Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Rekomendowane odpowiedzi

Z jakimi problemami borykaliście się na początku związku? Mówi się, że początki zawsze są trudne. Jak udało się Wam przez to przejść, dotrzeć się? Czy był jakiś szczególny problem, który omal nie rozbił związku? Jak radziliście sobie z pierwszymi kryzysami? Co było dla Was najtrudniejsze do pokonania?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witajcie drodzy forumowicze. Skoro mamy pisać o tym z czym się borykaliśmy to ja opowiem wam przez co przebrnęłam nie tak dawno, bo rok temu. Poznałam chłopaka, a właściwie poznał mnie z nim mój kolega. Umówił nas na spotkanie, przy czym kilka dni wcześniej zaznaczył, że spotkanie odbędzie się z "mężczyzną mojego życia". Dużo się nie pomylił. Chłopak okazał się być przystojny, czarujący, zabawny i inteligentny. Słowem przyszły, dobrze prosperujący, obecny student medycyny na Uniwersytecie Medycznym w Stolicy. Kiedy pierwszy raz pojawił się u mnie w domu nic nie zapowiadało, że coś do niego poczuję. Jak potem poinformował mnie mój znajomy, Krzysztof chciał zagrać macho, żeby móc mi zaimponować. Efekt okazał się być odwrotnym do zamierzonego, gdyż przez ukrywanie swojej wrażliwości, początkowo zniechęcił mnie do siebie. Stwierdziłam, że dam mu kolejna szansę. Na drugi dzień przyszedł z kumplem, a nasza rozmowa przebiegała całkowicie inaczej niż poprzedniego dnia. Krzysztof zaprezentował się z całkowicie innej strony. Kompletnie oczarował mnie pokazując swoją wrażliwość i nieśmiałość. Z racji tego, że odwiedzili mnie niespodziewani goście, nie mogłam ugościć chłopców zbyt długo. Umówiliśmy się następnego dnia na pieszą wycieczkę turystyczną. Wieczorem zauważyłam u siebie niepokojące objawy. Żołądek skurczył mi się do wielkości małej fasolki, nie mogłam spać jeść i byłam rozkojarzona coraz częściej myśląc o Krzysztofie. Jednym zdaniem jajniki zalały mi mózg hormonami. Tego dnia (w niedzielę ) było bardzo gorąco, lato w pełni. Maszerowaliśmy malowniczą trasą z Lasek do Złotego Stoku przez Mąkolno. Rozmawialiśmy swobodnie, przechodząc z tematu na temat często ociągając się, by móc spędzić ze sobą jak najwięcej czasu i poznać się lepiej. Mój kumpel Mateusz( proszony jak się potem okazało przez obie strony) podsycał romantyczny charakter spotkania. Naszym celem była Kopalnia Złota w Złotym Stoku. Była to niebywałą okazja by stworzyć napiętą sytuację ze szczyptą pikanterii. Weszliśmy do kopalni bez biletów. Mateusz stwierdził, że taka sytuacja zbliży nas do siebie. Wcale się nie pomylił. Wzbudziło to we mnie ogromne emocje. Podłączyliśmy się do wycieczki i zwiedzaliśmy kopalnię. Początkowo przeciwna dałam się zwieść na manowce. Jako grzeczna dziewczynka odczuwałam pewien dyskomfort, jednak uległam urokowi Krzysztofa i poszłam za nim niczym owca na rzeź. Wszystko zapowiadało się dobrze. Mateusz postanowił zająć pozycję na czele grupy, jako że pod latarnią jest zawsze najciemniej. Jednak przewodniczka okazała się nie w ciemię bita i wykryła nasz podstęp. Kiedy skończyła prezentować walory kopalni oznajmiła, że po przejeździe kolejką zostaną sprawdzone bilety, których jak wcześniej wspomniałam nie mieliśmy. Kiedy grupa szła naprzód my uważnie badaliśmy każdy szczegół by zostać z tyłu, a gdy grupa się oddaliła wzięliśmy nogi za pas i zaczęliśmy iść w stronę wyjścia modląc się przy tym, by kolejna grupa nas nie zgarnęła. Nagły skok adrenaliny sprawił, że Krzysztof zaoferował swoją pomoc i chwycił mnie pod rękę w ciemnym tunelu. Klnąc i wyzywając, przeklinając w myślach Mateusza dotarliśmy w pocie czoła na tereny kamieniołomu. Kiedy sytuacja ustabilizowała się, a moje tętno zwolniło kontynuowaliśmy naszą wędrówkę do kolejnego genialnego pomysłu mojego kumpla, którym była kolejna dziura w ziemi. Oczywiście nie wierzyłam w powodzenie tego przedsięwzięcia. Teraz przyda się nota wyjaśniająca zachowanie Krzysztofa. Jako że jest to chłopak niewątpliwie inteligentny pokładałam w nim ogromne nadziej. Jak się potem okazało na próżno. Mimo ogromnego ilorazu IQ chłopaka nie potrafił on odnaleźć się w życiowych sytuacjach, a tym bardziej obcować z kobietą. Kiedy weszliśmy do nieoświetlonego tunelu należało świecić pod nogi. Krzysztof znajdując się w zupełnie nowej sytuacji przeoczył ten szczegół, przez co szłam w egipskich ciemnościach na szarym końcu naszego pochodu donikąd ( od czasu do czasu grzęznąc nogą w błotnistej kałuży). Mateusz znając Krzysztofa nadmienił, że wypadałoby świecić mi pod nogi, żebym się nie wywróciła. Jak powiedział tak zrobił i żeby tego było mało było chwycił mnie za rękę. Nie jestem w stanie powiedzieć co w tedy czułam. Dreszcz emocji wywołany wędrówką w ciemne odmęty kopalni czy ekscytację wywołaną dotykiem jego delikatnych dłoni. Koniec końców tunel kończył się ślepą uliczką a także kilkoma siniakami i otarciami. Gdy tylko wyszliśmy na powierzchnię postanowiliśmy