Skocz do zawartości
Nerwica.com

To depresja czy jakieś inne zaburzenie osobowości ?


ver.

Rekomendowane odpowiedzi

Mój dziwny "stan" rozpoczął się we wczesnym dzieciństwie. Odkąd pamiętam wolałam być na uboczu. Gdy inne dzieci bawiły się ze sobą to ja wciąż czułam, że jestem od nich gorsza i że mam siedzieć z boku i się dołować. Często czułam poczucie pustki, jeśli byłam szczęśliwa to szybko starałam się to "tłumić" w sobie i wręcz udawać, że jest źle. Zawsze czułam lekką niechęć do ludzi, zawsze im zazdrościłam, dosłownie wszystkiego, a najbardziej tego, że są "szczęśliwi" bo według mnie oczywiście ja nie byłam. Gdy miałam 12 lat pierwszy raz zaczęłam odczuwać coś w rodzaju odrealnienia. Mimo iż miałam kilka dobrych koleżanek, siedziałam z boku, zamiast z nimi rozmawiać wmawiałam sobie, że mnie odrzucają i nie chcą, nie mogłam się na niczym skupić. Dodam, że od kilku już lat zmagałam się z lekką hm.. autoagresją. Gdy cokolwiek mnie zdenerwowało wyżywałam się na sobie, zwykle gryząc się, bijąc, uderzając. W gimnazjum miałam problemy z samoakceptacją, bolało mnie gdy patrzyłam na siebie w lustrze, obsesyjnie uważałam, że jestem brzydka, ohydna i bezwartościowa. Twierdziłam, że wszyscy w okół zasługują na szczęście tylko nie ja. Gdy miałam np. iść do sklepu, odczuwałam paniczny strach przed ludźmi, że mnie wyśmieją, obrażą itp. Czułam się wręcz tak jakby mnie "nie było" pośród nich. Z drugiej strony ten stan sprawiał mi przyjemność, sama się dołowałam i dobijałam. Zaczęłam oczywiście się okaleczać, wcale się z tym nie kryjąc. Uważałam, że w pełni na to zasługuję.

 

Odkąd poszłam do liceum już nie uważałam, że jestem brzydka i bezużyteczna, ale wciąż nie walczyłam o swoje, pozwalałam się wykorzystywać, dołowałam się przy każdej okazji. Poznałam osobę, którą uważam za "toksyczną". Ona sama miała pewne problemy z osobowością. Wchodziłam w jej życie, zajmowałam się nią, nie spałam po nocach przejmując się tym, że jej jest źle, płakałam. Ona lubiła to wykorzystywać, ale to już inna sprawa. Spędziłam 2 tygodnie w istnym piekle. Nie mogłam myśleć o niczym innym, ciągle powtarzałam sobie, że ona mnie "niszczy". Z jednej strony kontakt z nią mnie kusił, a z drugiej odrzucał. W końcu jakoś udało mi się zerwać tą więź emocjonalną. Od razu przeniosłam się na drugą osobę, na przyjaciela, który miał również ciężki charakter. Też nakręcałam się, że mnie "niszczy". Wyrzuciłam go ze swojego życia, poczułam ulgę (bo faktycznie okazał się być totalnym ignorantem i chamem, tylko ja byłam ślepa). Aktualnie nie wiem co czuję, znów zaczynam się "przejmować" tym razem problemami znajomej, którą znam tylko z internetu, czuję, że i ona mnie niszczy, nie wiem dlaczego. Nie jestem w stanie stwierdzić czy to ucieczka od samej siebie czy jakiś alarmujący sygnał od mózgu, że trzeba się jej pozbyć. Właściwie nigdy wcześniej nie czułam się źle w jej "obecności". Boję się, że ktoś będzie następny.

 

Nie mam pojęcia co się dzieje. Próbuję uwolnić się z tego stanu, ale coraz bardziej się nakręcam. Jeśli pojawia się w moim życiu jakiś "promyczek" radości zaraz zostaje brutalnie tłumiony przez moją podświadomość. Nie mam pojęcia czy faktycznie mam w głowie kolejną toksyczną osobę czy po prostu próbuję uciec od własnej osobowości i zająć się kimś innym. Co jakiś czas dostaję ataków histerii. Krzyczę, płaczę, okaleczam się, zwykle powtarzając przy tym, że jestem bezużyteczną *cenzura* i tak dalej...

