Skocz do zawartości
Nerwica.com

33 lata cierpienia


ambiwalentny troll

Rekomendowane odpowiedzi

Witam wszystkich cierpiących. Chciałbym opisać swoją historię:

 

Mam 33 lata, jako dziecko doświadczyłem w domu rodzinnym przemocy fizycznej i psychicznej. Jako karę, często stosowano bicie pasem lub inną "dyscypliną". Moi rodzice byli bardzo wymagający i krytyczni wobec mnie, a jednocześnie nieustannie wtłaczali mi do głowy, że jestem do niczego, nic w życiu nie osiągnę. Za nieliczne sukcesy rzadko byłem chwalony, najczęściej słyszałem, że jest to ich zasługa. Często byłem obwiniany za problemy w domu. Okazywanie uczuć, czułości, bliskości nie miało miejsca.

 

Kiedy po szkole podstawowej uciekłem do szkoły z internatem, zacząłem znieczulać się alkoholem. Wpakowałem się w picie, które rozbiło kilka moich kolejnych związków. Teraz już nie upijam się do nieprzytomności, ale nie mam też pewności czy to nie wróci. Nie mam potrzeby codziennego spożywania alkoholu, czasem tylko wewnętrzne napięcie jest tak silne, że prawie automatycznie sięgam po ten środek znieczulająco-relaksujący. Nie upijam się już tak bardzo jak kiedyś, ale mimo wszystko.

 

Przez całe życie mam problem z motywacją do działania, bardzo rzadko odczuwam autentyczną radość, mało co mnie cieszy. Jeżeli już uda mi się coś osiągnąć, zazwyczaj czuję pustkę. Jestem niedowartościowany, brakuje mi wiary w siebie, chociaż znajomi wciąż mi powtarzają jaki to niesamowity potencjał mam w sobie. Dziwią się, że tego nie wykorzystuję, będąc tak inteligentnym człowiekiem. A ja po prostu czuję się jakbym był zamknięty w szklanej kuli, moja wola jest jak sparaliżowana, często nie mam siły, żeby wstać rano z łóżka. Ledwie udało mi się zakończyć studia.

 

Od ok. pół roku, podjąłem kolejne, farmakologiczne leczenie depresji, jest lepiej, ale pomimo, że nie spadam już tak głęboko, wciąż brakuje mi wiary w siebie, energii do działania. Mam w sobie blokady, które są silniejsze od mojej woli. Jest to dla mnie bardzo frustrujące, szczególnie kiedy widzę jak inni idą do przodu, cieszą się życiem. Z tego powodu niedawno rozleciał się mój pięcioletni związek ze wspaniałą kobietą, nie miałem już siły patrzeć jak ona się męczy, traci radość życia, zamyka się w sobie. Widziałem jaka jest sfrustrowana tym, że chodzi do pracy, podejmuje obowiązki, a ja wciąż siedzę a domu i nie mogę nic znaleźć albo utrzymać zatrudnienia. Jak wciąż ściągam ją w dół, musi mnie namawiać do każdej aktywności, czasami, jednym komentarzem odbieram jej radość z prostych przyjemności. Odszedłem tłumacząc to wszystko, ale było to bardzo bolesne rozstanie i do dzisiaj nie mogę sobie z tym poradzić. Dzisiaj, kiedy widzę jak ona wróciła do życia, spotyka się ze znajomymi, realizuje pasje, jak żyje i rozwija się, odczuwam straszną zazdrość i jestem wściekły na cały świat, że tak zostałem upośledzony.

 

Teraz jest trochę lepiej, zauważyłem, że jak nie zastanawiam się nad wartością mojego życia, jak mam wszystko w dupie, to jest mi łatwiej. To dziwne, że olanie swojej nędznej sytuacji pozwala zacząć funkcjonować. Żyję z dnia na dzień, każdy dzień jest jak jedno życie.

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

 

-- 18 gru 2011, 13:31 --

 

Mam 33 lata i puste ręce, niczego nie osiągnąłem w życiu, nic nie mam oprócz kilku papierków. Czuję się jak osobnik skazany na eliminację w drodze doboru naturalnego, tylko że zwierzęta nie mają tej świadomości, a ludzie niestety, mogą ją mieć. I to jest dla mnie przerażające.

