Skocz do zawartości
Nerwica.com

"Przeklikałem" swą młodość.


mmgnus

Rekomendowane odpowiedzi

Witam wszystkich :)

 

Ostatnimi czasy, nie mogę sobie już poradzić ze samym sobą. Gdy pojawiły się myśli samobójcze, stwierdziłem, że muszę poszukać pomocy.

Nie wiem czy internet to najlepsze do tego miejsce, ale sądzę, że warto spróbować.

 

Za 2 tygodnie skończę 20 lat.

Niszczą mnie moje kompleksy, niszczę sam siebie.

Na nic nie mam ochoty, od praktycznie dwóch lat z domu wychodzę 3-4 razy w tygodniu - z psem lub do sklepu. Jeszcze gdy się uczyłem to chodziłem do szkoły.

Po drodze staram się omijać wszelkich znajomych, unikać rozmów i kontaktu z kimkolwiek.

Nie to, że boję się ludzi, po prostu nie mam z nimi o czym rozmawiać, kończy się na "cześć, co tam ? A nic..." niezręczna cisza i... "muszę już iść".

W domu chyba jedyną osobą z którą mogę porozmawiać, jest mój pies, szkoda, że bez wzajemności.

Matka ma już wystarczająco problemów, nie chciałbym, aby martwiła się jeszcze o mnie.

 

Nie mam pojęcia jak to wszystko ogarnąć w tym poście, spróbuję opisać po prostu od początku.

Pod koniec piątej klasy podstawówki przeprowadziłem się wraz z matką, ojcem i dwiema siostrami na wieś, do domu babci mojego szwagra. Życie wcześniej biegło normalnie, nie narzekałem na brak znajomych, często wychodziłem z domu, po prostu absolutnie nie było na co narzekać. No może jednak było - ojciec nonstop pił (norma to 5-6 piw po pracy), jednak wtedy nie było to nic co mnie - dziecko niepokoiło. Były jakieś problemy, najprawdopodobniej zdrada ze strony ojca, niewiele chyba z tego wtedy rozumiałem, więc nie wiem czy w jakiś sposób na mnie to wpłynęło. Po przeprowadzce też było w porządku. Nowa szkoła, nowi znajomi, wieś, wolność - mnóstwo zajeć.

W lecie praktycznie nie można było złapać mnie w domu, to jeździliśmy na motorynkach, to biegaliśmy po lesie, to tu to tam.

Zima znów to sporty zimowe, na nudę nie mogłem narzekać.

Był jeden incydent, w którym to pijany ojciec zaczął wyżywać się na matce - nie pobił jej, jednak przycisnął ją do szafy, wyzywał i groził. Ja młody głupi rzuciłem się na niego z pięściami, ledwo doskakujac mu do głowy. Odwinął mi jednego celnego, zobaczyłem gwiazdki i uciekłem. Po drodze zwinąłem telefon i zadzwoniłem na policje.

Gdy przyjechali zawineli ojca na 24, a mi chcieli zamawiać pogotowie - wtedy dopiero się zorientowałem, że moja twarz ma 2x większą objętość i prawego oka nawet otworzyć nie mogę. Sasiedzi zawieźli nas na pogotowie, stłuczenie, krwiak oczodołu, teraz mam niedowidzenie oka prawego i brak stereoskopowego widzenia (choć nie wiem czy to nie od tego, że nie nosiłem i dalej nie noszę okularów).

Nie potrafię się obrażać, nic do mnie nie trafia. Wydawać by się mogło, że po takim czymś nie odezwałbym się do niego słowem. W dzień gdy wrócił z dołka fakt faktem wyszedłem z pokoju i poszedłem do siebie, jednak nie dalej niż dwa, trzy dni później rozmawiałem z nim jak gdyby nic się nie stało.

 

Rok, może dwa po tym ojciec odebrał telefon i kazał mi zostać w domu, poczekać na matkę.

