosować do upodobań całej rzeszy osób. Myślę, że takie kompromisy zachodziły w każdej religii. Czytał ktoś z was " Szatańskie wersety" ?

 

I ponawiam moje pytanie jak przejść przez NFZ do celu jakim jest bezpłatna psychoterapia? Dla mnie NFZ jest czarną magią, z którą staram się nie mieć żadnej styczności - ale stało się. Nie mam kasy. Jakoś każdy jest w stanie odpowiedzieć na nurtujący problem Białych Parów na tym forum, a nikt nie jest w stanie mi udzielić prostej rady.

 

Wszystko mnie dzisiaj załamuje, to forum również.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Powoli wychodzę na powierzchnię - idzie mi to niezdarnie. A co mnie wyciągnęło z tej dziury? Oczywiście pieniądze. Latam po urzędach by dostać stypendium socjalne. Doszłam do wniosku, że nie daruję sobie jeśli zawalę tą sprawę. Jeszcze nie wiem co mi się z tego uda a co nie biorąc pod uwagę moje totalne rozkojarzenie.

Dzisiaj ciężko było mi wyjść z domu, pojawiły się w mojej głowie myśli - brzydkie, ale kuszące zarazem. Wszystko szło mi dwa razy wolniej, nic dziwnego, skoro żyję w dwóch rzeczywistościach. Miałam wielką ochotę zostać w domu, wrócić do łóżka, oczy mi się kleiły, znowu nie spałam dobrze. Jednak w końcu udało mi się wyjść. Bez dowodu.

 

Jeden urząd będę musiała odwiedzić jeszcze raz. Wróciłam się po dowód na rowerze. Jechałam do drugiego urzędu, z marną nadzieją, że zdążę i z myślami, w których powstawały coraz koszmarniejsze obrazy. Jechałam przez miasto patrząc na ludzi i zazdroszcząc ich normalności. Choć nie wiadomo czy to tylko iluzja jest i magia. W końcu nikt nie siedzi też w mojej głowie i nie posądza mnie na co dzień o różne dziwne rzeczy.

Zdążyłam zrobić to co miałam do zrobienia. W ostatnie 10 min. urzędowania.

Wkurzyli mnie dzisiaj moi rodzice, moja matka, która wszystkich utwierdza w przekonaniu o jej bezradności, a potem dziwi się, że działa na nerwy, kiedy " potrzebuje, tylko ciepła i miłości". Ja mam zapewnić jej to ciepło :time: I na prawdę, ostatkiem sił staram się na nią nie wybuchnąć złością. A później wybucham, i żałuję. Raz powiedziała, że nie szanuję jej. że nauczyłam się od otoczenia, że nie należy jej szanować. Przejęłam się tym bardzo. Wcale nie chcę być podobna do otoczenia, nie chcę być też wrogiem mojej matki. Jednak już następnego dnia byłam zażenowana jej postępowaniem. Kiedy wciągnęła mnie niestety skutecznie w konflikt z tatą.

Tato też mnie wkurza, jego zamknięcie, odpowiadanie na wszystko milczeniem. To, że muszę prawie siłą wyciągać informacje. Później ja jako tłumacz występuję przed matką, tłumacząc jej co jemu chodzi po głowie. Mogłabym to wszystko olać, ale nie potrafię. Nie potrafię być obojętna wobec uczuć innych.

Mam być dla innych ciepła. Skąd mam brać to ciepło? Wcale nie chcę być ciepła. Tym bardziej gdy w odpowiedzi ludzie mnie za to gryzą.

Na prawdę żałuję, że nie jestem gdzieś daleko od tego wszystkiego w pracy. Jakoś nie radzę sobie u "swoich". Im świat jest dla mnie bardziej obcy tym czuję się lepiej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

trzeba przyjmować całego siebie w raz ze swoim skomplikowanym dobrostanem. Trzeba, bo innego wyjścia w rozwoju, w czasie wychodzenia "z łez padolu" i przebudowywany swojego ja nie ma. Przyjmowanie siebie z całym terazniejszym dobrodzień to coś w.czym warto się ćwiczyć, z czasem będzie prezentowało. To tylko malutka cegiełka w tej złożonej

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ładnie powiedziane ty_tez_mozesz, tylko, że właśnie utknęłam w tym jednym punkcie. Ciężko jest mi zaakceptować całe moje "dobrodziejstwo" tym bardziej , że tyle razy udowodniono mi, że jest ono nic nie warte.

