Skocz do zawartości
Nerwica.com

Moja historia w skrócie, prośba o porady :(


niepojęta

Rekomendowane odpowiedzi

Kiedyś( dwa, trzy dni temu) już pisałam tutaj, napisałam wyczerpujący post, ale gdy kliknęłam wyślij pojawiła się strona logowania, i post się usunął. (pisałam go 1,5h) Straciłam chęci do ponownego pisania..i na pewno nie opiszę tego już tak, jak wtedy, bo już mi się nie chcę..więc postanowiłam, że napiszę to w skrócie, a może najlepiej i w punktach.. Nie wiem jednak czy postawić na fakty, czy emocje.Co jest ważniejsze? Nie chcę niczego pominąć, ale też nie chcę się zbytnio rozpisywać i was zanudzać.. Tak, punkty będą dobre. Najwyżej któryś z nich potem rozwinę bardziej.

Od początku..

1. Życie wczesne(dzieciństwo)

Uważam, że było w miarę 'szczęśliwe', mimo, że już w dzieciństwie czułam się brzydka, często smutna, inna od reszty. Jednak radziłam sobie całkiem nieźle, w domu się nie przelewało i rodzice się nie kochali,często się kłócili, ojciec na rencie, matka pracowała przy produkcji opon, była zawsze taka smutna, przygnębiona, nigdy niczego nie chciała dla siebie, a dla nas, ojca zawsze odpychała (do tej pory nie wiem w sumie, czy był jakiś tego powód, i jaki).Było ciasno, bo mam duże rodzeństwo, ubogo, często trzeba było brać 'na kreskę' w sklepie. W szkole radziłam sobie dobrze, lubiłam się uczyć,wolny czas spędzałam na świeżym powietrzu razem z innymi rówieśnikami z osiedla, zawsze było wesoło, miałam wielkie marzenia, plany, gdy dorosnę, Tak mijały dni..

2. Już nie takie dzieciństwo

Miałam 9 lat, gdy urodził się mój najmłodszy brat. Bardzo, ale to bardzo się nim opiekowałam, mimo,że miałam starsze ode mnie rodzeństwo. Na początku jeszcze razem z mamą, gdy była w pracy przejmowałam obowiązki, ojciec był jakiś czas w Hiszpanii w celu zarobkowym, nie pamiętam kiedy dokładnie wrócił,wiem, że nie miał wyjścia, wymagała tego sytuacja. Tutaj chcę dodać coś bardzo ważnego (przynajmniej tak mi się wydaję). Nie wiem kiedy dokładnie, wiem, że jeszcze jako dziecko dopadła mnie myśl, że jestem chora, w sensie fizycznym. Nie znałam budowy swojego ciała, nie byłam uświadomiona, i wmówiłam sobie, że coś 'wyrosło' mi w miejscu intymnym, że nigdy tego nie wyleczę, wstydziłam się tego, wiele razy płakałam, ale za nic nikomu nie potrafiłam powiedzieć

3. Śmierć matki

Stan mamy się pogorszył. Miałam wtedy 13 lat, mój najmłodszy brat 4 latka. Nie wiedziałam, co się z nią dzieje. Wiem tylko, że była jeszcze bardziej smutna niż zawsze, często leżała w łóżku, płakała, piła, jeszcze bardziej kłóciła się z ojcem, mówiła, że ją obserwują, było tego bardzo wiele..plus moja najstarsza siostra (która od dziecka była inna, wybuchowa, agresywna, potrafiła kłócić się, bić z matką, całe dnie spędzała w domu, z nikim nie rozmawiała, nie skończyła szkoły średniej bo nie chciało się jej nic, uważana była za lenia, nieroba,co się okazało już wtedy miała depresję,ona jednak tego nie dopuszczała do siebie, to osobny temat dla mnie), mama bardzo się nią przejmowała, denerwowała, dostała zwolnienie lekarskie z pracy,nie znam nawet połowy sprawy, gdyż wtedy w ogóle to do mnie nie dochodziło- nie rozumiałam nic. Jedyne, co utkwiło mi w pamięci to jej pytanie. Wtedy zapytała się mnie czy byłoby nam lepiej, gdyby jej nie było. Nie mieściło mi się w głowie, dlaczego mama mnie o coś takiego pyta? Po jakimś czasie przyszedł taki dzień, w którym mama miała iść do lekarza, jak przypuszczam psychiatry, po leki. Słyszałam nawet rozmowę z ojcem, mama była jednak bardzo spokojna, jakby było w niej zero emocji. Wyszła. Mijały godziny, jednak nie wracała. Gdy nie wróciła do rana, tata zawiadomił policję. Zaczęły się poszukiwania, które trwały i trwały..policja, my na własną rękę, nawet jasnowidz..Bez skutku.Ja przez ten cały czas miałam jednak nadzieje, że wróci, że chociaż będę mogła się z nią pożegnać. I przez ten cały czas byłam twarda ponad siły, nie opuściłam praktycznie żadnego dnia w szkole, jadłam, 'żyłam' z dnia na dzień, nie docierało do mnie, co tak naprawdę się dzieje..Minęło jakieś półtorej miesiąca od zaginięcia. Mamę znaleźli w rzece, stwierdzono, że było to samobójstwo, chociaż być może próbowała walczyć, taką wersję pamiętam.. Było to w 2007 roku. Nie dotarło do mnie..nie mogłam przyjąć do wiadomości, że odeszła, bez słowa, bez pożegnania, starałam się o tym w ogóle nie myśleć, po pogrzebie wyparłam to z pamięci, znów starałam się być silna ponad wszystko, byłam jednak w bardzo złym stanie,

