"the fool on the hill", czyli wita się mors

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez Vian 17 wrz 2012, 13:03
tahela napisał(a):Vian,
o ile osoba pisząca jest 17-tka a nie powiedzmy 41-tnim facetem, ale ja tak tylko sobie :P

No pewnie - o ile.
O ile ja nie jestem 60-letnim psychopatą, co siedzi sobie nago przed kompem i chichoce, że Was od takiego czasu wkręca, że jest kobietą przed 30-tką. ;-) Tak to można o każdym, kogo się nie zna twarzą w twarz, a że ja nikogo z tego forum nie znam osobiście, to podążając tym tokiem myślenia jestem na prostej drodze do paranoi. ;-) Wolę jednak dać ludziom trochę kredytu zaufania, tym bardziej jeśli nie ma ŻADNEJ przesłanki, że może być inaczej. :)

Mors napisał(a):Podrzucić za to chciałam link do jednego z cudniejszych bitelsowskich utworów, który z pewnością jest doskonały przy otwieraniu się na Aspergera i którego, zupełnie podświadomie, umieściłam w tytule mojego tematu. Jeśli nie widziałaś/nie słyszałaś to bardzo zachęcam do bliższego zapoznania się, zarówno z teledyskiem, jak i z wymownym tekstem.

Błazen na wzgórzu tekstowo jest całkiem fajny, ale o ile ja nie odmawiam Beatlesom artyzmu, o tyle muzycznie to oni mi nie pasują. Moje klimaty to Joy Division, The Cure, Tori Amos, Leonard Cohen... ;-)

Mnie się tam z Pomyluną nie kojarzysz właśnie przez inny sposób wypowiedzi - ona miała mocno infantylny (chociaż mówiła mądre rzeczy), a Ty... cóż - nie infantylny. :D Ale mniejsza o większość. Jak już ochłoniesz, daj znać jak tam z Twoimi relacjami międzyludzkimi. ;-)

PS.
tahela napisał(a):znay brytyjski zespół jakże lubię a Ty by być młoda osoba jak oni śpiewali to byś musiał mieć 70 a nie 40 lat, ale ja tak tylko sobie dywaguje

Nie łapię.
Ja słucham muzyki średniowiecznej, czy z tego wynika, że muszę mieć ok 1000 lat..? O.o

Obrazek
"Niewiele można sobie wyobrazić zagrożeń, którym porządny młotek nie mógłby zaradzić."
Lisbeth Salander
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2282
Dołączył(a)
23 lip 2011, 03:25
Lokalizacja
Warszawa

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 18 wrz 2012, 15:08
tahela napisał(a):i am the walrus,
raczej chodzi o styl, bardzo bym chciała by brzmiało ciekawie, ja eż lubię czytąc i jakoś nie mam z tym prolemow nawet z ksiązkami tzw. cięzkimi a Twoje posty sa jakby celowym naśladwaniem stylu pewnego pisarza dośc znanego, nie polskiego, ale co tam a podążac mogę jak mi się zywnie podoba,
znay brytyjski zespół jakże lubię a Ty by być młoda osoba jak oni śpiewali to byś musiał mieć 70 a nie 40 lat, ale ja tak tylko sobie dywaguje

Trochę zazdroszczę Ci tej łatwości z jaką przychodzi Ci obcowanie z niekoniecznie leciuchną literaturą. Ja natomiast od dłuższego już czasu, mimo zaciskania zębów, nie mogę przebrnąć przez kilka pierwszych wersów książki. W zasadzie obojętnie jakiej.

