Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Lilith

Poczucie odrzucenia przez innych

Rekomendowane odpowiedzi

Doświadczyłam kiedyś takiego odczucia. Wydawało mi się, że inni mnie odrzucili, że świat mnie odrzucił, nikt mnie nie chce i nikomu na mnie nie zależy. Teraz, patrząc z boku, nie do końca tak to widzę. Splot wydarzeń sprawił, że przeżyłam kilka traum, przez co stałam się podatna na zranienia, bałam się ludzi, ich reakcji i często je wyolbrzymiałam. Teraz, po czasie, zastanawiam się, na ile faktycznie to inni mnie odrzucili, a na ile tak naprawdę ja się od nich odcięłam? Znam już na to odpowiedź i wiem, że sama bardzo przyczyniłam się do swojej uprzedniej samotności...

 

A jak jest z tym u Was? Jak przeżywacie reakcje innych? Czy często zdarza się Wam odczuwać lęk przed odrzuceniem i w konsekwencji wolicie pierwsi uciąć kontakt? Dlaczego to robicie? Czy jest to racjonalne? Czy często czujecie, że nie pasujecie do tego świata, że inni Was nie chcą? Co zrobiliście, by to zmienić?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jestem trochę zmęczony myśleniem, dlatego krótko.

 

W podstawówce "trzymałem się" z dwoma głównymi kolegami.

Mateusz, Paweł. Razem graliśmy w gry, chodziliśmy zjeżdżać na sankach, ciocia robiła nam zdjęcia do gazety (fotoreporterka). Siedzieliśmy razem w ławce, odwiedzaliśmy się i w trójkę przebywaliśmy drogę do szkoły. Ja szedłem w środku (VIP :D haha).

Czasem zdarzyło się "poromansować" z kimś innym. Ale byliśmy sobie "wierni".

 

W gimnazjum grono się powiększyło, doszedł "Łuki" Łukasz, oraz Matix "Mateusz". Te trzy lata spędziliśmy we wspólnym gronie. Były opowieści o grach. Wspólne harcerstwo. Wzajemne odwiedzanie się.

 

No i BUUM.

 

Jak poszedłem do liceum zostałem sam, nowe miasto, gdzie znam 0/100 000 ludzi. Paweł poszedł do technikum, pozostali do innych liceów. Przyczyny rozstania do końca nie pamiętam. Chyba chodziło o kierunki i różne motywy. Wiecie jak się wybiera szkołę.

Nadal się odwiedzaliśmy. Ale gdy zabrakło tego węzła to każdy poszedł w swoją stronę.

 

Ja żyjąc według zasady: ad fontes, umysł początkującego, wewnętrzne dziecko, znaj swoje korzenie. Chciałbym kontynuować te znajomości, bo gdy jest się "przyjaciółmi" na dobre i na złe, a nagle po spędzeniu ze sobą pół życia idzie się (w dobie internetu, telefonu, szybkiej komunikacji i innych wygód ) w swoją stronę to skwituję to jednym zdaniem: "Your live was a lie".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Odrzucenia obawiam się głównie, witając się z kimś i dlatego z własnej woli się nie witam z nikim.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myślę, że to błędne koło: lęk przed odrzuceniem może prowokować innych do odrzucania (sami nie chcą być zranieni, więc się odsuwają), co odczytujemy jako 'dowód' na to, że nie warto wchodzić z kimś w bliskie relacje. :?

Wg koncepcji przywiązania Bowlby'ego bardzo dużo zależy od 'jakości' pierwszego w życiu kontaktu z drugim człowiekiem - z matką. Jeśli ten kontakt nie jest najlepszy, trudniej później wchodzić z ufnością w relacje międzyludzkie. :roll:

 

Jak to zmienić? Chyba najskuteczniej (choć nie najłatwiej) byłoby nieustannie przekonywać siebie, że relacje międzyludzkie nie muszą zawsze kończyć się bólem i zranieniem; a jeśli nawet któraś skończy się w taki sposób, to jest więcej przyczyn, niż 'to wszystko moja wina'; 'świat jest okropny, a ludzie podli'. ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Wg koncepcji przywiązania Bowlby'ego bardzo dużo zależy od 'jakości' pierwszego w życiu kontaktu z drugim człowiekiem - z matką. Jeśli ten kontakt nie jest najlepszy, trudniej później wchodzić z ufnością w relacje międzyludzkie. :roll:

Ja z matką miałem w przeszłości kontakt ogólny w większości bardzo dobry, kontakt emocjonalny z mojej strony trochę nieprawidłowy. Nieufny (do obcych) byłem od zawsze, odkąd pamiętam. Do rodziców byłem nieufny, gdy byli wkurzeni.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Najgorsze jest uświadomienie sobie, że nie jestem komuś potrzebna jako osoba sama w sobie, a dlatego że ktoś coś ode mnie chce. Nawet ostatnio w większej grupie osób pomyślałam sobie, że jak ktoś mnie woła to na stówę chodzi o zdjęcie, a tak jest wokół dwadzieścia osób i gdybym stanęła z boku to nikt by nawet nie zauważył. Więc jak z kimś rozmawiałam to tylko dlatego, że sama podeszłam i włączyłam się do rozmowy. W sumie już pogodziłam się z tym faktem, kiedyś jeszcze inicjowałam kontakt choć zwykle kończyło się na "nie mam czasu/robię coś innego". Najczęściej spotykam się z osobą, za którą jakoś wybitnie nie przepadam, bo jest strasznie gadatliwa i właściwie ja słucham, a ona mówi. A już jestem zmęczona wiecznym słuchaniem innych. I tak, teraz mam dość silne poczucie z serii "nikt mnie nie chce i nikomu na mnie nie zależy". Ostatnio dostałam dużo sygnałów, które to potwierdziły, niektóre owszem wynikały z mojej skrzywionej perspektywy i podwyższonej podatności na zranienie, ale inne już nie.

Nigdy nie miałam chęci oskarżania za to wszystko świata czy innych ludzi, zawsze byłam pewna, że to wynika w dużej części, jeśli nie całej, z mojej winy. Nie dążę tak mocno do kontaktu, ale nie chcę przesadzić w drugą stronę i narzucać się, bo "normalni" ludzie mają swoje życie i znajomych, więc mają znacznie mniej wolnego czasu niż ja. Trudno to wypośrodkować. Teraz w większości przypadków to ja się odzywam, gdy tego nie zrobię to i tygodniami mogłabym czekać aż ktoś sobie o mnie "przypomni". Czasem za bardzo biorę do siebie niezadowolenie osoby, którą lubię. Do tego brak zaufania, wszelkie relacje kończą się w pewnym punkcie którego nie potrafię przekroczyć. I też zdaję sobie sprawę, że nie jestem ekstrawertykiem z przebojowym charakterem, choć nie można powiedzieć że jestem widocznie wycofana. Być może nie mam dużo do zaoferowania - i to zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy już mam coraz mniej siły i chęci starać się skoro jest "jak zwykle", a coraz bardziej potrzebuję bliższej osoby, której można się wygadać. Zrobiła się dość patowa sytuacja, z którą strasznie się męczę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

abraxas, :smile:

Dla osoby ukształtowanej jako religijną przykre jest poczucie odrzucenia przez siłę wyższą.

"Gott ist tot"

Nie sądzę, że nie istnieje jakaś siła która się nami opiekuje, ale w tym świecie próżno jej szukać. Zostaliśmy sami, ze swoją cywilizacją. Czy dobrze to czy źle? Może ten Bóg chce żebyśmy się usamodzielnili, niczym rodzice wychowujący dziecko odsyła nas do szkoły i usuwa się w cień? Tak czy inaczej to trudny okres dla mnie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja uważam, że zawsze najpierw ma miejsce jakieś wydarzenie, które możemy uznać za przyczynę. Np. odrzucenie przez innych. Wystarczy, że odrzuci nas grupka osób, często wydaje nam się, że odrzucili nas wszyscy i nieświadomie swoim zachowaniem dalej prowokujemy kolejne odrzucenia. Lęk przed odrzuceniem rośnie tak bardzo, że zaczynamy sami odrzucać, bo to mniej boli. W efekcie zostajemy sami, ale w głowie pozostaje myśl, że to wszyscy inni nas odrzucili, a często jest tak, że częściowo to my sami odcięliśmy się od świata.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mark123, nie mogę sobie wyobrazić jak dziecko w najwcześniejszym okresie własnego rozwoju mogłoby przyczynić się do 'nieprawidłowej więzi emocjonalnej' z matką.

