Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...
Lilith

Co na dzisiaj,czyli "dziennik"psychoterapii

Rekomendowane odpowiedzi

Uprising,

 

Na gazetowym forum w tym watku ktos wkleil wieksza czesc obydwu artykulow(na samym poczatku watku) :

 

http://forum.gazeta.pl/forum/w,567,164029922,164029922,Odpowiedzialnosc_terapeuty_Zadna_.html#p164036294

 

A ponizej wklejam brakujacy fragment:

 

SPRAWA ELŻBIETY

Leczę się z terapii

Gdy Ela miała pięć lat, rodzice zabrali resztę rodzeństwa i wyprowadzili się na drugi koniec Polski. Ją zostawili u dziadków. Wrócili kilka lat później, ale nie chciała już z nimi mieszkać. Wtedy obrazili się. Gdy przyjeżdżali do dziadków, udawali, że jej nie widzą. Kiedy kilka lat temu zmarł dziadek Eli, rodzice zaczęli się odzywać. A ona postanowiła, że pójdzie na terapię przepracować te trudne relacje.

 

Ela: – W 2011 roku przyjaciółka szkoląca się na psychoterapeutkę poleciła mi swoją nauczycielkę, z doświadczeniem i certyfikatami Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej. Przez trzy sesje terapeutka, Anna, wypytywała o moje dzieciństwo, notowała. Ale na kolejnych sesjach, po wstępnym „dzień dobry”, siadała w fotelu bokiem do mnie i patrzyła przed siebie.

 

Nie wiedziałam, co mam robić z ciszą. Więc przez całą godzinę gadałam jak nakręcona. Potem zaczęłam opowiadać dowcipy. Śmiała się, naprawdę szczerze i naturalnie. To była ulga, kiedy reagowała na cokolwiek.

 

Tak mijały miesiące. Gdy nie miałam już żadnych dowcipów do opowiedzenia i historie z mojego życia też się wyczerpały, sesje zaczęły mnie stresować. Gdy milkłam, słyszałam, że próbuję ukarać terapeutkę milczeniem. Nie czułam tak, ale pomyślałam, że ona pewnie wie lepiej. Zaczęła przypisywać mi nieświadome złe uczucia, np. że chcę ją kontrolować, podporządkować, że budzi we mnie złość. Nie czułam złości. Spytałam: może psychoterapia psychodynamiczna nie jest dla mnie? Bałam się jej, byłam zdezorientowana. Winy szukałam w sobie.

 

Wypiłam piwo po jednej sesji, żeby się odstresować. Potem piłam po każdej. Mówiłam o tym terapeutce, ale jak zwykle nie reagowała.

 

Kiedy zmarła moja babcia, nie miałam siły gadać. Po prostu milczałam. Po 20 minutach terapeutka zasłoniła przede mną rękami twarz i odwróciła się jeszcze bardziej. Po chwili spytała, jak interpretuję jej zachowanie. Nie wiedziałam, jak je interpretować, spytałam, co miało oznaczać. Nie odpowiedziała. Potem usłyszałam, że w ciągu dwóch miesięcy od pogrzebu babci stałam się nienormalnie do niej przywiązana.

 

Z czasem po sesji wypijałam kilka piw, potem doszłam do nawet kilkunastu dziennie. Zaczęłam wpadać w tygodniowe ciągi. Przez picie zrezygnowałam z pracy w szkole. Nie miałam pieniędzy na terapię, wzięłam kredyt w banku – 6 tysięcy złotych. Nie rozumiałam, co się dzieje na terapii, ale nie traciłam nadziei, że coś się wyjaśni.

 

Kiedy skończyły mi się pieniądze, znalazłam pracę w fabryce nakrętek. Przychodziłam pijana do magazynu pakować nakrętki do pudełek. Mówiłam terapeutce, że to dla mnie tragedia. Odpowiedziała, że „boję się wiązać” i dlatego zrezygnowałam z pracy w szkole. A ja uczyłam tam siedem lat i zrezygnowałam z powodu alkoholu, który stał się moim problemem tu, na terapii. Na to też nie odpowiedziała.

 

Wtedy pierwszy raz powiedziałam, że chcę zrezygnować, bo straty przerastają zyski. Usłyszałam, że chcę „odtworzyć ucieczkę od złych rodziców do dobrych dziadków” i że ona „i tak będzie czekać na mnie za tydzień”. Nie udało mi się wtedy nie przyjść. Wierzyłam wciąż, że jej metoda gdzieś prowadzi. Powtarzała często: „Czy pani nie widzi, że w pani życiu coś się powtarza?”. To zdanie trzymało mnie przy niej jak magnes, sądziłam, że dowiem się wreszcie, co powtarzam, i przestanę to robić.

