Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

przypadkowy

Użytkownik
  • Zawartość

    26
  • Rejestracja

  1. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    Dziewczyno ciesz się, ze masz problemy z pracą, a nie mężem, który cię zdradza i pije lub dzieckiem, narkomanem jak tu na forum są różne historie... Zmień pracę po dłuuuuugiiiiim zwolnieniu, a teraz ciesz się świętami... Myślę, że problem mógłby być jak by i w następnych pracach wystąpiły podobne sprawy, ale to może nie być w ogóle twoja wina tylko ludzi na jakich trafiłaś... U mnie w pracy, poprzedniej, ale nie w moim dziale była tak toskyczna szefowa, naczelniczka jednego z wydziałów, że dorośli 60 leci faceci się jej bali... To był dopiero cyrk co tam się działo... I parę osób z tego działu miało takie objawy jak i Ty, łącznie z tymi somatycznymi, a po odejściu szefowej wszyscy do dzisiaj normalnie funkcjonują, a część nawet awansowała...
  2. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    Odpowiem trochę offtopicowo Właśnie uważam, że to jest mit... Za dużo "Dynastii"... Zanim nie miałem firmy, najpierw ze wspólnikami, a obecnie sam też myślałem, że trzeba być asertywnym i twardym, a prawda jest taka, że trzeba być bardzo, bardzo układnym... Umieć się przystosować do każdej sytuacji... Dlatego Żydzi od zawsze byli najlepszymi kupcami bo zawsze umieli się przystosować... Co to dzisiaj w biznesie oznacza "być twardym" ? Kiedy to mamy 5% bezrobocia, a specjaliści są na wagę złota... Szef powie parę słów za dużo i od nowa rekrutacja, zatrudnianie itd. Oczywiście im niżej tym mniejsza strata, ale już na poziomie dyrektorów nie do końca jest tak fajnie... I mówię to korpo... Ja pracuję sam, ale jak miałbym kogoś przeszkolić do takiego poziomu żeby pracował jak ja to by zajęło mi z miesiąc czasu, a potem co zwolnić go ? Bez sensu... Do tego trzeba uważać na mobbing, molestowanie i wszystkie nowości jakie mamy od paru lat. Tyle jeśli chodzi o zarządzanie. A co z klientami ? Konkurencja jest ogromna wszędzie. I są dwie szkoły, a właściwie 3. Albo totalnie olewać wymagania klientów i walczyć wyłącznie cenami, albo mieć wysokie ceny i być na każde zachcianki klienta 24/7, albo iść środkiem stosując procedury... Oczywiście w korpo decydują o wszystkim procedury wewn., w sumie wszędzie podobne, ale już podejście ludzi je stosujących jest różna w różnych korpo. Z kolei w takich małych firmach jak moja można praktycznie dopieścić każdy detal. Reasumując właściciel firmy czy to korpo czy zatrudniającej jedną osobę "twardość" może uzyskać nie strachem, a autorytetem... Zresztą dotyczy to wszystkich stosunków podległości... Pewnie w jakimś Wietnamie czy Indiach i można strachem, ale nie u nas. Tak jak pisałem - PRZYSTOSOWANIE co w założeniach może być wrogiem asertywności.
  3. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    Terapia to nie jest zły pomysł tylko zawsze pamiętaj o jednym - terapeuta nie jest tobą i to nie on będzie miał konsekwencje decyzji, które podejmiesz... Znam jedną osobę, podobną do ciebie, która też miała problemy w pracy, zaczęła chodzić na terapię i jak zaczęła tak chodzi wciąż... od 10 lat... zmienia ciągle terapeutów, różne kursy i o mało co nie rozwaliła sobie przez to małżeństwa, a właściwie rodziny z małym dzieckiem... Psychologowie obecnie stali się jakimś guru... Połowie ludzi wmawiają uzależnienia, drugiej połowie, że są nieszczęśliwi... No cóż każdy chce zarabiać... Kiedyś była w Polsce przesada w drugą stronę i nikt ich nie traktował poważnie, a obecnie jest przegięcie w 2 stronę... Zawsze warto mieć dystans i traktować ich jedynie jako DORADCÓW, a nie głos ostateczny, prawdziwy i najważniejszy...