odpocząć i oficjalnie ochłonąć przy pobliskim akwenie wodnym. Kiedy ja wpatrywałam się w Krzysztofa jak w obrazek on sam wykazał większe zainteresowanie okoliczną fauną- konkretnie kijankami. żeby wyjść cało z tej sytuacji zaproponowałam mu swoją pomoc. On podziękował i zaproponował wizytę w miejskiej pizzerii. Moje serce zabiło całkowicie nowym rytmem. Warunkiem tego było spięcie się w pełnym słońcu na pobliski szczyt. W pogardzie mając upał i zmęczenie szłam za nim tak długo jak on chciał wyczekując tylko końca i wspólnie zjedzonej pizzy. W drodze do pizzerii odważyłam się porozmawiać na forum o moich problemach sercowych, dając subtelne sygnały Krzysztofowi. Powiedziałam Mateuszowi, że mam problemy ze snem, odżywianiem i ogólną koncentracją. Krzysztof analizując powyższe symptomy, jako kompetentny przyszły student medycyny zdiagnozował u mnie stan zakochania i jako chłopak prostolinijny, acz mało bystry spytał w prost- " Może się zakochałaś?" Na co odrzekłam- "Może". "Masz kogoś na oku" "Może". "A Któż to?" " Chyba nie uważasz, że Ci powiem". Wtedy moje zażenowanie sięgnęło zenitu. Myślałam, że robi ze mnie kretynkę i tak też się czułam. Milcząc szłam do pizzerii, by tam nabrać sił i nadziei. Kiedy obliczyliśmy powierzchnię pizzy, wybraliśmy najbardziej opłacalną opcję. Miłość miłością, ale ekonomia musi się zgadzać. Gdy już się nasyciliśmy, ruszyliśmy w drogę powrotną. Tak minął kolejny dzień naszej znajomości. Następny dzień zapowiadał się równie ekscytująco Mimo fali upałów, jaka przetaczała się przez nasz kraj dałam się namówić na kolejny spacer w pełnym słońcu. Celem wyprawy była romantyczna polana pod starym dębem, które to miejsce obrał swat- Mateusz. Gdy dotarliśmy na miejsce doznałam kolejnego zawodu. Jako kobieta zaradna postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Nieśmiałego chłopaka trzeba było w końcu jakoś zachęcić. Podczas kiedy ja próbowałam nawiązać kontakt mój obiekt westchnień najzwyczajniej w świecie zasnął lekko przy tym chrapiąc. Nie poddając się zerwałam źdźbło trawy i zaczęłam go łaskotać. Po chwili powrócił z Krainy Morfeusza, jednak w odpowiedzi nie uzyskałam zamierzonego efektu. Krzysztof również zerwał trawkę, jednak nie zbliżył się z nią do mnie, ale do Mateusza. Czując zażenowanie i nietakt sytuacyjny Mateusz oddalił się zostawiając nas samych sobie. Nie stało się dokładnie nic. Wróciliśmy do swoich domów opowiadając pod drodze dowcipy. Kiedy już ulokowałam się jedząc kolację zadzwonił dzwonek do drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach pojawił się Krzysztof prosząc o pomoc przy zapaleniu spojówki. Nie mogąc temu zaradzić odesłałam go do domu, co poprzedziliśmy ciepłym pożegnaniem. Niespełniony pojawił się po godzinie ponownie, by znów się pożegnać, gdyż wiedział, że następnego dnia wyjeżdżam na wakacje. Podczas pobytu na wakacjach dowiedziałam się, że Krzysztof postanowił pozostać u Mateusza aż do mojego powrotu. Zjawiali się u mnie wielokrotnie sprawdzając, czy nie wróciłam. Po czwartym dniu wyczekiwania na mój powrót zastali mnie w domu. Od siebie dodam tyle, że podczas plażowania ciągle czułam zapach Krzysztofa. Nie potrafiłam oderwać od jego osoby moich myśli. Gdy wypoczywając dowiedziałam się, że czeka on na mnie, od tego momentu pobyt zaczął mi się straszliwie dłużyć. Chciałam wrócić, by móc po raz kolejny spojrzeć w jego piękne, niebieskie oczy. Gdy po powrocie ujrzałam go w progu moich drzwi, serce we mnie zadrżało. Zaproponowałam wspólną wyprawę na gminne dożynki, o których to niedawno się dowiedziałam. Mogę dodać tyle, że Mateusz uprzedził mnie, iż Krzysztof w sposób ciągły i nagminny opowiada o mojej osobie w jego domu do tego stopnia, że mama Mateusza nie znając mnie, ma mnie zwyczajnie dość. Był bezradny wobec swojej nieśmiałości, co pociągało mnie w nim jeszcze bardziej. Nie muszę mówić, że wobec jego oryginalnego poczucia humoru wszyscy byli bezradni. Wyczucie taktu jak i zwykłych norm kulturalnych było mu obce. Pytania najbardziej intymne wypływały z jego ust swobodnie niczym słowiczy trel. Za przykład może posłużyć rozmowa przy obiedzie w domu Mateusza z jego mamą. Podczas spożywania posiłku emitowana była reklama środka do higieny intymnej pochwy, wywiązała się z tego dość dwuznaczna rozmowa, ponieważ Krzysztof z badawczą miną wypalił do mamy Mateusza wprost " Czy miała pani kiedyś wirusowe zapalenie pochwy?" Mama Mateusza wyrozumiałą w wielu kwestiach odpowiedziała szczerze, że nie i podczas obiadu rozmawiali o higienie intymnej pochwy. Mateusz chcąc zdusić temat w zarodku dyskretnie kopał pod stołem swojego gościa, na co ten oburzony zapytał mamy Mateusza dlaczego ten go kopie, wprawiając go tym samym w zakłopotanie i zażenowanie. Naszych miłosnych epizodów i wypraw nie było dość. Kolejnego dnia wybraliśmy się do mojej przyjaciółki, by ta poznała moją sympatię. Było to zaraz po okresie moich rozliczeń z przeszłością