Odnośnie tego celowego naśladownictwa, wydaje mi się nie bardzo możliwe "papugowanie" zagranicznego pisarza, jeśli zagranicznych lektur nie czyta się i nigdy nie czytało w oryginale, a jedynie przekłady wchodziły w grę. Ciężko jest, wydaje mi się, takiego naśladownictwa dokonać. Wszak przekłady wydają się być w pewnym stopniu przekłamaniem oryginału, choć treść i ogólny wydźwięk może i są prawidłowe. Ale co do stylu to ja bym tutaj polemizowała chyba. Zresztą, nie widzę niczego obrzydliwie karygodnego w lekkim wzorowaniu swojego stylu na autorze, którego się podziwia/uwielbia i chce mu się oddać pewnego rodzaju hołd. Z tym, że ja raczej nawet nie potrafiłabym wymienić co ulubieńszych pisarzy i byłoby to dla mnie problematyczną kwestią. Ale mimo wszystko trochę mi niesmacznie z powodu takiego zarzutu (?), biorąc pod uwagę, że zawsze miałam pewien kompleks odnośnie tego, co wypisuję. Przeczytawszy swoje słowa muszę przyznać, że jest to trochę przerost formy nad treścią. Ale ja po prostu chciałam dać do zrozumienia komuś wreszcie, że parszywie się czuję.

Tak, podążaj sobie i śledź sobie. Przecież napisałam poprzednio, że masz do tego pełne prawo, więc nie rozumiem obruszania się ;)

"Znany brytyjski zespół lubię". Dziwnie mi to zabrzmiało ;) Nie w żadnym gorszącym sensie, broń Boże, ale skojarzyłam to jako celowe podkreślenie swojej "obszernej" wiedzy na temat niezaprzeczalnej zresztą brytyjskości Bitli, co automatycznie miałoby Cię kwalifikować do "lubiacza" zespołu ;) Ale to takie tam, zboczenie fanatyczki :roll:

Jeśli chodzi o wiek bitelsowych fanów, to najczęściej jednak miałam jakąś styczność, jeśli w ogóle miałam, z ludźmi, szczególnie właśnie mężczyznami, którzy słuchając ich od dzieciństwa czy wczesnej młodości, mieli okazję ponatykać się jeszcze na wszelkiego rodzaju magnetofony szpulowe i kasetowe oraz nagrania do nich, które wtedy, w latach osiemdziesiątych może, już czyniły z nich naprawdę namiętnym fanów, którymi do dziś pozostali. I są to teraz ludzie po czterdziestym roku życia teraz. Dlatego w ten sposób napisałam ;)


PS.
tahela napisał(a):
znay brytyjski zespół jakże lubię a Ty by być młoda osoba jak oni śpiewali to byś musiał mieć 70 a nie 40 lat, ale ja tak tylko sobie dywaguje

Nie łapię.
Ja słucham muzyki średniowiecznej, czy z tego wynika, że muszę mieć ok 1000 lat..? O.o

Vian, to chyba nie do końca tak. Tahela czepiła się następujących słów:
Btw, jeśli wysnułaś hipotezę, że jestem oldbojem (?), ponieważ słucham Beatlesów, a prywatki poważnie mi już spowszechniały, więc przeniosłam/em (?) się na forum psychologiczne to tym bardziej nie wiem, co Cię tak urządza