4. Życie po tym

Z pewnością się zmieniło. Przede wszystkim, przejęłam wiele obowiązków, szczególnie wychowywanie najmłodszego brata, inni mieli to gdzieś, żyli swoim życiem(mowie o rodzeństwie), ojciec często wychodził do wujka i wracał nad ranem, ja w tym czasie musiałam wszystkim się zająć, nie miałam własnego życia, czułam się nawet zobowiązana do tego, by nad wszystkim panować, w tym czasie coraz bardziej wkręcałam się też w swoją 'chorobę', stałam się jeszcze bardziej lękliwa, płaczliwa, smutna,myślałam że jestem nieuleczalnie chora i jak pójdę do lekarza on nie będzie wiedział co mi jest, bo będę wyjątkiem i tylko ja cierpię na taką dolegliwość.. wyobrażałam sobie szpital, ludzi wokół mnie, wstyd, że na to cierpię, śmierć, nieszczęście.. było tych objawów mnóstwo, nie jestem w stanie zliczyć, koszmar na ziemi. w którymś momencie, po NAPRAWDĘ WIELU LATACH musiałam coś z tym zrobić..

5. Rok 2012, nie wytrzymałam już tego napięcia, które nagromadziło się przez tyle lat. Był to kwiecień, w czerwcu miałam jechać na praktyki do Niemiec i było to dla mnie być albo nie być, czułam, że po prostu już teraz MUSZĘ coś zrobić. Powiedziałam ojcu, że muszę iść do lekarza. U mnie w domu nie rozmawia się na takie tematy, wstydziłam się, więc poszłam do rodzinnego. Cała zapłakana, roztrzęsiona weszłam do niego, jakoś wyksztusiłam parę słów, on po oglądnięciu 'tego' nie zauważył nic niepokojącego, co tylko mnie dobiło, zamiast ucieszyć, nie wierzyłam mu, nie potrafiłam się uspokoić, dał mi skierowanie do ginekologa i ginekolog potwierdziła- wszystko w porządku.. Uspokoiłam się po tym. Odczułam wielką ulgę, jakby ciężar, który dźwigałam całe życie w końcu spadł ze mnie raz na zawsze.. Nie trwało to długo. Objawy dalej się pojawiały, może nieco słabsze, jednak nie było tak jak myślałam-że wszystko ustąpi po tym, będę 'zdrowa i szczęśliwa'..

