Skocz do zawartości
Nerwica.com

Czy dobrze zrobiłem?


Eddard

Rekomendowane odpowiedzi

To będzie bardzo długi post, także ostrzegam! Bardzo potrzebuję wsparcia!

 

Udało mi się dzisiaj dotrzeć do dziewczyny i namówić ją na leczenie! W poniedziałek idziemy do poradni do specjalisty od depresji i zaburzeń żywieniowych. Jak to się stało? Otóż pozwoliłem jej na "ucieczkę". Spotkaliśmy się, a napięcie podczas tego było tak wielkie, że "coś" kazało mi mówić, a mianowicie przeczytałem jej fragment tego co napisałem jakiś czas temu kiedy nie mogłem opisać słowami tego co czuję, a mianowicie:

 

Mam, a może miałem? cudowną dziewczynę. Kocham ją i chcę odzyskać - w dawnej postaci. Aktywną, normalną. Pozytywnie nastawioną, przynajmniej do mnie i do naszego wspólnego życia.

 

Ona ma depresję i bulimię, do której nie chce się przyznać i której nie chce leczyć. Ma kompleksy, że się do niczego nie nadaje, a z drugiej strony, zbyt duże, moim zdaniem, wymagania. Codziennie mówi tylko o tym, że swoim istnieniem przeszkadza wszystkim i tylko by płakała. Myślę, że musi się potwornie czuć, nie potrafi jednak lub nie chce ze mną o tym rozmawiać. Jest przeraźliwie samotna, pod każdym względem - i tym potocznym, i tym głębszym. Boję się tej jej samotności. Niby ma mnie, ale trzyma mnie z boku i nie czuję, żebym wiele znaczył. To znaczy, żeby ona czuła się z tym lepiej, pewniej, bo ma przy sobie przynajmniej jedną lojalną, oddaną istotę. Najgorsze, że ja to rozumiem, bo sam chyba też czułbym się fatalnie, wisząc psychicznie i fizycznie na jednym tylko człowieku - uwierałoby mnie to, może nawet upokarzało. Obserwując Ją i jej pełną frustracji, nawet nienawiści twarz, powoli nabieram pewności, że byłaby najszczęśliwsza, gdyby odeszła w świat i zaczęła wszystko od nowa. Pod warunkiem, że nikt by jej przy tym nie obserwował, nie zadawał pytań, nie podsuwał rad, nie wyrażał troski... Nie chwalił ani nie ganił. Po pierwsze i najważniejsze, nikt by jej tam, w tym jej świecie, nie znalazł! To nie byłby eksperyment, kaprys, idealistyczna ucieczka od rzeczywistości, tylko autentyczna potrzeba, konieczność nawet, jedyne wyjście, w zasadzie brak wyboru. Jest tak rozdarta pomiędzy swoimi rozdętymi ambicjami a skurczonymi możliwościami, że chyba nigdy nie uda jej się tych światów połączyć w jakimś kompromisie...

 

Kiedy skończyłem rozpłakała się. Powiedziała, że byłbym dobrym psychologiem (odgadłem jej uczucia), po czym "przykro mi, ale najlepiej byłoby mi teraz samej. Kiedy ktoś pojawia się w moim życiu, to zaczyna mi przeszkadzać to, że muszę się z kimś sobą dzielić".

 

Kiedy usłyszałem od niej powyższe obudziło się coś we mnie i bardzo długo mówiłem, ale żeby nie tworzyć nieskończonego postu, podam w punktach najważniejsze kwestie, które jej powiedziałem:

 

1) Mam taką filozofię, że jak się kogoś kocha, to trzeba mu pozwolić także odejść, jeśli tego potrzebuje. Podkreśliłem jednak, że nadal ją kocham i nie chciałbym się z nią rozstać, ale widzę, że ona tego potrzebuje.

 

2) Powiedziałem, że czułbym się lepiej gdybym coś zepsuł. Przerwała mi w tym momencie, że ona wie, że to przez jej chorobę - nazwała to!!!

 

3) Mając świadomość, że to może być OSTATNIA okazja by ja przekonać powiedziałem, że to może być jej jedyna tak dobra okazja by od początku do końca mieć pełna kontrole nad problemem i zmierzyć się samemu z tym - na jej warunkach, tak jak ona tego chce.

 

4) Powiedziałem, że jest niesamowita i ma prawo być szczęśliwa na zasadach jakie uzna za słuszne, ale musi o siebie zawalczyć.