Nie sądzisz, że w swojej wypowiedzi starasz się 'brać winę na siebie', a bronić rodziców? Co prawda mogę zrozumieć przyczyny takiego postrzegania (wiele lat byłeś uzależniony od nich, co nie pozwalało Ci dostrzegać ich 'omylności' i wad), jednak nie tędy droga, byś miał brać za wszystko winę na siebie. :nono:

 

Nie dążę tak mocno do kontaktu, ale nie chcę przesadzić w drugą stronę i narzucać się
Wg mnie to jedno i to samo - lęk przed odrzuceniem.

Może to jest tak, że oczekujesz od innych więcej, niż mogą oferować? Może podświadomie oczekujesz od nich 'lekarstwa' na lęk przed odrzuceniem, podczas gdy oni oferują 'tylko i aż' rozmowę lub znajomość?

 

monk.2000, chyba większość religii opiera się na idealnej wizji tej specyficznej więzi jaka istnieje między dzieckiem a rodzicem. Tak jak dziecko oczekuje od rodziców wsparcia, szacunku (również wobec jego samodzielności i dokonywanych wyborów), poczucia, że jest ważne, że nie jest pozostawione samo sobie, tak osoba wierząca ma podobne (jeśli nie identyczne) oczekiwania wobec Boga.

 

niosaca_radosc, zgadzam się z tym, jednak z zastrzeżeniem: potrzeba traumatycznego odrzucenia lub wielu 'mniej bolesnych', by zainicjować ten łańcuch.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

niosaca_radosc, prawda.

Czasem ta grupka to dla ciebie wszyscy. Kim jest uczeń w szkole bez garstki "kumpli", zwracających na niego uwagę nauczycieli i rodziców czekających na niego w domu? Kto nadał nam imię, kto nauczyć czytać, kto powiedział :"to dobre, to złe", dał wzór, lub jego przeciwieństwo. Garstka ludzi, których spotkaliśmy w swoim życiu. Teraz odejmij tę garstkę i jesteś z powrotem tym zanim się narodziłeś jako istota społeczna, nikim. Nawet przyroda cie nie chce, ludzie też. Podwójnie nikt.

 

Ja czuje się odrzucony, dlatego że ludzie o mało co dbają. Ziemia to żyjący organizm i chińczyk który zatruwa rzekę może przyczynić się do śmierci mojej matki, która zjadła zatrutą rybę. To tak w uproszczeniu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
mark123, nie mogę sobie wyobrazić jak dziecko w najwcześniejszym okresie własnego rozwoju mogłoby przyczynić się do 'nieprawidłowej więzi emocjonalnej' z matką.

Nie sądzisz, że w swojej wypowiedzi starasz się 'brać winę na siebie', a bronić rodziców? Co prawda mogę zrozumieć przyczyny takiego postrzegania (wiele lat byłeś uzależniony od nich, co nie pozwalało Ci dostrzegać ich 'omylności' i wad), jednak nie tędy droga, byś miał brać za wszystko winę na siebie. :nono:

Ja mówiłem ogólnie o okresie dziecięcym, nie wiem, w którym momencie dzieciństwa moja więź emocjonalna z matką zaczęła być nieprawidłowa. Odkąd pamiętam dzieciństwo, to już taka była, a jak z tym było jeszcze wcześniej, to nie wiem. A więź była nieprawidłowa z dlatego z mojej strony, ponieważ mój "software" w głowie już odkąd pamiętam nie identyfikował w żaden sposób miłości. Nie miałem uczucia, że kocham swoją matkę ani że nie kocham; nie czułem się też w sposób identyfikowalny ani kochany ani niekochany. Po prostu jakby od dziecka był całkowity brak obsługi uczucia miłość w moich emocjach. Więc pod tym kątem to z moim mózgiem jest problem, a nie z rodziców.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Gods Top 10, w jakim sensie lekarstwa?

