"the fool on the hill", czyli wita się mors

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 16 wrz 2012, 19:30
Płytki byciem staw. Jestem nim w istocie. Nie żadnym wydumanym, zmetaforyzowanym, płytkim stawem, którego to wody zostały zmącone, a ryby tj. jakieś ewentualne potencjały czy nie wiadomo co jeszcze, wpuszczone doń przez nieuświadomionego gospodarza, zdechły zwyczajnie, bez zbytecznego pardonu, łuska po łusce. Roiłam sobie podobne metafory, ale skończyło się i jestem teraz płytkim byciem stawem. Bronienie się metaforami o zmarnowanych szansach (rybach zdechłych), które ktoś nieuważnie zabił/upośledził/zniszczył/zatruł (patrz słownik wyrazów bliskoznacznych), są wymówką, wymigiwaniem się. Mam siedemnaście lat, czyli mniej więcej tyle, ile stawy takowe lat mogą mieć. Jestem dziewczyną, czyli tym, czym stawy podobne być powinny. Moja "twarz" pokryta jest wybroczynowymi wypryskami, a ostatnio nawet poparzona jest nimi skutecznie, włochate okalanie głowy prawdopodobnie nie do rozczesania, czwarty palec u każdej z nóg taki jak w chorobie Refsuma, otwór gębowy zapadający się, spod paznokci wydobywający się zapach lodu wyciągniętego z zamrażalnika - tak, to również cecha opisująca móg wygląd, na dodatek bardziej dokładnie niż inne. Głód, którego wizualizacją przeze mnie odczuwaną jest pulsowanie jakiegoś miękkiego kamienia znajdującego się gdzieś głębiej.

Jestem zmęczona byciem przekonaną o takich rzeczach. Drapię się wzdłuż szyi, po ramieniu, gdzieś indziej, po obojczyku, w celu wydrapania drobnych kulek. Zawsze jakieś się znajdują, a wydrapywanie ich i czucie pod palcami stanowi o przyjemności dnia. Jednak czynność ta sprowadza mnie również do wniosku następującego, a mianowicie o to się rozchodzi, że nie napiszę niczego, co by mnie w pełni określało, naprowadzało na mnie. Nie mam sposobu na napisanie czegoś konkretnego bez używania tych ustalonych słów, tych wszystkich "twarzy", "cellulitów", "dłoni" i innych badziewnie nazywających mnie rzeczowników. Chciałabym się bez nich obyć. Rzecz w tym, że mam to wszystko, co zmusza mnie do stawiania kroków, gestykulowania, widzenia, a nawet sikania. Nie było mi dane sprawdzenie się w błogosławionym stanie jakim jest przykładowo moc niewidzenia, nieporuszania się, a finalnie również nieoddychania. Tak więc ruszam do kuchni dla samego ruszenia, przy okazji robiąc kawę i jedząc sernik oraz zapominając, że płodziłam przed chwilą coś w rodzaju manifestu tego, iż noszę sweter swojego dziadka, którego noszę w istocie i mam na sobie również w tym momencie. Generalnie mam tak, że nie wychodzę z domu. Z pokoju staram się jak najmniej. Za okno też nie patrzę, bo boli mnie wtenczas "buzia", choć to bardziej pieczenie swędzące niż bolenie. Mam rolety, ładne i pozasłaniane. A kiedy wstąpiłam do kuchni - starałam się zrobić to skromnie i potulnie - mama zaproponowała mi ten sernik, choć spodziewała się może, że grzecznie odmówię. Nie odmówiłam, za to grzecznie zjadłam popijając kawą, z mlekiem. A mama jak to mama, chyba za ten sernik, zaczęła strofować mnie, a przede wszystkim fakt mojego wejścia do kuchni i zjedzenia kawałka sernika, tymi mniej więcej słowy: "Książka................. Oddana......... Zdjęcie Twoje Z Gimnazjum W Niej..... Oglądałyśmy Je Z Babcią........ I świadectwo......... Jak To Się Tam Znalazło?............. Byłaś Jak Laleczka. Jak Można Doprowadzić Się Do Takiego Stanu?............... Kruszysz!....... Jak Nie Pojedziesz W Środę Do Lekarza To Zostaniesz Zamknięta W Specjalnej Klinice!......................................Tylko Po Wojnie Nie Chodzili Do Szkoły!!!! (????)". Mniej więcej w ten sposób zarejestrowałam jej paplaninę co nie zmienia faktu, że analogia między moim niechodzeniem do szkoły a powojennym niechodzeniem do szkoły, rozbawiła mnie nieco. Nie mniej jednak założenie, że zmieniłam się i "doprowadziłam do takiego stanu" musi być zauważalne dla ludzi biorąc pod uwagę, że od około miesiąca zupełnie nie interesują mnie kwestie dbania o higienę i dźwigania swojego balastu, zwyrodnienia - wszystkich tych "nóg i ud", "języków i szczęk", miednic i bioder", "tyłków i pięt" etc. Działania takie jak wejście pod prysznic zostały podjęte przeze mnie w akcie stanowczego i agresywnego przymuszenia przez mamę. Warto dodać, że działo się to w absolutnie autentycznym potoku moich łez. Denerwują mnie takie pseudoepickie wylewności, no ale nic.