 

Co mnie zszokowało, że chyba ani razu jeszcze z taką swobodą nie rozmawialiśmy o tym wszystkim (bulimia, depresja). Wręcz z lekkością. Mamy termin w przyszłym tygodniu, idziemy razem. Póki co w tajemnicy przed jej rodziną, ale liczę, że to się zmieni wkrótce!

 

Przede wszystkim czuję, że naprawdę ją "odciążyłem" i dałem namacalne poczucie zrozumienia. Nie ma presji "bycia dziewczyna" a nie została z tym wszystkim sama! Sama nawet zażartowała(!), że znowu w "konspiracji", bo jak zaczynaliśmy się spotykać, to też w tajemnicy. Powiedziała nawet "do trzech razy sztuka, zobaczymy co jeszcze tak zrobimy".

 

Nie czuję żalu, to chyba była najlepsza możliwa opcja, tylko czekać na wizytę.Nie robię sobie nadziei, bo to wszystko przez ostatnie tygodnie i tak bardzo ucierpiało, wiec tylko się cieszyć, że się odważyła! Na koniec powiedziała "dziękuję Tobie". Fakt, że czuję się okropnie i tęsknie za nią jak cholera - zresztą mam świadomość tego (mam nadzieje, że ona po wczoraj też), że zdecydowałem się na taki krok, nie bo chciałem, a bo uznałem, że powoli dochodzimy do punktu, w której jestem dla niej czynnikiem pogłębiającym depresję niż łagodzącym. Kolejne próby rozmowy o wszystkim nie powodowały odtrącenia, a wręcz już agresję. Miałem wrażenie, że mój dotyk wręcz sprawia jej ciężar. Wydaje mi się, że zrobiłem dobrze, zwłaszcza, że zgodziła się na wizytę u psychoterapeuty (nie mogłem jej namówić przez dwa miesiące!), a na dodatek idzie tam ze mną, więc nie zostawiam jej tak naprawdę, bo cały czas będę obok. Po prostu zdejmuję z niej "rolę dziewczyny".

 

Boli mnie i boję się, że być może przekreśliłem szansę na powrót tego związku, ale to jest pierwszy realny krok jaki będzie poczyniony ku temu aby rozpocząć leczenie. Ona prędzej by się rzuciła pod tramwaj niż powiedziała rodzinie. O tym jak bardzo nieuświadomiona jest jej rodzina, niech świadczy to, że przedwczoraj przy obiedzie jej Mama powiedziała do niej "nie zachowuj się jak głupia bulimiczka". Ciężkie to wszystko...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Boję się tylko i jednocześnie mam nadzieję, że nie poczuła się przeze mnie odrzucona. Skoro jednak po raz pierwszy w życiu się zgodziła na wizytę u psychoterapeuty, to może nie przyjęła tego tak źle jak się obawiam...

 

Po prostu wszędzie gdzie tylko poruszony jest temat depresji oraz partnerów, którzy są tego świadkami jest mowa o "byciu" i wspieraniu. A ja coraz bardziej miałem taką świadomość, że w pewnym momencie takie "bycie" naprawdę może pogorszyć wszystko. Starałem się wczuć w jej myślenie.

Dla niej największym problemem było to, że ma wyrzuty sumienia, ponieważ sprawia smutek bliskim ( w tym mi - swojemu chłopakowi). Moja obecność tylko te wyrzuty wzmagała, bo przecież "nie powinna być taka dla chłopaka". Dlatego postanowiłem zdjąć z niej tę "rolę" i wynikające z niej obowiązki - pokazałem, że widzę problem i chcę się wycofać z ciążącej jej relacji. Nie wycofałem się jednak totalnie, tylko nadal jestem/będę (przy terapii, rozmowy codzienne) - nie może już sobie wyrzucać, bo "jestem", ale na własną odpowiedzialność. Pokrętne, ale chyba prawidłowe...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

1. Nie sądzę byś cokolwiek przekreślił.

2. Nawet jeśli, jest to stan wyższej konieczności. Przecież nie darowałbyś sobie widząc jak ona się niszczy.

 

Dobrze zrobiłeś.

Jeśli ona jest Ciebie warta, doceni.

Jeśli nie, znajdziesz inną.

Obie alternatywy racjonalnie są dla Ciebie dobre, choć emocjonalnie kosztowne.

