Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

DestruktorMysli

Użytkownik
  • Zawartość

    198
  • Rejestracja

  1. Można się z kimś spotkać w Bydgoszczy? Ktoś aktywny na forum z Bdg?
  2. Tak się dzieje, gdy przemierza się świat amfibią, nie umiejąc pływać. Wylatuje się wtedy za burtę i co dalej? Przecież jeszcze przed chwilą byliśmy zdolni odkryć wszystkie tajemnice świata... Polecam odciąć się od patologicznego towarzystwa i szkodzącemu zdrowiu psychicznemu nawykowi brania "wspomagaczy". Bez nich twoje życie będzie dla ciebie zrozumiałe i będziesz mieć większą szansę na poznanie odpowiedzialnego partnera.
  3. Kilkanaście miesięcy, dzień w dzień, przesiedziałem przed komputerem, żeby uciec od dorosłego życia i od życia w ogóle. Komputer… wiecie co, że ja nawet prawie wcale nie gram? Po prostu siedzę i gapię się w niego, robiąc tysiące niepotrzebnych rzeczy, żeby tylko minął dzień. Rodzice (a raczej ojciec) utrzymują mnie chyba tylko dlatego, że sami mają problemy. Matka od mojego urodzenia nie pracuje. Za dzieciaka jatka w domu, przeklinanie, grożenie pasem z jej strony itd. W gimnazjum role się odwróciły. Ostatnio biega ciągle po lekarzach. Rok temu pracowała trzy miesiące jako stażystka w urzędzie, robiła wszystko idealnie, ale nie zatrudnili, bo tam nie zatrudniają, bo tu Polska. Ojciec od zawsze w kółko łazi do „pracy” za kilkanaście złotych za godzinę na trzy zmiany. A ja? W szkołach pogłębiała się moja niska samoocena. Byłem szmatą do pomiatania. Dlaczego? Właściwie bez powodu, bo zawsze starałem się sobie na głowę nie wejść, ale nie pasowały mi rozrywki innych, ich podejście do życia… pewnie dlatego. Ostatni konflikt miałem w pierwszej klasie liceum. Ostatni raz śmiali się ze mnie, kiedy wyszedłem po godzinie ze studniówki. Aż do końca roku szkolnego, ale nie było aż tak źle. Cóż. Myślałem, że to impreza, na której można się zabawić, a nie pokazać, jaki się to jest bogaty i piękny. Ja taki nie jestem, a nawet, gdybym był (gdy będę?), nie chwaliłbym się tym w taki nachalny sposób. Nigdy nie cieszyłem się szkołą. Olewałem naukę, jak tylko mogłem. Gdyby nie to, pewnie miałbym zawsze średnią 5.0 i może nawet byłbym medalistą w jakiś konkursach. Gdy inni walczyli o jak najlepsze oceny w 3 gimnazjum, olałem całkiem temat, bo na cholerę mi to? A potem? 20XX – skończyłem liceum, poszedłem na studia dzienne, jak wszyscy, rzuciłem to w cholerę po 2 miesiącach 20YY – wolontariat 20ZZ –studia dzienne w innym mieście, akademik, praca, wolontariat, rzuciłem to w cholerę po 3 miesiącach Widząc zmęczonego po kolejnych nockach i popołudniówkach ojca, kompletnie odechciewa mi się "samodzielności". Przepracowanie miesiąca fizycznie za niską stawkę godzinową nie daje poglądu na rzeczywistą wartość pieniądza - tą kreują przecież instytucje finansowe i podmioty, które mają tych pieniędzy najwięcej. Zamiast tego pokazuje, ile "jesteśmy warci" dla kapitalistycznego świata. A jaką wartość nadajemy samym sobie? Czy godząc się na codzienną, trwającą kilkanaście godzin, pracę nad sobą - tyranie w barze/kawiarni/markecie i studiowanie kilku kierunków (jednocześnie czy po kolei), a następnie oddając swoją pracę i umiejętności przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu w zamian za rzeczy produkowane przecież masowo (mieszkanie od dewelopera, samochód z taśmy, jedzenie ze szklarni...), możemy mówić o samodzielności, czy raczej o