Nie wydaje mi się, żebym oczekiwała zbyt dużo. Jeśli jakaś osoba oferuje drugiej więcej niż mi, to znaczy że chodzi o coś innego niż moje zbyt duże oczekiwania. Jasne, tu dochodzą inne powody, nie ze wszystkimi trzeba się lubić i może akurat woli tą drugą osobę. Gorzej jak dochodzi poczucie że zawsze jestem tak z tyłu. Zbyt duże oczekiwania włączają mi się tylko jak ktoś faktycznie przejawi większe niż zazwyczaj zainteresowanie, wtedy już totalnie się gubię i nie wiem jak się zachować, bo jak nie odpowiem podobnym zainteresowaniem to ktoś poczuje, że mi nie zależy, a jak przejawię za duże to się zrazi. Fakt, znów tu wychodzi lęk przed odrzuceniem. Na co dzień raczej jestem, że tak powiem, jak śmietnik - kogoś coś boli, coś zdenerwuje, coś mu się wydarzy, na kogoś chce ponarzekać, to mi mówi, ja posłucham, dopytam, jak jestem w stanie to pomogę. Jednocześnie nie oczekuję tego samego od drugiej strony, pewnie w obawie, że kogoś "odstraszę", no ale niestety wyniosłam to z domu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

monk.2000, tak to opisałeś, jakby każdy człowiek był 'własnością społeczeństwa'. Owszem, człowiek jest 'zwierzęciem, istotą społeczną', ale nie chodzi o to, by całkowicie się zatracić w myśleniu w ten sposób, bo to tylko pokrętna droga do udowodnienia własnej niskiej wartości. :?

Każdy człowiek jest wartością samą w sobie, która w idealnych warunkach jest kształtowana zarówno przez otoczenie, jak i przede wszystkim przez siebie.

 

A więź była nieprawidłowa z dlatego z mojej strony, ponieważ mój "software" w głowie już odkąd pamiętam nie identyfikował w żaden sposób miłości. Nie miałem uczucia, że kocham swoją matkę ani że nie kocham; nie czułem się też w sposób identyfikowalny ani kochany ani niekochany. Po prostu jakby od dziecka był całkowity brak obsługi uczucia miłość w moich emocjach. Więc pod tym kątem to z moim mózgiem jest problem, a nie z rodziców.
Dowodem na prawdziwość Twojej tezy byłoby, gdyby więź łącząca Twoich rodziców była świetna, pełna głębi.... niemal doskonała, to dowodziłoby, że stworzyli między sobą zdrową relację. A wybacz ale szczerze w to wątpię, skoro Ty, jako ich dziecko czujesz się odrzucony - 'nauczyłeś się' tego, czego doświadczałeś z ich strony. :roll:

 

abraxas, lekarstwa w sensie oczekiwania od kogoś (np. kolegi czy koleżanki lub chłopaka), że zapełni 'emocjonalną wyrwę' spowodowaną np. w domu rodzinnym. :?

 

jak nie odpowiem podobnym zainteresowaniem to ktoś poczuje, że mi nie zależy, a jak przejawię za duże to się zrazi.
To, że ktoś zrazi się lub poczuje się nieusatysfakcjonowany Twoją odpowiedzią nie musi być końcem znajomości, ale jej etapem, dzięki któremu wiadomo jak skorygować swoją 'odpowiedź'. ;) Oczywiście, jest to łatwiejsze, gdy lęk przed odrzuceniem przez innych, jest choć trochę 'ujarzmiony'.