Życzę cierpliwości.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bycie i wspieranie nie polega na uzalaniu sie, ale na tym zeby motywowac człowieka do realnego wyzdrowienia. Dziewczyna ma problem, to nie podlega dyskusji, wspieranie nie polega na tym, ze bedziesz patrzył jak sie odchudza czy wymiotuje, tylko wlasnie na wizycie u specjalisty, powiadomienia rodziny. Jezeli jej ebdzie zalezec na Waszym zwiazku to bedzie probowac sie leczyc. Jezeli nie, to i tak cudu nie zrobisz. Człowiek musi sam podjac leczenie, chciec...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dobrego złe początki, czyli czas dokończyć historię, którą zacząłem. Przynajmniej dotychczasowy rozdział. Przyznam szczerze, że nie mam potrzeby dzielenia się tym, ale historia może kiedyś komuś pomóc.

 

Zgodnie z poprzednimi wpisami, Wyjątkowa miała w miniony poniedziałek wybrać się ze mną do psychoterapeuty. Od soboty zaczęły się pierwsze wymówki. "To głupie się spotykać kiedy się rozstaliśmy, co inni pomyślą". Ostatecznie stchórzyła i oznajmiła, że musi sama pójść do specjalisty i "kiedyś" to zrobi. Nie uwierzyłem jej. Boi się zadzwonić z pytaniem o dodatkowe lekcje, a co dopiero do specjalisty by uzyskać pomoc, czyli coś co jest dla niej oznaką największej słabości, na którą ją nie stać.

 

Mimo tego poszedłem na wizytę aby zapytać co zrobić, a raczej upewnić się czy moja decyzja będzie słuszna. Usłyszałem coś bardzo ciekawego. Otóż, że wciągnąłem się w to wszystko zbyt mocno i próbuję zrobić coś niemożliwego, a więc trudny problem rozwiązać w przyjemny sposób.

 

Tego samego dnia umówiłem się z jej bratem, moim wieloletnim przyjacielem i o wszystkim mu opowiedziałem. I co? ULGA.

 

Okazuje się, że od dawna cała rodzina podejrzewała, że coś się dzieje, tylko bardziej obstawiali anoreksję. Nie spodziewali się tylko, że wszystko ma już taki poziom zaawansowania. Uważam, że zachowali/zachowają się wręcz wzorowo. Postanowili nie podejmować żadnych działań przez najbliższe dwa tygodnie (do zakończenia roku szkolnego), a po tym czasie nastąpi rozmowa z nią (być może w obecności specjalisty).

 

Być może posypią się na mnie gromy, że nie uszanowałem jej decyzji, ale coś mi w środku mówi, że nigdy by się nie zwróciła o pomoc, a jeśli już, to w momencie kiedy wszystko zaczęło by zagrażać jej życiu/zdrowiu...

 

Przeraża mnie to, że za dwa tygodnie stanę się jej wrogiem numer jeden, ale wierzę, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, to zrozumie dlaczego podjąłem tę decyzję. Tysiące razy słyszałem/czytałem, że decyzja musi wyjść od samego chorego i nikomu nie można pomóc na siłę. Uważam jednak, że czasem trzeba zrobić coś co niekoniecznie będzie przyjemne dla kogoś nam bliskiego. Zwłaszcza, że człowiek nie jest tytanem i czasem trzeba mu pomóc wstać na dwie nogi by resztę kroków zrobił sam.

 

Zresztą, jeśli naprawdę zamierzała (jak deklarowała) porozmawiać z rodzicami, to dwa tygodnie są sporą ilością czasu, inaczej okaże się, że miałem prawidłowe przypuszczenia. Jej zachowanie bardzo mi przypomina kogoś uzależnionego. To będzie bolesne, ale wyjdzie jej na dobre. Jej rodzina popełniła błędy jak każda, ale to dobra i mądra rodzina.

 

Trzymajcie kciuki.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Szczerze mówiąc żadna chęć niesienia pomocy czy to prób "ratowania" kogoś bliskiego bądź kogokolwiek nie usprawiedliwia wtrącania się w cudze życie tak na siłę i po chamsku, a tym było "doniesienie" o jej prywatnych sprawach i problemach, tak bardzo zresztą intymnych i osobistych jej bratu. Dla mnie obrzydliwie i raczej ona ci za to nie podziękuje, zwłaszcza, że mogła nawet lecząc się nie chcieć aby brat czy ktokolwiek z rodziny o tym wiedział. Kto dal ci prawo decydowania o takich sprawach?

