Skocz do zawartości
Nerwica.com

Wracam w nowym roku


kop

Rekomendowane odpowiedzi

Wiecie co, jestem chory. Nie wiem tak naprawdę na co. Może nerwica lękowa, natrętne myśli, zaburzenia osobowości, chwiejne emocje, ataki paniki, czasem prawie, że schizofrenia i myśli samobójcze. Wiem tylko, że wszystkiego się boję, mam tak niską samoocenę, że niżej się nie da. Myślę najczęściej, że jestem beznadziejny. Jeśli ktoś zdrowy wyobraża sobie, że można być na dnie, to ja jeszcze się w tym dnie zakopuję.

Do tego wszystkiego, albo i przez to wszystko rzuciła mnie dziewczyna i straciłem rok na studiach. Dziewczyna, która wydawała mi się idealna i która była (jest) dla mnie najważniejsza, z którą kiedyś chciałbym się ożenić, uważałem, że to ta. Przez te zerwanie teraz "myślę", że nie byłem warty tego, żeby mnie kochała, że jestem beznadziejny. Do tego czasem nie czuję już sensu tego wszystkiego, nie potrafię marzyć i szczerze się uśmiechać. Nie potrafię się uczyć, czasem cały dzień przeleżę w łóżku, a mam na głowie tyle obowiązków, że i tak by mi nie wystarczyło czasu, żeby wszystko pozałatwiać. Schudłem w ciągu kilku miesięcy. Doszedłem do miejsca z którego nie widać nic, albo prawie nic, żadnej nadziei. Przestałem uprawiać sport, który jest moją pasją, codziennie boli mnie głowa i kręgosłup i mógłbym tak pisać w nieskończoność.

Strasznie cierpię i nikt tego nie zrozumie. I moje natrętne myśli mówią mi, że albo tak zawsze już będzie, albo będzie już tylko gorzej. Cały czas mnie katują.

 

I wiecie co?

Mam to wszystko trochę "gdzieś". W sumie to cały czas próbuję wstawać na nowo i walczyć, ale teraz to już lekka przesada ze strony tej choroby.

Nie obchodzi mnie to, że te myśli mi mówią takie rzeczy. Po prostu wstanę jeszcze raz i jeszcze kolejny i tak albo do zasranej śmierci, albo się w końcu podniosę. Co mam do stracenia? Czy może być gorzej niż tak jak jest (zawsze może być gorzej)?

 

Bez tej choroby byłem dojrzały, pewny siebie i odpowiedzialny. Radziłem sobie praktycznie we wszystkich możliwych sytuacjach. Zawsze potrafiłem znaleźć jakieś wyjście. I dlatego teraz też oszukam tą chorobę. Zacząłem tak powstawać już jakiś czas temu. Nie spodziewałem się takiego ciosu w postaci zerwania przez dziewczynę, ale widocznie samemu muszę z tym sobie poradzić.

Najważniejsze są dla mnie decyzje, więc podejmuję decyzję, że idę na terapię.

 

Wracam tu w nowym roku i napiszę co z tego wyszło.

 

Trzymajcie kciuki, a kto może, to proszę o modlitwę w mojej intencji (serio).

 

Pozdrawiam!

I życzę Wam też siły i wytrwałości!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Tak, jak obiecałem, wracam w nowym roku. Przez te dwa miesiące dużo się zmieniło. Nabrałem dystansu do moich lęków i nabrałem siły.

Znalazłem na moją chorobę pewien sposób. Mam chwilami takie momenty, w których czuję się zdrowy i pewny siebie. Są takie chwile, w których mam w sobie siłę i czuję, że potrafię sobie z tym poradzić. Niestety przeważają jeszcze ciągle momenty pełne lęku i przerażenia, jak choćby teraz kiedy to piszę. Jednak w zdrowych momentach staram się cieszyć sobą i "mówić" sobie wtedy same pozytywne rzeczy. Po prostu sam siebie wtedy "przytulam" i "mówię", że jestem wartościowym człowiekiem.

Potem piszę sobie na ręce słowo "Pamiętaj", na które patrzę z nadzieją we wszystkich momentach złych.

 

Oprócz tego już nie zastanawiam się stale jak się czuję i czy coś mi dolega, czy może nie. To co robię, to stale pokonuję siebie. Kiedy jestem zmęczony, a wiem, że te zmęczenie nie ma przyczyny to idę biegać albo ćwiczyć. Kiedy boję się zasnąć idę spać mimo lęku. Gdy boję się o swoją wydolność przyśpieszam bieg, czy pływanie, robię jeszcze jedną, dodatkową serię na siłowni. Kiedy czegoś się boję, to robię to, na przekór lękowi. A w tych "dobrych" momentach nieraz staram się przywoływać lęk, żeby sprawdzić jaką mam nad nim kontrolę. Staram się go oddzielić od swojego prawdziwego oblicza i obserwować go.

 

To co próbuję uzyskać to właśnie kontrola nad lękiem i nad samym sobą. Szukam w sobie pewnych stałości, punktów odniesienia nawet w chwilach totalnego ataku paniki, w chwilach kiedy nawet nie ma brzytwy, żeby się jej złapać.

 

Kilka razy będąc totalnie przerażonym i trzęsąc się w łóżku stwierdziłem, że po prostu na przekór wstanę i cały dzień będę pracował.

Cały dzień odczuwałem atak paniki, ale mimo to narąbałem całą szopę drewna. Po takim dniu odczuwałem mega satysfakcję na przekór mojemu lękowi.

 

Czasami mam takie momenty, że pozwalam sobie na chwile słabości. Pozwalam lękowi żeby sobie był. Nie walczę z nim. Patrzę tylko w ten napis na ręcę "pamiętaj!" i czekam aż przejdzie, a gdy nie przechodzi, po prostu wstaję i zaczynam robić to co zaplanowałem jak czułem się jeszcze zdrowy.

 

Przepraszam za lekki chaos wypowiedzi i luźne myśli, ale może komuś pomoże choć jedna wskazówka.

Życzę wszystkim dużo siły, wytrwałości i wiary w siebie. A ja sam postaram się co jakiś czas wpisywać jak mi idzie nierówna walka z tą chorobą.

 

Pozdrawiam!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×