Chciałabym napisać trochę o tym, co wcześniej robiłam, ale to trudne. Głos mojej matki jest przeszywający, wbijający się w głowę igłami. Zwykłe banały, jak wszystko.

Nie będąc chyba w stanie niczego w tym momencie wykrzesać, skopiuję coś, co pisałam na początku tegorocznych wakacji o swoich wcześniejszych doświadczeniach:

"Dzieciństwo przedszkolne potrafię odtworzyć sobie całkiem nieźle w porównaniu do tego, co jestem sobie w stanie odtworzyć obecnie, chociażby odnośnie kilku dni wstecz. Dzieciństwo widzę jako przesyconą intensywnymi kolorami (w większości łososiami i innymi pomarańczami) sekwencję radosnych dźwięków i zmieniających się co rusz gifowanych obrazków. Z podstawówki pamiętam, że podkulałam nogi, zginałam kolana w taki sposób chodząc, by być niższą o głowę. Przypuszczam, że wyglądało to co najmniej alternatywnie. Za jakiś czas zaczęłam również obciągać ubrania prując tym sposobem troki przy bluzkach. Wszystko to w podstawówce, a nawet więcej. W czwartej klasie, idąc do szkoły, przechodziłam obok cmentarza ewangelickiego mierząc się z jego obdrapanym murem. Każdego dnia nakreślałam w myślach linię swojego wzrostu na nim, a idąc tamtędy dnia następnego, dosłownie widziałam jak ją przerosłam. Nabawiłam się poczucia gigantyzmu mimo, że zdawałam sobie sprawę z przeciętności swojego wzrostu. Dalej, kupowałam przyduże koszulki w których i tak czułam się ciasno i klaustrofobicznie. Ubrania parzyły mnie, uwierały. Uczyłam się intensywnie, aż do spocenia. Było to wtenczas niejako moim wybawieniem, odciągnięciem się od odczuwanego gigantyzmu. Dalej, nastała szósta klasa szkoły podstawowej, może pierwsza gimnazjalnej. Znajdowałam lustro w lustrze, kałuży po deszczu, wystawowej szybie, cieniu na chodniku, łyżeczce i innych sztućcach. Zwierciadła stały się moim więzieniem. Idąc do szkoły, poprawiałam ubrania co pół minuty. To dawało mi pozór, że ubrania są trochę większe i nie wyrosnę z nich tak szybko. Miałam wrażenie, że moje ciało przygniata mnie. Co więcej, byłam świadoma tego, że mam się całkiem dobrze, jestem ładną dziewczynką, ale nie za specjalnie mnie to urządzało. Po prostu wszystkie moje cechy, jakiekolwiek by one nie były, czy dobre, czy złe, więziły mnie. Czułam się jeszcze jak dziecko, bo i miałam takie prawo, ale z drugiej strony znajdowałam się w bańce niedogodności, która nie chciała pęknąć i w pełni pozwolić mi na bycie dzieciakiem. Modliłam się często, ale w modlitwnie nie uwzględniałam swojego cierpienia, bo nie chciałam o nim rozmyślać. Włosy, które w gimnazjum jeszcze czesała mi mama [TREGEDIA MOJEGO WIEKU DORASTANIA] stały się obsesją obok tej na punkcie wzrostu, wyglądu i w ogóle. Mimo, że wypadało ich zaledwie kilka, miałam wrażenie, że łysieję. Dokładnie tak było. Dlatego też czesanie mamy doprowadzało mnie do szału. Każdy jej siermiężny ruch sprawiał, że dostawałam mdłości. Później kazała mi je sprzątać z posadzki. Gdy widziałam je na podłodze to miałam ochotę nie żyć, zniknąć, przepaść razem z nimi. Każde kąpanie sprawiało mi ból. Z czasem bałam się dotykania moich włosów. Gdy ktoś w gimnazjum zbliżał się do mnie, chciał pogłaskać mnie po głowie, ja wpadałam w panikę, odsuwałam się, nie miałam sił, by się skupić, bo wiecznie myślałam nad tym, ile włosów przez to straciłam, o ile będą chudsze i mizerniejsze, gdy spojrzę w lustro. Nawet samo myślenie o wypadających włosach sprawiało, że miałam wrażenie, iż faktycznie od tego myślenia również mi wypadają. W cieniu na chodzniku, podczas marszu do szkoły, sprawdzałam ich grubość. Czułam je na swojej głowie tak, że aż mnie ta głowa bolała przy cebulkach. Basen na wuefie był dla mnie torturą. Zakładanie czepka, suszenie, moczenie w tej okropnej wodzie. Po każdym takim basanie czułam się jak wrak człowieka aż w końcu przestałam w nim uczestniczyć. Następnie rzęsy. też bałam się ich wypadania. Jeszcze w podstawówce wykonywałam na nich "zabiegi" wydłużające. Łapałam je i wyciągałam, żeby stały się dłuższe. Przecież wiedziałam, że nie urosną dłuższe przez wycąganie ich. Był epizod, już w gimnazjum, gdy przestałam obmywać oczy. Wyglądałam okropnie. Rzęsy miałam oblepione i chodziłam tak do szkoły przez długi, długi czas. Każde lustro w domu było upaćkane przez moje dogłębne oglądanie rzęs. Później, nie wiem skąd i jak, napatoczyło się odchudzanie. Było to w wakacje poprzedzające drugą gimnazjalną. Mało co pamiętam z tego okresu, jedynie jedzenie kwaśnych śliwek po które jeździłam na rowerze do pobliskiej wioski. Nie wyobrażałam sobie jedzenia czegoś innego. Wkrótce jednak przestałam mieć siły, by na ten rower wsiadać. Schudłam tak, że ceremonia rozpoczęcia roku szkolnego została przeze mnie zapamiętana jako rozpaczliwa walka z nabieraniem powietrza w płuca. Dusiłam się, na poważnie. Cały czas jednak było mi niewygodnie, nie pasowałam do siebie samej nawet po drastycznym schudnięciu. Z przerażeniem patrzyłam na szklankę wody mineralnej. Nie obchodzi mnie ten etap mojego życia, więc opisywanie "wychodzenia z niego" podaruję sobie. Zaczęłam używać podkładów i pudrów mimo, że wtedy jeszcze nie miałam śladu pryszcza. I te wszystkie podkłady też wpakowały mnie w nerwicę. Nigdy nie umiałam kupić odpowiedniego. Zdarzało się parę razy, że ludzie zwracali mi uwagę, że coś jest nie tak z moją twarzą, właśnie przez te podkłady źle nałożone, źle dopasowane. Finalnie doszło do tego, że również używanie podkładu stało się moim uwięzieniem. Nigdzie nie wyszłabym bez niego. Ba, panicznie bałam się tego, choć moja skóra była wtedy w dobrym jeszcze stanie. Przed każdym wyjściem, jakimkolwiek, musiałam nakładać to wszystko godzinę, a i tak było mi w tym źle i niewygodnie, tak jak z każdą częścią ciała zresztą. Między innymi lęk przed niedokładnym zaaplikowaniem tego świństwa