  4. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    Zadałem kilka przykładowych pytań i podałem przykłady gdzie asertywne zachowanie zrodziło by konflikt. Podałem przykład z gry o tron. Ale do tego się nie odniosłaś. Oczywiście jeśli uznamy, że wszystkie "gierki" są dopuszczalne bo są tylko "maską" to wtedy rozumiem co chcesz mi przekazać. Że chodzi o to żeby być asertywnym wewnątrz siebie czyli nie pozwalać o sobie myśleć gorzej o sobie niż to jest obiektywnym faktem. Przykład: jestem gruby i mądry. Ktoś mi mówi, że jestem gruby. Ok to prawda i nie ma co temu zaprzeczać. Ktoś mówi, że jestem głupi - tu powinienem asertywnie w zależności od sytuacji albo zastosować jakąś "gierkę", albo mu asertywnie wytyczyć granice albo zbyć obojętnością wiedząc swoje i się tym nie przejmując. Jeśli to chciałaś mi przekazać to bardzo cenna rada bo jakoś dotąd widziałem asertywność tylko jako werbalne stawianie granic w każdej sytuacji co dla mnie jest niedorzeczne... A jeśli już się personalnie do mnie odniosłaś pisząc, że dostajesz za mojego szefa to ja podawałem wyłącznie przykłady żeby pokazać o co mi chodzi... Akurat z asertywnością wobec ludzi obcych nie mam problemów od czasów studiów. Miałem bardzo duże w liceum gdzie mnie gnoili, a wtedy nie było psychologów, książek, internetu i mądrych rodziców... więc przeszedłem piekło, ale od tego czasu umiałem sobie bardzo dobrze radzić... A mój szef to był najkochańszy człowiek na świecie... Pozwalał mi praktycznie na wszystko... Przykład który podawałem był jednym incydentem, który się się skończył... Problem mam z asertywnością wobec osób które kocham, na których mi zależy i to jest, myślę naprawdę wielka szkoła i umiejętność jak sobie tu radzić... Połowa tego forum jest o żonach alkoholików nie umiejących z powodu miłości wywalić ich na ulicę... Ale ten problem może nie dotyczy samej asertywności tylko po prostu obawy przed stratą kogoś kogo się kocha... Nie wypowiadam się bo tu całe tomy są różnych porad w tej kwestii... Natomiast jeśli przez asertywność rozumiesz werbalne stawianie granic to bardzo często jest to naprawdę niemożliwe...
  5. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    Właśnie jest... Wcześniej prowadziłem firmę z bardzo asertywnym wspólnikiem i to nie to, że klienci masowo odeszli, ale straciliśmy jakieś 10-20% rynku... co oczywiście musiało spowodować spadek cen... Obecnie mam najwyższe ceny i bardzo duży udział w rynku bo klienta tak traktuję jak by był bogiem, a ja niewolnikiem... Ja wiem, że w Polsce jeszcze nikt nie wie jak naprawdę dbać o klientów... Za mało jeszcze ludzie potracili majątków i firm żeby się tego nauczyć... W USA, a nawet w Europie Zachodniej klient jest naprawdę świętością... Piszę o tym bo akurat się na tym znam i to z praktyki... Hmm.. Nie wiem jak na to Ci odpisać... Bo ja nie wiem czego dotyczy Twój poziom asertywności... Przykładowo - Twój szef albo współpracownik/ca nie dba o higienę... Jest to dla Ciebie nie do zniesienia. Mówisz mu wprost co chcesz, stawiasz granicę i mówisz mu żeby się umył jak przychodzi do pracy ? Zakładam, że żadne aluzje itd nie przynoszą rezultatu choć w ramach asertywności pewno i to nie jest dozwolone bo należy mówić wprost... No i bardzo ciekawe jak byś nie miała z taką osobą, której byś to powiedziała konfliktu... Przez konflikt rozumiem także obgadywanie po za plecami... Najczęściej jest tak, że poprzez werbalne i niewerbalne zachowania dajemy sygnały czego chcemy, a czego nie... Oczywiście są osoby (takie znam), które mają problem z wyrażaniem wprost, ale widzisz miałem też niedawno nauczkę w rodzinie, że byłem ja, osoba B i osoba C. Ja zachowałem się asertywnie i powiedziałem co jest nie tak osobie C, osoba B, która tylko słała znaki werbalne i niewerbalne do osoby C z tymi samymi zarzutami, przekonywała mnie, że osoba C doskonale wie, ale udaje, że nie wie. I co się okazało ? Oczywiście, że osoba B miała rację... Osoba C od początku wiedziała... Dodam jeszcze, że ani moja asertywność ani aluzje