i oznajmiając przyjaciółce, iż przeprowadziłam poprzedniego dnia szczerą i dogłębną rozmowę z rodzicami, Krzysztof zapytał mnie wprost i bez ogródek jak i bezpodstawnie "Czy jesteś lesbijką?". Moja przyjaciółka, którą uważałam za ostoję spokoju i taktu, pytanie to wprawiło ją w zakłopotanie i pierwszy raz w życiu nie wiedziała jak zareagować. Mateusz opuścił nas, by nalać sobie czegoś do picia zostawiając nas w tej gęstej atmosferze i całym ambarasie. Dyplomatycznie wyszłam z całej sytuacji zaprzeczając tym oszczerstwom. Kolejno po tym miały miejsce dożynki. W drodze na miejsce Krzysztof relacjonował nam rytuały obrzezania pośród dzikich plemion Afryki ich zbawiennych skutkach dla tamtejszej populacji. Nie zaskoczył nas taką rozmową, lecz bardziej zastanawiające i wprawiające w zakłopotanie było pytanie skierowane do Mateusza a brzmiące tak: " Czy miewałeś kiedyś serowaty nalot pod napletkiem?" Mateusz oczywiście zrobił się czerwony i odrzekł, że nie. Nie była to zaskakująca odpowiedź, tym bardziej, że poza Krzysztofem i Mateuszem w drodze towarzyszyły im same dziewczyny. Krzysztof niezadowolony z odpowiedzi zgłębiał wątek stwierdzając, że każdy mężczyzna kiedyś z takowym problemem miał przyjemność się borykać" Ja ratując sytuację rezolutnie poddałam wątpliwości męskość Mateusza. Na szczęście zostało to odebrane jako dobry żart i temat się na tym zakończył. Po dotarciu na miejsce stanęliśmy w sali pełnej ludzi, z których duża część od dawna zajmowała parkiet. Wzbijałam się na wyżyny perswazji próbując delikatnie zachęcić nieśmiałego Krzysztofa do tańca. On zaskoczony takim pytaniem zapytał " Z Tobą?". To pytanie całkowicie zabrało mi chęć do dalszych manewrów, tym bardziej, że Krzysztof wyżej cenił sobie rozrywkę jaką było rozpruwanie pluszowego pingwina i rozrzucanie jego wnętrzności dookoła. Oboje wiedzieliśmy, że nasz czas wspólnie spędzony dobiega końca. Mateusz chcąc ratować sytuację zaproponował nam spędzenie kolejnego dnia z miłosnymi podchodami ukazując tym samym całą komedię miłości i farsę jaka toczyła się przez minione dni. Ostatni wieczór miał być pełen romantycznych uniesień utwierdzając nas oboje w przekonaniu, że jednak jest coś między nami, tylko potrzebujemy jakiegoś bodźca, który oficjalnie obnaży nasze uczucia. Mateusz doradził Krzysztofowi, by ten zaproponował mi obejrzenie romantycznego filmu. Jako, że tych jest wiele Krzysztof wybrał z wielu tytułów. Mateusz postanowił podsycić atmosferę i dodać jej szczyptę namiętności. Zaoferował, że przyrządzi czekoladę na gorąco( a ta wychodziła mu rewelacyjnie). Jak powszechnie wiadomo czekolada jest afrodyzjakiem. Z dodatkiem ostrych przypraw powinna była rozgrzać atmosferę. Gdy wszystko było ustalone i mieliśmy się udać o mojego pokoju celem obejrzenia filmu Krzysztof stwierdził, że nie widział on nigdy procesu przygotowywania takowej czekolady, dlatego też pozostanie z Mateuszem w kuchni zamiast udać się ze mną, by w samotności delektować się wspólnie spędzanymi chwilami. Mimo słownych dygresji Mateusza Krzysztof pozostał niewzruszony i uporczywie wisiał nad rondelkiem. Mając już czekoladę zaczęliśmy oglądać film. Podczas emisji postanowiłam nieco zbliżyć się do Krzysztofa, zakładając optymistycznie, że zbliżenie takie zakończy się przynajmniej przytuleniem. Pełna złudnych nadziei zaczęłam się do Krzysztofa przysuwać. W odpowiedzi ten przesunął się w stronę krawędzi łóżka. Żałuję tylko, że łóżko nie było wprost proporcjonalne do długości filmu. Wówczas Krzysztof mógłby przesuwać się dalej. Mateusz widząc co się święci i wyczuwając sygnały wysyłane przez mnie udał się by "zadzwonić", podczas gdy prawdziwym jego celem było opuszczenie mojego domu i pozostawienie nas samych. Pragnęłam porozmawiać z Krzysztofem na osobności. Efekt tego był taki, że Krzysztof dowiadując się o odejściu Mateusza poprosił mnie, abym o 22 w ciemności obok sklepu pełnego nietrzeźwych osobników odprowadziła go do domu, gdyż sam się boi, a następnie wracała bez nikogo. Pytając czy zwariował, w odpowiedzi usłyszałam, że wręcz przeciwnie. Ja tu mieszkam i znam te okolice, a on sam może się zgubić. Rozdrażniona postanowiłam zmienić temat. Po kilku minutach Krzysztof stwierdził, że mam zadzwonić po Mateusza, by ten wrócił i bezpiecznie zabrał go do domu celem pakowania plecaka wojskowego przez najbliższe trzy godziny. Jak się okazało ostatni związek Krzysztofa nie był szczęśliwy. Poprosił mnie o czas na zastanowienie i przemyślenie tego co do mnie czuje. Jak się potem okazało, nie tylko do mnie coś czuł. W rezultacie wyznał on płomienną miłość Mateuszowi mnie pozostawiając skonfudowaną i rozgoryczoną. Jak wynikło z jego późniejszych rozmów z Mateuszem ( ze mną konwersacji rzecz jasna zaniechał) chciał on nawiązać dość specyficzną relację, a mianowicie pragnął nas obojga jednocześnie darząc tym samym uczuciem, gdyż nie potrafił wybrać kogo bardziej kocha.