 

Mijały dwa lata terapii i około 1,5 roku picia. Znów spytałam, czy nadaję się na psychoterapię psychodynamiczną. Powiedziała, że powinnam przestać pić, by psychoterapia miała jakikolwiek sens. Załamałam się. Zrezygnowałam, wysyłając SMS-a. Na terapię poszłam jako zadowolona z pracy, towarzyska kobieta, która jest świadoma swego trudnego dzieciństwa i chce pracować nad sobą. A gdy zerwałam terapię, czułam się kimś bezwartościowym, uzależnionym od alkoholu, z kredytem i śmieciową pracą.

 

Zgłosiłam się do kolejnej terapeutki. Ta wysłała mnie do psychiatry. Zdiagnozowano u mnie stany lękowe i depresyjne jako konsekwencje poprzedniej terapii. Dostałam leki antydepresyjne. Nowa terapeutka pracuje tą samą metodą co tamta, ale na sesjach utrzymuje ze mną stały kontakt, pyta o uczucia i opinie, jest zaangażowana. Płacę jej za przepracowanie problemu z poprzednią terapeutką.

 

Poprosiłam tamtą o zwrot pieniędzy za nieudaną terapię. Opisałam ciężką sytuację, w której się po niej znalazłam. Odpowiedział jej prawnik, grożąc mi więzieniem, jeśli ją zniesławię. Z listu wynikało, że nigdy nie zgłaszałam żadnych zastrzeżeń i byłam z terapii zadowolona.

 

Napisałam skargę na Annę do certyfikujących ją towarzystw, bo moim zdaniem doszło do naruszenia kodeksów etycznych. Terapeutka nie poinformowała mnie, na czym polegają jej metody. Nie wyznaczyła celu terapii i kontynuowała ją, ignorując zgłaszane problemy: obniżające się poczucie własnej wartości, utrata pracy, narastające picie.

 

Komisja etyczna Polskiego Towarzystwa Psychologicznego po wysłuchaniu mnie i terapeutki przyznała mi rację. Uznała, że Anna źle oceniła moje możliwości radzenia sobie z silną frustracją i że problem nadużywania alkoholu, który się pojawił w trakcie terapii, przekraczał jej kwalifikacje. Terapeutka dostała upomnienie. Okazało się, że to jedyna kara, która może ją spotkać. Odwołała się do sądu koleżeńskiego II instancji, który też stwierdził naruszenie kodeksu etyczno-zawodowego. Nie zobowiązywało jej to jednak ani do zwrotu pieniędzy, ani do przeprosin.

 

Dowiedziałam się, że próbowała przekonać komisję, że mam paranoję. Zgłosiłam się po niezależną opinię do psychiatry i jednocześnie psychoterapeuty z Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Stwierdził, że Anna popełniła w pracy ze mną aż osiem błędów terapeutycznych plus kolejny po zakończeniu terapii – w postaci wysłania gróźb przez prawnika. Stwierdził, że prawdopodobnie terapeutka nie radziła sobie z osobistymi sprawami w tym okresie i z tego powodu przypisywała mi złe intencje.

 

Polskie Towarzystwo Psychoterapii Psychodynamicznej, drugie stowarzyszenie, w którym Anna była certyfikowana, działa pod tym samym adresem co centrum, w którym Anna kształci terapeutów. Towarzystwo i centrum tworzą ci sami ludzie. PTPP oddaliło moją skargę, bo „szczególnie w świetle wyjaśnień terapeutki” uznali, że zasady kodeksu etycznego nie zostały złamane. Na dokumencie brak daty posiedzenia sądu koleżeńskiego i nazwisk osób wchodzących w jego skład. Podpisał się jedynie w imieniu zarządu głównego prezes Maciej Wilk.

 

PTPP: Nie ma takiej osoby

Terapeutka nie chciała rozmawiać o terapii Eli, zasłaniając się tajemnicą zawodową.

 

Dzwonię do Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychodynamicznej z prośbą o wytłumaczenie, dlaczego nie odnieśli się do decyzji Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i wydali opinię z nią sprzeczną. Od sekretarza dowiaduję się, że nie ma w towarzystwie osoby kompetentnej do rozmowy o tej sprawie. Pytam, czy mogę zadzwonić nazajutrz. Sekretarz tłumaczy, że zrozumiałam go zbyt dosłownie. W towarzystwie w ogóle nie ma osoby, która wypowiedziałaby się na temat sprawy Eli i jej skargi.

 

Imiona terapeutów zostały zmienione

 

***

 

PROF. BOGDAN DE BARBARO: W ZAWODZIE PSYCHOTERAPEUTY NIE MA KODEKSU, NIE MA USTAWY

Ustawa o zawodzie psychoterapeuty powinna obejmować wszystkich terapeutów, a jej nieprzestrzeganie - prowadzić do wykluczenia z zawodu. Rozmowa z prof. Bogdanem de Barbaro, psychiatrą i psychoterapeutą.

 

Panie profesorze, można odnieść wrażenie, że kodeksy etyczne w stowarzyszeniach i towarzystwach certyfikujących psychoterapeutów traktowane są z przymrużeniem oka.