osoby B nic nie dały bo osoba C uważa, że ma rację i dalej postępuje jak postępowała... Na końcu każdej asertywności są wojny i to dosłownie, rozwody i zmiana pracy... Tak się często kończy wytyczanie granic i asertywność bo zawsze trzeba pamiętać o jednym... Że jak tak zakreślimy granice, że to nie będzie do zaakceptowania dla 2 strony to dojdzie do otwartego konfliktu... Hitler chciał "tylko" od Polski korytarza do ZSRR, nawet nie chciał specjalnie wydawania Żydów... Polska była bardzo asertywna a skończyło się to 45 latami okupacji... Często więc sztuka dyplomacji i wyczuwania 2 strony daje o wiele lepsze rezultaty... Także o wiele lepsze rezultaty daje sztuka manipulowania i grania na różne fronty... Gra o Tron i los asertywnego Neda Starka a jak sobie poradził mały Lanister... ? Generalnie śmieszy mnie bardzo to, że psychologowie, którzy od jakiś 20 lat stają się już wyrocznią w niemal wszystkim, narzucają swój obraz świata, a ludzie i tak swoje wiedzą... Ale najgorzej mają nieszczęśnicy, którzy zaczynają się do tego stosować... Jeśli ktoś cierpi, a druga strona nawet o tym nie wie - to zgadzam się - jest potrzebna otwartość i szczerość i asertywność tylko trzeba mieć pewność, że ta 2 strona rzeczywiście nie wie, a nie udaje, że nie wie... Bo jak udaje to często lepiej w inny sposób osiągnąć swój cel niż asertywnością... Tak naprawdę to mam pogląd, że asertywność można stosować wyłącznie do osób które kochamy, które lubimy, które są naszymi przyjaciółmi i to też trzeba uważać żeby kogoś nie skrzywdzić... Jak powiem mamie, że obiad, który zrobiła jest naprawdę zły i wytłumaczę o co chodzi, ale tak żeby jej nie urazić to ok... Tu nie potrzeba podchodów i kombinowania, ale jak uważam, że zasługuję na znacznie większą premię bo kolega Kowalski, naprawdę, obiektywnie pracuje gorzej ode mnie i powiem to wprost szefowi, a tak się składa, że Kowalski jest członkiem rodziny szefa to moja asertywność może skończyć się konfliktem z Kowalskim, naszym szefem, a o podwyżce mogę zapomnieć przez rok... Natomiast jak doprowadzę do tego, że Kowalski zawali niezwykle ważny kontrakt dla firmy, a ja w odpowiednim momencie "pomogę" to sam szef, a nawet ten Kowalski poprosi o premię dla mnie...
  6. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    To wszystko ładnie brzmi na papierze, ale w życiu jest zupełnie inaczej... Osoby "umiejące stawiać granicę" to tak naprawdę asertywni cwaniacy i takich ludzi jest mniejszość... Zależność finansowa, zależność emocjonalna itd itd i szlag trafia stawianie granic... Powiedz 65 letniej kobiecie, która całe swoje życie przepracowała w jednym zakładzie pracy i tylko na tym się zna, jest pogrążona w kredytach i jak by poszła na emeryturę wszedł by jej komornik; żeby postawiła granice - kiedy jej szefowa daje jej swoją pracą i de facto ta kobieta pracuje za nią... Bardzo podobny przypadek znam osobiście, ale jest takich mnóstwo... Oprócz uwarunkowań obiektywnych są też nasze własne cechy charakteru... Mnie np. stawianie granic kosztuje bardzo dużo stresu, czasami więcej niż uleganie... I to zresztą dotyczy chyba większości... Więc granicę można postawić nie werbalnie, a czynami... Kiedy pracowałem w tej instytucji rządowej o której pisałem i szef mi dawał więcej i więcej pracy, a do tego nie miało to przełożenia na premie to postawiłem tak granicę, że poszedłem na zwolnienie w momencie w którym byłem najbardziej potrzebny... Od tego czasu wszystko się zmieniło... No i ciekawe jak postawić granice jak ci szef wydaje polecenie służbowe ? Iść do sądu pracy ? Autorka posta pisze o polityce firmy, o audytach - wtedy to już nawet nie stawiamy granic fizycznej osobie tylko procedurom w firmie ? Absurd ! Może niech jedzie do właściciela firmy, a większość właścicieli firm opala się na tropikalnych wyspach i niech mu postawi "granice"... Stawianie granic jest już trudne nawet w relacjach rodzinnych czy z dziećmi, a w pracy to już hardcore... Są też cechy charakteru jak pisałem... Ja np. mam z tym ogromny problem