dobrowolnym niewolnictwie? Czy tak powszechnie chwalone przez ambitnych ludzi godzenie studiów z pracą w rzeczywistości nie jest procesem urabiania własnego umysłu pod dyktando najbogatszych, którzy, jak wcześniej pisałem, kreują wartość pieniądza, czyli niemal wszystkiego, o co walczymy? Niedługo stukną mi 22 lata, a ja nadal nie mam swojego miejsca, w którym przyjemnie by mi się pracowało i odpoczywało. Żyłem, studiowałem, pracowałem. Bardzo mało. Za mało. Więcej nie dałem rady. Niemal od razu pragnąłem uciec. W rodzinnym mieście od beznadziei studiów dziennych – bo co one mi dają, skoro boję się wszystkiego i wszystkich i nawet stażu bym sobie nie załatwił?; wolontariat mnie wciągnął na dłuższy czas, ale głupio mi zawierać relacje z ludźmi, którzy coś robią w życiu, a ja ciągle od życia uciekam; studia w innym mieście to problem głównie z akademikiem – nie mogę żyć z obcymi. Przeszkadza mi to, że ktoś zaprasza do pokoju dziewczynę i nawet mi jej nie przedstawia, albo to, że siedzi do 3 w nocy przed komputerem i gra w karciankę online (zmieniłem raz pokój). A także to, że nie wszyscy po sobie sprzątają i rzygać się chce, gdy w kuchni ciągle śmierdzi jajecznicą gotowaną przez rosyjskojęzycznych „towarzyszy”, z którymi nie potrafiłem się dogadać. I oni też robili burdel w łazience i w korytarzu i nawet śmieci nie wynosili, a „kolega” z pokoju nic z tym nie chciał robić. Wkurzało mnie bezczelne spojrzenie wysyłane do mnie przy każdej zgłaszanej usterce, jakbym to ja był winny uszkodzeń, a bzdura totalna. W pracy było okej. Na wolontariacie również. Na uczelni w miarę. Stwierdziłem, że nie warto, żeby rodzice się dokładali do czegoś, czego i tak nie jestem w stanie skończyć i budzić się każdego dnia wypoczętym i uśmiechniętym. Teraz nie wiem, od czego zacząć, żeby odnaleźć przyjemność w życiu na tyle wielką, by nie chciało mi się więcej siedzieć w domu. Wziąłem się ostatnio za swoje zdrowie. Ciągle jakieś drobne zabiegi chirurgiczne, bo to coś wyciąć, coś wyrwać. W maju mam mieć dwa. Pod koniec czerwca ostatni. I co dalej? Studiować nie ma sensu. Praca? Książeczka sanepidu i praca w markecie/McDonald's/kawiarni, bo w moim mieście tylko te podmioty dają zatrudnienie? To musiałoby być coś, co wciągnęłoby mnie na dłużej, tak jakby świeże powietrze dla moich płuc. Coś, żeby mogły być z tego pieniądze, ciekawa ścieżka zawodowa, partnerka, wysoka samoocena… a nie tyranie na masowo produkowane dobra materialne. Przede wszystkim musi być w tym idea, która będzie zgodna z moim charakterem i jednocześnie nie wpędzi mnie w większego doła. Np. praca jako opiekun osób starszych zniszczyłaby mnie, wiem z małego doświadczenia. Boję się tego, że znów sobie nie poradzę, że zawsze będę sam, że znów będą mnie atakować i ja nadal nie będę potrafił się obronić… no i takiego życia, jakie mają moi rodzice. Niewyremontowane mieszkanie po dziadkach, kilkunastoletni samochód od dziadka, trzy zmiany na roboczym stanowisku lub siedzenie w domu, tak jak i ja robię to teraz. Żadnej idei, brak rozwoju, dbania o siebie, o swój wygląd i zdrowie, bo trzy zmiany przed pięćdziesiątką to według mnie jakby popełniać samobójstwo, zwłaszcza w takim standardzie życia, gdy wszystko jest tak beznadziejne. Ostatnio chociaż częściej wychodzimy na miasto, na kawę, loda czy coś... W dzieciństwie to byłoby nie do pomyślenia ze względu na walniętą matkę. A teraz to ja jestem walnięty.