– Ja je traktuję serio. W 2000 roku współtworzyłem taki kodeks w Polskim Towarzystwie Psychiatrycznym, w Sekcji Psychoterapii. Problem w tym, że społeczność polskich psychoterapeutów, podobnie jak w innych krajach, nie jest jednorodna. Istnieją różne stowarzyszenia i każde ma swój kodeks. Jak dotąd nie ma jednak jednego kodeksu etycznego, który obowiązywałby wszystkich polskich psychoterapeutów.

 

Pan pracuje nad tym, by powstał.

– Polska Rada Psychoterapii, do której należą przedstawiciele różnych środowisk, terapeuci różnych modalności, pracuje nad tym, by wszystkich psychoterapeutów obowiązywał jeden kodeks etyczny. Ma on być załącznikiem do z trudem powstającej, ale niezwykle ważnej ustawy o zawodzie psychoterapeuty. Wiele jej artykułów już jest gotowych, ale do finalizacji jeszcze trochę brakuje.

 

Po co ta ustawa?

– Gdyby bycie terapeutą zostało skodyfikowane, szereg problemów, między innymi tych, które pani opisuje w reportażu, mogłoby doczekać się rzetelnego rozwiązania. Na razie można prowadzić psychoterapię i nie być członkiem żadnego stowarzyszenia. Albo wypisać się ze stowarzyszenia, jeśli ktoś dokona czegoś niezgodnego z kodeksem etycznym, i zapisać do kolejnego, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Tak więc najlepiej, gdyby ustawa obejmowała wszystkich terapeutów, a nieprzestrzeganie jej i kodeksu etycznego mogło prowadzić do wykluczenia z szeregu psychoterapeutów. Bo w interesie naszego środowiska jest, by terapeuci byli dobrze wykształceni, dysponowali niezbędnymi umiejętnościami i etyczną wrażliwością. By cieszyli się dobrą opinią, a źli terapeuci nie mieli prawa wykonywania zawodu. I żeby chroniony był interes pacjenta: terapia była rzetelna, uczciwa i skuteczna.

 

Dlaczego praca tak długo trwa?

– Ubolewam nad tym. Ale lepiej, by ustawa i wspólny kodeks powstał później, niż żeby był prawną fuszerką. Psychoterapia dotyczy obszaru słabo poddającego się jednoznacznym regułom. Ponadto terapeuci pracują na podstawie wielu teorii i nieraz to, co w jednym stowarzyszeniu albo modalności jest dobre, w innym może być uznane za niepożądane. Różnimy się także w sprawie procesu stawania się terapeutą: tego, jak powinno wyglądać szkolenie, kto i jak powinien egzaminować kandydata na psychoterapeutę.

 

A sprawy przeze mnie opisywane?

– Nie są czarno-białe. Nie mam prawa ani ochoty wchodzić w rolę obrońców opisywanych przez panią stowarzyszeń, które stosują korporacyjną samoobronę. Ale chciałbym podać przykład pokazujący, jak trudno dociec prawdy. Kilka lat temu w mediach pojawił się temat rodziny, która brała udział w terapii. Jej członkowie byli z niej niezadowoleni, oskarżali psychoterapeutów o brak profesjonalizmu. Terapeuci zostali poddani fundamentalnej krytyce. Jednocześnie sami nie mieli prawa udzielić żadnych informacji, które by wyjaśniały ich stanowisko, bo obowiązywała ich reguła poufności. Pacjent może każdemu i wszystko opowiedzieć o swojej terapii, terapeuta nic i nikomu. A więc terapeuci byli – paradoksalnie – ofiarami przestrzegania zasad etycznych. Zachodzi tu pewna asymetria i na to nie ma rady.

 

Ale z punktu widzenia pacjenta widzę o wiele poważniejszą asymetrię, gdy terapeuta może powiedzieć, że starał się pomóc, ale mu nie wyszło. Aktualnie jedną z kar dla terapeutów, którzy złamali kodeks etyczny, jest upomnienie.

– Zgadzam się: to nie powinno tak wyglądać. Dlatego tak ważne jest opracowanie kodeksu etycznego. Pacjenta ma zabezpieczać prawo odwołania się do komisji etycznej. Ale potrzebne jest też rzetelne szkolenie, potwierdzone zdanym egzaminem i certyfikatem. Oraz regularna superwizja, konsultowanie trudnych terapii z fachowcem.

 

Czy żeby prowadzić psychoterapię, wystarczy skończyć np. psychologię kliniczną?

– Ani ukończenie psychologii czy innych studiów humanistycznych, ani nawet specjalizacja z psychiatrii czy psychologii klinicznej nie oznacza, że jest się psychoterapeutą. Odpowiedzialnie ten zawód może wykonywać osoba, która ukończyła odrębne, trwające cztery lub pięć lat szkolenie zwieńczone egzaminem. Samo szkolenie to nie tylko nabywanie wiedzy i umiejętności, ale także trening czy terapia własna oraz praca pod okiem superwizora.