6. Pierwszy wyjazd

Wyjechałam do Niemiec w ramach praktyk. Pobyt 3 miesiące, na początku objawy nasilone- nowe miejsce, otoczenie, wielki stres, praca na obsłudze w restauracji, wszędzie pełno kamer, napięcie, zastraszanie, że jak ktoś sobie nie poradzi odeślą do domu,brak odwagi, było to ponad moje siły. Po jakimś czasie się nieco przyzwyczaiłam, a nawet, były momenty kiedy podobało mi się tam, to co robię, czułam się bardziej odważna, zaradna, miałam dobry kontakt z kilkoma dziewczynami pracującymi ze mną, cieszyłam się, że mnie zaakceptowały,czułam się inna i taka' co powiesz to zrobię', ale nie przeszkadzało mi to już aż tak. Miałam plany - po pracy, przed pracą. Wykorzystywałam czas wolny na moją pasję-fotografię, często dopadała mnie taka melancholia i stany depresyjne, a do lęków się 'przyzwyczaiłam' na swój sposób. Jakieś dwa tygodnie przed powrotem objawy stały się tak silne, jak nigdy wcześniej- doszły potworne ataki paniki, brak kompletny wiary w siebie, chęć ucieczki gdzieś, odizolowania się, cała się trzęsłam, a musiałam chodzić z tacą do ludzi..to było coś strasznego, chwiałam się, nie wiedziałam gdzie jestem i co robię, trzęsłam za każdym razem jak miałam coś zanieść, bo chciałam unikać ludzi, nawet tych, których znałam, nie chciałam żeby widzieli mnie 'w tym stanie', często otępienie, lęk stale się utrzymywał, poczucie beznadziei, braku sił, bezradności, zmęczenia, nie wiedziałam co się dzieje... Nie wiem jak udało mi się wytrwać do końca wyjazdu, ale jakoś dotrwałam do powrotu do domu. A wtedy..

7. Jeszcze gorzej

Ze mną było bardzo źle, i 'cieszyłam się' na powrót do domu, myślałam,że w końcu się uspokoję, bo jestem 'na swoim', nic mi nie grozi, nie muszę nic nosić, udawać twardej, jakoś sobie poradzę... Jednak wydarzyło się coś, co DOPIERO mną wstrząsnęło.. Moja najstarsza siostra zachorowała, poważniej niż była(cierpiała na przewlekła depresję, całymi dniami w domu, potrafiła nie wychodzić z pokoju 3 dni, tylko wpatrywać się w sufit, ataki agresji, lub całkowita obojętność, tego jest mnóstwo, nie chcę się wgłębiać). Pewnego dnia wyszła z domu rano, w piżamie, pantoflach.. miała tych objawów mnóstwo, szczerzyła zęby, schudła straszliwie, wzrok miała nieobecny, w nocy czasem wstawała i patrzyła w okno, mówiła o szatanie, bałam się każdej nocy, że mnie zabije(dzielę z nią pokój), albo kogoś, modliłam się żeby jej 'przeszło', to wtedy ja też zrobię wszystko, jednak tak się nie stało. Obudziłam się kiedyś rano i okazało się, że ona siedzi zamknięta w łazience od paru godzin, nie odpowiada na wszelkie próby mówienia do niej, potem krzyczała, że musi się zabić, bo szatan tego chce, byłam świadkiem, kiedy wyciągali ją siłą z łazienki a ona 'rzucała się' jak opętana, zabrali ją karetką na odział. Myślałam, że w końcu się uspokoję, kiedy już jej nie ma, kiedy ją zabrali, jednak byłam na skraju, to, co się ze mną wtedy działo, zaczęły się kolejne objawy, tym razem już także związane ze szpitalem, szatanem, porównywanie się do niej, myśli samobójcze, że zrobię coś sobie, lub komuś, obawa co będzie jak ją wypiszą i wróci, była dla mnie złem wcielonym.. nie czekałam teraz tak długo jak wtedy przez całe życie, tylko znowu powiedziałam ojcu, że muszę iść do lekarza, tym razem już bardziej trafnie- do psychiatry