Nie była zbyt zadowolona gdy wróciła do domu i ja siedziałem, zamiast być w szkole, ale powiedziałem ze ojciec kazał abym lepiej został w domu. Jakieś 2-3 godziny później, znów zadzwonił telefon. Jeszcze zanim zadzwonił domyślałem się, co się mogło stać, ale niczego nie mogłem być pewien. Po kilku sekundach rozmowy byłem pewien, że jednak to się stało. Siostra która mieszkała w USA umarła. Udusiła się, miała astmę. Przytuliłem matkę, kilka łez, ona nie chciała zebym oglądał ją w takim stanie, kazała iść do siebie, ona płakała a ja... włączyłem komputer.

Nie mam uczuć chyba, niczym się nie przejmuje, problemy które normalnych ludzi wpędziłyby w siwe włosy, mnie nie ruszają praktycznie w ogóle.

 

Niedługo po tym, jako że nic nas nie łączyło już z tymże szwagrem, dom sprzedano.

My wróciliśmy na stare śmieci.

Rozwód rodziców, do mieszkania wróciliśmy już tylko we troje.

Z ojcem widuje się co miesiąc, idąc po alimenty. Pracuje niedaleko.

Spotkanie innego typu miało miejsce raz - wziął mnie do wynajmowanego pokoju, wypiliśmy po kilka piw i na tym się skończyło.

Ludzie których pamiętałem sprzed przeprowadzki albo wyjechali, poznikali albo całkowicie się zmienili.

Teraz to same dresy, kibolka klubu sportowego, a reszta to ćpuny.

Przebywałem z nimi przez jakiś czas, ot - takie siedzenie na ławce, rozmawianie o niczym.

Nie wiem, jakoś przestało interesować mnie to towarzystwo, coraz więcej czasu spędzałem w domu, bo stwierdziłem, że mogę siedzieć w domu i jakoś zabijać nudę i czas przy komputerze, niż siedzieć na ławce i wpaść jeszcze w jakieś problemy.

Gwoździem do trumny, była sytuacja, dzięki której "przesrałem" sobie własnie u wyżej wymienionej grupie ludzi.

Groźba pobicia, połamania, chodzenie z oczami dookoła głowy skutecznie powstrzymywały mnie przed wychodzeniem z domu.

 

Wtrące też tutaj, że nigdy nie miałem dziewczyny. Nie mam odwagi, nie potrafię z nimi rozmawiać, ani - w moim mniemaniu - jestem po prostu brzydki.

Niski (175~), skóra "nie do opalenia", jestem po prostu biały, dłuższy kontakt ze słońcem to piegi i poparzenia.

Budowa ciała ektomorfika - chudy, kości na wierzchu, mogę jeść i jeść, a wagi nie przybywa. Obecnie ważę 58-59kg.

Piszę tu o tym, bo raz spróbowałem. Dawna znajoma z podstawówki, spotkalismy sie przypadkiem, wymieniliśmy się numerami i po kilku dniach się spotkaliśmy. Ot po prostu krótka przechadzka, siedliśmy na ławeczce, zapaliliśmy papierosa i powspominaliśmy stare czasy. Jeszcze ze 2 podobne spotkania i ja po prostu wpadłem. Uwielbiałem z nią przebywać, nie mogłem się doczekać kolejnych "razów". Ona niestety nie, pewnego dnia po prostu przestała odpowiadać kompletnie. Bez żadnego żegnaj, nie masz szans czy przepraszam za słowo - spierdalaj.

Ja się poddałem. Po 3 latach ją spotkałem, jedyne co powiedziała to "O! Cześć! Jak ja Cie dawno nie widziałam!"

jako że spieszyłem się akurat na maturę z angielskiego, stwierdziłem, ze nie mam czasu i poszedłem na przystanek.

 

Wróćmy do tego co wcześniej.

Przestałem wychodzić z domu praktycznie kompletnie, jedynie z psem i do sklepu co jakiś czas. No i końcowka szkoły, więc tylko do szkoły i spowrotem do domu.