Lubię Kjur. Ale cóż, nie tak na pewno jak Bitelsów i generalnie muzykę z tamtej dekady. Jutro mam jechać do lekarza, a nie chcę tego, straszliwie tego nie chcę. Nie uważam swojego stanu za specjalnie chorobowy. To, w moim odczuciu, zwyczajny stan rzeczy, zwyczajnie zostałam na to skazana, ewentualnie sama się skazałam :roll: Zresztą, wygląda to, ni mniej, ni więcej, a w taki właśnie sposób, że obciążający mnie balast (cielsko) nosiłam przez wszystkie te lata i był on dla mnie ciężarem nie do zniesienia, ale tym samym zdawałam sobie sprawę, że dla innych ludzi jest on całkowicie neutralny. Teraz bowiem, gdy nawet ten mój balast został przeze mnie wytyranym, czyt. uczyniłam twarz co najmniej obleśną, ciało co najmniej ociężałym i oklapniętym, a włosów mam z kolei o połowę mniej, będę zwracała uwagę swoją nieprzeciętną obrzydliwością. Pokazywanie się komuś w takim stanie jest dla mnie niemożliwe, nie do zrobienia. Zatraciłam potrzebę i obowiązek dbania o siebie, o higienę, o otoczenie wokół. Spalona pozycja, rzecz by można. I zupełna skrajność biorąc pod uwagę, że moje dbanie o siebie było zwykle, w przeszłości, nadmierne i niezdrowe. Z tym, że wtedy - wypachniona i z opuszkami palców zmarszczonymi od wody - czułam się tak samo poniżona noszonym przez siebie balastem jak teraz. Zupełnie tak samo. Teraz jednak mam jakąś tam świadomość, że ludzi pewnie jestem w stanie doprowadzić do obrzydzenia i zniechęcenia. Wtedy natomiast miałam świadomość swojej neutralności w oczach innych. Sama w sobie czułam to, co czułam, i na tym się sprawa kończyła. Prawdopodobnie na skrzętnym skrywaniu się, takim typowym "kukaniu" i udawaniu głupa w wielu przypadkach również. Choć mimo poczucia wyobcowania we własnym ciele, często czułam się bardzo reprezentatywną, wręcz niepowtarzalną z wyglądu osobą. Przypuszczam, że do myślenia takiego, niezbędne musiało być odpowiednie światło padające pod odpowiednik kątem. No ale było tak bynajmniej. Z tym, że takie myśli jeszcze bardziej mnie unicestwiały, bo jakby panicznie bałam się utracić taki przebłysk samouwielbienia. Nadmiernie więc się na sobie skupiałam, obsesyjnie przeglądając się w lustrach, tak jak to już wcześniej napomknęłam. Wciąż kontrolowałam, ograniczałam się znacznie. W odpowiedni sposób poruszałam się, bałam się schylać i przyklękać, bałam się określonych pozycji siedzących, stojących i leżących o swobodzie działania już nie wspominając. Bardzo ambiwalentnych uczuć doświadczałam, czując obcość i nieprzystosowanie się do mnie taszczonego "balastu", jednocześnie będąc po części świadomą, że jest on nie taki do końca nieatrakcyjny. Stąd prawdopodobnie moje usilne próby jakiegoś "przystosowania go do mnie", tj. wychudzenia, wyniszczenia, wprowadzenia w stan chorobowy (próbowałam nabawić się często przebywanych przeze mnie we wczesnym dzieciństwie angin z gorączką czterdzieści plus, bo brakowało mi tego uczucia wycieńczenia, które się ma przy podwyższonej temperaturze). Nijak się to jednak miało do wyfantazjowanego rezultatu. Każda z metod zawiodła, bardzo mocno zawiodła. Znalazłszy się w posiadaniu popularnego programu fotoszop zaczęłam eksperymentować ze swoimi zdjęciami, nadając sobie co rusz inny wygląd - zmniejszając części ciała, wynaturzając je, pomniejszając, nadając inny kształt, czyniąc niepodobnymi do faktycznych. Chciałam się odnaleźć w tych zmianach. Na próżno.

Nie chcę żadnego szpitala, żadnej kliniki. Jeden szpital wystarczył już, żebym uskuteczniła wyrządzenie w sobie spustoszenia, choć i tak przy porównaniu mojego tamtego stanu do tego, w którym znalazłam się obecnie, można dostać fioła. Przy tamtych, skądinąd, chorujących mniej lub bardziej ludziach, ja czułam się najmniej chora (choć większość to byli "pacjęci" tnący się tylko i zabawiający spaniem poza domem) przy czym wyglądało na to, że to ja miałam największe problemy z samym przemieszczaniem się po oddziale. Nie wiedziałam zupełnie, co mam mówić lekarzom i ludziom z oddziału, którzy wypytywali się o diagnozy, objawy i inne takie. Sporo takich z którymi nie rozmawiałam w ogóle lub rozmawiałam bardzo rzadko, dziwiło się nad moim pobytem w szpitalu twierdząc, że mieli mnie do tej pory za osobę odwiedzającą, dodatkowo za jakąś studentkę nauk ścisłych (?).

Dodam, że mniej więcej tak od klasy drugiej gimnazjum "namiętnie" zawalam szkołę.