tak jak i z asertywnością więc po prostu wyeliminowałem ludzi ze swojego życia, zamiast się stresować jakimiś granicami czy uległością... W stosunku do klientów jestem bardzo uległy i nawet jak mnie ktoś obraża mówię mu, że ma rację... A potem się z tego śmieje z jakim idiotą miałem do czynienia i w moim zawodzie jaki mam obecnie to uległość jest bardzo pożądaną cechą, a nie stawianie granic... Piszesz, że normalnie ludzie mówią na czym im zależy itd... Weź tylko pod uwagę, że zazwyczaj ludzie normalnie nie mówią i odgrywają się na innych ludziach z powodu nieudanego życia, złej teściowej, złych dzieci i tysiącu innych rzeczy i potrafią to robić pod maską np. "standardów pracy" i nic im nie zrobisz... Może i toksyczni ludzie są wszędzie, ale przy sprzątaniu nie ma odpowiedzialności... Jak źle posprząta to będzie trochę bardziej brudno, jak lekarz się pomyli w operacji to pacjent umrze, a jak policjant za szybko strzeli to zabije człowieka, a jak kontroler lotu, źle ustawi cyferki to dojdzie do katastrofy lotniczej... Przykłady stresu spowodowanego taką czy inną pracą w porównaniu do innej można mnożyć... Więc choćby stres z tego powodu odszedł autorce postu... Także i z tym toksycznymi ludźmi można sobie poradzić... Prowadząc blog kulinarny można co najwyżej od toksycznych ludzi przeczytać niemiłe komentarze, a można i ich wcale nie czytać... Naprawdę nie każdy umie, chce i potrafi stawiać granice, a nawet jak się tego nauczy kosztuje go to tyle samo stresu co uleganie...
  7. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    @doi bez przesady z tą całą psychologią To nie chodzi o jakieś samo-poniżenie tylko człowiek bardzo szybko się przywiązuje do już zastanej rzeczy... Ma wyrobioną pozycję, zna się na pracy i jak najdłużej chce "dać szanse"... To jest chyba zupełnie naturalny mechanizm... Nie chcemy rezygnować z tego co dobrze znamy więc jak najdłużej w tym tkwimy, ale w pewnym momencie miarka może się przebrać i mówi się dość (i pomijam jeszcze oczywiste kwestie finansowe).... stawianie granic ? To ładnie brzmi w podręcznikach, ale o wiele ciężej wdrożyć w życiu bo postawisz granicę i połowa koleżanek w pracy przestanie się do ciebie odzywać, a druga śmiać za twoimi plecami... Pracowałem kiedyś z takim chłopakiem w instytucji rządowej i też stawiał granice i to naprawdę etycznie uzasadnione i szybko zyskał przydomek "dziwoląga"... Był on vs 100 innych osób czyli cała firma... I i tak zrezygnował z tej pracy... A ja dziewczynie nie pisałem żeby się odgrywała emocjonalnie tylko żeby wydusiła ile się da kasy... Nie sugeruję, żeby tam się jakoś z kimś ostro kłóciła... Niech idzie na zwolnienie, bierze kasę i tyle... I przypominam Ci, że żadna praca nie hańbi... Nie rozumiem jak możesz pisać, że coś jest poniżej potencjału ? Może i jest, ale jak się chce odpocząć od odpowiedzialności i stresu to jest super sprawa... Zresztą osoby o których pisałem co odchodziły w latach 0 z korpo i zostały sprzątaczkami bardzo szybko założyły własne firmy sprzątające, działające do dziś... A w ogóle przykład sprzątaczki to był tylko przykład... Może założyć fundację, zostać nianią, prowadzić bloga kulinarnego - niech zacznie robić to co kocha lub chociaż lubi, a praca nie będzie się jej kojarzyła ze stresem tylko z przyjemnością... A jak lubi sprzątać nich sprząta...
  8. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    Weź zwolnienie u lekarza internisty POP na cokolwiek... Wystarczą biegunki i to co tu piszesz i na 100% dostaniesz... A jak nie u bezpłatnego to jakiegokolwiek prywatnego... A potem u tego psychiatry... Zwolnienie to nie problem, a Ty masz rzeczywiście problem i to nie jest nawet żadne udawanie... I daj sobie spokój z tą pracą bo kiedy praca zaczyna rujnować zdrowie i psychikę to już jest bardzo nie tak.... Dzisiaj jest bezrobocie ok 5% i to też się mówi, że tylko na papierze bo prawdziwe to 1%, a ludzie rzucali pracę kiedy byli w takim stanie jak Ty w latach 0 jak było 24%...
  9. przypadkowy

    Potrzebuję rady...