Mijały kolejne dni. Oboje nie mogliśmy się pozbierać po otrzymanej informacji. Kontakt zanikał, a konflikt między Mateuszem a Krzysztofem zaognił się skutkując zagorzałą nienawiścią. Mnie w tym przypadku przyszło zagrać rolę marionetki i tak też się poczułam- rzucona w kąt, niechciana, porzucona i nieatrakcyjna. Ciężko jest mi po upływie tylu miesięcy powiedzieć co tak na prawdę się wydarzyło. Wiem jedno, że ta sytuacja, która sprawiła mi ogromny ból i zawód dzisiaj wspominam ze śmiechem i lekkim rozgoryczeniem, a wręcz nostalgią. Przypomina mi to groteskową komedię z elementami mody na sukces drukowaną w zwykłym brukowcu dla młodych nastolatek, które szukają księcia z bajki, z tym jednym wyjątkiem, że moja historia przeplatana romantycznymi uniesieniami, wobec których normalny zdrowo funkcjonujący facet nie oparł by się, nie kończy się happy endem, a jynie płaczem i zgrzytaniem pochwy. Teraz Krzysztof mimowolnie stał się typem, którego doszukuję się w moich kolejnych partnerach, a który to typ uniemożliwia mi normalne nawiązanie zdrowej relacji z partnerem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Witaj PolaManola,