uniemozliwiał mi wiele wyjść z domu, zdążenie na autobus, skupienie się na czymś. Skóra swędziała mnie, ale bałam się dotknąć twarzy ręką. Nie wyobrażałam sobie spaceru w deszczu, mocnego spocenia się na przykład podczas tańca, zrobienia czegokolwiek oprócz sztucznego przeżywania monotonnych chwil. Wyjazd ze znajomymi? Gdzieżby tam! To dla mnie niemozliwe. Po pierwsze, nigdzie bym się nie rozebrała, ZA NIC, po drugie, chyba nie umyłabym twarzy, po trzecie, umęczyłabym się ciągle skupiając się na takich rzeczach. Od pewnego czasu prześladowała mnie również perspektywa założenia rodziny w przyszłości, chociażby dalekiej. Jak ja miałabym funkcjonować w takim układzie, kiedy ja nawet przy rodzinie mam problem z wykonywaniem podstawowych czynności? Słońce sprawia mi przykrość, od dawna mi sprawia. Za bardzo widać w nim mnie, moją twarz, moje słowa i tak dalej. Nienawidzę pomieszczeń w których przebywam. Nienawidziłam pokoju u babci, wszystkich przedmiotów mnie otaczających, zagłębień w ścianach, które widzę wyraźnie, niedociągnięć, nieidealności, niedopasowania, bznadziejności. Szczególnie to jest uwidocznione, gdy pada nań słońce. Stąd chyba właśnie te pozasłaniane odwiecznie rolety. Ubrania, biżuteria, kosmetyki - nic mojego do mnie nie pasuje. Ginę w tym. Ginę tu. Dlatego przez długi czas miewałam różniaste rytuały sprzątania, odpowiedniego układania rzeczy, dotykania rzeczy bez potrzeby, przyglądania się wszystkiemu w zupełnie niekontrolowany sposób. A to światło za mocno przyświeca, a to książka nierówno. Nawet okładki książek nie pasowały mi/nie pasują do wystroju pokoju. No tak, zapomniałam dodać, że dwa lata mieszkałam u dziadków. Wyniosłam się od rodziców. Każdy przedmiot mieszkania rodziców prześladował mnie i stanowił przeświadczenie o beznadziejności mojego położenia. Dziwne, bo wcześniej, w podstawówce, uwielbiałam to mieszkanie i mimo, że dzieliłam z bratem skromny pokój, zawsze chwaliłam mamę za wystrój mieszkania. Babcia mieszka na wsi. Było to parę kilometrów od domu rodziców. Nie będę opisywała okresu mojego przystosowywania się do nowego miejsca. Wymienię jedynie kilka rzeczy towarzyszących mi tam: codzienne bóle głowy, przesadne dbanie o wygląd i higienę, bezsenność prawdopodobnie celowa, poważne utarczki z neurotycznym dziadkiem, wystąpienie uciążliwych myśli natrętnych, które potrafiły dotyczyć niemalże wszystkiego, począwszy od mojego zakorzenionego już poczucia wyobcowania we własnym ciele, poczucia gigantyzmu i innych, skończywszy na źle oddziałujących na mnie przedmiotach martwych, które przybierały wielokrotnie wiele niezadowalających mnie pozycji, czy to w zamkniętej szafie, którą oczywiście musiałam otworzyć w celu zweryfikowania dochodzącego stamtąd źródła mojego niepokoju, czy to gdzieś na widoku. Miałam potrzebę, żeby wszystko, co mnie otacza, określało mnie. W konsekwencji na nic nie mogłam się zdecydować. Poważnie ucierpiało na tym wszystkim moje funkcjonowanie w szkole - opuszczałam ją lub w odrętwieniu i niepokoju odwiedzałam. Najbardziej traumatyczne było mimo wszystko uczęszczanie do szkoły przy wychudzeniu, kiedy to głosy nauczycieli zlewały mi się, ciężko było oddychać, jakoby coś na kształ strzępków myśli formowało się jedynie w planowanie, ile liści sałaty zaserwuję sobie na dzisiejszy obiad, a na dodatek wieczne marźnięcie powodowało, że usypiałam na każdej lekcji i na każdej przerwie między lekcjami. Następstwem czy też nową niedogodnością stało się u mnie niezwykłe przybieranie różnych pozycji. Podczas siedzenia odczuwałam stały dyskomfort. Czułam, że muszę usiąść jakoś inaczej z tym, że nie bardzo miałam pojęcie, jak to uczynić. Stojąc, byłam dla siebie drągiem, więc przeważnie siadałam na podłodze, opierając się o ścianę, zasypiając albo zbyt intensywnie i patologicznie skupiając się na szumach. Zasypiając również przybierałam jakieś sztuczne pozy, układałam głowę w specjalny sposób, żeby ręce nie miały okazji nadszarpnąć żadnego kosmyka moich włosów. Szumy rozsadzały mi głowę w ten sposób, że bolały mnie uszy jak gdyby szum chciał uchem się wydostać. Obecnie od czasu do czasu mam podobne doznania z tym, że szumy w swej cichości są zupełnie niewinne. I tak to się toczyło wszystko aż nie dotoczyło się do mojej pierwszej wizyty u psychiatry, który od razu, bez żadnego przygotowania, mocno zasugerował pobyt w szpitalu na oddziale dziennym młodzieżowym. Rodzice przystali na to, ja wykłócałam się, szczególnie na izbie przyjęć, czując już przedsmak gówna. Po prostu ciężko przychodziło mi wyobrażenie sobie mojego funkcjonowania wśród takiej ilości ludzi, którzy będą mieli do mnie dostęp przez całą dobę. Najpierw dostałam specyfik zwący się Asentrą przy wstępnym podejrzeniu, niemampojęciajakdomniemanym, OCD. Później, przy wykluczeniu OCD, równieżniewiemnajakiejzasadziedopatrzonosiępodstawdowykluczenia, dostałam Rispolept, którego po pewnym czasie zaczęłam wypluwać do zlewu (kilka razy wyraźnie nadmieniałam, że wolałabym powrócić do Asentry), bo nie byłam się w stanie umyć wieczorem przy uwzględnieniu szpitalnych kolejek do prysznica (kiedy rześko wskakiwałam pod prysznic wieczorem, wówczas wszyscy wokół śmierdzieli, natomiast gdy zależało mi na szybkim dostaniu się pod prysznic z powodu przytłaczającej mnie senności, to wszyscy nagle dostali olśnienia i postanowili nie śmierdzieć) I tak, mycie było dla mnie ważniejsze od przyjmowania leków i innych psychoterapii. Po dwóch miesiącach dostałam wypis z "diagnozką" zaburzeń schizotypowych kwitującą wiązankę podobno przeżytych przeze mnie niezwykłych doznań percepcyjnych o których nie przypominam sobie, bym na kozetce wspominała. Widzę to w ten sposób, że po prostu byłam "prześladowana"nadmiernym mnie obserwowaniem przez lekarzy/psychologów i innych.