Znaczy się, przechodziłam z klasy do klasy aż do pierwszej licealnej. Wtedy, "głównie z powodu dwumiesięcznego pobytu w szpitalu", tj. przed tymi wakacjami, dyrektor doradził mi, bym sobie wszystko na spokojnie powtórzyła. Powinnam była być aktualnie na lekcjach, jako siedemnastoletnia licealistka powtarzająca rok pierwszy, jednak, jak łatwo się domyślić, na lekcjach nie ma mnie wcale ani w ogóle. W szpitalu proponowali mi lekarze nauczanie indywidualne, nawet jeszcze na końcówkę pierwszej klasy (żebym miała szanse na niekiblowanie), ale ja, po namowach i dysputach z mamą i dyrektorem szkoły rodzimej uznałam, że noł łej, idę w zaparte, idę po wakacjach powtarzać rok. Również hostel mi proponowano (dodam, że w mieście oddalonym od mojego domu rodzinnego o około trzy godziny), który równocześnie pozwoliłby mi na łatwe przejście z klasy do klasy. Ale ja zaniechałam tych pomysłów. Ja chciałam być w domu i czuć się swobodnie co okazało się dość niemożliwe. Zresztą, co tu dużo mówić, mój dom, mój pokój, nie wydają mi się dobre do przeżywania jakichkolwiek prób odradzania się. Dla mnie jest to miejsce toksyczne. Nie potrafiłabym odsłonić rolet w swoim pokoju. Jest w nim stosunkowo ciemno, choć w godzinach szczytowania Słońca, takich jak na ten przykład teraz, i tak wydaje mi się za jasno. Wpuszczanie światła do pomieszczeń w których przebywam wydaje mi się obnażeniem, odsłonięciem brzydoty i niedopasowania tego wszystkiego. (Dodam, że mam czerwone ściany. Sama sobie takich zażyczyłam, a teraz jestem nimi zdegustowana).

Nie wiem już.

Vian, kiedy jeszcze widywałam się z ludźmi gdzieś tam, obojętnie gdzie, to wyglądało to tak, że zawsze sobie kogoś znalazłam do porozmawiania i generalnie posiedzenia sobie. W liceum było to około sześciu, siedmiu osób, które przesiadywały ze mną w jakiś tam sposób, z jakichś tam pobudek. Ale zwykle to były osoby, które mówiły, że nie lubią zwykłych ludzi (?), co mnie nieco niepokoiło czy może bardziej nurtowało. Sama nazwałabym te osoby jak najbardziej zwyczajnymi, przystosowanymi społecznie mniej lub bardziej, ale zapewne normalnymi. No, może były takie dwie, które wciąż i wciąż opowiadały mi o jakichś tam swoich przebytych bulimiach i innych cudach. Słuchałam, ale to na tyle. Ja się swoimi doświadczeniami wolałam nie dzielić raczej. Jedna dziewczyna, z klasy wyżej, nawet czasem zaglądała do mnie do domu (gdy jeszcze byłam u dziadków), czasem nocowała. Ale ciężko mi z tym było. Im bardziej jakaś osoba przyzwyczajała się do mnie, tym bardziej ja odczuwałam niechęć do przebywania z nią. Nie wiem, przymuszałam się czasem, ale było to na takiej zasadzie, że przy nieco dogłębniejszym poznawaniu kogoś, ja czułam pewnego rodzaju zobowiązanie, presję z tym związaną, której zdecydowanie nie lubiłam. I, finalnie, moje znajomości okazywały się powierzchowne, chłodne, może nawet bezcelowe takie.
Chłopak, którego miałam około rok temu, przestał być moim chłopakiem, gdy zaczęłam nie wpuszczać go do domu udając, że nie ma mnie w środku.

Bez żadnego wyraźnego sensu sytuacja. Matka nasyłała na mnie księdza, który stwierdził, że mam borderline i że mam dziwnie jak na nastolatkę ukształtowane poglądy, których zresztą, jego zdaniem, nie powinnam się była tak kurczowo trzymać. Choć mnie wydają się takie osądy co najmniej zabawne tym bardziej, że jakoś szczególnie z tym księdzem nie dyskutowałam o moim postrzeganiu świata. Ponadto byłam na egzorcyzmach, dwa razy, z moją koleżanką. Dość nietypowe. Czułam się tym przedstawieniem rozbawiona i obojętnie do niego jednak nastawiona, choć okazało się po przyjeździe do domu, że z nerwów dostałam temperatury. Zresztą wszystko na tej mszy starałam sobie wyreżyserować, jak to zwykle bywa z moim odbiorem otaczającej mnie rzeczywistości. Formowałam sobie całe historie jednocześnie skupiając się na swoim zachowaniu tj. na mimice, pozie w jakiej stałam, na myślach i innych jeszcze rzeczach.