Sama dostrzegasz, że porównywanie partnerów z tym chłopakiem, ostatecznie rozbija Twoje kolejne związki.

Wracanie do przeszłości, mimo, że jest w jakimś sensie upojne, to jednak rujnuje plany na przyszłość.

Im szybciej 'pożegnasz się' z emocjami, które towarzyszyły tamtym dniom, tym szybciej będziesz w stanie nawiązać poprawne relacje z partnerami. Pomocne w tym może być uświadomienie sobie, że te miłe chwile nie muszą być jedynymi, które możesz doświadczyć w życiu - wiele jeszcze takich możesz przeżyć, jeśli się na nie otworzysz! ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ja nie mam zupełnie problemów na początku związków. gorzej później :roll: sabotaż, ucieczka, brak zaangażowania i bliskości..

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ja mam inny problem z początkami w związkach. Szczerze? Czuję się wtedy jak dziecko we mgle. Nie jestem w stanie nawet w najmniejszym stopniu wyczuć o co chodzi facetowi. Pewnie jest tak dlatego, że każda moja "poważna" znajomość w młodości zaczynała się w dość oczywisty sposób, sprawa była postawiona jasno "chcę z tobą być" i było wiadomo o co chodzi, to mój chłopak a ja jestem jego dziewczyną. Po moim bardzo ciężkim rozstaniu po którym wylądowałam u psychiatry właśnie wszystko się zmieniło. Nie wiem o co chodzi, ale nie zadaje pytań żeby nie być nachalną. Muszą płynąć absolutnie jasne sygnały, że spotkamy się dla rozrywki za obustronna zgodą. Tak wyglądała moja poprzednia znajomość. Choć mogło wyglądać to na coś poważniejszego od niemal samego początku wiedziałam, ze to tylko na chwilę, dla fajnie spędzonego razem czasu, bez obietnic i na to się godziłam. Rozstanie wyniknęło samo, bez zgrzytów i pretensji. Ot fajne wspomnienia. Teraz jednak zaczęłam spotykać się z kimś i nie wiem o co chodzi. Czy to jest normalnie czy czas uciekać, żeby potem nie płakać? Zaczęło się niewinnie, od piwa ze znajomymi. Potem była przerwa z powodu niewyjaśnionych między nami spraw. Jak dzieci, dosłownie. Potem znów małe uniesienie (bez seksu, tylko pocałunki) i znowu zgrzyt z powodu niedomówień. No jak dzieci. Poźniej powoli zaczęliśmy sobie pewne sprawy wyjaśniać, parę spotkań, wspólny wyjazd na wakacje, pierwszy seks, no jak w bajce. Dziś też jest jak w bajce. Seks jest za każdym razem kiedy jesteśmy sami. Ciąglę słyszę, ze jestem ucieleśnieniem jego marzeń, ze jestem spełnieniem jego fantazji, że milion facetów chciałoby być na jego miejscu. Dziś powiedział, że mnie uwielbia. I teraz nie wiem czy jestem tylko zabawką, bo tak mu się podoba seks czy to jest normalne na początku związku? Spotykamy się z różnych powodów, ostatnio chciał popatrzeć jak maluję i pojechaliśmy sobie nad rzekę. Dopiero po wczorajszym spotkaniu dziś pocałował mnie na dzień dobry w pracy i na pożegnanie. Mówi, źe nie ma doświadczenia, dotychczas byłe wierny jednej kobiecie i wiem, że to prawda. Ale wciąż nie wiem co to wszystko znaczy? Co to znaczy, ze ktoś kogoś uwielbia? To jest wszystko normalne? Postanowiłam mu podarować ten obraz który namalowałam, ucieszył się i stwierdził, że może kiedyś będzie musiał go zniszczyć. Kiedy zapytałam dlaczego stwierdził, że przecież nie wie jak będzie. Na pytanie co musiałabym mu zrobić odpowiedział, ze nie wie. Jedno jest pewne, ja nie potrafię ocenić czy to płomienny romans, czy plany na coś poważniejszego. I tak jest za każdym razem kiedy zaczynam się z kimś spotykać. Pewnie nie raz zwiałam z czegoś fajnego przez swoje tłumaczenia, że przecież to nic, kolejna przygoda. A może mam rację?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

MalaMi1001, wiewiorka1983, przypuszczam, że Wasze poczucie niepewności w związku wynika z Waszych doświadczeń. A jeśli to przypuszczenie okazało się prawdziwe, nie warto byłoby zająć się tymi doświadczeniami na terapii, by nie rzutować ich na związki?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Największy problem był chyba z wyrażaniem wprost uczuć, każde z nas bało się powiedzieć tych najważniejszych słów. Teraz jest już lepiej. Kolejna sprawa to nauczenie się akceptacji poglądów drugiej strony, bo w wielu sprawach mamy całkiem odmienne zdanie i początkowo "przepychaliśmy" się próbując udowadniać swoje racje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
MalaMi1001, wiewiorka1983, przypuszczam, że Wasze poczucie niepewności w związku wynika z Waszych doświadczeń. A jeśli to przypuszczenie okazało się prawdziwe, nie warto byłoby zająć się tymi doświadczeniami na terapii, by nie rzutować ich na związki?