8. Początki 'leczenia'

Poszłam prywatnie, krótka wizyta i już 'wszystko' wiadomo- stwierdzenie ogólne-depresja. Dostałam lek antydepresyjny, jednak za słaby by mógł mi pomóc, potem już coś 'lepszego' - paroksetynę. Leczyłam się nią od.. w zasadzie nie mam pojęcia od kiedy.. dziwne, ale za nic nie jestem w stanie sobie przypomnieć,wiem, że trwało to do września 2014 roku. Nie było idealnie- teraz gdy sobie to przypominam, było niewiele lepiej, niż teraz, jednak okoliczności były inne, mimo tego potwornego stanu, który mi towarzyszył udało mi się skończyć szkołę, zdać wszystkie egzaminy i matury, wzięłam nawet przedmiot dodatkowy, chociaż koncentracja była okropna, lęki dość nasilone, depresyjne stany,no nie będę wymieniać, bo każdy kto jest w temacie doskonale wie jak to jest... Jednak nie poddałam się, i widząc 'poprawę' zaczęłam szaleć i to dość dobrze.. imprezy, nowe znajomości, alkohol, złe wybory, coraz częściej zapominałam o braniu leku, stwarzałam sobie tyle sytuacji i wydarzeń, by nie mieć czasu na choćby myślenie o tym, co się ze mną wciąż jednak działo, starałam się to zagłuszyć. Sama powiedziałam lekarzowi, że chcę powoli schodzić z dawki, myślałam że sobie poradzę. Jednak wydaję mi się, że tak naprawdę chciałam odstawić lek, bo wiedziałam że nie powinnam pić w czasie jego przyjmowania, a to zdarzało mi się dość często, na imprezach, spotkaniach..Alkohol dodawał mi odwagi i czułam się 'taka jak inni'-w końcu. Po ukończeniu szkoły pojechałam do Niemiec coś zarobić. To tam miałam skończyć przyjmowanie leku, miałam rozpiskę co, kiedy, ile, ale tak naprawdę nie dostosowałam się do niej. Nie nasilało się aż tak, w sumie mogę zaryzykować stwierdzenie, że żyłam z tym jakoś, chociaż ciągle wiele objawów się pojawiało. W Niemczech tym razem było lepiej, inne miejsce, inne stanowisko, ale po jakimś czasie znowu coś zaczęło się 'dziać' bardziej niż zwykle. To jest bardzo, bardzo skrócony 'skrót', bo nie chcę się rozpisywać jak dawniej na kilkanaście stron.. Dopadło mnie znowu, mimo tego, że znam te wszystkie techniki, schematy, nie umiem sobie poradzić. Niczego nie wiem, nie umiem podjąć żadnej decyzji. Męczyłam się 'samotnie' od stycznia, pogorszyło się do tego stopnia, że zrezygnowałam ze wszystkiego, nie mam nawet ochoty opisywać mojego stanu, i nawet go opisać nie potrafię.. Dzisiaj w końcu zdecydowałam się na ponowną wizytę u psychiatry. Długo się przed tym 'broniłam' mimo, że widziałam co się ze mną dzieje i że sama sobie nie potrafię poradzić, nawet teraz nie mam pojęcia czy dobrze zrobiłam czy nie, boję się tego, a równocześnie liczę na poprawę choćby do takiego stopnia, by móc robić powoli kroki do przodu, znów wszystko budować od nowa...Nie dostałam nowego leku, tylko ten, który miałam wtedy. Diagnoza taka jak poprzednio, jedynie dopisek'depresja nawracająca'.Jestem tak koszmarnie niezdecydowana, w każdej kwestii w życiu.. Co zrobię, wydaję mi się, że mogłabym zrobić to inaczej, a znowu jak czegoś nie zrobię, źle mi z tym, i często popełniam te same błędy odruchowo, sama siebie nie potrafię zrozumieć, bo przecież niby się 'już wszystko uspokoiło' w domu, powinno być lepiej, ja powinnam wiedzieć, co dobre, co złe, a tak naprawdę co chwila zmieniam zdanie, zmienia się nastrój ze skrajności w skrajność.. Raz chcę czegoś, raz nie, raz czuję że nic nie potrafię, raz że mogę wszystko, na każdym kroku mam przeciwne do siebie myśli, i pęka mi już od tego głowa...z nikim nie chcę rozmawiać, bo nie wiem co mówić, bo co powiem potem wydaję mi się na odwrót, jestem żałosna, niedługo stuknie 21 lat, a ja jestem taka nieporadna w środku, i rozchwiana, jakby były we mnie dwie różne osoby.. Obecnie jestem i załamana, i 'pełna nadziei' że coś ruszy.. Pozdrawiam :(

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Smutna Twoja historia. Jeśli zarabiasz na siebie za granicą to znaczy, że jednak jesteś silna psychicznie i dajesz radę. Rozterki to normalna rzecz przy takiej sytuacji.

 

Z tego treściwego opisu mogę wywnioskować, że Twoja mama miała ostrą depresję spowodowaną różnymi rzeczami o których nie masz, nie miałaś i nigdy pewnie mieć pojęcia nie będziesz. W każdym razie jeśli Twoja siostra również z tego powodu zwariowała, a Ciebie to dopada, to znaczy, że to jest genetyczne.