 

Czyli terapię i jej skuteczność należy badać?

– Tego wymagają firmy ubezpieczeniowe, zdrowy rozsądek i tego oczekuje pacjent. Psychoterapia jest oczywiście obiektem badań naukowych. Dziś nie ma wątpliwości – właśnie dzięki badaniom – że jest skuteczna. Pytanie brzmi raczej: kiedy, w jakich warunkach, wobec kogo i na podstawie jakich teorii. Podobnie jak w medycynie także w psychoterapii trudno o metodę skuteczną dla każdego. Nawet bardzo dobry lek może powodować objawy uboczne. I tak samo zdarzają się porażki, a także nieuczciwi czy nieumiejętni profesjonaliści. Tym ważniejsze, by terapeuta wciąż się szkolił, terapie poddawał superwizji i umiał być twórczo sceptyczny wobec swoich działań. Ważne też, by terapię poprzedzał rzetelny kontrakt, a więc uzgodnienie celu i metody. Pacjent powinien mieć możliwość sprawdzenia, czy proponowany sposób postępowania mu odpowiada, powinien wiedzieć – przynajmniej w zarysie – na co się decyduje. Są osoby, które chcą zrozumieć zakamarki swojej psychiki, i są tacy, których interesuje szybkie usunięcie objawu. Terapeuta nie ma prawa narzucać nie tylko swojego systemu wartości, ale także metod, których pacjent sobie nie życzy.

 

A co z „objawami ubocznymi” psychoterapii?

– Jeśli pominiemy oczywiste zaniedbania czy łamanie kodeksu, na przykład uwodzenie pacjentki, to poważnym problemem może być trudny z perspektywy pacjenta związek terapeutyczny i zależność pacjenta od terapeuty.

 

W historii jednej z moich bohaterek niepokój budzi więź z terapeutą, która wydaje się zbyt głęboka. Jak to jest z tą więzią?

– Więź to niezbędny element terapii. Pacjent musi być w pewnym sensie uzależniony od terapeuty, by móc przerabiać np. relacje z rodzicami. Nie chodzi więc o to, by więzi nie było, ale by była zdrowa. Psychoterapeuta nie powinien jej erotyzować, powinien trzymać się zasad etycznych.

 

Bywa, że pacjent jest silnie, niekiedy boleśnie uzależniony od tej więzi, a jeśli terapeuta nie będzie dość wrażliwy i umiejętny, może to pacjentowi przysparzać cierpienia: lęku, złości, poczucia, że jest nieszanowany. Ten rodzaj „objawu ubocznego” wymaga omawiania w ramach terapii i wówczas może być punktem wyjścia do korzystnych zmian w pacjencie i jego relacjach z innymi.

 

Trudność sprawia nie tworzenie więzi, ale poluźnianie jej, umiejętne zakończenie związku i wchodzenie przez pacjenta w dorosłość.

 

Prof. Bogdan de Barbaro, kierownik Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum. Certyfikowany psychoterapeuta i superwizor Sekcji Naukowej Psychoterapii i Sekcji Naukowej Terapii Rodzin Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego

 

***

 

Sprawa Sylwii jest jeszcze opisana tu:

 

https://kobieta.wp.pl/gwalt-na-psyche-6039687973717121a

 

W sumie dosc dobrze sie to wpisuje w temat, ktory poruszalysmy przed cwila w tym watku.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

straszny ten artykul.... stwierdzam ze moja T.jest naprawde swietna.konfrontacyjna, ale potrafi tez pochwalic, wesprzec, gdy milcze pyta co teraz czuje.

mialam takie glupie pomysly na pocz.terapii i chciala je zrealizowac ale pod jej wplywem zrezygnowalam...ma na mnie dobry wplyw. mimo ze mlodsza ode mnie czuje do niej szacunek/ a ja rzadko kogo szanuje/

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Dlatego uważam że terapia nie powinna istnieć jeśli nie reguluje ja ustawa. Kobieta ewidentnie stoczyła sie pod wpływem tej terapii a T. (nie wiem czy mozna ja tak nazwac) dostała jedynie upomnienie, które tak naprawde nic jej nie zrobi. Dalej bedzie przyjmowac pacjentów i nikt sie o tym nie dowie. Powinna teraz poniesc koszty leczenia w/w pacjentki i to było by właściwe zadoscuczynienie.

Sama może nie doznałam szkód w zwiazku z terapią, ale nie pomogła mi ona kompletnie. Jestem w tym samym punkcie co 4 lata temu i dalej nie wiem czego chce. Nic nie zyskałam, a T. oczywiście nieźle mnie wydoiła. Nie mam nawet gdzie tego zgłosić, może gdyby ktoś prowadził taki rejest to łatwiej byloby badac skutecznosc terapii.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Szanownapani moja T ma około 40 lat. Jeśli chodzi o smsy to sama mnie często zachęca do wysyłania ich w trudnych sytuacjach. Działam zbyt impulsywnie więc lepiej napisać aniżeli później żałować. Na następnej sesji zawsze wracamy do danego tematu z wiadomości.