Ciekawa jestem, czy tych moich wypocin nie czyta przypadkiem któraś z osób wspomnianych przeze mnie grona. Któraś ze znajomych osób, któryś z lekarzy ze mną uprzednio obcujących, ksiądz chociażby czy jakiś inny nauczyciel. Trochę kłopotliwe tym bardziej, że użytkownicy nie mający konkretnie określonego swojego miejsca zamieszkania, budzą we mnie niepokój, nie umiem się jakoś wobec nich zdystansować.

Zresztą, przerażające jest jak odbieram każdy pisk domofonu odbierającego przez moją matkę. Zawsze jakieś scenariusze i historie, wyreżyserowania, ucisk w brzuchu, zaniepokojenie, włączający się czujnik. Toleruję przy sobie, jako tako, jedynie obecność mojej mamy przy czym na przykład coś takiego jak usadowienie się z nią przy jednym stole, nie do końca wydaje mi się łatwe i powszechne. Obecność już mojego brata, ojca, dziadków, już nie mówiąc o jakichś znajomych rodziny, wydaje mi się nadużyciem. Jako że rodzice żyją w separacji, to ojca za często nie ma. I chwała Bogu, bo kiedy odwiedza nas, ja zamykam się w łazience.

Koleżanka, sugerując podobieństwo do Luny Pomyluny Lovegod brała pewnie pod uwagę długaśne włosy, ewentualnie typowe dla mnie roztargnienie, zamyślenie ;)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

przez jolantka 19 wrz 2012, 00:33
Przebiłam się przez waszą dyskusję od samego początku (poza ostatnim postem, bo już się muszę kłaść, bo późno) i.. w gruncie rzeczy nie wiem, co dolega dziewczynie tak wprawnie posługującej się literkami. Jak rapował pewien raperzyna 'Mam manię, to ciągłe słów kompletowanie' i Tobie głównie to dolega;) Co jest na plus oczywiście! Powinnaś popełnić jakieś opowiadanie, o ile jeszcze tego nie zrobiłaś.
To teraz w dwóch słowach, jaki jest Twój problem? Jak słusznie ktoś wyżej zauważył, my wariaci, mamy tu małe problemy z koncentracją;)
jolantka
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 19 wrz 2012, 01:55
jolantka napisał(a):Przebiłam się przez waszą dyskusję od samego początku (poza ostatnim postem, bo już się muszę kłaść, bo późno) i.. w gruncie rzeczy nie wiem, co dolega dziewczynie tak wprawnie posługującej się literkami. Jak rapował pewien raperzyna 'Mam manię, to ciągłe słów kompletowanie' i Tobie głównie to dolega;) Co jest na plus oczywiście! Powinnaś popełnić jakieś opowiadanie, o ile jeszcze tego nie zrobiłaś.
To teraz w dwóch słowach, jaki jest Twój problem? Jak słusznie ktoś wyżej zauważył, my wariaci, mamy tu małe problemy z koncentracją;)

Dwa słowa? Jestem troglodytą.