Dodam, że aktualnie mam 17 lat, żyję w rodzinie w miarę normalnej, sytuacja materialna jest w porządku. Jedynie moja mama ma jakieś zaburzenia, często w dzieciństwie potrafiła mnie wyzywać, poniżać, nauczyła mnie też jak uniżać się przed innymi i dawać się wykorzystywać. Tak podświadomie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z drugiej strony ten stan sprawiał mi przyjemność, sama się dołowałam i dobijałam. Zaczęłam oczywiście się okaleczać, wcale się z tym nie kryjąc. Uważałam, że w pełni na to zasługuję.

 

To nie jest takie nietypowe, jak można by sądzić. Chociaż zagadkowe, ale ja też w liceum za każdym razem, gdy się cieszyłam, wymuszałam na sobie powrót do "cierpienia". Myślę, że to pewna forma uzyskania uwagi innych, ewentualnie mechanizm obronny, który pozwala Ci usprawiedliwiać swoje zachowanie (np. unikanie wyzwań). Inaczej działa natomiast autoagresja- jest to zwyczajny sposób na radzenie sobie z negatywnymi emocjami. Potrzebujesz innego ;) Zresztą potrzebujesz wielu rzeczy, chyba z wesołymi ludźmi wokół na czele. Wiem, nie rozumiesz ich, ale jestem pewna, że jesteś w stanie znaleźć parę inteligentnych i ciekawych osób, które mają ciągle pozytywny stosunek do świata. I nie rozmawiać z nimi o problemach. Taka szczęśliwa wyspa jest potrzebna każdemu ;)

 

Ogólnie Twoje nastawienie do siebie i do innych to skrajny przypadek braku akceptacji i oceny siebie przez porównywanie z innymi. Przydałby Ci się kontakt z psychoterapeutą, myślałaś o tym?

 

PS. Jesteś bardzo młoda, jeszcze wszystko może się ułożyć ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Właśnie chodzę do psychologa raz na tydzień, czasem na dwa, tak od lutego. Niby coś mi tam daje, niby nie. Czuję się tak samo, jedynie dochodzę do jakiś wniosków, czasem mam przebłyski radości. Aktualnie czuję się pogodnie, a jestem niemal pewna, że za jakiś czas ten depresyjny nastrój znów na mnie runie. Dziwię się, że będąc w takim stanie mogę zrozumiale pisać, bo wysławiać się niestety nie..

 

Psycholog sugeruje mi jakiś ośrodek psychiatrii dzieci i młodzieży, terapię. Na razie nie mam czasu na takie rzeczy, bo są jeszcze inne problemy zdrowotne, choć dolegliwości fizyczne nie odebrałyby mi radości życia. Gdybym ją miała. :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Hm, jeśli jest dobrze, to się tym ciesz. Jest jedna rzecz w wychodzeniu z depresji/nerwicy, która sprawia, że bardzo dużo osób się poddaje. Nawroty ;) Nawroty zawsze, mniejsze lub większe, ale się pojawią i wychodzenie z zaburzeń psychicznych to nigdy nie jest przeskok, to proces. Sztuczka polega na tym, żeby w chwili normalności nie wmawiać sobie, że to "tylko lepsze chwile", a w chwilach kryzysu nie wmawiać sobie, że "zawsze jest źle i nigdy nie mam dobrego humoru". Ja wiem, że te momenty kiedy wszystko wraca są cholernie ciężkie do zniesienia i narzucają najgorszą interpretacje świata, ale sęk w tym, żeby zrozumieć, że to tylko interpretacja. No i wtedy te momenty są coraz krótsze i w końcu przestajesz się ich bać, bo wiesz, że to tylko głupi kryzys. Nie ignoruj tych lepszych dni, ciesz się z nich i staraj się je wydłużyć ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×