 

Kumpel którego znam od wielu lat wyciągał mnie czasem to tu, to tam. W większości przypadków było to jednak na zasadzie wyjście z domu, wzięcie piwka lub dwóch, wypicie gdzieś na ławce i wracałem do domu.

 

Dwa ostatnie sylwestry spędziłem ze łzami w oczach w fotelu, oglądając jakieś filmy czy głupkowate seriale.

Dla dobicia mnie chyba, z jednym akurat trafiłem - w sylwestrową noc, siedząc sam w domu, trafiłem na odcinek, gdzie bohaterowie niesamowicie się bawili na... sylwestrowej imprezie. Wtedy po prostu pękłem i poryczałem się.

 

Zdałem maturę, egzamin zawodowy, dni mijały.

Pojawił się pomysł wyjazdu za granicę do pracy. Próbowałem Anglię, włochy, niemcy, holandię... Nic nie wyszło. Nigdzie nie wyjechałem.

Przez te plany, nie złożyłem papierów na studia.

Mamy 19 październik, a ja wciąż siedzę w domu. Jak ten pasożyt wykorzystuje swoją matkę.

Suszy mi głowę, żebym w końcu coś ze sobą zrobił - jednak nie ma na myśli tego, ze w ogole z domu nie wychodzę.

Nie wiem, nie rozmawiam z nią na takie tematy, ona chyba po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy, że ja cierpię.

Myśli, że po prostu uwielbiam siedzieć przed komputerem, mysli ze robie to wszystko specjalnie, aby siedzieć i grać...

Z komputerem wydaje mi się nie mam problemu. Na wakacjach pracowałem u babci, nie było ŻADNEGO problemu z jakimś brakiem komputera czy coś. W ciągu 3 tygodni użyłem go raz u kuzynki, aby sprawdzić maila i odpisać na wiadomości z GG.

Nie mam po prostu żadnej innej alternatywy, czegoś czym mógłbym się zająć więc co mam robić.

 

Nie potrafię tego wszystkiego opisać, nie chcę też stawiać tutaj ściany tekstu przez którą ciężko będzie się przebić.

Mimo tego, że trochę tutaj tego nabazgrałem, mam uczucie, że nie napisałem nawet 10% tego, co we mnie siedzi.

 

Nie mogę się na niczym skupić. Nie mam już na nic ochoty, ani iść do pracy, ani się uczyć. Nie mam nawet siły siedzieć bezczynnie.

Przespałem cały dzisiejszy dzień - wstałem o 17:00...

 

Nie potrafię już rozmawiać z ludźmi, brak mi tematów, bo o czym możemy rozmawiać, skoro moje jedyne życie to komputer i wirtualni znajomi.

Nie chcę z nikim o tym rozmawiać, bo co ja im powiem ?

Pozatym mam chyba jakiś żal do matki, bo po prostu odkąd pamiętam było tak, że to starsza o rok siostra była faworyzowana we wszystkim. Jeżeli w domu coś się stało, zawsze była to moja wina. Ona zawsze była tą, która lepiej się uczyła, ona była tą piękną i zdolną. Ja nigdy nie usłyszałem czegoś takiego o sobie. Zawsze - zdolny, ale leń.

 

Chciałbym jeszcze dodać, że nie piję. Mam w głowie obraz mojego ojca. Nie chcę skończyć tak jak on, nie chcę być taki jak on.

Zdałem sobie sprawę, że nigdy się nami nie zajmował. Zawsze był tylko alkohol i jego hobby.

Na spacerze z nim nie byłem nigdy, kilka razy wziął mnie ze sobą na ryby. On łowił i pił, a ja siedziałem obok i... tyle :)

 

 

Trochę dziwnie mi to wszystko wyszło, pomieszałem, ale nie potrafię mówić o sobie.

Właściwie to nawet nie wiem czego od was oczekuję, eh.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mmgnus, Przeczytałam Twoją historię. Cieżko mi pozbierać myśli, ale pierwsze co mi przychodzi do głowy to fakt,że więź emocjonalna z poszczególnymi członkami rodziny, okazywanie sobie uczuć nie przychodziło Wam z łatwością. No i oczywiście alkohol ojca.

