Skocz do zawartości
Nerwica.com

Agresja, okaleczanie się, chęć popełnienia samobójstwa, pomo


Laisha

Rekomendowane odpowiedzi

Tak naprawdę to mam dość tego syfu, tego życia. Próby samobójcze? Ohoho, było ich sporo. Ale tak na serio, to za każdym razem się boję. Boję się, bo nie chcę schodzić z tego świata. Boję się śmierci, ale z drugiej strony... wizja samobójstwa wydaje się pociągająca. W życiu praktycznie nic mi nie wychodzi. W trakcie dzieciństwa, najbliżsi bardzo zniszczyli moją samoocenę. Brat rzucał na łóżko, ciągnął za włosy, wyzywał, gnoił wygląd i to, kim jestem... mama w nerwach często powtarzała, że kiedyś mnie tak uderzy, że się zaleję krwią. Tak w sumie to nie wiem, kiedy zaczęły się większe problemy. W podstawówce czułam się prześladowana, z nerwów gryzłam się po rękach, nie dbałam o siebie, często chodziłam brudna, miałam gdzieś swoje ciało. Zawsze czułam się głupsza i gorsza od innych. Porównywałam się do ładnych dziewcząt, desperacko pragnęłam być jak one, ale nie wychodziło. I w pewnym momencie, kiedy się nudziłam, zaczęłam "tnąć" rękę plastikową linijką. Nie wiem, co mnie do tego pchało, w każdym razie chciałam, żeby skóra była bardziej czerwona, żeby poleciała krew, żeby bolało. Złapałam za cyrkiel. Bolało, ale jednocześnie... uszczęśliwiało. I tak często robiłam sobie niewinne, małe kreski... aż zaczynały się powiększać i pogłębiać. Kłótnie w domu, brak akceptacji ze strony rówieśników, fakt że uważałam się za wyjątkowo brzydką osobę... to doprowadzało mnie do jeszcze gorszego stanu. Cięłam się, zauważyła to moja przyjaciółka, kazała mi przestań. Obiecałam jej to, ale nie potrafiłam przestać. Czasem, kiedy rodzice się na mnie wyładowywali słownie, siadałam i uderzałam głową np. o biurko, swoje kolana... oni wtedy panikowali, mówili że jestem nienormalna i muszę się leczyć. Tata mnie nienawidził, obwiniał za wszystko, nawet za to, że jestem, traktował jak nic nie wartego śmiecia, gardził mną, a mama mnie nie broniła, sama wysiadała nerwowo. Podczas którejś kłótni z ojcem wpadłam w furię, dosłownie. Zaczęłam wrzeszczeć... bardzo głośno, uderzać głową o podłogę, płakać i krzyczeć, jak bardzo go nienawidzę. Wystraszył się i dał mi spokój. Do takich sytuacji dochodziło jeszcze kilka razy. Byłam bardzo agresywna, szybko wpadałam w gniew, musiałam się na czymś wyżyć, i najczęściej to moje ciało padało ofiarą. Bolało nie raz, ale pomagało. Otrzeźwiało. Na co dzień - wesoła, szczęśliwa dziewczyna bardziej niż inni, mająca gdzieś problemy, skupiająca się na pozytywach, marzeniach, wyciągająca z życia jak najwięcej. Ale to była maska i z czasem uzależniłam się od niej. Nie potrafiłam okazywać smutku, tego co czułam naprawdę, wolałam by nikt nie zauważył, że coś mnie gnębi.