Mimo pisania sms-ów nie mam potrzeby aby wchodzić z nią w jakieś bliższe kontakty tzn nie mam o niej żadnych fantazji, o jej życiu prywatnym itd. Nie interesuje mnie to. Terapia jest dla mnie i to ja mam skupić się na przepracowaniu problemów a nie dla niej. Oprócz T nie mam nikogo innego z kim mogłabym porozmawiać stąd może wynikają moje smsy.

 

Uprising Czasem mam taką potrzebę. To fakt. Tak jak pisałam wcześniej nie mam nikogo innego kto mnie rozumie itd. Staram się kontrolować ale nie zawsze to wychodzi. Na pewno nie przesadzam z ilością sms-ów. Są tygodnie że nie piszę wcale, ale są również dni w ktorych sobie wcale nie radzę i moja emocjonalność bierze górę.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Dlatego uważam że terapia nie powinna istnieć jeśli nie reguluje ja ustawa. Kobieta ewidentnie stoczyła sie pod wpływem tej terapii a T. (nie wiem czy mozna ja tak nazwac) dostała jedynie upomnienie, które tak naprawde nic jej nie zrobi. Dalej bedzie przyjmowac pacjentów i nikt sie o tym nie dowie. Powinna teraz poniesc koszty leczenia w/w pacjentki i to było by właściwe zadoscuczynienie.

 

A ekspert na forum twierdzi, że terapia nie ma skutków ubocznych. I komu tu wierzyć? :bezradny: W przypadku ludzi dorosłych może to nie jest wielki problem. Najbardziej szkoda dzieciaków w rękach tych zwyrodnialców, a takich w tym zawodzie jest niestety cała masa.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Pretoria ty zawsze bedziesz narzekac i zrobisz wszystko zeby miec do tego powod. Jakbys pojechala niby na te wakacje to bys tu potem pisala ze na produkcji przynajmniej nie gryzly cie komary.

 

ruda glupio robisz z tymi wpisami. napisz jeszcze w jakiej pozycji starasz sie o tego dzidziusia. napisza ci ze lepsza ta ktora sami lubią. skad masz potrzebe takiego ekshibicjonizmu mogloby zaciekawic twoja t. dla mnie osobiscie jest to niesmaczne ale czytam bo coz jest ciekawszego niz podgladanie innych zwlaszcza ze sami odslaniaja okna? poza tym sądzę ze spora czesc tych dialogow to twoje wymysly i dopowiedzenia. nie jesteś w stanie pamietac tak duzych fragmentow. pamietasz piate przez dziesiate reszte sobie dopowiadasz.

 

sa rozne terapie i rozni pacjenci. Freud odradzal pisanie smsów. jak wychwalacie swoich ekspertow bo nie pozwalaja wam pisac to sie zastanawiam czy nie chodzi o to ze zazdroscicie tym ktorzy moga to robic bo sami byscie tez chcieli... kwasne winogrona jakos tak chyba sie to nazywalo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Inn@ hmm... Chciałam się tylko podzielić swoimi doświadczeniami odnośnie terapii. Dialogi są stąd, ponieważ pisze książkę autobiograficzną. Staram się odzwierciedlić jak najdokładniej przebieg sesji.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Alez oczywiscie, ze terapia ma skutki uboczne. I wcale nie musi dochodzic do zadnych naduzyc czy bledow ze strony terapeuty, zeby one wystapily. Czytalam gdzies (wydaje mi sie, ze to bylo w ksiazce Micka Coopera „Efektywność psychoterapii i poradnictwa psychologicznego. Wynik badań i praktyka kliniczna”, ale glowy nie dam) ze w wyniku psychoterapii prowadzonej zgodnie z zasadami sztuki przez terapeutow z odpowiednimi kwalifikacjami stan 10% pacjentow pogarsza sie.

 

Dlatego bawi mnie dosc czeste przeciwstawianie terapii lekom i przywolywanie w tym kontekscie argumentu o skutkach ubocznych farmakoterapii.

 

PS Jeszcze ten artykul jest ciekawy:

 

https://tomwitkow.wordpress.com/2017/04/17/pamietaj-kontakt-z-terapeuta-moze-zostac-uzyty-przeciwko-tobie/

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Przerażające są te artykuły, ale w ocenie biorę również pod uwagę fakt, że przedstawiona jest tylko wersja pacjentek, brak wersji terapeutów, a wiadomo, że prawda leży na ogół gdzieś po środku. Każda terapia i każde leczenie niesie ze sobą ryzyko. Ja na ten moment czuję się dużo gorzej niż przed rozpoczęciem terapii i choć czasami czuję złość z tego powodu, to wiem, że problemy zamiecione pod dywan i tak by mnie w końcu dopadły. Moje życie było trudne przed terapią, teraz dalej jest trudne, ale pojawił się cień szansy na to, że kiedyś będzie lepiej. Oczywiście pozostaję czujna i w razie gdybym miała wątpliwości co do prowadzenia sesji to nie wahałabym się zrezygnować.