Jesteś młody, mogłabym napisać,że całe życie przed Tobą stoi otworem,że wystarczy tylko chcieć, zaczepić się, wyłuskać z siebie trochę motywacji, ale wiem,że ciężko jest cokolwiek zmienić, jeśli stagnacja i zastój trwają tak długo,że nie pamieta się już jak to jest żyć normalnie.

Jeśli tu napisałes, swiadczy too tym,że jednak szukasz pomocy. Nie chcę Tobie radzic co powinieneś zrobić. Bo jak napiszę Tobie,ze powinieneś zaczepic się w kierunku pomocy psychologicznej , to mi odpiszesz,że nie masz pieniędzy na terapię i leki, a matki nie chcesz naciągać. Od czegoś trzeba napewno zacząć.Chociażby od studiów. Mas maturę, nawet nie wiesz ilu ludzi chciałoby ją mieć. To Twj atut. Ale tam będziesz musiał spotykac się z ludźmi.......a to juz są schody dla Ciebie. No, ale tak jak napisałam......od czegoś musisz zacząć.

Piszesz o swoim wyglądzie. Masz zaniżoną samoocenę, to się da wyczuć. Ale jak zaczniesz odnosić małe sukcesu na polu nauki, poczuć możesz wiatr w żaglach, podniesie Cię to trochę na duchu. Poznasz wielu ludzi. Może się z kimś zaprzyjaźnisz.

Z matka porozmawiaj na temat swoich odczuc i cierpienia. Nie chcesz jej nic powiedzieć, domyślam się,że poprostu u Was w domu nie rozmawiało się o swoich problemach, nie podtrzymywano na duchu, nie pocieszano. Teraz musisz się tego wszystkiego porostu nauczyć. Nie wiadomo od czego zacząć , prawda?

Nie chcę żebyś odebrał,że piszac to uważam sie za kogś kto ma monopol na wiedzę. Moi rodzice nie pili alkoholu, też mam problemy natury emocjonalnej, może osobowościowej.

To,że cierpisz, oznacza,że masz w sobie dużo konfliktów. Bo z jednej strony coś chciałbyś zrobic ze woim życiem, a z drugiej strony nie masz na siebie i na życie pomysłu. Żyjesz iluzją, internetowymi znajomymi. Ale zauważasz swój problem. POd kołderką lęków napewno ukrywa się wartościowy człowiek.

Fajnie byłoby , gdybyś zaczął od czegoś, aby zmienic swoje życie. Słowo "czegoś"....odbierz w aktegorii małych kroczków.

Pozdrawiam.

Monika.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

mmgnus ziomek słuchaj w twojej chistorii też odnajduje wiele swojego, z tym wyjątkiem że nie mam sióstr miałem mlodszego brata co popełnił 2 lata temu samobuja, a ja mam już 27 lat i też mam zajebiste kompleksy i problemy z nawiązywaniem relacji zwłaszcza z dziewczynami, ale z facetami też. Moi starzy też sie klucili, ale nie jak normalna rodzina tylko praktycznie dzień w dzień. Moj ojciec szarpał matke wyzywal ją od czarownic dziwek itp. Matka czesto płakała i też broniłem matki, tylko mój stary nie był tak silny jak twój i niebył w stanie mi nic zrobić. Zrobić fizycznie bo tak pozatym to zrył mi psyche na maksa, ciągle mowil ze chciałby mieć innego syna, porównywał mnie z innymi kolegami, brata zreszta tez.

Ale myśle że nie masz tak źle bo ja mam gorzej podtym względem że mam sklonności homoseksualne, które mnie rozbrajają calkowicie i to przez nie nie radze sobie z życiem. Nie jestem Gejem gardze takim stylem życia i chcialbym być normalny. jak reszta moich kumpli, którzy już nawet mało co dzwonią bo mają juz swoje sprawy i rodziny.