Mama wyjechała do Holandii na dwa miesiące i w tym czasie przechodziłam piekło, mieszkając z ojcem pod jednym dachem, który nieustannie pił, wszystko zostawiał na mojej głowie, ewentualnie jeszcze obarczał mnie swoimi problemami, zniszczył mi święta Wielkanocne, pijąc z kolegą, wyżywając się na mnie, uciekłam z domu na jedną noc. Nie zdałam w szkole i to mnie załamało. Raz chciałam wziąć mnóstwo tabletek, nawet nie pamiętam na co one były, połknąć je i oddać się losowi, ale ojciec mnie przyłapał. Było kilka akcji z nożem, kiedy wyciągałam i zastanawiałam się, jakby to było, gdybym tak sobie, albo ojcu, wbiła go w brzuch. Jakoś tak wyszło, że zaczęłam mieć traumę na noże, to się wzięło z sytuacji z dzieciństwa, również przez moich rodziców, ale to nieistotne. Tak więc tabletki, coraz więcej. Alkohol, piłam dużo, uciekałam w wir imprez i zatracałam się w tym wszystkim. Papierosy, których jednak nie polubiłam, marihuana - stan idealny. Po alkoholu płacz, jaka to jestem beznadziejna i niekochana. Na szczęście przyjaciółki zawsze przy mnie były. Poznałam chłopaka, pomógł mi. Często powtarzał, jaka jestem cudowna, jak bardzo mnie kocha, że jestem wyjątkowa i najpiękniejsza. Wydawać by się mogło, że nieco podbudował moją samoocenę, ale wystarczyło, że coś mi nie wychodziło, a znów czułam się jak nic nie warty śmieć, mówiłam że jestem niewypałem, że jestem żałosna, beznadziejna i do niczego się nie nadaję, że nie powinnam żyć. Nienawidziłam swojego ciała, nie mogłam na siebie patrzeć. Niby szczupła, ładne nogi, ale... i tak coś było nie tak. Mój życiowy cel? Operacje plastyczne. Agresja, agresja... narastała. Ale walczyłam z nią, pomagał mi chłopak, był przy mnie. Gdy prawie ze sobą zerwaliśmy, czułam się tak bezwartościowa, że poszłam na ulicę i rzuciłam się pod samochód, ale ten zahamował. I drugi raz. Siedziałam na ulicy, o bardzo późnej porze, i czekałam. Chłopak pomógł mi się podnieść, zaopiekował się mną, mimo że skrzywdził mnie mocno. Wystarczyła jedna sprzeczka z ojcem, brat się wtrącił, pchnął mnie i przewrócił na podłogę, dwa razy uderzył w głowę, kopnął... nie wytrzymałam. Kiedy poszedł, złapałam za nożyczki, cięłam rękę bez opamiętania. On wrócił do mnie, zobaczył to i uderzył w twarz tak mocno, że najpierw trysnęła mi krew z ust, a potem z nosa. Krzyczałam i płakałam. Tata nie przyszedł. Pobiegłam do łazienki. Kiedy jednak do mnie podszedł, powiedziałam "nie bij mnie, i tak już krwawię"... brat był z siebie zadowolony. Na szczęście mama, mimo wszystko, wstawiła się za mną. Chociaż i od niej nie raz słyszałam, że jestem suką, szmatą, i wiele innych.

Nie tnę się, a w każdym razie się staram, ale to wraca, kiedy bardzo się zdołuję, a zdarza się to często. Mam tabletki na uspokojenie, ale i te chciałam przedawkować. Nienawidzę swojego ciała. Czasem chciałabym umrzeć. Opisałam mniej więcej swoje "psychiczne" życie i chcę się dowiedzieć, co ze mną jest. Jak mówiłam, na pozór wydaję się szczęśliwa, ale to tylko ułuda. Proszę o pomoc...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Laisha, po pierwsze proponuję zajrzeć do dzialu zaburzeń osobowości - borderline. Po drugie zachęcam do wizyty u psychiatry. No i po trzecie poponuję zgłoszenie do psychoterapeuty. Z autoagresją na prawdę nie ma żartów - tym się trzeba zająć. Wiele rzeczy w swoim życiu zrobiłaś prawdopodobnie "po łebkach" więc przynajmniej do siebie podejdź na poważnie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale... to co mi dolega? Można jakoś zdiagnozować? Czy to depresja? Bo czasami mam tak, że po prostu tryskam energią, życiem, mam motywację, chcę zmieniać świat, mnóstwo energii... a potem znów myśli samobójcze... nie rozumiem siebie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×