 

Jestem tak koszmarnie niezdecydowana, w każdej kwestii w życiu.. Co zrobię, wydaję mi się, że mogłabym zrobić to inaczej, a znowu jak czegoś nie zrobię, źle mi z tym, i często popełniam te same błędy odruchowo, sama siebie nie potrafię zrozumieć, bo przecież niby się 'już wszystko uspokoiło' w domu, powinno być lepiej, ja powinnam wiedzieć, co dobre, co złe, a tak naprawdę co chwila zmieniam zdanie, zmienia się nastrój ze skrajności w skrajność.. Raz chcę czegoś, raz nie, raz czuję że nic nie potrafię, raz że mogę wszystko, na każdym kroku mam przeciwne do siebie myśli, i pęka mi już od tego głowa...z nikim nie chcę rozmawiać, bo nie wiem co mówić, bo co powiem potem wydaję mi się na odwrót, jestem żałosna, niedługo stuknie 21 lat, a ja jestem taka nieporadna w środku, i rozchwiana, jakby były we mnie dwie różne osoby..

 

Jestem taki jak Ty, po pierwsze neurotyk, po drugie mam co do siebie bardzo wysokie wymagania - żeby inni odbierali mnie dobrze, doszukuję się u innych postawy krytycznej wobec mnie, wydaje mi się, że mnie nie lubią etc. Do tego dochodzi jeszcze to, że chciałbym coś osiągnąć, być kimś, a niestety jestem takim szarym człowieczkiem. Z jednej strony kiedy rozmawiam z ludźmi czuję się mądrzejszy - a z drugiej, mam mniej sukcesów "mierzalnych". Twój charakter to wynik dwóch rzeczy: pierwsza to geny i niezbyt fajna przeszłość, druga to fakt, że jesteś po prostu mądra - sceptyczna, krytyczna, wobec siebie, swoich możliwości, i tak samo wobec innych. Z taką postawą nie jest łatwo, ale wiedz, że nie jest ona zła, wręcz odwrotnie.

 

Jeśli miałbym dać Ci jakąś radę - polub siebie. Popatrz, przez jaki trud przeszłaś wcześniej, większość ludzi z takim bagażem emocjonalnym raczej nie dałaby sobie rady. Praca na obczyźnie wśród komend i niechętnych spojrzeń nie jest przyjemna, ale potraktuj to jako po prostu źródło zarobku, a nie sens swojego życia. A jeśli ani rodzina, ani praca nie są w przypadku Twojego życia zbyt szczęśliwymi zakładkami - poszukaj przyjaciół, miłości, pomyśl co Cię interesuje i w czym jesteś dobra, zrób coś dla siebie. Nie będę pisał pierdół typu - zapomnij o tym co było, zostaw to za sobą - nie, taka ucieczka poskutkuje co najwyżej alkoholizmem, zresztą sama piszesz, że lubisz być w stanie upojenia, bo mniej boli. Lepiej konkretnie przemyśleć temat, wyciągnąć wnioski.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem taki jak Ty, po pierwsze neurotyk, po drugie mam co do siebie bardzo wysokie wymagania - żeby inni odbierali mnie dobrze, doszukuję się u innych postawy krytycznej wobec mnie, wydaje mi się, że mnie nie lubią etc.

A ja jestem taka jak Wy. Z tym, że ja się nie muszę doszukiwać w ludziach krytycznych postaw wobec mnie, to widać gołym okiem, że ludzie mnie lekceważą, nie lubią i mają gdzieś moje zdanie. Zwłaszcza w pracy. Ale w pracy się dziwie, kiedy ma się do czynienia z głąbem ludzie przestają mieć cię za cokolwiek, a mają za nic. W życiu prywatnym nie mam znajomych. Serio, żadnych, lista osób do których mogę zadzwonić kiedy jest ze mną bardzo źle jest w niektórych wypadkach zerowa. Nie mam też z kim wyjść nawet na głupie piwo. Toteż nie wychodzę nigdzie. W dodatku z niewiadomych przyczyn przytyło mi się ostatnio znacznie, więc nie dość, że jestem głupia to teraz jeszcze gruba. Nic już chyba nigdy nie zmieni mojej postawy wobec siebie (i nikt).

 

Raz chcę czegoś, raz nie, raz czuję że nic nie potrafię, raz że mogę wszystko, na każdym kroku mam przeciwne do siebie myśli, i pęka mi już od tego głowa...z nikim nie chcę rozmawiać, bo nie wiem co mówić, bo co powiem potem wydaję mi się na odwrót, jestem żałosna, niedługo stuknie 21 lat, a ja jestem taka nieporadna w środku, i rozchwiana, jakby były we mnie dwie różne osoby..