 

Tego samego dnia umówiłem się z jej bratem, moim wieloletnim przyjacielem i o wszystkim mu opowiedziałem. I co? ULGA.

I to było uzewnętrznieniem twojego czystego egoizmu - zrobiłeś to nie dla niej, tylko dla siebie żeby poczuć ulgę.

 

Zresztą, jeśli naprawdę zamierzała (jak deklarowała) porozmawiać z rodzicami, to dwa tygodnie są sporą ilością czasu, inaczej okaże się, że miałem prawidłowe przypuszczenia. Jej zachowanie bardzo mi przypomina kogoś uzależnionego. To będzie bolesne, ale wyjdzie jej na dobre. Jej rodzina popełniła błędy jak każda, ale to dobra i mądra rodzina.

To była jej decyzja kiedy i czy w ogóle zamierza porozmawiać z rodziną. Śmieszne są te twoje twierdzenia. O pomoc trzeba chcieć poprosić i mieć zaufanie do danej osoby. Nie zyjesz w jej rodzinie non-stop i nie masz pojęcia co się tam tak naprawdę dzieje. Są takie błędy bliskich, które przekreślają wszystko i czego nie można naprawić. To, że ktoś jest dobry to twój punkt widzenia, niekoniecznie musi być taki sam dla innej osoby.

 

W ogóle to co zrobiłeś dla mnie wydaje się skrajnym egoizmem. Nie zrobiłeś tego dla niej, tylko dla siebie żeby zdjąć z siebie ciężar. Zrobisz dziewczynie piekło, na które ona w tym momencie może nie być gotowa tak samo jak alkoholik, który dla świętego spokoju idzie na leczenie pod naciskiem rodziny, ale tego tak naprawdę nie chce i tak będzie pił. Dopiero jak sam poczuję potrzebę leczenia może to przynieść jakiś skutek. Ale za późno, egoistycznie skazałeś ją na tą presję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

W ogóle to co zrobiłeś dla mnie wydaje się skrajnym egoizmem. Nie zrobiłeś tego dla niej, tylko dla siebie żeby zdjąć z siebie ciężar. Zrobisz dziewczynie piekło, na które ona w tym momencie może nie być gotowa tak samo jak alkoholik, który dla świętego spokoju idzie na leczenie pod naciskiem rodziny, ale tego tak naprawdę nie chce i tak będzie pił. Dopiero jak sam poczuję potrzebę leczenia może to przynieść jakiś skutek. Ale za późno, egoistycznie skazałeś ją na tą presję.

 

Naprawdę myślisz, że zdjąłem z siebie ciężar? To wszystko o czym napisałaś, myślałem o tym setki, jeśli nie tysiące razy. Żaden wybór nie był dobry, żaden. Zresztą podjąłbym tę decyzję po raz kolejny. Jej zachowanie, to był jeden wielki krzyk o pomoc, którego nie umiała z siebie wydobyć ani nikogo o to poprosić. Żadna choroba, także psychiczna, nie jest sprawą całkowicie własną osoby, która choruje Odpowiedzialność za czyjeś zdrowie i bezpieczeństwo są ważniejsze od solidarności. To są trudne decyzje i też będę ponosił jej koszty. Zresztą uważam, że rodzina naprawdę dobrze się zachowuje - nie zareagowali od razu, chcą poznać problem i sami pójdą na konsultację z psychoterapeutą by wiedzieć jak postępować. Moim zdaniem za bardzo stawiasz wszystko w kierunku najgorszego traumatycznego scenariusza.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bardzo dobrze zrobiłes ze powiedziałeś rodzinie, a co masz pozwolić się jej zabic na własne zyczenie, trwając w ciszy? Natomiast co do leczenia widzisz ona nie chce sie leczyc, bo nie jest jeszcze na etapie rozumienia swojej choroby, z drugiej strony byc moze to taka choroba, ze czesto chorzy uznaja sie za zdrowych (np schiza). Wg mnie rodzina powinna sie nią zajac, Ty juz wyczerpałeś mozliwosci, poza tym jako jedna osoba za nią nic nie zrobisz, jestes jakby obca osoba i tylko jej rodzina moze ja skierowac (poprzez sad) np na przymusowe leczenie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×