Generalnie, można to wszystko podkreślić tym, że zawsze byłam niemożliwe spokojna, wręcz mamlasowata - jak określali mnie rodzice. Grzeczna raczej i pokorna, choć na przykład czasem wyżywałam się na dzieciach z przedszkola, chowając im plastelinę po kątach lub robiąc/mówiąc parę innych nie do końca sympatycznych rzeczy. Owszem, miałam swoje wybryki, zupełnie jakby niewynikające z mojej "melancholijney" natury. Dziwnie się przyznać, ale w przedszkolu/we wczesnej podstawówki pobiłam na przykład moją koleżankę zza płotu dlatego, że musiała wracać już do domu, bo rodzice wołali ją na podwieczorek. To było akurat na Mikołajki. Albo, już w podstawówce, roztargałam szkolnemu koledze koszulkę, choć był ode mnie dwa razy większy. Generalnie, stale raczej byłam nadzwyczaj spokojna - ludzie wciąż uważali mnie za grzeczną, bardzo grzeczną. Zresztą, okres bycia przeze mnie pacholęciem to temat na zupełnie inny dzień.

Potrafię być nawet agresywna, opryskliwa, złośliwa. Przeważnie wtedy, gdy przytrafiają mi się małe, chamskie i niedopasowane do ustalonej przeze mnie sytuacji rzeczy burzące cały, wielki ład, który sobie wymyśliłam.