    @SherryAnn rzuć w cholerę tą pracę ! Nie pieniądze i nie prestiż się liczy tylko to żeby lubić to co się robi... Mnie nie wyszło w życiu uczuciowym, ale przynajmniej pracę (a właściwie trzeba by powiedzieć życie bo u mnie praca=życie) mam taką jaką chcę... Bo mam własną firmę, żadnych ludzi pod sobą ani nad sobą więc jedyny stres jaki mam to z klientami i z państwem polskim, które od paru lat zaczęło gnoić przedsiębiorców, ale przynajmniej nigdy nie usłyszę od żadnego szefa albo kogoś z pracy do czego to ja się nadaję lub nie nadaję A satysfakcję sprawiają mi zera powiększające moje konto, zadowolenie moich klientów... Naprawdę bardzo lubię to co robię, a robię od 10 lat... Generalnie nie przepadam za ludźmi i kocham wolność więc pracę mam we własnym mieszkaniu, pracuję kiedy chcę i jak chcę, śpię jak długo chcę... Odpadają mi idiotyczne godzinne podróże do i z pracy czy to samochodem (co też jest stresujące jak się spotyka na drodze baranów) czy to w komunikacji miejskiej... Tak wszystko ułożyłem, że wszystkie sprawy mogę załatwić albo przez net, albo chodzę sobie na piechotę co jest również dobre dla zdrowia... Ludzie tak się boją własnych firm bo myślą, że jest duży stres i owszem - czasami jest bardzo duży, ale zawsze przemijający bo klient odejdzie, kontrola odejdzie, przepisy się zmienią...a w normalnej pracy szef, współpracownicy, podwładni będą zawsze... To co opisujesz to jest typowy syndrom lat 2000- 2010 kiedy całe pokolenie zafascynowane modą z zachodu na "karierę" wykańczało się psychicznie w korporacjach i np. rzucali wszystko i zostawali sprzątaczkami (szczęśliwymi sprzątaczkami)... Jest wiele artykułów na ten temat... Ja mam taką radę - jak praca cię tak przemieliła, że chyba wpadłaś w poważną chorobę (bo jak już są objawy somatyczne to naprawdę źle) to ty teraz wyciśnij pracę jak ostatnią cytrynę, siedź na zwolnieniu ile się da... Bierz kasy ile się da, a potem zostań tą przysłowiową sprzątaczką... W tym czasie weź syna gdzieś na wycieczkę do ciepłych krajów... Polećcie z mężem do USA na święta (wreszcie bez wiz)... Zajmij się tym co ważne czyli: SOBĄ, SYNEM (szczególnie jak mówisz, że dorasta i są jakieś problemy) i MĘŻEM i zapomnij o pracy, szefach, przyjaciółce z pracy, wszystkim z całej tej pracy...
  10. Zgadza się... Zmieniał dziewczyny jak rękawiczki... Traktował je bardzo źle, bardzo przedmiotowo i nie sądzę by był kiedykolwiek zakochany... Lubił sex jak wielu wielkich ludzi... Na szczęście mamy XXI w. A to, że musieli się żenić i płodzić nie oznacza, że kochali... Podejrzewam, że było wtedy jeszcze mniej prawdziwych udanych związków i prawdziwej miłości niż dzisiaj... To miał być oczywiście tylko przykład... LostStar ja to wszystko napisałem nie po to żebyś się źle poczuła tylko wręcz przeciwnie... Bo z jednej strony wiesz, że dość często bycie z 2 osobą to koszmar, a z drugiej strony nienawidzisz par, obrączek, obrażasz żony terapeutów... Sama sobie zaprzeczasz... Zazdrościsz im tych koszmarów ? Pamiętaj - nawet jak tobie i wszystkim dookoła wydaje się, że widzi przed sobą prawdziwą miłość i szczęśliwy związek, może się bardzo mylić... Wierz mi - większości małżeństw, par i związków naprawdę nie ma czego zazdrościć... Przypomniało mi się jeszcze coś, jak to się ma "pecha" to się ma... Hahaha... Mój wujek po 10 latach nieudanego małżeństwa ze łzami w oczach mówił: " Przypadkowy nigdy się nie żeń !!!" A dodatkowo w dzisiejszych czasach faceci mają przerąbane bo z jednej strony kobiety wciąż chcą być traktowana jak dawniej, a z 2 czują się feministkami. Więc jeśli chodzi o obowiązki są feministkami, a jeśli chodzi o przyjemności chcą być traktowane jak damy, jak w XIX w... Nie to żebym coś miał do kobiet, wcale nie, w sumie po tym co przechodziły przez ostatnie 2 tyś lat się im należy, ale dzisiaj to rzeczywiście facetom jest gorzej... Szczególnie tym wrażliwszym... Dla mnie koszmarem było by jak by był rozwód i żona by mi zabrała dzieci bo ja jestem bardzo uczuciowy i wiem, że po prostu bym tego nie przeżył, a w Polsce w praktyce sądy w 90% orzekają na korzyść matek... Tak jak pisałem od początku: związki, małżeństwa są dla ludzi, którzy nie angażują się na 100% tylko tak na 60-80%...