 

Na co dzień raczej jestem, że tak powiem, jak śmietnik - kogoś coś boli, coś zdenerwuje, coś mu się wydarzy, na kogoś chce ponarzekać, to mi mówi, ja posłucham, dopytam, jak jestem w stanie to pomogę. Jednocześnie nie oczekuję tego samego od drugiej strony, pewnie w obawie, że kogoś "odstraszę", no ale niestety wyniosłam to z domu.
Mimo, że sam kiedyś myślałem w ten sposób, to nadal dziwi mnie skąd się bierze takie myślenie, które jest wbrew 'pradawnej' prawdzie głoszącej, że wspólne pokonywanie przeciwności, problemów potrafi bardzo mocno cementować relacje międzyludzkie. Chyba wynika to z przenoszenia doświadczeń z rodzicami (w których to relacjach zazwyczaj dużo jest zależności - nierównowagi) na relacje z rówieśnikami, przyjaciółmi itd. Tylko, że w przyjaźniach, koleżeństwie czy związkach właśnie ta równowaga, dwu-podmiotowość jest kluczem do sukcesu, szczęścia i satysfakcji... ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

a ja miałam różne etapy w życiu - raz byłam samotnikiem, a raz dusza towarzystwa... u mnie to zależy naprawdę od wielu czynników. Obecnie można powiedzieć że jestem lubiana, szanowana, ale nie imprezuję ze znajomymi... Sama nie wiem dlaczego... kiedyś tylko bardzo zaintrygowałam swoim zachowaniem mojego dobrego kumpla i zaczął się ubiegać o moje względy... zdziwiłam się trochę ale powiedział mi " jesteś mega seksi, przez to że taka niedostępna, skryta i szalona... ". Nie rozumiem, ale chyba niektórzy już tak mają, że mimo tego, że są elokwentni, komunikatywni, mają dobre kontakty, potrafią żartować, po prostu jest w nich to coś... Tyle razy słyszałam od Tomka "jesteś czarująca i masz w sobie to coś, co sprawi, że nikt nie potraktuje cię jak kobietę do towarzystwa i na wypad na 1 piwko". Zabrzmiało jakbym była sztywna, ale nie jestem taka... naprawdę umiem się bawić... a z powodzeniem u mnie średnio, nie raz słysząłam że jestem ładna, ale średnie mam doświadczenie - 1 chłopaka miałam do tej pory i mam go z resztą nadal, a oprócz tego tylko tego kumpla który się mną zainteresował... Ja chyba odstraszam jakoś ludzi, ale nie przeszkadza mi to...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Gods Top 10, a w tym sensie lekarstwo - no to mam jak ktoś przejawi te ponadnormalne zainteresowanie. W sumie raz mi się zdarzyło, zakończenie było dość szybkie i łagodnie mówiąc niemiłe. To był zdecydowanie koniec znajomości i nawet nie ma co zbierać. Choć problemem nie były moje zbyt duże oczekiwania bo nawet nie zdążyły się ujawnić, a raczej brak zdecydowania (bo co nie zrobię to pewnie odstraszę) i nieumiejętność zachowania się w takiej sytuacji, bo druga strona oczekiwała tej równowagi.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dowodem na prawdziwość Twojej tezy byłoby, gdyby więź łącząca Twoich rodziców była świetna, pełna głębi.... niemal doskonała, to dowodziłoby, że stworzyli między sobą zdrową relację. A wybacz ale szczerze w to wątpię

Więź pomiędzy moimi rodzicami jest... dziwna. Obecnie gdy mój ojciec nie jest trzeźwy, to nieraz w rozmowie rodziców dominuje temat o tym, jak to się mocno kochają (bardzo mnie wnerwia wtedy ich rozmowa, bo nasila u mnie poczucie, że jestem z innej planety), a gdy jest trzeźwy, to zazwyczaj nie ma o tym żadnej rozmowy między nimi. Nie kłócą się prawie wcale, a jeśli już to tylko trochę, a bardzo dawno temu (osobiście tego nie pamiętam, bo byłem bardzo mały) było przeciwnie, czasami dochodziło do sporych awantur przez ojca.