Więc ciesz sie że niejesteś Homo bo gdybyś jeszcze to miał to dopiero była by masakra.

Trzym sie pozostaje ci wiara że bedzie dobrze, i solidna konsekwętna praca nad sobą :)

 

Dla otuchy posłuchaj se tego klipa.

[videoyoutube=U6dWV9B6FKA&feature=related][/videoyoutube]

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Myślę o tym psychologu, ale chciałbym zrobić to jakoś tak... po cichu.

Gdzie powinienem się zgłosić ? O ile w ogóle jest sens szukania darmowej pomocy.

Jeżeli nie polecacie, lub zbyt długo się czeka, jak wyglądaja koszty takich spotkań ? Przed oczami stoi mi obraz gostka, który włączy stoper i każe nawijać...

 

Dzięki wszystkim za odpowiedzi.

Nie sądze, aby nauka była tym czymś, co da mi kopa.

Nie uczyłem się źle, ot byłem średniakiem - wiem, że stać mnie na więcej, ale po co miałbym to robić, skoro beż żadnego wysiłku zaliczałem wszystko, maturę zdałem nienajgorzej. Zdałem nawet rozszerzone przedmioty na całkiem niezłe wyniki - 80% :)

 

Chciałbym wiedzieć, od czego zacząć, od czego będzie mi najłatwiej.

Studia dzienne odpadły, spóźniłem się nawet na trzecią ture rekrutacji, z zaocznymi jest ten problem, że w moim mieście nie ma kierunku, który chciałem studiować. Pozatym zaoczne to znów ta sama rutyna - tydzień w domu, kilka godzin na uczelni.

Siedzieć rok czekając na następny rok akademicki ? Nie dość, że mi się to nie podoba, to po prostu matka raczej nie da mi żyć.

Nie mówiąc o kosztach. Orientowałem się trochę, jest kredyt studencki bodajże w PKO, okres karencji 2 lata po studiach, wszystko fajnie ale... Kierunek na który chciałem iść, jest w Łodzi. Musiałbym wynająć mieszkanie, a to jakieś 450zł za miesiąc, wynajmując je z kimś. Z kredytu dostaję 600zł miesięcznie, maksymalnie 6000zł rocznie. Matka jest na rencie, niecałe 600zł, ojciec płaci groszowe alimenty - 300zł na rok starszą siostrę i 250zł na mnie.

Matka ledwo wiąże koniec z końcem, do tej pory jakoś dawaliśmy radę, tzn ona dawała. Teraz wszystko idzie w górę i na prawdę daje się to odczuć. Teraz przeżycie miesiąca bez pożyczki od znajomych jest praktycznie niemożliwe.

Pracowałem miesiąc na wakacjach, dzięki czemu spłaciła długi po znajomych, niestety rozchorowałem się w tej pracy (zatkane ślinianki od pyłów i brudu, zapalenie i takie sprawy), przez co zrezygnowałem. Do tego dojazd miałem tragiczny, miałem wybór - przejazd autobusem, a później 50 minut piechotą, albo 40~ minut na rowerze. W ciepłym okresie było w porządku - nie było problemu. Zaczął się chłód i dało się to odczuć. Zawiało mi plecy, chodziłem połamany, nonstop katar i kaszel.

 

Szukam oferty pracy dla siebie.

Niestety wszystko to młodzi z wieloletnim doświadczeniem, albo przedstawiciele handlowi / nagabywacze ubezpieczeniowi.

Była oferta inwentaryzacji w hipermarketach, jednak 2 godziny po ogłoszeniu mieli komplet ludzi...

Matura i tytuł technika to jednak nic, szczególnie w branży informatycznej.

Znajomość 5-6 języków programowania, wieloletnie doświadczenie własny samochód blablabla...

Ja nawet prawa jazdy nie mam :) Oblałem dwukrotnie, bez gotówki i zdemotywowany dałem sobie spokój. Ciągnie się to już za mną od 2 lat.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×