  11. ... Ja nie chcę i naprawdę mi dobrze samemu... Nie generalizowałbym, naprawdę... Teoria o tym, że każdy pragnie drugiej osoby może dotyczy większości, ale są i byli zawsze indywidualiści, którzy inaczej się realizowali... Że wezmę naszego, samotnego, naczelnika państwa... Hahahaha... Ale byli też Einstein i pewno setki innych wielkich osób, które też były szczęśliwe nie będąc w związku... Nie liczę też licznych podrywaczy, które całe życie wymieniali sobie dziewczyny... W dawnych czasach byli pustelnicy... Na to wygląda, że te wszystkie osoby + parę, o których zapomniałem są dziwolągami sprzecznymi z naturą, bo jak mogą być sami i być szczęśliwi ? Przecież to wbrew naturze Dodam, że w dzieciństwie marzyłem o zawodzie latarnika morskiego... Żeby mnie zamknęli na rok albo dwa na jakieś latarni i dali tylko sporo książek... Dzisiaj tą listę bym rozszerzył o parę nowoczesnych wynalazków, ale wciąż by mi taki zawód odpowiadał... Zresztą nie chodzi tylko o związki, w ogóle za bardzo nie lubię ludzi i nie mam za dużo przyjaciół czy znajomych... Ale jak już gdzieś jestem - jestem towarzyski itd tylko po prostu to nie wtedy czuję się najlepiej...
  12. W jednym zdaniu dwa zaprzeczenia: "takie historie zdarzają chyba raczej rzadko", a potem " takich związków jest ogrom"... To taka mała dygresja... Generalnie gratuluję rozumu i inteligencji bo owszem był z domieszką "bordera" i "gimbazy"... Trafiłeś... Ale tu nie chodzi o związek tylko o odczuwanie miłości i to się z nami dzieje w trakcie... To nie ma znaczenia co było nie tak, a było dużo rzeczy..., ale w tamtym czasie wiem jakie miałem uczucia i co robiłem... Miałbym super ułożony związek jak to napisałeś oparty na fundamencie porozumienia dusz i ta kobieta by umarła, a ja miałbym dokładnie to samo co w etapie 2, albo jeszcze gorzej... Mnie tylko chodziło o pokazanie, że miłość jest przereklamowana.... Można być równie szczęśliwym, a nawet szczęśliwszym będąc singlem/singielką ; szczególnie w dzisiejszych czasach gdzie można jeździć po świecie, nurkować, pomagać dzieciom w hospicjach, chodzić do sex klubów dla swingersów, mieć wypasiony samochód lub super kino domowe, można mieć lub robić tysiące rzeczy, które są naprawdę fajne... To nie PRL gdzie dzieci i baba w łóżku to był właściwie jedyny sposób realizacji.. Ktoś powie, że te wszystkie rzeczy to tylko coś co ma nam zapełnić "pustkę"... Zanim się nie zakochałem też tak uważałem... Teraz uważam, że to tak nie jest...