Jak jeszcze dodatkowo widzę co się dzieje na świecie, do czego to wszystko zmierza to tracę nadzieję, że będzie dobrze, że warto się starać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

witaj moja sytuacja jest znacznie bardziej beznadziejna najwazniejsza jest ciezka droga jaka musisz sprobowac przejsc aby wygrac walke ze swoim umyslem. ja jestem teraz gdzies po srodku tej walki i jest znacznie lepiej. nikt tak ci nie pomoze jak ty sam sobie.

moj tata pil alkohol bil i wyzywal bogu ducha winna mame rzucal wszystkim po domu i niesamoiwicie przeklinal. do tej pory a minalo juz 23 lata mam takie same odruchy podskakiwania do gory jak wtedy gdy wchodzil do domu pijany. byle co wyprowadza mnie z rownowagi i jestem niesamowiciie nerwowa brak mi checi do zycia. jestem przez to wolgarna , wybuchowa ciezko mi sie z kim kolkwiek dogadac nie mam pracy a do tego do stanow nerwicowych dochodza okrutne napady bolow glowy, atakow dusznosci w klatce piersiowej , gardle a takze boli np pod lopadka ni z tad ni z owad. moze mogl bys mi cos poradzic gdzie oprocz pracy nad soba moge jeszcze szukac pomocy.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

cześć, ja nawet nie mam siły przeczytać w całości Twojego wpisu 'ambiwalentny trollu';

też mam puste ręce i niczego nie osiągnęłam (mam tytuł mgr zrobiony parę lat temu i na tym moja działalność się skończyła - to chyba moje jedyne osiągnięcie);

zero siły do życia

psychika człowieka jest bezlitosna

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

moze mogl bys mi cos poradzic gdzie oprocz pracy nad soba moge jeszcze szukac pomocy.

 

Od stycznia jestem na lekach. Antydepresanty i przeciwlękowe. Zapisałem się na terapię, czekam na miejsce.

Myślę, że to podstawa. żeby w ogóle zacząć funkcjonować. Radzę Ci iść jak najszybciej do lekarza i zgłosić się na terapię. Zwykle czeka się na miejsce, czasem dwa miesiące, dlatego im szybciej tym lepiej.

Dla mnie dużym problemem jest pusta i brak woli do działania. Ale mam świadomość, że stagnacja tylko pogarsza mój stan, więc próbuję robić cokolwiek, żeby nie tkwić w marazmie. Staram się czytać, ćwiczyć, nawet zwykłe sprzątanie daje poczucie sensu.

Coraz bardziej przekonuję się, że ucieczka nie zmienia niczego, tylko pogarsza sytuację. Ale też pogodzenie się ze stanem faktycznym, przyjęcie tego co się dzieje i chęć do zmiany tego stanu dają szansę na poprawę jakości życia.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

[...]Dla mnie dużym problemem jest pusta i brak woli do działania. Ale mam świadomość, że stagnacja tylko pogarsza mój stan, więc próbuję robić cokolwiek, żeby nie tkwić w marazmie. Staram się czytać, ćwiczyć, nawet zwykłe sprzątanie daje poczucie sensu.[...]

 

Znam tę walkę o to, by nie tkwić w marazmie, taki morderczy wysiłek, by zrobić coś, co wydaje się być dla innych czymś zwyczajnym... a dla człowieka w depresji jednak nie jest. Przypomniał mi się cytat z Ziemkiewicza. On wprawdzie pisał o życiu w Polsce, niemniej metafora pasuje jak ulał również do życia w depresji. Życie, które Ziemkiewicz przyrównuje do pływania w kisielu:

 

Niby pływasz jak w wodzie, ale każdy ruch kosztuje więcej wysiłku. Jeśli człowiek nie ma wyboru, przywyka. Przestaje zwracać uwagę na ciągły opór i nie dziwi się własnemu zmęczeniu. Do momentu, aż na chwilę znajdzie się w wodzie lub choć tylko popatrzy, jak sobie radzą ci, którzy po prostu pływają."

 

Wtedy człowiek dostrzega, że jednak można inaczej. Tylko że on z jakiś względów nie może. Taki przebłysk świadomości bywa na tyle bolesny, że potrafi zwalić z nóg.

Ja również staram się czytać, ćwiczyć, mieć zainteresowania, rozwijać się - znajomi dziwią się skąd mam tyle energii. To nie energia... to strach, że gdy przystanę na chwilę, depresja przygniecie mnie do ziemi na dobre. Więc biegnę, choć coraz mniej biec się chce.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

ambiwalentny troll, terapia,terapia i jeszcze raz terapia.

 

Jak dla mnie to bardzo dużo osiągnąłeś zdobywając te "kilka papierków",ale jak widać subiektywne uczucie ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×