  4. I filaretów. Miasto zastałem w cudownej porze przejściowej między latem a jesienią. Przez tydzień cieszyłem się ciepłem dostarczanym przez Słońce i mieszkających tu ludzi. A potem w kwestii pogody nastał "płacz i zgrzytanie zębów". Do mojego rodzinnego miasta jeżdżą stąd dość przyjemne dla podróżnego pociągi... Korzystam, jednak gdy widzę swoje byłe miejsce zamieszkania... ogarnia mnie refleksja na temat "Wracam do Wrocławia!". Choć w samotności i chorobie przyjemności nie czerpię z bycia w tym miejscu żadnej. Studia pewnie obleję, chyba, że tak, jak moje, wygląda i innych studiowanie, lecz co się napracuję i naczytam, to moje i nikt mi tego nie zabierze. I dzięki przeprowadzę raczej jestem już w stanie samemu sobie radzić w życiu, tylko, że w samotności, obserwując trudność kontaktów międzyludzkich u innych, nie widzę sensu życia. Przecież nie będę pracował przez 1/3 dnia, dojeżdżał 1/12 do wynajętego mieszkania, prał, gotował i sprzątał tylko po to, żeby... po prostu to robić. To nie ma sensu. Już przyjemniejsza byłaby dla mnie dżungla, o ile rzeczywiście w niej są moje korzenie. Oczywiście długo by mi zajęło przystosowanie się do warunków w niej panujących... Ale tylko natura jest w stanie dawać prawdziwą przyjemność, a jeżeli w cywilizacji nie ma naturalnego kontaktu międzyludzkiego, emocje są ukrywane, a działania prowadzą do nadprodukcji bubli, to... jak wyżej. Znowu trafiłem na grupę ludzi, którzy nie mają czasu na nic innego poza swoim własnym życiem... Każdy gdzieś dojeżdża, pracuje, studiuje drugi kierunek lub zwyczajnie ma problem taki, jak ja, z poznawaniem nowych ludzi... Choć im chyba brakuje chęci, bo u siebie obserwuję je razem z postępami w komunikacji międzyludzkiej. Ale nie będę witał się z kimś, kto z nikim się nie wita lub robi to tylko z kilkoma osobami. Na początku robiłem to w stosunku do wszystkich. Teraz koniec. Za krzywo się patrzą na wszystkich.
  5. Wkurza mnie to, że ludzie, zamiast pracować nad planem własnej firmy, uzależniają całą swoją młodość od "rynku pracy". Przecież są konkursy, w których można wygrać pieniądze na start działalności gospodarczej, są dofinansowania z UE i nie tylko, są organizacje biznesowe, które organizują szkolenia, pomagają rozeznać się w świecie... No ale przecież łatwiej "iść na studia" i "szukać pracy". I łatwiej, wybierając tą drogę, zwalić swoją niesamodzielność na kogoś innego, kto nie dał "pracy". Cieszę się, że jest tak fatalnie na rynku pracy, ponieważ sądzę, że dzięki temu w końcu przybędzie ludzi, którzy zamiast kończyć studia (choć często one w niczym nie przeszkadzają, zwłaszcza na początku działalności takiej, jak np. pieczenie pizzy w przystosowanym do małej gastronomii samochodzie na parkingach pod klubami). Z drugiej strony sam mam problem odnalezienia się w kapitalistycznym świecie. Nikt nas nie nauczył, jak kreować własne otoczenie, a warunki pracy i płace dyktują zagraniczne firmy, których właściciele taką wiedzę od rodziców i/lub dziadków otrzymali. Tyle, że zamiast skupiać się na durnych studiach (tak, są durne, w obliczu wizji budowania firmy w oparciu o własną wizję jej funkcjonowania oraz chorób, które wiele użytkowników tego forum dotknęły) moim zdaniem młodzi ludzie powinni skupić się na odkrywaniu w sobie chęci do działania w jakieś dziedzinie (a może we wszystkich?) i na samym praktycznym działaniu (szkoleniu biznesowym, tworzeniu biznesplanu, zdobywaniu finansowania, prowadzenia firmy). Angielskiego można uczyć się przez całe życie, a życie na marnym poziomie materialnym wykańcza niemal każdego. Kiedy pracuje się przez 1/3 życia i okazuje się, że w zamian za to można jedynie dalej żyć i pracować... Według mnie lepiej dawać z siebie wszystko przez 10-20 lat biznesowo (szczególnie dopóki mamy kapitalizm), a potem odcinać z tego kupony... A po 2-3 latach od rozkręcenia firmy można zająć się rodziną, nie trzeba oddawać siebie całego pracy. Można. I jest to niezwykle kuszące, dlatego wiele ludzi to robi i cierpi... Tyle, że praca na etacie jest równie kusząca, a i cierpienie to samo... Tylko korzyści jakby mniejsze, przynajmniej tak widzę moimi oczyma.