 

Moje przypuszczenie okazało się prawdziwe. Kiedyś moja terapeutka powiedziała, że może warto byłoby słuchać intuicji. I miała rację. Coś mówiło mi, że to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe. I miałam rację!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Mogę powiedzieć, ze moje odczucie niepewności w obecnym związku wiąże się z tym, że na początku związku zaliczyliśmy dosyć długą rozłąkę (po ponad miesiącu w związku jedno z nas musiało wyjechać do stanów na prawie 2 miesiące). Fatalnie się złożyło i ciągle mi się wydaje, że wszystkie problemy wynikają właśnie z tego. A może to tylko próba usprawiedliwania się i swoich niepowodzeń?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gods Top 10,

zajmuję się i niestety zajmować się będę jeszcze długo, bo sprawa relacji jest u mnie wybitnie pokręcona. z perspektywy czasu widzę, że ŻADEN z moich związków ni był zdrowy

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moją specjalnością na początku jest lęk, że nie powinnam być z tą osobą, bo z jakichś powodów jest to dla mnie niedobre. Przybiera to wręcz formę obsesji, więc początki są trudne. Być może to kwestia złych wyborów, być może zamartwiania się. Or both.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Niepewność, w czym jestem - czy to związek, czy zwykłe spotykanie się. Zwykle związywałam się z osobami, do których nic nie czułam, bo te, z którymi chciałam, były poza moim zasięgiem. Więc odgrywałam rolę, nie wiedząc nawet, w jakiej relacji jestem.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

zmęczona_wszystkim,

Niepewność, w czym jestem - czy to związek, czy zwykłe spotykanie się.

Hm... myślałam, że to się czuje. Masz tak, że potrzebujesz od partnera słownego potwierdzenia "tak, jesteśmy parą"? Podejrzewam, że taki stan rzeczy jest dość niekomfortowy w związku z towarzyszącą niepewnością.

Mam nadzieję, że teraz bierzesz pod uwagę, to jak Takie relacje wyglądają. Życzę Ci stworzenia związku z kimś do kogo będziesz coś czuła i będziesz miała pewność, że to co Was łączy to nie "zwykłe spotykanie":)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
zmęczona_wszystkim,
Niepewność, w czym jestem - czy to związek, czy zwykłe spotykanie się.

Hm... myślałam, że to się czuje. Masz tak, że potrzebujesz od partnera słownego potwierdzenia "tak, jesteśmy parą"? Podejrzewam, że taki stan rzeczy jest dość niekomfortowy w związku z towarzyszącą niepewnością.

Mam nadzieję, że teraz bierzesz pod uwagę, to jak Takie relacje wyglądają. Życzę Ci stworzenia związku z kimś do kogo będziesz coś czuła i będziesz miała pewność, że to co Was łączy to nie "zwykłe spotykanie":)

 

Chyba nie zawsze się czuje. Spotykasz się z tym kimś, sypiasz, to jeszcze mogą być osoby, które, powiedzmy, są jeszcze związane więzami małżeńskimi i same nie wiedzą, co z tym fantem zrobić, albo tak po prostu jesteś z kimś, bo lubisz się z tą osobą spotykać i wzajemnie dotrzymujecie sobie towarzystwa. i jeszcze dodatkowy problem, bo jeśli nie kochasz tej osoby, to czy to związek? Czy spotykanie się, czy coś innego? Nie ma prostej nazwy. Mam mały wybór na polu związkowym, więc pewnie dlatego ta niepewność i brak komfortu.

Ale myślę, że to jednak wcale nie taki rzadki problem: zastanawianie się, czy to tylko randkowanie czy nie? Bo dla jednej strony to może być coś więcej, a dla drugiej nie. Jeśli nie padną określone deklaracje, to nie ma tej chociażby małej pewności. Znam przypadki, w których jedna ze stron wykorzystała właśnie ten brak deklaracji, odgrywając później "zaskoczoną", bo przecież skoro nie obiecywała niczego, ani się nie deklarowała, to znaczy, że była wolna :evil:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

zmęczona_wszystkim, mogę pisać tylko jak to wygląda z mojego punktu widzenia i jest to poparte moimi doświadczeniami.