Co do grzeczności i innych pierdół, cały czas byłam (kiedy jeszcze ludzie jacyś gdzieś mnie widywali) uznawana za grzeczną i ułożoną, a nawet miłą i "entelygentną", - opinie lekarzy, rówieśników i takich tam - choć podczas pobytu w szpitalu wiele ludzi zwracało mi uwagę, że mam wyraz twarzy taki srogi, jakbym co najmniej chciała kogoś zaszlachtować. A nie zawsze byłam przeraźliwie wyposzczona smutkami. Niekiedy po prostu wkręcałam sobie szczęście - udawałam, że kocham spotkanych ludzi, że będziemy spotykać się po wyjściu, że mam szansę pomóc tam komuś, że moja twarz wcale nie wydaje mi się codziennie inna, pokalana zdeformowaniami i nie moja (tak, miałam schowane lusterko). Że palić jednego szluga, w jednym kiblu, z siedmioma innymi osobami jest takie tró hipsterskie. Nie do wiary dla mnie jest to jednak, że ja byłam tam wszystkim doskonale znana, ośmielę się nawet powiedzieć - lubiana i bardzo, nieznośnie często, odwiedzana na swojej sali przez rzesze jakichś ludzi. Jak wiadomo, przy moich przyzwyczajeniach, wolałabym unikać takich schadzek i robić swoje. Lubiłam tych ludzi, naprawdę lubiłam, ale nie znosiłam ich "nachalnych" (jak na moją "wrażliwość") wizyt, szczególnie porannych i wieczornych, kiedy to moje skupianie się na "różnych rzeczach" osiągało swego rodzaju apogeum i wolałam być raczej nieobserwowana w takim stanie. Bardzo wcześnie, jak na tamtejsze normy, przykrywałam się kołdrą, łącznie z twarzą, co by nikt mnie w takim stanie nie podglądnął. Nienawidziłam świadomości, że ktoś może chcieć być "miłym i jakże towarzyskim", zabierając mi kołdrę z twarzy. Rano było podobnie - wstawałam najwcześniej, najpierwsza z wszystkich (generalnie to przypuszczam, że jakoś około dwóch godzin wcześniej niż inni), by wykonać odpowiednie rytuały przygotowujące mnie do jakiego takiego pałętania się tu i tam. Zresztą, swoje dramaty też tam przeżyłam, i to takie perfidnie mnie obnażające. Jednym z przeżyć, które ewidentnie przedstawiają mi mnie jako karykaturę do besztania, było zauważenie - tak, właśnie w szpitalu - pierwszych oznak zmian na twarzy, które mogłam sobie co najwyżej rozdrapać i posmarować maścią cynkową. Wcześniej nie miałam z nimi szczególnie do czynienia, a i tak mój wygląd, mój balast, napiętnował mnie przecież. Te pierwsze oznaki trądziku były dla mnie - i są nadal - wyrocznią. Kiedy ja miałam przesrane u siebie w lustrze już dostateczne (szybie, plastiowej okładce płyty, kranie), pojawiło się coś nowego, napiętnującego mnie wyraźnie. Wiecie, rodzaj kary za takie, a nie inne, bądź co bądź, zalatujące próżniactwem jakimś(?) zachowanka. W każdym razie nie było to jakimś zwrotem. Byłam tak samo groteskowa jak wcześniej.


Dalszy ciąg, ten po wyjściu ze szpitala, wyglądał tak mniej więcej, że przetyrałam się przez czerwiec i trochę lipca, by następnie znaleźć się teraz i tutaj. Przetyraniem nazywam jakiś bezmyślny czas, kiedy to biorąc leki, wyobrażałam sobie, że znowu przeprowadzę się do dziadków na wieś (choć rodzice urządzili mi odzielny pokój w mieszkaniu, które to dwa lata wstecz opuściłam), przeprowadzę dwudziestodniową głodówkę, która pozwoli cieszyć mi się życiem (choć wszystko mi ze sobą kolidowało - leki z jedzeniem to nie był dobry pomysł, głodówka z lekami też zły, czereśnie z lekami też nie to, etc). Kilka imprez, takich zupełnie bez ładu i składu, podczas których, mówiąc oględnie, czułam się jakbym musiała się wysrać, bo gówno przeze mnie przemawiało. Nie wiem, po prostu nie patrzyłam ludziom w twarz ani nic w tym rodzaju. A już na pewno o tańcu/jakiejkolwiek formie zabawy, mogłam zapomnieć. Zresztą, nie pamiętałam nawet, że coś takiego kiedyś mnie dotyczyło. Zupełnie inaczej niż przy moim zachowaniu w szpitalu, kiedy to - fakt - na swój sposób byłam bierna, ale przynajmniej jakoś sztukowałam się pseudointelektualnymi rozmowami z ludźmi i tak dalej. No i wreszcie hit - próba samobójcza podjęta przez moją mamę, w wyniku której zniknął cały mój Rispolepcik i później już go nie miałam wcale. Cała ta sprawa miała idiotyczny obrót. Czułam może jakieś zimne zażenowanie, ewentualnie z domieszką podejrzliwości o "chcenie zwrócić na siebie uwagi", może z ciutką zniesmaczenia i jakiejś wypłukanej żałości. No i nic, dalej to już tylko doszło fantazjowanie o nieobudzeniu się - różne śliczne wydania takiego obrotu spraw. Później fantazjowanie nieco bardziej przytomne może. Jeszcze chwilę później zażycie jakichś nowych tabletek przepisanych przez panią doktor przy jakiejś tam "kontrolnej" wizycie. Nie wiem jakie to były tabletki, zupełnie nie pamiętam opakowania ani też wyglądu pigułek - straszny zanik jakiś w tym miejscu. Nie do końca orientuję się, ile wzięłam tego. Stawiałabym, że dwa opakowania. Jedno w takim razie pewnie niecałe. Albo może tylko wzięłam jedno faktycznie. No ale nic, próżnia tylko. Dalej moje fantazje zrobiły się jeszcze bardziej fantazyjne i ładne, zachwycające - nadal je lubię i czasem wracam do nich właśnie. Podarować sobie mogę "specyfikę" dwóch moich tygodni (albo i więcej) kompulsywnego jedzenia - głównie słodyczy. Wtedy to, tak na dobrą sprawę, higiena zaczyna mnie nie rajcować, a wręcz obrzydzać. Gdybym lubiła namydlanie tego ciałopodobnego wyrobu pachnącym mydłem, silniej jeszcze brzydziłabym się siebie. No i wyczyn, który miał miejsce podczas tej całej kompulsywności - postanowiłam zabić się wodą mineralną. Kupiłam więc dziesięć litrów. Po piątym nastąpił "zwrot akcji" - If you know what I mean. Wrzesień się więc finalnie przypałętał, a ja nie wygramoliłam się z "wnętrza" śmierdzącej kołdry, by wyjść na równie śmierdzące "zewnątrz".