I izoluję się, i doprowadzam się do stanów krytycznych, i mam stwierdzone zaburzenia schizotypowe (wcześniej nerwica natręctw), choć to diagnoza błędna pewnie, i szkołę zawalam przez to, i od mniej więcej klasy drugiej gimnazjalnej jestem alienem, choć wcześniej miałam nietypowe "podrygi" wszelkiej maści, i myślę aż nazbyt pokrętnie prawdopodobnie (co w pełni Wasze posty oddają ;) ), boję się opowiadania czegokolwiek lekarzowi, na forum bowiem obnażyłam się raz pierwszy. Moje ciało nie jest moim ciałem. Czasem i do obrzydzenia doprowadza mnie muśnięcie ręki o rękę. Mam głos jakby niczyj - a już na pewno nie swój. Dziwnie się czuję mówiąc, jak gdybym natrętnie naciskała. Spod moich paznokci wydobywa się zapach lodu z zamrażalnika - nie jest nieprzyjemny, taki jak właśnie zmrożona woda. Również parę razy w swoim pokoju czułam podobną woń. Przyjemnością życia uczyniłam wydrapywanie sobie ze skóry różnych rzeczy oraz "strzykanie" kończynami, na wszelkie możliwe sposoby. Cały czas czuję jakby utrzymujący się stan podgorączkowy - termometr nic nie wskazuje. Jestem zakałą rodziny. Wstydzę się brata, taty, dziadków, a co dopiero obcych - jedynie mama jest do przyjęcia w niektórych, sporadycznych momentach. Nie dbam o siebie, ani o higienę, ani tak naprawdę o nic. Nie potrafię czytać książek. Pomieszczenia w których przebywam są dla mnie niesamowicie toksyczne, wręcz niedostosowane. Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek leczenia w nich. Chce mi się śmiać z mojej mamy, która twierdzi, że po osiemnastym roku życia nikt nie będzie mi już pomagał ani nawet wysyłał do lekarzy (to już za rok). Wówczas w twarz jej się śmieje i wygłaszam coś w rodzaju: "Ja wszystko rozumiem doskonale. W życiu chodzi o pracę i żarcie. Nie będę pracowała, to i żarcia będę musiała odmówić sobie aż w końcu w jakiś tam sposób uda mi się zniknąć. Logiczne i całkiem proste. Od łażenia po śmietnikach wolę właśnie taką opcję". Po czym ona wygania mnie, strofując. Następnie przychodzi do mojego pokoju dziesięć razy pod rząd, żeby coś tam jeszcze dodać, co mnie głupkowato bawi (?).

Obraz w moim odczuciu niepełny, ale to takie właśnie mniej więcej "coś".
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez Vian 19 wrz 2012, 05:02
Zmęczona jestem, więc tylko na szybko...
Morsik, pięknie nam piszesz jak odbierasz świat, jak reagujesz na coś, jak inni reagują na Ciebie, czym się zajmujesz i interesujesz. A ja bym chciala jeszcze wiedzieć, co czujesz, w środku.

Chce mi się śmiać z mojej mamy, która twierdzi, że po osiemnastym roku życia nikt nie będzie mi już pomagał ani nawet wysyłał do lekarzy (to już za rok).

Chce Ci sie śmiać jak to słyszysz, ok. Co jeszcze?

Co czułaś do tego chłopca, z którym się spotykałaś? Czułaś cokolwiek? Jak nic to ok, to nic złego, ale dobrze by było to wiedzieć. :)

Reszta jak się wyśpię i pozbędę jakiejś zgagi... ;-)
"Niewiele można sobie wyobrazić zagrożeń, którym porządny młotek nie mógłby zaradzić."
Lisbeth Salander
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2282
Dołączył(a)
23 lip 2011, 03:25
Lokalizacja
Warszawa

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 19 wrz 2012, 23:39
Chce Ci sie śmiać jak to słyszysz, ok. Co jeszcze?

Muszę jednak nadmienić, że wcale nie rozchodzi się tutaj o tryskanie przeze mnie radością, o czucie się skorą do śmiechu, rozbawioną. Jest to bardziej na tej zasadzie, że nie czując za wiele, automatycznie "bronię" się śmiechem. Choć nie wiem, czy faktycznie jest to jakiegoś rodzaju wybranianie się. Może chcę dokuczyć osobie ze mną przebywającej, może sama chcę sobie dokuczyć wyszydzając własną świadomość o marnym moim przyszłym losie? Nie umiem siebie ocenić żadnymi sposobami, a już w szczególności tego rodzaju dedukcja wydaje mi się przekłamaną sprawą.

Co jeszcze?