  6. DestruktorMysli

    Samotność

    A ja do samotności doprowadziłem sam siebie. Ot, w podstawówce miałem kolegów, których bardziej interesowało pożeranie czipsów i wymienianie się żetonami z Pokemonami... Starsze roczniki kultywowały siłę i znęcały się nad słabszymi fizycznie, w tym nade mną. A w liceum trafiłem na patologiczną grupę (bo z osobna pewnie ciekawi ludzie), która nawet nie była w stanie wyjechać w ostatnim roku na wycieczkę. I nie miałem po prostu kiedy nauczyć się, czym są prawdziwe koleżeństwo, przyjaźń czy miłość. Gdzieś po drodze przeminął się związek na odległość zwieńczony kilkoma spotkaniami w prawdziwym świecie... I tyle. A jak jest teraz? 1. Uczelnia. Każdy ma swoje zajęcia i "nie ma czasu" dla innych. 2. Wolontariat. Każdy ma swoje zajęcia i "nie ma czasu" dla innych. Szkoła, praca, dom. Tyle, że nikt z moich rówieśników nie potrafi określić jako priorytet budowania zdrowych relacji międzyludzkich. Zamiast tego uciekają w coś, co istnieje i pozornie sprawia im radość, a jest to pozorne, gdyż to poczucie szczęścia wynika ze zrzucenia odpowiedzialności za własne życie na świat taki, jaki jest. Bo po co go zmieniać?
  7. Źle. Od dwóch tygodni mam problem z katarem i kaszlem.
  8. A ja mam jeszcze 20 lat i mieszkam we Wrocławiu. I chętnie spotkam się z kimś raczej w podobnym wieku. Studiuję pewien humanistyczny kierunek... Poza tym działam jako wolontariusz. Od dwóch tygodni jestem chory (kaszel, katar...)... Nie lubię gotować (bo samemu się nie będę uczył! <3), nie lubię żyć w zupełnej samotności... Lubię sprzątać i przebywać w małym gronie miłych ludzi. Mam uraz do "mężczyzn". I miłe wspomnienia z kobietami. Jesteś mężczyzną - może wreszcie dowiem się, że facet może być normalny, nie epatować agresją, a zamiast tego ciekawie żyć i odnosić się z szacunkiem do otaczającego go świata. Jesteś kobietą - pewnie będę miał ochotę patrzeć się na twój tyłek (20 lat - super wiek, nie powiem, że nie), ale w relacjach z tobą raczej będzie zależało mi na czymś szczególnym, co można nazwać zdrowo rozwiniętą relacją damsko-męską. Wystawił/a cię chłopak/dziewczyna i został ci wolny bilet na koncert jazzowy, muzyki klasycznej, czy do teatru - chętnie pójdę. Pragniesz być pod gilotyną? Z tym nie do mnie. Tniesz się? Zabiorę ci żyletki. Nie jestem z tych, którzy dają ludziom wiele swobody, bo i sam sobie jej zbyt wiele nie daję... Ale po to są inni ludzie na tej planecie (może na innych też są?), żeby wzajemnie się uzupełniali i mogli się od siebie uczyć. Poza tym raczej dojrzałem już do współtworzenia normalnych, a nie "normalnych" relacji... Z tym poczuciem tym bardziej chcę próbować.
  9. Wkurza mnie, że nie mam z kim się umówić w celu wspólnego spędzenia wolnego czasu. Każdy ma swoje zajęcia - studia, praca, jakieś pierdoły albo ważne dla świata sprawy... Czuję, że ludzie nie dążą do miłości, lecz do samodzielności, która według mnie jest ucieczką od odpowiedzialności. A umowy "śmieciowe" są dobre, jeżeli zarabia się kilka tysięcy złotych miesięcznie lub/i robi się to, co się lubi za tyle pieniędzy, że wystarczy na utrzymanie, jest się dobrze traktowanym i potrafi się zarządzać pieniędzmi tak, żeby zapewnić sobie przyszłość. Tego wymaga kapitalizm. Emerytury... przeżytek ustrojów socjalistycznych. Tak samo z resztą, jak polska "umowa o pracę". Niskie zarobki i traktowanie ludzi jak "śmieci" to inna sprawa. Dotyczy właśnie tego, że ludzie uciekają od odpowiedzialności w grupie. W krajach "zachodnich" związki zawodowe prężnie działają. A w Polsce każdy patrzy tylko na siebie.
  10. Wkurza mnie blokada na innych ludzi, którą noszę w sobie wszędzie. Wkurza mnie brak kobiety ze skórzanym pasem/pejczem/innym czymś, czym prała by mi tyłek dla naszego seksualnego zaspokojenia. Wkurza mnie łacina. Wkurza mnie akademik. Wkurza mnie bieda. Że niemal wszystko się w Polsce sypie. Wkurza mnie brak miłości. Bez niej nie zaznam szczęścia.