Pretoria a Ty już tak na serio zakończyłaś terapię? Dopuszczasz do siebie myśl, że może z Twojej strony zabrakło realnej chęci poprawienia sytuacji?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

wiecie co, ja tez mam momenty kryzysu,zalamania

ze terapia trwajaca juz prawie rok g....... mi dala

ze u innych sie zmienilo na lepsze a u mnie nie

jestem wtedy zla i rozzalona

 

ale potem przychodzi racjonalne myslenie

i widze ,ze jednak duzo sie zmienilo

nie wszystko rzecz jasna

a ja jestem niecierpliwa

ale efekty sa i to spore

calego zycia nie da sie zmienic w rok

 

ale jak ktos naprawde chce i sie stara, wspolpracuje

to idzie do przodu

ale mnie tez jest trudno na terapii

 

a najwazniejsza zmiana to ta ze uwierzylam ze moge osiagnac wszystko,doslownie wszystko

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość

Pretoria a Ty już tak na serio zakończyłaś terapię? Dopuszczasz do siebie myśl, że może z Twojej strony zabrakło realnej chęci poprawienia sytuacji?

Tak zakończyłam terapię i studia. Na razie nie planuje podjąć pracy. Jasne że z mojej strony zabrakło chęci ale to nic dziwnego skoro wszystko co próbowałam okazało się "nie takie". Nie mam już ochoty doświadczać rozczarowań, nie mam na to siły i czasu.

T. przyjeła to normalnie, nie było żadnego pożegnania o jakim ktos tutaj pisał. Zapytała tylko o czym chce rozmawiac na tej ostatniej sesji wiec powiedziałam ze w sumie już o niczym. Powiedziała tylko ze życzy mi wszystkiego dobrego i tyle, formalność, mogłam to załatwic przez telefon -,-

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Uprising,

 

Nie wiem...mnie to jakos szczegolnie nie bulwersuje. Ludzie wyobrazaja sobie najrozniejsze rzeczy i na ogol nie ma to wielkiego znaczenia.

 

A skad sie biora? Obstawialabym, ze to jeden z przejawow Twojego zaangazowania w relacje z terapeutka. Chyba wielu pacjentow na jakims etapie terapii zalicza jakas obsesje na pkcie swojego psychoterapeuty, wiec (przynajmniej patrzac statystycznie) miescisz sie w normie ;).

 

 

Pretoria,

 

A w jaki sposob zamierzasz teraz spedzac czas?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
:(. Moja znajoma próbowała popełnić samobójstwo... tak bardzo mi teraz brakuje mojej psychoterapeutki, tego poczucia bezpieczeństwa. Właściwie to nie mam pojęcia, co ja mam w takich sytuacjach robić. Nie mam zbytnio do kogo zadzwonić, czy pójść, niekoniecznie porozmawiać, bo z tym u mnie ciężko, ale po prostu pobyć. Ehh...

może napisz do expertki z forum to psycholog zawsze to jakieś wsparcie

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Gość
Uprising,

Pretoria,

 

A w jaki sposob zamierzasz teraz spedzac czas?

Pewnie posiedzę w domu tak długo jak się da tj. tak długo aż rodzice mnie nie zmuszą do pracy.

A tak na codzień to nic specjalnego, przeglądam neta&spie i tak bardzo szybko leci mi czas.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Uprising,

Pretoria,

 

A w jaki sposob zamierzasz teraz spedzac czas?

Pewnie posiedzę w domu tak długo jak się da tj. tak długo aż rodzice mnie nie zmuszą do pracy.

A tak na codzień to nic specjalnego, przeglądam neta&spie i tak bardzo szybko leci mi czas.

 

wiesz, szkoda mi ciebie troche.zadnych pasji, marzen nie masz? nie chcesz sie wyprowadzic od rodzicow?

sprobowac czegos nowego? ale nie mam prawa cie krytykowac bo ja zylam tak samo dlugi czas.