Generalnie to:

Mam takie górne kończyny, że na przykład około dwóch razy dziennie, w łokciu i na zgjęciu, zaczynam czuć takie niewyraźne, zamglone rwanie, które przyjemnością żadną nie jest, ale bólem też jakoś nie. No więc powiedziałabym, że jest to coś w rodzaju lęku odczuwanego w łokciu. Muszę wtenczas gwałtownie usztywnić ramię tak, by w łokciu strzyknęło mi intensywnie, choć nie powiedziałabym, by likwidowało to moje doznanie. Raczej po prostu jest to na zasadzie, że muszę je przeprostować i już. Mimo, że nie jest to w żadnym stopniu bolesne, to jednak irytuje i nasila mój dyskomfort.
Ogólnie to od jakiegoś czasu "seplenię". Ponadto ciężko jest mi modulować głos. Nie wiem, czy chce mi się tym seplenieniem interesować, ale, nomen omen, stwierdzam suchy fakt. No więc o to się w głównej mierze rozchodzi, że zawsze mówiłam płynnie jeśli wierzyć opiniom i zapewnioniom innych ludzi. Jest to coś na zasadzie wymawiania: od-żywia, ś-ciółka, za-brałam. Zupełnie inaczej mi siebie słyszeć. Jakiś czas temu na przykład, przed trafieniem do szpitala jeszcze, miałam etap, że panicznie i patologicznie bałam się, że zaleję rozmowę z kimś jakimś bełkotem, ale chyba nigdy tak wyraźnie nie słyszałam u siebie seplenienia autentycznego. Czy możliwe jest, że z powodu izolowania w swoim pokoju zatraciła się gdzieś umiejętność dobrze brzmiącego wypowiadania się? Dobra, dalej. Miałam dzisiaj coś takiego, że w trakcie jedzenia osławionego już przez siebie sernika, spojrzałam na rękę go trzymającą, która wydała mi się nieporadna, autentycznie poszkodowana tym wszystkim. Odczucie to spotęgował jeszcze fakt, że okruszki babcinego placka spadały mi do siermiężnie trzymanego kubka kawy z mlekiem. Jadłam na stojąco i smutek taki mnie ogarnął, że hej. Abstrakcja, bo nie akceptuję przecież tej przypisanej mi bestialsko i bez powodu, zwisającej łapy, która dotyka wszystko i plugawi wszystko. Co do jedzenia z doskoku, dla mnie to zwyczajnie nie do osiągnięcia, usiąść przy stole porządnie, z talerzem i ładnie skrojoną kromką ciemnego pieczywa. W zasadzie, jeśliby się nad tym zastanowić, to ja nie zdaję sobie już sprawy z tego, że jem. O ile przez niecały pierwszy miesiąc wakacji trzymałam się kurczowo myśli o realizowaniu planu niejedzenia niczego, "oczyszczania organizmu z toksyn, bym mogła w pełnej gotowości rozpocząć naukę w szkole", o tyle teraz, po przebytym około dwutygodniowym epizodzie napadowego obżerania się (podczas jego trwania straciłam całe swoje zbierane na ubraniowe obkupienie się do szkoły kieszonkowe, plus/minus sześćset złotych, na same słodycze - kupowałam te obrzydliwie drogie, jak i śmieciowe nutellopodobne wyroby po kila złotych), nie wiem, czy jem mało, czy nie. Jedynie teraz, omiatając wzrokiem podłogę wokół łóżka, zauważam miskę pełną ogryzków od jabłek i przypominam sobie, że to właśnie jabłka jem teraz kompulsywnie - za dnia, nocą, gdy nie chce mi się zwracać uwagi na porę dnia. Uważam, że palec u nogi (czwarty krótszy i lekko podniesiony, jakby wzięty z innej nogi, taki jak w chorobie Refsuma) to jakaś część prawdziwej mnie, jeszcze tej sprzed wyciągnięcia mnie z brzucha, która próbowała przedostać się na zawnątrz, niestety bezskutecznie. Jakby nie patrzeć, kość tego palca wygląda zupełnie odmiennie od innych kości palców, a ponadto ma zupełnie inną plastykę.