U mnie nigdy nie padały jakieś deklaracje, nie było dat "od teraz jesteśmy w związku". Czułam, że z tą daną osobą jestem związana.

albo tak po prostu jesteś z kimś, bo lubisz się z tą osobą spotykać i wzajemnie dotrzymujecie sobie towarzystwa. i jeszcze dodatkowy problem, bo jeśli nie kochasz tej osoby, to czy to związek? Czy spotykanie się, czy coś innego?

Najbardziej do takiej relacji pasuje mi określenie "układ".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
, mogę pisać tylko jak to wygląda z mojego punktu widzenia i jest to poparte moimi doświadczeniami.

U mnie nigdy nie padały jakieś deklaracje, nie było dat "od teraz jesteśmy w związku". Czułam, że z tą daną osobą jestem związana.

albo tak po prostu jesteś z kimś, bo lubisz się z tą osobą spotykać i wzajemnie dotrzymujecie sobie towarzystwa. i jeszcze dodatkowy problem, bo jeśli nie kochasz tej osoby, to czy to związek? Czy spotykanie się, czy coś innego?

Najbardziej do takiej relacji pasuje mi określenie "układ".

 

Tylko że czasami ta druga strona może mieć odmienne uczucia. A takie stwierdzenie jednoznaczne bardziej upewnia :D i myślę, że nie chodzi tu o konkretną datę, od której liczymy bycie razem, bo to chyba trudno określić. Nie wiem zresztą, bo nie mam doświadczenia z takimi emocjami, więc nie znam się na takich procedurach :smile:

W dzisiejszych czasach tak łatwo każdą relację określa się związkiem, że określenie układ/związek może ulec zatarciu. Młodziaki nazywają związkiem zwykłe randkowanie + trochę rozmówek na gg i FB + ewentualne seksualne dodatki, czyli to, co dla innych jest tylko układem. Chyba takie określenia ulegają zatarciu w obecnym codziennym życiu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Moje początki wlasnie sie skonczyły... po 2 mcach :( meżczyzna tak deklarował swoja milosc, tęsknotę, wiersze pisał... przez 2 lata. A jak mnie zaczęło zależeć, nagle przestał mieć dla mnie czas, non stop praca, zaczął się oddalać. W piątek podjęłam decyzję, ze dłużej tak nie mogę, że nie chcę. Tak więc znowu jestem sama

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Początki związku są świetne-ja zadowolony ona zadowolona i jeszcze nie wie że jestem pojebany :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Początek spotkał się z końcem.

Najpierw wielka miłość, a później ponad pół roku czekania, życia na wielką odległość, bo nie można było zostawić pracy. Tzn. można było, ale nie było woli drugiej strony. Na początku było ciężko, później jeszcze ciężej. Odległość i czekanie mnie zabiły, z każdym miesiącem było coraz gorzej, czułam chłód i dystans - komunikowałam to, ale słyszałam, że jak zwykle przesadzam. Teraz mieszkamy razem, ale właściwie niewiele zostało z tego, co było. Okazuje się, że znowu praca - tym razem nowa - jest ważniejsza ode mnie. Nienawidzę tego, jak ludzie wmawiają miłość, a później nie są w stanie pójść na żaden kompromis. Znowu jestem w sytuacji typu: albo się pogodzę z tym jak jest albo to mój problem.

Zżera mnie depresja. Znieczulam się tabletkami, ale to nie jest życie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie problemem z początkami jest to że u mnie się nie zdarzają.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

MalaMi1001, Mi sie wydaje ,że teksty typu chodzimy ze soba to w młodszym wieku, później to sie kończy wszystko dzieje sie inaczej, ciezej sie okreslic, powiedzieć ze to na pewno, doprecyzować, nawet jak zalezy to ma sie duzo watpliwosci i ginie w gestosci mysli, te takie okreslone zwiazki ze na pewno kończa sie gdzieś z 25 rokiem zycia. Później ludzie tez sa ze soba, biora sluby ,,ale wszystko juz jest inne i inaczej sie to rozgrywa.To co nappisałaś to raczej typowy rys watpliwosci , które powstaja w ppewnnym wieku i nie mozna sie z nich wyleczyć, i mozna zmieniac partnerów ciagle i często a zawsze bedzie to samo, im człowiek starszy tym trudniej to wszystko zdefiniować i zdecydowac a jak sie jest młodyym to sie wydaje ,ze to na zawsze juz i koniec a czesto własnie te zwiazki takie z głupim hura ,ze na zawsze kończa sie z duzym hukiem a te powoli dojrzewajace trwaja poniewaz sa juz bardziej dojrzałe.