ale nie przynioslo mi to satysfakcji. dopiero jak zmienilam swoje zycie,jest dobrze, mam przyjaciol,

fajne studia,dopiero teraz czuje ze zyje :P

 

tobie tez tego zycze, znalezienia wlasnej drogi w zyciu.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja mam pojutrze kolejna wizyte psycholog. Mialam napisac swoj zyciorys, na razie mam opisane pierwsze szesc lat zycia. Tak se mysle, co i ile miali znaczenie w tym czasie. Na pewno to, ze jak bylam malo lubiana i gorzej traktowana przez dzieci w przedszkolu i podstawowce, a juz szczegolnie w gimnazjum, mialo i ma duzy wplyw na moje urojenia o tym, ze osoby w moim wieku i podobnym czytaja mi w myslach i mnie obserwuja. Mysle, ze to chodzi o to, ze podswiadomie chcialam ich zainteresowania i uwagi, i jak jeszcze w pewnym momencie bylo go az za duzo, to zrobila mi sie z tego taka psychoza, bo nawet slyszalam glosy w glowie i za oknem i myslalam, ze to oni mowia o mnie i do mnie. Powoli mija, jak sobie tlumacze, ze ich nie potrzebuje do tego, zeby ktos mi poswiecal uwage z nich, ze lepiej poradze sobie sama, bez nich i ich dwudziestocztero godzinnego zaintetesowania mna, bo po tym, to najbardziej byl mi i jest potrzebny spokoj.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja kilka dni temu wysłałam smsa do terapeuty. Nie robiłam tego już kilka lat więc pomyślałam że nie będzie to takie przestępstwo, bo ni e nadużywam. Akurat przeżywałąm silny stres oraz działo się coś bardzo ważnego więc się chciałam tym podzielić. I po tym co przeżyłam, już nigdy więcej nie wyślę smsa. T pozwolił mi pisać ale zaznaczył że nie zawsze będzie odpisywał i widziałam że jest temu niechętny.

Wysłałam, czekam a tu nie ma odpowiedzi. Pomysłałam, że widocznie on nie chciał żebym pisała i w ten sposób mnie zniechęca do pisania. Poczułam się tak bardzo odrzucona, tak jakby mi dał w twarz. Przeżywałam koszmar. To było tak okropne że nigdy więcej się nie odważę napisać.

I takie niezrozumienie- jak to, na terapii mam nawiązywac z nim więź, na terapii mają być miedzy nami uczucia i bliskość a między terapiami nie ma być między nami niczego? Na terapii mam go lubic z poza terapią on ma dla mnie nie istnieć? Na czym ma polegac ta więź między nami jeżeli napisanie do niego jest przestępstwem? Za każdym razem mam nawiązywac z nim komunikację a po terapii zrywać? Trudno mi sobie wyobrazić że j a istnieję dla niego tylko na terapii a poza on o mnie zapomina. Więc na czym polega ta więź do której utworzenia już tyle lat dążymy? więź jest albo jej nie ma. Nie da się tak że jest tylko na terapii a poza już nic nas nie łączy.

Po godzinie przeżywania odrzucenia moje emocje znikły, stałam się pusta i martwa, zrozumiałam że chciałąm zwalić na niego swój stres, więc miał rację że mi nie dopisał. I on wtedy napisał bardzo łądnie i wspierająco. Ale ja już tego nie potrzebowałąm, już niczego nie czułam i było mi to obojetne. Nasza więź została zerwana. Na kolejnej terapii znów trzeba ją będzie budować.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
I takie niezrozumienie- jak to, na terapii mam nawiązywac z nim więź, na terapii mają być miedzy nami uczucia i bliskość a między terapiami nie ma być między nami niczego? Na terapii mam go lubic z poza terapią on ma dla mnie nie istnieć? Na czym ma polegac ta więź między nami jeżeli napisanie do niego jest przestępstwem? Za każdym razem mam nawiązywac z nim komunikację a po terapii zrywać? Trudno mi sobie wyobrazić że j a istnieję dla niego tylko na terapii a poza on o mnie zapomina. Więc na czym polega ta więź do której utworzenia już tyle lat dążymy? więź jest albo jej nie ma. Nie da się tak że jest tylko na terapii a poza już nic nas nie łączy.

Dokladnie o tym samym czasem mysle... To jest strasznie trudne, ze na terapi mamy tworzyc bliską wiez, pełne zaufanie itd. T. ma byc dla nas wazny, myslimy o nim poza terapia itd. Ale... z drugiej strony tego nie ma, są granice, brak kontaktu itd. Przieciez z normalnymi znajomymi wyglada to zupelnie inaczej - my sie angazujemy, ale ktoś inny tez. Jest jakas wymiana.

A tutaj, to jest tak jednostronne, ze az nie wiem jak to mozliwe zeby taka wiez zaistniala?

Jak ona ma istniec przez godzine w tygodniu - a potem pozornie mamy byc od niej odcieci? Tzn. wiem, ze nie powinnismy byc odcieci, tylko dalej trwac w tej relacji i nie zapominac o niej poza terapią. Ale to jest cholernie trudne, bo kiedy nie zapominamy, a tej relacji nie ma, to jest jedna wielka męczarnia (jak wlasnie nie ma mozliwosci kontaktu w kazdym momencie, czy odpowiedzi na maila/SMSa).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeszcze dodam, że to jest dla mnie połączenie dwoch rzeczy, ktore nie moga byc polaczone - czyli z jednej strony relacja calkowicie zawodowa a z drugiej pełne emocjonalne zaangazowanie...