A w środę zostanę zawleczona do lekarza. Po pierwsze, czuję się z tym autystycznie - na samo napomknienie o wizycie u lekarza nie wiem, co ja tak naprawdę mam do powiedzenia i czy w ogóle coś mam. Po drugie, na myśl o ewentualnym, ponownym szpitalu czuję się jeszcze bardziej autystycznie i nie wiem, czy szpitale dla mnie istnieją, czy stoję jedynie sama na jakimś odległym wzgórzu, gdzie nikt mnie nie zna i nie widzi.

I co to jest, według Was, psychika? Nie odczuwam przynależności do praktycznie żadnej części "mojego" ciała, a co dopiero do jakiejś tam bliżej nieokreślonej psychiki, na potrzeby której zostały dołączone takie terminy jak: "psycholog", "psychiatra", "psychoterapeuta", "psychoanaliza", "psychiatria" i inne "psy". Wymyśliłam, że:
a) jestem nędznikiem, karykaturalnym wynaturzeniem, które nie otrzymało prawa do posiadania czegoś takiego jak psychika, która motywuje do wydawania, bądź co bądź, nieco pobłażliwych twierdzeń, takich jak: "Cicho, ona ma słabą psychikę"
b) myślę, że psychika jako tako nie istnieje, a jest jedynie słabość człowieka
c) jestem skłonna przypuszczać, że jako jedyna tutaj, na tym padole, mam coś w rodzaju osławionej psychiki i w tym sensie ja, jako karykatura, jestem w stanie wynaturzyć sobie różne poglądy w efekcie czego odbija się to na mojej psychice, ponieważ można nią manipulować i besztać. natomiast ludzie godni nie mają żadnych przeklętych psychik, a w ich mózgu jedynie zachodzi szereg zbyt skomplikowanych dla śmiertelnika interakcji, które to nie zawsze zostają wykryte, a usprawiedliwiają takiego człowieka

Tezy te piastuję naprzemiennie. Nie wiem, czy na jakąś konkretną się zdecyduję.

Fakt, paradoksem jest jednak, że loguję się na forum, które, nomen omen, nawet w swoim logo posiada jakiegoś "psycho". Wychodzi na to, że jestem hipokrytką. Zawsze takie długie wychodzą moje opisy/jakieś relacje. Nie wiem, nie jestem laikiem, jakoś zwięzłe wypowiadanie się chyba mi nie leży, chociaż czasem mam taką fajną, przemożną chęć powiedzenia czegoś w prosty sposób - tak krótko i mądrze, bez zadęcia. Właściwie to było tak (może i nadal jest, ale nie wiem wprawdzie; zdaję się inaczej patrzeć na rzeczy i pojmować je inaczej, inaczej je również formuując), że krókie komunikaty dość łatwo mi umykają, z kolei zaś czytając te nienaturalnie przedłużone, automatycznie je sobie zakodowuję.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez Pieprz 16 wrz 2012, 19:32
Obiecuję że jak dokończę zbiór opowiadań Lovecrafta to wezmę się za Twój post...
Uwag, z racji problemów technicznych mam 2 konta, drugie jest do rozmów na PW.
Avatar użytkownika
Offline
Król Balu
Posty
16632
Dołączył(a)
28 mar 2012, 13:31
Lokalizacja
Trójmiasto

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 16 wrz 2012, 19:33
"Mors wita się", a finalnie zapomniał się przywitać :oops: Dobry wieczór więc wszystkim forumowiczom.

Ale wstyd. Chyba najdłuższy post na forum :oops:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez tahela 16 wrz 2012, 19:42
w sumie też mi sie do końca nie che tego czytać, niektórym sie nudzi chyba albo raczej wklejają coś co maja ju na kompie, niemniej silenie się na przepasła pseudofilozofię jest bez sensu, mozna krócej i bardziej rzeczowo w sumie hihi :P
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez frytka 16 wrz 2012, 19:47
pogubiłam się przy drugiem akapicie :roll:
Witaj ;)
Anioły są wśród Nas
Avatar użytkownika
Offline
Posty
936
Dołączył(a)
24 cze 2010, 14:53

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 16 wrz 2012, 20:02
"Nie wiem, nie jestem laikiem" w sensie "Nie wiem, nie jestem lakoniczna" :smile:

-- 16 wrz 2012, 20:04 --

Powietrzny Kowal napisał(a):Ja tutaj widzę tylko 2 opcje... :D
(a może się mylę jak zawsze? ... ;))
BTW - Witaj Morsiku! :D


O, jakieś opcje już.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez tahela 16 wrz 2012, 20:10
i am the walrus,
a moze to psychoza bo takie to jakieś neiskładnie, postaraj si e lepiej i opisz to tak zeby wszyscy zroumieli, bez urazy oczywiście :P ,
i am the walrus,
dwie opcje w sensie ,zę......BTW może kowal dopisze coś
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 16 wrz 2012, 20:18
tahela napisał(a):w sumie też mi sie do końca nie che tego czytać, niektórym sie nudzi chyba albo raczej wklejają coś co maja ju na kompie, niemniej silenie się na przepasła pseudofilozofię jest bez sensu, mozna krócej i bardziej rzeczowo w sumie hihi :P