  11. DestruktorMysli

    Brzydota

    Wystarczy popracować nad mięśniami, a inne mankamenty stanowczo utracą na znaczeniu. Poza tym gdyby paniom rzeczywiście zależało na wyglądzie (jak i panom) we wszystkich rodzajach relacji damsko-męskich, większość małżeństw musiałaby się rozpaść. Problem z tobą jest taki, że jesteś za brzydki i zbyt pesymistycznie nastawiony do siebie, żebyś był brany pod uwagę jako partner seksualny na jedną-kilka nocy oraz za bardzo zdestabilizowany psychicznie do związku na całe życie.
  12. Płynnie działająca gra GTA V na PC.
  13. Świetny pomysł z pacynką. Przypomniało mi się, że sam byłem zadowolony, gdy w przedszkolu mieliśmy zajęcia z pacynkami i... każde dziecko dostało jedną w prezencie. o.O W Internecie oczywiście znalazłem już kilka "kuszących propozycji": 1. Czarodziejska chusta Propozycja dla grupy lub grupki. Siadamy w kółeczku, bierzemy wybrany przedmiot (polecamy dużą chustę lub apaszkę, zawiązaną w luźny supełek) i przekazujemy je kolejnej osobie – chusta ma przejść przez wszystkie rączki, nikogo nie wolno pominąć – przekazując instrukcję. Zabawa polega na tym, by w każdej „rundce” chusta miała inne właściwości, np. „Przekazujmy sobie chustę, jakby... była bardzo gorrrąca!/była bardzo ciężka/zamieniła się w małego pieska/była kłująca/ pachniała kwiatami" etc. 2. Stopklatka Uczestnicy wspólnie ustalają hasło będące tematem zabawy, np. "wycieczka". Następnie chodzą/biegają po sali. Na słowa prowadzącego "stopklatka" każde z dzieci musi przyjąć nieruchomą pozycję w ten sposób, by ciało ułożone było zgodnie z ustalonym wcześniej tematem zabawy. 3. Zajączki - dzieci siedzą w kole, począwszy od nauczyciela odliczają kolejno. Każdy musi zapamiętać swój numer. Zabawę rozpoczyna nauczyciel, przykłada dłonie do swojej głowy i kiwając nimi (robi zajączka), mówi: zajączek numer jeden pozdrawia zajączka numer..., wywołany zajączek kiwa swoimi „uszami” i pozdrawia następnego, podając swój numer i numer pozdrawianego. 4. Sałatka jarzynowa – wszystkie dzieci siedzą na krzesełkach w kole, prowadzący zajmuje miejsce w środku koła. Nauczycielka dzieli dzieci na równe zespoły: marchew, groszek, kukurydza itp. Na hasło „marchew i groszek”, te dzieci zamieniają się miejscami, na hasło „sałatka warzywna”, wszyscy zamieniają się miejscami. 5. Ciasteczka – dzieci siedzą wraz z nauczycielką w kole, naśladują za pomocą gestów i mimiki cały proces robienia ciasteczek. Z ręki robią miskę, wsypują po kolei mąkę, cukier, dwie łyżeczki proszku do pieczenia, dwa jajka, wlewają roztopioną margarynę, mieszają wszystkie składniki dużą łyżką. Wyjmują ciasto z miski, kładą na stolnicę, biorą wałek i dużymi ruchami wałkują ciasto. Biorą foremki i wycinają z ciasta różne kształty: słoneczka, gwiazdki, bałwanki. 6. Wolne miejsce – dzieci siedzą na podłodze w siadzie skrzyżnym tworzą koło, zostawiają wolne miejsce, dziecko prosi kolegę: Miejsce obok mnie jest wolne, zapraszam Maćka, by przyszedł tu jak żabka..., ptaszek..., piesek... itd. Ale nie wiem, co najbardziej spodoba się przedszkolakom. Ja największą radość czerpałem z układania drogi z pomalowanych drewnianych plansz i jeżdżenia po niej wykonanymi z tego samego materiału samochodzikami oraz z gry planszowej, w której pionkiem był ciekawy samochodzik, o którego kłóciłem się z kolegami. Oprócz tego lubiłem być wredny dla dziewczyn i tak mi już zostało. -- 14 kwi 2015, 18:39 -- Hmmm?
  14. Cześć. ;-) Niebawem jako wolontariusz będę zaangażowany w organizację zabaw dla przedszkolaków. Mają one być związane z tematyką bajek ("Dzień bajek"). Poza tym przydałoby się wymyślić jakiś prosty sposób na przeistoczenie się w jakąś bajkową postać, przy czym mam 20 lat i nie chcę, by to było komedią. Macie jakieś pomysły?
  15. Kolejna internetowa znajomość zmierza ku końcowi. Więc nie będę miał, z kim się spotkać. Kolejne miasto do wykreślenia. Walić to wszystko. Być może śmierć boli, ale życie o wiele dłużej.
×