Prawdę mówiąc, skupiam się/skupiałam się na rzeczach bardziej "suchych" i oczywistych niż moje uczucia. Interesowałam się swoim wnętrzem, owszem, ale nie uczuciami. Skupiałam się bardziej na swoich wewnętrznych przemyśleniach, nie na tym, co w związku z nimi czułam. Odszukiwałam w sobie różne oblicza, różne cechy, ale nigdy tym obliczom nie przypisywałam niczego do "czucia". Zajmowało mnie moje postrzeganie zachowań innych, zapachów, smaków, twórczości i świata w ogóle, ale nie spodziewałam się, by miało to we mnie coś wzbudzać. Przynajmniej od pewnego czasu. Zaś wcześniej, kiedy byłam bardziej dziecinna i wszystko dopiero miało mieć swój początek, dostawałam rumieńców w każdej sytuacji, z przejęcia i nadmiaru przeżywania wszystkiego naraz.

Co czułaś do tego chłopca, z którym się spotykałaś? Czułaś cokolwiek?

Reżyserowałam sobie relację z nim, a kiedy coś w tym scenariuszu zgrzytnęło, postanowiłam nie otwierać drzwi. Ma to związek, rzecz jasna, z moimi problemami wcześniej Wam przedstawionymi(?). Brałam pod uwagę tylko to, jak nasza dwójka wygląda z boku, jak ja się na jej tle prezentuję. Doszukiwałam się w sobie czegoś wyższego, ale na próżno. Wszystkie moje doszukiwania okazały się bezcelowe, ponieważ ja starałam się relacją nadmuchać swoje wyobrażenia, swoje upodobania i rzeczy, które zaznaczyłam sobie jako te "do przeżycia". A że miałam już wtedy swoje rytuały przygotowawcze do każdej niemal czynności oraz poczucie braku przynależności do ciała, którego nie umiałam kontrolować, w większości chwil spędzanych z nim czułam się napiętnowana i zupełnie nieswobodna. Myśli skupiałam tylko i wyłącznie na swoim własnym odbiorze wszystkich gestów, wszystkich wypowiedzianych słów, każdego szeptu, każdego trzymania za rękę. Walczyłam o jakieś resztki naturalności we mnie tkwiące, ale zniechęciłam się w końcu i zatrzasnęłam drzwi. O uczuciach więc nie było mowy.

-- 20 wrz 2012, 02:49 --

Nie no, nie mogę już.

Wszystkie moje działania plasują się w martwym, gnijącym punkcie. Niczego w życiu nie podjęłam się, powinnam była powtarzać pierwszy rok ogólniaka, a nawet o indywidualne nauczanie nie potrafię się ubiec, bo dzisiejszej (no, wczorajszej) mojej wizyty u lekarza odmówiłam, przykrywając się kocem, choć calutką poprzednią noc siedziałam nad jakimś kajetem i wypisywałam wszystko to, co chciałabym lekarzowi powiedzieć. Przy okazji tego mozolnego wypisywania odkryłam dodatkowo, że mam w szufladzie kilkanaście do połowy zapełnionych gryzmołami zeszytów. Wyglądają niechlujnie, co kilka stron inne pismo. Przeczytawszy kilka fragmentów, uznałam, że tak naprawdę nie mam pojęcia o co rozchodziło mi się przy pisaniu tamtych rzeczy. Jakieś bzdurne plany dnia, plany lekcji, opis czynności (?).

Nie potrafię nigdzie ze sobą się wybrać. Nie potrafię wcale.

Kiedyś tam, może przy początku wakacji, dzieliłam się z mamą moim zdaniem odnośnie zakonów kobiecych w Polsce. Jakoś tak na dniach przylazła do mojego pokoju i całkowicie poważnie spytała, czy mam zamiar realizować plan zamknięcia się w klasztorze? Tak po prawdzie to wcale nie dziwię jej się. Obserwuje wszak mnie i moje zerowe szanse. Powiedziała mi również, że mam rozumowanie głupsze od mojego czteroletniego brata.

Myślałam żeby napisać książkę, co by ruszyć się w sposób jakikolwiek, ale stwierdziłam słusznie, że pisemnie potrafię prawdopodobnie roztrząsać jedynie wszystko to, co związane ze mną samą. Chciałabym uniknąć napisania czegokolwiek, co ludzie mogliby ze mną utożsamiać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do