  13. Kiedy człowiek jest totalnie zakochany, kiedy bardzo kocha druga osoba staje się częścią niego samego/jej samej... Po utracie takiej osoby czy to w wyniku śmierci czy jak odchodzi czujemy się jak byśmy stracili sami siebie, a pamiętać trzeba o tym, że nie siedzimy w głowie 2 osoby i tak naprawdę nie mamy pojęcia co się u niej dzieje... Oczywiście są werbalne i niewerbalne sygnały, ale nasza miłość potrafi je całkowicie zagłuszyć i tak właśnie się dzieje, że osoba która już przestała kochać potrafi drugą osobę po prostu totalnie poniżać co nawet widzą osoby z zewnątrz, a ta osoba zakochana i tak to wszystko wytłumaczy... "Miłość Ci wszystko wybaczy..." Przedwojenna piosenka, ale dobrze to oddaje... Ja miałem nie wiem czy wyjątkową na tle innych, ale chyba tak, okazję w jednym związku przejść wszystkie fazy ze swoją dziewczyną, gdzie role się odwróciły... Wyglądało to tak: 1 ETAP. Ja byłem w związku bo mi się bardzo podobała, właściwie wyłącznie dla sexu i fizycznej bliskości, dowartościowania bycia kochanym i uwielbianym i nawet jej wtedy szczerze mówiłem, że jej nie kocham, Ona za to szaleńczo, totalnie zakochana 2 ETAP. Ja byłem szaleńczo, totalnie zakochany i dla niej i z jej powodu zrobiłbym wtedy wszystko chyba łącznie z planowaniem zamachu na Prezydenta.... , a ona przestała mnie kochać i mnie zostawiła dla innego (uprzedzając rodzące się być może w głowach czytelników pytanie - czy to przez to jaki byłem w Etapie 1 - odpowiadam, nie przez to, wręcz przeciwnie). To co wtedy czułem nazywam właśnie dezintegracją osobowości... 3. ETAP - odbiłem ją, a właściwie mi się tak wydawało bo po prostu odwróciliśmy się rolami z etapu 1. Ja ją strasznie kochałem, a ona była ze mną bo była - na zasadzie "jest bo jest". Tamten ją po prostu zostawił. W przeciwieństwie jednak do etapu 1 ona mnie potrafiła poniżać, upokarzać czego ja nigdy nie robiłem w swoim etapie 1.... Tu taka mała adnotacja - klasę człowieka i to czy ma jakieś zasady etyczne można właśnie poznać wtedy kiedy wie, że ma jakąś przewagę ale stara się tego nie wykorzystywać i nie manipulować. Do tego potrzebna jest świadomość własnych uczuć co niestety jest dużym problemem dla wielu... Ja wiem, że nie kochałem jej w etapie 1 więc o tym mówiłem, wiedziała... Ona myślała, że mnie kocha w etapie 2 (przynajmniej mam taką nadzieję) ale nie mówiła, że nie kocha, ale naprawdę nie kochała... 4. ETAP - odbiłem ją naprawdę - sam cel taki żeby mnie znowu pokochała był ważniejszy chyba od tego pokochania bo kiedy w końcu się udało, a włożyłem w to naprawdę dużo energii, uświadomiłem sobie jak mnie traktowała w czasie etapu 2 i w szczególności 3 i pewnego dnia cała moja miłość przeszła 5 ETAP - związek zatoczył koło. Wróciliśmy do etapu 1. Ja jej nie kochałem, ona mnie tak. Z tym, że ten etap trwał najkrócej bo ja już psychicznie i fizycznie nie mogłem znieść nawet jej obecności w pobliżu 5m i wtedy ostatecznie się rozstaliśmy... Ale można powiedzieć, że w jednym, burzliwym związku przeszedłem absolutnie wszystko... Mogę sobie oczywiście zadawać pytanie czy jeśli by ona była na etapie 1 a ja na 2 to by wszystko było ok i miałbym zupełnie inne podejście... Całkiem możliwe, ale ja po prostu poznałem ból z powodu rozstania i nawet jak by założyć, że znalazł bym drugą osobę, która by nie manipulowała, nie wykorzystywała, byłaby IDEALNA to mogła by np. umrzeć i musiałbym przechodzić jeszcze raz przez taki koszmar... Można więc powiedzieć, że ja po prostu się tego boję bo wiem, że się do tego nie nadaję... Może kiedyś nadejdzie taki moment, że jeszcze raz zaryzykuję... Upłynęło już trochę lat od tamtych wydarzeń, ale gdzieś z tyłu głowy na pewno i tak zostanie taka obawa... Reasumując to chodzi mi tylko o to, żeby autorka tego wątku, która tak bardzo pragnie miłości miała na względzie to, że są naprawdę 2 strony medalu... Pisała, że nienawidzi obrączek, par itd więc ja jej tylko chciałem uświadomić, że w co najmniej co 2 takiej parze choć jedna osoba może być znacznie mniej szczęśliwa od niej lub będzie w przyszłości...
  14. @bezniczego przepraszam za zwrot "kolega"... Myślałem, że jesteś facetem... Nie wiem skąd mi się to wzięło... Jesteś kobietą... Może więc lepiej mnie zrozumiesz niż jak bym pisał do faceta bo kobiety najczęściej są bardziej uczuciowe i podatne na manipulacje więc może wiesz o co mi chodziło. Pozdrawiam i przepraszam raz jeszcze...