 

Ja to widze tak - że jest to trudne (nawet bardzo), ale na tym chyba polega leczenie. Tak jak u lekarza dajemy swoje cialo (lekarz otwiera brzuch, sprawdza, naprawia itd.), tak tutaj otwieramy cale swoje wnetrze psychiczne, przezycia, emocje (niestety rowniez dotyczace tej relacji terapeutycznej), natomiast T. pozostaje takim "lekarzem", ktory musi podchodzic z dystansem, pomaga nam się temu przyjzec, zrozumiec, przezyc rozne rzeczy. Wiec rozumiem to, i nawet wydaje się to sensowne. Ale z drugiej strony, to wyglada jak operacja mentalna na otwartym sercu.

I tym trudniejsze jest to, że nie omawiamy tylko rzeczy zewnetrznych, sytuacji z przeszlosci itd. Ale duzą role odgrywa relacja t. - pacjent, i odczucia w zwiazku z nią. Czyli przezywanie roznych rzeczy on-line.

Co z jednej strony jest super - bo mamy taka mozliwosc, jest osoba na ktorej mozemy "cwiczyc" i obserwowac swoje relacyjne problemy. Ale z drugiej... to jes strasznie ciezkie! :hide:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Inga,

 

I godzinne oczekiwanie na odpowiedz wywolalo u Ciebie takie przemyslenia?

 

Facet mogl byc w pracy, jesc obiad, bzykac sie z zona lub kochanka, prowadzic samochod i robic jeszcze milion innych rzeczy uniemozliwiajacych natychmiastowe odpisanie.

 

I o ile z wiekszoscia Twoich przemyslen dot. tej pseudowiezi miedzy klientem a terapeuta sie zgadzam, tak trudno mi zrozumiec, ze do takich przemyslen sklonil Cie akurat brak natychmiastowej reakcji na smsa (bardzo czesty w "normalnych" i bardziej symetrycznych kontaktach miedzyludzkich).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przemyślałam ostatnio długość przerwy w terapii i wróciłam tydzień temu. Myślę, że tak będzie lepiej i szybciej złapię normalny rytm.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

inga-beta

 

spokojnie, przeciez on ci odpisal

a ze za godzine? mogl byc zajety przeciez

 

a ty przezylas to jako straszne odrzucenie

 

ale ja cie rozumiem, tez tak czasem mam, jak mi ktos dluzej nie odpisze na sms, maila.

ale w koncu odpisuja, byli zajeci, kom.sie rozladowala itp.

 

to tylko nasze chore myslenie...ja staram sie to zmienic i dobrze mi idzie)))

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

szanownapani,

To nie było godzinne oczekiwanie na odpowiedź, bo ja byłam pewna że mi nie odpisze. Byłam pod wpływem koszmarnych emocji i to one rządziły moim mysleniem.

 

nerwa,

Ja go kiedyś wypytywałam o uczucia jego, czy też są tylko takie na niby i tylko ma je na terapii. Odpowiedział że uczucia są prawdziwe.

No więc nie potrafię sobie wyobrazić że na terapii cos do mnie czuje a po terapii jest to ucinane i przestaję dla niego istnieć? Poza tym przecież jeżeli jest więź to musi być obustronna. Ja widzę więź jako sznurek łączacy dwa serca, więc ta więź musi istnieć też po stronie terapeuty. Tak mi się wydaje.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Inga_beta, ja mysle, ze wiez ze strony terapeuty tez faktycznie musi byc (bo tak nie byliby w stanie byc autentyczni podczas terapii). Tylko pewnie u nich jest cos takiego, ze przychodza na sesje, i sa w 100% zaangazowani, sa w tej naszej relacji, przejmuja się i wogole. Ale potem umieja sie zdystansowac, i jakos od tego odlaczyc, byc ze swoimi sprawam i rodzinami, innymi pacjentami. A my (pewnie przez nasze niezaspokojone potrzeby) nie umiemy tak zrobic. Tylko juz jak czujemy to zaangazowanie, to czujemy na całego ;) I trudne jest wtedy to, ze wiemy, ze z drugiej strony takiego czegos nie ma. (u mnie pojawia sie wtedy pytanie - Dlaczego ja mam sie tak angazowac, przezywac wszystko ? A terapeuta się tak nie przejmuje tą relacja ? I mam straszny opor wtedy przed zaangazowaniem)

 

I teraz zastanawiam się, jakie musialoby byc nasze podejscie, zeby to bylo do zaakceptowania. Pewnie niektorzy pacjenci tak mają bez problemu. Nie angazują sie, przychodzą po usluge i tyle.

Ale jednak glebsza terapia opiera się też na zaangazowaniu w tą relacje. I teraz jak zrobic - zeby relacja byla wazna, zeby byc otwartym, zeby bylo to dla nas bliskie, a jednoczesnie zaakceptowac, ze to jest "tylko" relacja terapeutyczna, ktora ma ograniczenia, kiedys sie skonczy i ktora sluzy "tylko" naszemu leczeniu...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×