Mam dokładnie tak samo. Z tym, że nie czuję jakby były we mnie dwie osoby, jest jedna, za to bezdennie głupia i zawsze zależna od ocen innych. Ale tak już nas wychowano. Nie wierzę, że da się to zmienić, nie wierzę, że da się zmienić taki sposób myślenia, te ch//owe uczucia zawsze będą towarzyszyły w pewnych sytuacjach, nawet jeśli po 10 latach terapii uda się nam nauczyć reagować inaczej, to te uczucia zawsze będą się pojawiały. To jest wrośnięte w człowieka.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gość pysiunia

niepojęta, Wiele przeszłaś w życiu... Dzieciństwo kładzie się "echem" na Twoją teraźniejszość.

Najlepiej dla Ciebie byłoby raz na zawsze rozprawić się z przeszłością, przeżyć wyparte emocje, poznać schematy, które kierują Twoim życiem do chwili obecnej i zacząć żyć tu i teraz, bez zbędnego balastu.

Do tego potrzebna jest psychoterapia. Weź skierowanie od lekarza rodzinnego, znajdź certyfikowanego psychoterapeutę w Twoim mieście, okolicy i zapisz się na nią w ramach NFZ.

Im szybciej, tym lepiej dla Ciebie. Głowa do góry. Dasz radę ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem taki jak Ty, po pierwsze neurotyk, po drugie mam co do siebie bardzo wysokie wymagania - żeby inni odbierali mnie dobrze, doszukuję się u innych postawy krytycznej wobec mnie, wydaje mi się, że mnie nie lubią etc.

A ja jestem taka jak Wy. Z tym, że ja się nie muszę doszukiwać w ludziach krytycznych postaw wobec mnie, to widać gołym okiem, że ludzie mnie lekceważą, nie lubią i mają gdzieś moje zdanie. Zwłaszcza w pracy. Ale w pracy się dziwie, kiedy ma się do czynienia z głąbem ludzie przestają mieć cię za cokolwiek, a mają za nic. W życiu prywatnym nie mam znajomych. Serio, żadnych, lista osób do których mogę zadzwonić kiedy jest ze mną bardzo źle jest w niektórych wypadkach zerowa. Nie mam też z kim wyjść nawet na głupie piwo. Toteż nie wychodzę nigdzie. W dodatku z niewiadomych przyczyn przytyło mi się ostatnio znacznie, więc nie dość, że jestem głupia to teraz jeszcze gruba. Nic już chyba nigdy nie zmieni mojej postawy wobec siebie (i nikt).

 

Nie masz znajomych to pewnie masz dużo czasu na rozmyślanie. Możesz pomyśleć o tym dlaczego jesteś lekceważona. Masz o sobie takie zdanie "jestem głupia" więc inni też. Dlaczego tak uważasz?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Powinnaś koniecznie iść na terapię lub ogólnie do psychiatry. Może przydał by Ci się jakiś oddział terapeutyczny..

Może jeszcze szpital psychiatryczny?.. Tak byłoby najprościej, miałabym 'spokój święty' ...

 

 

Dziękuję wszystkim za odpowiedzi,doceniam waszą chęć pomocy i porady.

Z tego treściwego opisu mogę wywnioskować, że Twoja mama miała ostrą depresję spowodowaną różnymi rzeczami o których nie masz, nie miałaś i nigdy pewnie mieć pojęcia nie będziesz. W każdym razie jeśli Twoja siostra również z tego powodu zwariowała, a Ciebie to dopada, to znaczy, że to jest genetyczne.

Masz rację, tego się nie dowiem co to spowodowało. Bardzo bym chciała to wiedzieć, może pomogłoby mi wiele rzeczy zrozumieć.

A to że genetyczne, już zdążyłam zauważyć, gdyż od strony mamy mam, a raczej miałam, bo od jej śmierci nie utrzymujemy kontaktu, dużą rodzinę, sama mama miała wiele sióstr i braci, i część z nich ma lub miało problemy psychiczne.

 

Na tą chwilę od tygodnia z powrotem biorę paroksetynę, i liczę na jakąś poprawę(na razie pogorszenie stanu, szczególnie fizycznie). Jak się coś poprawi pomyślę o terapii i co dalej..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×