 

skoro Ty, jako ich dziecko czujesz się odrzucony - 'nauczyłeś się' tego, czego doświadczałeś z ich strony. :roll:

Odrzucony się nie czułem, tylko nie identyfikowałem miłości, dlatego nie czułem się ani kochany ani niekochany (nawet przez moją babcię, która mówiła mi, że mnie kocha; bardzo lubiłem z nią spędzać czas, ale uczuć nie potrafiłem nazwać, zidentyfikować). Kontakt ogólny z rodzicami miałem w miarę normalny w tym okresie dzieciństwa, który pamiętam, ale większy z matką, która jest nadopiekuńcza; (obecnie już mam inaczej, bo czasem nawet byle co mnie u rodziców wkurza). Być może mam zaburzenie ze spektrum autyzmu i stąd problemy z identyfikacją miłości. Występują u mnie cechy aspergerowe, m.in. bujanie się. Ojciec kiedyś stwierdził, że mam chorobę sierocą, ale moim zdaniem wynika ono z autyzmu ewentualnie jakichś bliżej nieokreślonych zaburzeń neurologicznych, a nie z choroby sierocej; z nerwicy chyba nie, bo ja się bujam codziennie.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Tyle razy słyszałam od Tomka "jesteś czarująca i masz w sobie to coś, co sprawi, że nikt nie potraktuje cię jak kobietę do towarzystwa i na wypad na 1 piwko". Zabrzmiało jakbym była sztywna, ale nie jestem taka...
Wg mnie Tomek chciał tymi słowami wyrazić komplement - postrzega Cię jako osobę wyjątkową... jednak odebrałaś jego słowa jako zarzut. :?

Myślę, że lęk przed odrzuceniem powoduje mnóstwo takich 'przekłamań' i przez to większość (jeśli nie wszystkie) pozytywne sygnały są 'przekręcane', 'modyfikowane' tak, by pasowały do tak fałszywego obrazu siebie. :?

 

abraxas, Twoje niezdecydowanie spowodowane jest walką toczącą się w Tobie między potrzebą bliskich kontaktów, a lękiem przed odrzuceniem. Jak dotąd w większości wygrywał lęk. To przez niego nie nabyłaś umiejętności radzenia sobie w takich sytuacjach. Warto, by ten lęk pożerał Twoje kolejne nadzieje?

Daj sobie prawo do popełniania błędów i gaf - one są nieodłącznym elementem uczenia się. Są miarą Twoich starań, za to nie są miarą Twojej wartości!

 

Obecnie gdy mój ojciec nie jest trzeźwy, to nieraz w rozmowie rodziców dominuje temat o tym, jak to się mocno kochają (bardzo mnie wnerwia wtedy ich rozmowa, bo nasila u mnie poczucie, że jestem z innej planety), a gdy jest trzeźwy, to zazwyczaj nie ma o tym żadnej rozmowy między nimi.
A może te rozmowy tak Cię wnerwiają, bo zapewnienia o miłości, które wtedy padają nie wydają się być 'dziwne', może wręcz nieszczere? Bo w końcu to trochę 'dziwne', że słowo kocham pada tylko w ciężkich chwilach, ale już nie w chwilach 'lepszych'.

Jak miałeś nauczyć się kochać, gdy widziałeś taką relację swoich rodziców? Może wręcz dzięki takim relacjom Twoich rodziców zakodowałeś w sobie fałszywe przeświadczenie: 'miłość to tylko i wyłącznie ból i ciężkie chwile'?

Nadal uważam, że przyczyną Twojego postrzegania bliskości i lęku przed odrzuceniem, nie jesteś Ty.

 

Bujanie się może być równie dobrze natręctwem, które Cię uspokaja... ale to już kwestia do rozstrzygnięcia raczej dla psychologa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Gods Top 10, no jak wiadomo, teoria jest łatwiejsza niż praktyka, mi świadomość tego wszystkiego jak na razie nijak nie pomogła. Zresztą nikt z otoczenia nie przejawia już większego zainteresowania, a ja poza powierzchowną znajomość nie potrafię wyjść, zresztą po tym jednym razie już skutecznie oduczyłam się zwierzania komukolwiek. Niestety to nie tylko kwestia pozwolenia sobie na popełnianie błędów.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

abraxas, świadomość sama w sobie nie usunie problemów. Wybacz trywialny przykład: świadomość tego, że pada deszcz nie pomoże Ci uniknąć przemoknięcia, jeśli nie zrobisz coś z tą 'wiedzą', czyli nie weźmiesz ze sobą parasola czy kurtki...