 

-- 21 paź 2013, 12:34 --

 

Moja kolezanka w jeden dzień che brac rozwód i jest pewna a na drugi juz nie i tak ma w kólko huśatawke i pewnie zostanie z tym facetm juz na dlugie lata, chyba sa szczesliwi co nie przeszkadza jej miec pełno watpliwosci, wątpliwosci sa zawsze.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Z doświadczenia kolezanki wiem że początki zazwyczaj są najlepszym okresem w związku. Te czekania, pierwsze przytulenia, poznawanie sie nawzajem... A potem rutyna, brak zainteresowania, kłótnie.

Do związku trzeba dorosnąć i podchodzić lekko z dystansem, nie odkrywać wszystkiego od razu, tylko stopniowo i zaskakiwać (oczywiście bardzo pozytywnie).

Ja jestem z chłopakiem pół roku i jeszcze ani razu się nie pokłóciliśmy, żadnej awantury. Co będzie dalej, zobaczymy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Niepewność swoich własnych uczuć. Główny mój problem.

Moje zbytnie uleganie temu co ktoś chce i pozwalanie na snucie planów.

Boję się (wiem, to idiotyczne) utraty zainteresowania z jego strony, gdy powiem, że chciałabym się jedynie przyjaźnić. A właściwie nie wiem czego bym chciała.

Jestem okropną egoistką :?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Poczatki - czyli cos sie moze zaczac a moze nie.

Jesli ma to byc niewlasciwy, nie rozwijajacy nas obydwoje zwiazek, to lepiej dac sobie spokoj i szanse na cos lepszego.

Dlatego - z doswiadczenia na "nie" moge rzec - szczerosc. Na poczatku kawe na lawe odnosnie naszej sytuacji (to, co moze wplynac na jakosc zwiazku, potencjalne przeszkody itp - ale ja moze pisze z punktu widzenia osoby ktora ma jus spore doswiadczenie i bagaz wiec chcac nie chcac musialabym o tym wspomniec) - i przede wszystkim o tym, co skrywamy w obawie przed odrzuceniem.

Na poczatku nie ma odrzucenia bio nic nie ma - a jesli tak nam sie wydaje to w naszej glowie. Nie ma zwiazku jeszcze tylko jakies marzenia, pragnienia i mrzonki na zasadzie myslenia zyczeniowego. I dlatego tak czesto sie nie udaje bo nie ma wlasciwych podstaw tylko jakies polprawdy albo wydumane, albo przekonanie "bedzie dobrze".

Ja to wiem dopiero teraz. Lepiej pozno niz wcale.

 

-- 09 sty 2014, 10:21 --

 

... i ja wlasciwie nie boje sie odrzucenia i stwierdzenia, ze ktos bedac ze mna mimo moich niewatpliwych wartosci nie jest w stanie dac mi wsparcia, nie stac go na branie na siebie czesci mojej odpowiedzialnosci, potrzebuje spokojnego zycia a nie cudzych problemow na karku. To byloby dla mnie zrozumiale, bo najczesciej z taka postawa sie spotykalam. Ktos moze stwierdzic (i bedzie mial czesciowo racje) ze mialam w wiekszosci na swej drodze nieodpowiednich ludzi. Dlatego nie znam innej rzeczywistosci i trudno mi w nia uwierzyc. Nie wierze na slowo ani czasem na logiczne wytlumaczenie - wierze jak zobacze, przekonam sie, doswiadcze.

Boje sie ze ktos na mnie naskoczy agresywnie za to, ze wogole smialam mu czas zabierac, ze osoba w mojej sytuacji powinna siedziec na dupie i cieszyc sie ze ma spokoj a nie zawracac innym glowy, a tak wogole to moze mi za to zrobic kolo piora zeby mi pokazac gdzie moje miejsce.

Kiedy pisalam ostatnie zdanie dotarl do mnie jego bezsens i paranoidalnosc. Totalny bezsens. I dobrze, bo zaczynam w to wierzyc - ze to bezsens. Wytwor zaburzonej wyobrazni.

Boje sie tez tego, ze uslysze: to zaden problem, nie musisz sie wiecej tym martwic, nie jestes sama. Razem damy rade chocby swiat walil sie nam na glowy. Mozesz bez obawy powiedziec mi o wszystkich swoich rozterkach i trudnosciach i zobaczymy co sie da zrobic.

A to zdanie z kolei brzmi jak jakas niedorobiona bajka. Nie do konca smiale myslenie zyczeniowe.

 

Nie umiem wyposrodkowac. Zawsze albo za duzo obaw, albo nadziei. Albo nic, zupelnie nic.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Początki były fajne, cóż mówić Ona mała osóbka zagubiona w świecie. Potem szybko poszło ślub, kłopoty, awantury (byłe zawsze strona bierną), brak pracy, walka o prace, ciągłe jej wyjazdy do rodziny (2-3 miesiące w roku), brak kontroli (co się później zemściło ) nad jej procesem leczenia w końcu porządna kłótnia przez telefon i rodzina ja zabrała. Byłem z Nią 5,5 roku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×