Owszem, jakoś dziwnie mi się nudzi, co nie zmienia faktu, że nie wkleiłam niczego znikąd (oprócz zaznaczonej i wyszczególnionej noty z początku wakacji). I może napisałam to w sposób przepasły i w ogóle, co również nie zmienia faktu, że nazywanie mojego toku rozumowania, a bardziej opisywania zaistniałego stanu rzeczy, jakąś filozofią czy chociażby pseudofilozofią, jest grubo przesadzone :D

No ale nic no, trochę się przynajmniej rozruszałam przy pisaniu. A jakby co, trzeci post od góry jest moim postem powitalnym, więc w razie potrzeby można się do niego ustosunkowywać ;_;
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez *Monika* 16 wrz 2012, 20:19
i am the walrus, Witam Cię serdecznie na naszym forum :D
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez tahela 16 wrz 2012, 20:48
Powietrzny Kowal,
no tak z tym przytulaniem może i masz rację?
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 16 wrz 2012, 21:35
tahela napisał(a):Powietrzny Kowal,
no tak z tym przytulaniem może i masz rację?

O proszę, pierwsze moje kroki na forum, jakimkolwiek, a już trafiam na środowisko na tyle światłe, że na wstępie otrzymuję diagnozę niekochania w rodzinie tudzież deficytu się tulenia :D :oops:

Chyba faktycznie szczęście mam niemałe do tych moich internetów - tylko w nich siedzieć i wsio na ten temat.

Może to i nawet prawidłowe, że nie czytacie moich "przepasłości". Właściwie to przecież nie lubię, gdy ktoś czyta rzeczy tego rodzaju :oops:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez tahela 16 wrz 2012, 21:44
i am the walrus,
a ktos pisał coś o niekochaniu w rodzinie, tylko stwierdził fakt ochoty przytulenia ;)
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez i am the walrus 16 wrz 2012, 22:26
tahela napisał(a):i am the walrus,
a ktos pisał coś o niekochaniu w rodzinie, tylko stwierdził fakt ochoty przytulenia ;)

Aha.

Nie no, ja potraktowałam to chyba w najprostszy z możliwych sposobów - domniemałam się aluzji do mojego przydługiego, mogącego świadczyć o jakimś niewyżyciu, postu, otwierającego ów temat. No bo właściwie jest to prawdopodobnie jedyna kwestia poruszana tutaj ;)
Bo z zamieszczaniem tego typu "paintowych" obrazków z białym dymkiem i napisem to trochę kłopotliwa sprawa przy prawidłowym/jednoznacznym rozpoznaniu intencji autora. Podobnie jak dla Was może być kłopotliwy mój, nie upieram się, że z czegoś konkretnego wynikający (a jedynie z moich odczuć i odbierania różnych spraw), wywód. Dlatego wiele interpretacji jego komiksowego przesłania może stanowić klucz. Zauważyłam zresztą, że Powietrzy Kowal całkiem skutecznie urozmaica forum swoją twórczością ;)

Zresztą, nawracając jeszcze do Twojej opinii o nieskładności mojego opisu. Może i faktycznie jest właśnie taki, jak mówisz, ale zastanawiam się, czy bardziej opłacalne jest w jakiś sposób, choć namiastkowy, wyrazić siebie, czy może silić się na "podpasowujący" wszystkim schemat "Chyba coś ze mną nie tak (...). Mam wrażenie, że moje otoczenie jest nierzeczywiste (....). Pomóżcie!". Do mnie to chyba zwyczajnie nie pasuje albo ja nie umiem tak ładnie i przyjemnie formułować zdań :( Btw, muszę też nadmienić tutaj, że w większości momentów mojego życia nie przemawia do mnie utkana życzliwie "wielka teoryja" o moim jakimś choróbsku. W większości czuję się po prostu karykaturą, wynaturzeniem, nie mającą sensu bezosobowością. Więc jeśli chodzi o mnie, to takie oczywiste i jedynie słuszne wypowiedzi raczej i tak by się nie sprawdziły. Albo ewentualnie sprawdziły by się bardzo średnio.

I nie, żadna uraza w grę tutaj nie wchodzi absolutnie. Raczej w przebłysku, krótkim bo krótkim, nikłym bo nikłym, "przekonania, że jestem jednostką nadrzędną", uznałam, że to Wy powinniście czuć się urażenie nierozumieniem mnie :lol: Ale to takie tam, wiecie. Zupełnie już nieaktualny przebłysk. Najidiotyczniejszą rzeczą po takim przebłysku jest jednak to, że podwójnie uświadamiam sobie swoją marność.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
61
Dołączył(a)
16 wrz 2012, 17:00

"the fool on the hill", czyli wita się mors

Avatar użytkownika
przez *Wiola* 16 wrz 2012, 22:32
i am the walrus, Witaj
Kochana weź pod uwagę ,że my tu wszyscy mamy problemy z koncentracją i pliss ujmij to jakoś po chłopsku :P
Avatar użytkownika
Offline
Moderator
Posty
18127
Dołączył(a)
10 lis 2009, 14:14

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Yahoo [Bot] i 6 gości

Przeskocz do