Podobnie tutaj: świadomość własnych reakcji w różnych sytuacjach (np. unikanie bliskich kontaktów) sama w sobie nie zmieni Twojego zachowania. Tu jest ogromna szansa dla Ciebie: jeśli widzisz, że zaczynasz się wycofywać z relacji, zastanów się dlaczego tak robisz. Na ile przyczyny tego zachowania wynikają np. z Twojego niewielkiego zainteresowania tą osobą, a na ile przyczyną są przypuszczenia 'znów zostanę zraniona'.

 

Cała sztuka w zmienianiu siebie, swoich zachowań polega na 'łapaniu się' na działaniu wynikającym z konkretnych przekonań po to, by te przekonania (a w konsekwencji również działania) modyfikować!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Gods Top 10, taaa, łatwo się mówi, ale to nie znaczy, że jak zacznie padać deszcz to od razu będę wiedziała jak z tej parasolki skorzystać ;) Żeby coś zmodyfikować trzeba wyłapać ten moment tu i teraz, bo po fakcie to można sobie pogdybać i czekać na następną okazję. A po tylu latach utrwalania to człowiek już leci schematem i to jest jeden nieprzerwany ciąg zachowania, trudno się zatrzymać i sobie pomyśleć że coś trzeba zmienić w danym momencie. Do tego chyba prędzej trzeba zaaranżować sytuację samemu, na kimś poeksperymentować, żeby faktycznie udało się coś zmienić. To nie jest też tak, że "aaa, no kiedyś zrobiłam to i to, zachowałam się tak i tak, więc muszę to powtórzyć i będzie ok". Odtwarzanie czegoś co już znane, jest zupełnie czymś innym niż tworzenie czegoś od podstaw.

Na co dzień nie wycofuję się z relacji, bo to są powierzchowne znajomości, w których nie czuję się w żaden sposób zagrożona. Nigdy nie jest tak, że komuś odmawiam spotkania czy cokolwiek w tym guście ( chyba że chodzi o czasy szkolne kiedy inni zapraszali na imprezy, to odmawiałam bo tego nie lubiłam). Tak jak pisałam, zwykle to ja wychodzę z inicjatywą więc się nie pcham w bliższą relację, bo też z drugiej strony nie mam sygnału, że coś z tego będzie. Inna sprawa, że poznaję bardzo mało nowych osób, niektóre typowe formy spędzania czasu w towarzystwie mnie nudzą, co zapewne daję sobą odczuć. Więc bardziej mnie ciągnie do ludzi, którzy mają podobne hobby i z którymi można coś fajnego porobić, a to znacznie zawęża krąg osób.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

abraxas, przecież już przełamujesz ten rzekomo 'nieprzerwany ciąg zachowania' - poszukujesz rozwiązań, opisujesz na forum co Cię gryzie... i pokonujesz obawę przed odrzuceniem. :great: Już dokonałaś postępu na tej drodze. :great:

Wcale nie trzeba takich sytuacji aranżować, tylko korzystać z tych, które przynosi codzienność. ;)

Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy kogoś poznajesz?

Właśnie z tymi myślami warto się rozprawiać na bieżąco, gdy tylko się pojawią. Fakt, nie jest to łatwe, by te momenty wychwycić, ale jest to osiągalne dla każdej osoby... w miarę praktykowania tego.