Kiedy sobie pomyślę ile jest we mnie od małego utartych złych mechanizmów, jak bardzo moje życie różni się od moich znajomych. Jak mam osiągnąć jakikolwiek sukces skoro mam problemy z rzeczami, które dla innych są oczywistą oczywistością?

Czasami sobie myślę, że jestem defektem ewolucji. To nie przypadek, że okoliczności w jakich żyłam, tak mnie bardzo wypaczyły. Ludzie wychodzą nieraz o wiele lepiej z o wiele trudniejszych sytuacji. Przykładem jest choćby moja siostra. Wyrastała w tym samym domu, i nieźle sobie radzi. Ma oczywiście pewne problemy, podobnej natury co ja , ale w o wiele mniejszym stopniu. Potrafi przełamać swój lęk. Postawić na swoim.

Ja urodziłam się mega wrażliwym dzieckiem, nie wiem po co, bo nie ma teraz ze mnie jakiegokolwiek pożytku - sprawiam na ludziach tylko przykre wrażenie. Czasami komuś pomogę, czuję się zobowiązana wobec wymagań innych, jestem świetną sługaczką. Przy czym bardzo roztrzepaną, spóźniającą się, nieszczerą. Dla siebie nie potrafię nic zrobić. Życie nie sprawia mi żadnej przyjemności.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

tylko, że właśnie utknęłam w tym jednym punkcie. Ciężko jest mi zaakceptować całe moje "dobrodziejstwo" tym bardziej , że tyle razy udowodniono mi, że jest ono nic nie warte.

bo to jest bardzo trudne zaakceptować to... "całe swoje dobrodziejstwo". Dla każdego to jest trudne, ale można się w tym ćwiczyć i traktować to jako swoj cel. mysle, ze zmiana nawet w małym stopniu moze dużo zmienic jakosciowo w zyciu jednostki. Jasne, że bez sensu sie tylko na tym skupiac bo z samego myslenia o tym i starania sie na sile siebie akceptowac dużo dobrego nie wyjdzie...

 

Kiedy sobie pomyślę ile jest we mnie od małego utartych złych mechanizmów, jak bardzo moje życie różni się od moich znajomych. Jak mam osiągnąć jakikolwiek sukces skoro mam problemy z rzeczami, które dla innych są oczywistą oczywistością?

podejrzewam, ze malym kroczkiem mogloby byc przekminienie i wnikniecie w zasade "to na czym sie skupiam to rosnie". zastanowieniem sie czy ta zasada ma sens czy nie ma. jezeli ma to czy chociazby czesc negatywu pojawiającego sie u Cb w zyciu nie jest implikacją dzialania tej zasady...

 

Ja urodziłam się mega wrażliwym dzieckiem, nie wiem po co, bo nie ma teraz ze mnie jakiegokolwiek pożytku - sprawiam na ludziach tylko przykre wrażenie. Czasami komuś pomogę, czuję się zobowiązana wobec wymagań innych, jestem świetną sługaczką. Przy czym bardzo roztrzepaną, spóźniającą się, nieszczerą. Dla siebie nie potrafię nic zrobić. Życie nie sprawia mi żadnej przyjemności.

teraz jest teraz... zmiana do pewnego stopnia jest realna. a moze to "do pewnego stopnia" sprawiłoby, że byłabys niesłychanie szczesliwą osobą... zmiana do pewnego stopnia jest możliwa, ale tez nie jest "bulka z maslem".... ciezko bywa... potrzebny jest czas, nowe doswiadczenia, refleksja... chyba tyle z najwazniejszych rzeczy

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×