  15. No to jeszcze raz gratuluję... Widocznie to ja mam pecha i tylko dookoła mnie tak się dzieje... Żeby była jasność dla mnie szczęśliwy związek to taki w którym nie ma co jakiś czas kłótni, a człowiek czuje się tak komfortowo jak by był sam. Znam bardzo udane małżeństwo, "kochające się" itd, ale ile razy bym u nich nie był to żona ciągle czyni jakieś złośliwości mężowi i na odwrót. Znam też bardzo długoletni związek ponad 50 lat gdzie żona potrafi powiedzieć swojemu mężowi: "Antosiu, kochanie ty już chyba tego nie możesz..." Oczywiście to niby z troską, ale wiem, że podskórnie to jest upokarzanie... Wiesz takie złośliwostki na początek i koniec dnia... Oczywiście jak by ich zapytać to miłość itd i w ważnych kwestiach tak oczywiście jest... Ale są na świecie ludzie, tacy jak ja i być może autorka tego posta, którzy nawet takie drobne rzeczy biorą bardzo do siebie i to za bardzo przeżywają... Są ludzie wrażliwi, podatni na manipulację, naiwni i tacy stają się bardzo często ofiarami w związku... W tym pierwszym przykładzie co pisałem to mąż po nieudanym wcześniejszym związku zastosował technikę do żony: "jak ci się nie podoba to spier..." Sam słyszałem to na własne uszy... Mają na liczniku też 10 lat i wszyscy w około chwalą ich jaka przykładna para... Tyle w temacie... Ja nie piszę o zewnętrznych oznakach bo Polska hipokryzją stoi od morza do Tatr i na pozór to u nas z 90% jest "szczęśliwych"... Ludzie się dla tych pozorów lub ze strachu umieją męczyć ze sobą całe życie. Ja piszę o tym co w człowieku jest tak naprawdę w głębi... Pewnie, że można wypracować różne kompromisy, różne odcienie "współpracy", "przyjaźni" i tak trwać tylko to dla mnie nie jest miłość... Cały problem miłości itd to oczywiście bardzo złożony problem na który od wieków próbują odpowiedzieć psychologowie, artyści, świat sztuki i kultury... Ktoś mógł tak naprawdę nigdy nie przeżyć wielkiej miłości i "to co jest", dane status quo wydaje mu się miłością... Ktoś inny może po prostu uznać, że to jest dla niego wystarczający poziom - mieć rodzinę, dzieci itd. Do tego oczywiście jest mnóstwo szczęśliwych chwil i związek nigdy nie został "przetestowany" wielkimi problemami... Jest wiele, naprawdę wiele różnych sytuacji... Ja natomiast ze swojego doświadczenia jak i obserwacji nie widzę tak naprawdę, całkowicie partnerskich równych związków gdzie osoby by się kochały tak jak w filmach i powieściach... Zazwyczaj jest tak, że jedna strona mówiąc kolokwialnie "rządzi", a druga ulega i się na to zgadza (co nie oznacza, że jest jej z tym dobrze)... Często jest tak, że przywykła do takiej roli bo ma taki charakter itd, a często nie... Znam związki gdzie "rządzi" facet czy kobieta i zawsze ta druga strona czuje się nie komfortowo... Nie mówiąc już o tym, że na potęgę obecnie są romanse i zdrady. Osobiście znam parę gdzie mąż ma żonę i dzieci z którymi widuje się w weekendy, a w tygodniu ma kochankę też mężatkę z dziećmi... Podsumowując powtórzę - ktoś kto ma w miarę "grubą skórę" i dobrze się odnajduje w różnych konwencjach nawet jak się zakocha będzie w stanie znieść ewentualne problemy..., ten kto jest podatny na manipulacje, jest trochę naiwny, romantyczny, uczuciowy może mieć naprawdę spore problemy... I dodam jeszcze raz - to co "widzisz" może niekoniecznie być prawdą... Ja ze swoją pierwszą dziewczyną zerwałem w momencie kiedy wydawało się wszystkim dookoła, że u nas jest po prostu IDEALNIE... I każdy był w szoku... Tak więc takie sobie oglądanie z zewnątrz o niczym nie świadczy... Trzeba być uważnym obserwatorem, albo wypić z kimś co najmniej litra żeby się dokopać do głębi. Przykładów ja mam setki... Miałem kiedyś przyjaciela, który po prostu szalał za swoją dziewczyną... Wydawało mi się, że to właśnie ta wielka miłość... Po roku po ślubie popiłem z nim i po jakiś 0,75l wybitej wódki przyznał się, że poważnie myśli o dziewczynie ze studiów, którą odnalazł w necie... Nie mam już z nim kontaktu, ale z mediów społecznościowych to jest z tą samą żoną od 15 lat... No, ale widocznie mam pecha... Może jeszcze się ktoś wypowie kto też ma takiego "pecha" jak ja... Hahahaha albo jak kolega - wręcz przeciwnie - bo okazuje się, że ktoś z nas żyje w matrixie... Tylko do końca nie wiadomo kto....
×