Zamiast myśleć np. 'ta osoba na pewno czegoś ode mnie chce i przez to znowu mi się oberwie', można kombinować 'w drugą stronę': 'ta osoba uznała mnie za kogoś interesującego, z kim chce porozmawiać'. ;)

 

I nie ma w tym nic złego, że wolisz dobierać znajomych pod kątem zainteresowań - wręcz przeciwnie. To zawęża krąg poszukiwań, ale jednocześnie bardziej prawdopodobna staje się trwałość takiej znajomości. ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Gods Top 10, no jestem na terapii, więc mam nadzieję na większy postęp ;)

Nie mam jakiś złych myśli jak kogoś poznaję. "Oberwało" mi się po tym jak ktoś zapytał o moje problemy, nigdy nie miałam zwyczaju mówić o swoich osobistych sprawach. Na początku znajomości nikt o to nie pyta, a i większość ludzi raczej unika takich tematów, więc na co dzień nie mam żadnych lęków, niepokoju w kontaktach itp. Wszelkie refleksje, że ktoś wiecznie czegoś chce to mam w domu, ale to nie zmienia mojego stosunku do ludzi, nie traktuję ich potem jakoś, powiedzmy, gorzej.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
A może te rozmowy tak Cię wnerwiają, bo zapewnienia o miłości, które wtedy padają nie wydają się być 'dziwne', może wręcz nieszczere? Bo w końcu to trochę 'dziwne', że słowo kocham pada tylko w ciężkich chwilach, ale już nie w chwilach 'lepszych'.

Dlaczego ciężkich chwilach ? Nie wydaję mi się, aby obecnie jakieś chwile pomiędzy moimi rodzicami były ciężkie. Co do szczerości, to mam czasem poczucie, że rodzice wyznając sobie uczucia oszukują samych siebie. Definitywnie ciężkie chwile pomiędzy moimi rodzicami skończyły się dawno temu.

 

Może wręcz dzięki takim relacjom Twoich rodziców zakodowałeś w sobie fałszywe przeświadczenie: 'miłość to tylko i wyłącznie ból i ciężkie chwile'?

Nie wiem dokładnie, jak wyglądała "miłość" pomiędzy moimi rodzicami w pierwszej połowie mojego dzieciństwa, więc nie wiem, co mogłem w sobie zakodować. Ale wydaję mi się, że gdyby mój mózg funkcjonował poprawnie to powinienem później identyfikować, jest miłość czy jej nie ma.

 

Nadal uważam, że przyczyną Twojego postrzegania bliskości i lęku przed odrzuceniem, nie jesteś Ty.

Co do lęku przed odrzuceniem, to wiem; logika podpowiada mi, że przyczyną jest czynnik zewnętrzny. Ale co do postrzegania bliskości, to logika podpowiada mi, że mój mózg nie funkcjonuje prawidłowo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

abraxas, :brawo: za terapię. :D

 

Wszelkie refleksje, że ktoś wiecznie czegoś chce to mam w domu, ale to nie zmienia mojego stosunku do ludzi, nie traktuję ich potem jakoś, powiedzmy, gorzej.
Uważasz, że ta sytuacja z domu nie ma wpływu na Twoje relacje z ludźmi? ...Sama napisałaś, że nie otwierasz się przed nimi.

Może to taka zależność: rodzice nieustannie czegoś chcą :arrow: interesują się sobą, a nie Tobą, więc zaczynasz wierzyć, że tak powinno być, bo 'nie zasługujesz' na uwagę :arrow: by nie dać szansy na potwierdzenie tej hipotezy przez osoby obce, nie dajesz się im poznać lepiej :roll:

A to wszystko oparte na fałszywych przesłankach... które dasz radę obalić. :great:

 

mark123, przez ciężkie chwile rozumiałem te dni, gdy ojciec pije.

Dlaczego uważasz, że Twój mózg funkcjonuje nieprawidłowo? Jak w takim razie powinien funkcjonować, byś uznał to za prawidłowe?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Gods Top 10, brawa to się należą dla systemu ewuś, bo bez tego bym nie mogła skorzystać z terapii ;)

 

Uważasz, że ta sytuacja z domu nie ma wpływu na Twoje relacje z ludźmi? ...Sama napisałaś, że nie otwierasz się przed nimi.

Nie mówię o swoich problemach nikomu, bez względu na to czy go lubię czy nie lubię, czy znam go kilka lat czy kilka tygodni.

Co do schematu, mniej więcej tak to wygląda, plus poczucie, że ktoś znów mnie odrzuci jak się odkryję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×