Powitanie z problemami

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

Powitanie z problemami

przez Ktośgdzies 31 lip 2006, 12:50
Witaj, kimkolwiek jesteś.

Pierwszy raz trafiłem na to forum, akurat w momencie, gdy pojawiła się opcja pisania w tym temacie. Cóż za zbieg okoliczności. Przejżałem kilka stron poświeconych depresji, samobójstwom, żadna nie wzbudziła mojego zaufania czy nie wydała mi się interesująca.

Na początek wypada się przedstawić, chyba w sposób zbliżony do tego używanego w klubie anonimowych alkoholików? Cześć, jestem Piotr, mam 27 lat, choruję na depresję i nerwicę od 7 roku życia. I po raz trzeci podczas ostatnich 20 lat, nie mam siły by z tym walczyć.

Pozwól mi jeszcze skreślić parę słów. Nie mam gdzie ich napisać, ani komu opowiedzieć. Może dlatego tak tchórzliwie, zostawiam je tutaj.

Całe życie wystrzegałem się stresu, przykrych emocji więcej niż potrzeba, wiedząc jak na nie reaguję. Te, które dopadały mnie same, będąc przyczyną zbiegów okoliczności czy wypadków, zazwyczaj przygniatały mnie do ziemi, zostawiając leżącego w kłębku własnych myśli i strachów. Powoli, z biegiem czasu nauczyłem się z nimi walczyć. Mając do tego wszystkiego trudny charakter, problemy z otwarciem się na innych, brnąłem przez to wszystko samotnie, niekiedy korzystając z pomocy rodziców, czy lekarza. Farmakologia przez duże F, terapie, wszystkie inne pierdoły...

5 lat temu poznałem uroczą kobietę, już nie szkolną miłość, ale prawdziwe uczucie. Wytrzymaliśmy 2 lata. Gdy odchodziła, poczułem, że mój świat się wali, że nigdy już nic nie będzie normalne, zwyczajne, takie jak dawniej. Myliłem się. Czas pięknie goi rany. Zaciera obrazy pamięci, wytrawia słowa, gesty, zaszyte we wspomnieniach, wreszczie przynosi ukojenie i zapomnienie. Nie do końca, rzecz jasna, jakaś blizna zostaje na zawsze, ku pamięci, ku przestrodze, po to, by w momencie podłego i smutnego nastroju, móc sobie wbić szpilę wspomnień, patrząc czy to boli i krwawi. Stało się coś, czego się nie spodziewałem. Poznałem dziewczynę, z początku inną od tamtej. Z czasem, długim czasem trzech lat - dowiedziałem się prawdy. Była inna, ale w tym momencie była dla mnie lepsza, najlepsza, jedyna. Zbudowałem wokoło niej całe swoje życie, ulegając zapewnieniom, że zawsze będziemy razem. Była częścią mnie, życiem którym żyłem, każdą chwilą, każdym oddechem. Ot, miłość, niezdrowa chyba i bez zachamowań.

Przez ten czas z moimi nerwami bywało różnie. Stany lękowe, depresyjne, momenty wyłączenia z codziennego życia - wszystko to stawało się przy niej coraz mniej uciążliwe, mniej dokczuliwe. Po tym czasie, stanąłem na tyle silnie na nogach, by wrócić do życia z sukcesami, zmienić pracę, zyskać nowe możliwości, odkurzyć stare projekty. Wszystko zapowiadało ziszczenie jakiegoś snu, o powodzeniu, sukcesie, radości.

Do zeszłego piątku. Gdy podczas spaceru, gdy dałem jej prezent zaręczynowy, usłyszałem, że nie jest ze mną szczęśliwa i musi poskładać myśli. Deja vu. Ładnie ubrane w garnitur słów zwroty "spiepszaj z mojego życia, to już koniec". Zamiast werbli i okrzyków radości, poczułem się jak skazaniec. Wyrokiem jest smutek i pamięć.

Dość skamlenia, nikt, szczególnie z problemami nie chce czytać czyichś żali, chyba, że te są większe od innych i działają na zasadzie pocieszenia. Nie po to je tu jednak umieszczam. To raczej pytanie, kogoś, zgubionego w życiu, kogoś, kogo świat znów się zawalił, u progu szczęścia, wreszcie kogoś, kto nie ma już sił czy ochoty budować czegokolwiek od początku - co z sobą zrobić.

Nie chcę, nie potrafię żyć z takim bagażem wspomnień, smutków, ran. Nie mam dość siły, by od nowa układać życie, szukać nowych znajomych, partnerki, miłości. Z drugiej strony, zbyt duży chyba tchórz ze mnie, by to wszystko skończyć jednym dodatkowym krokiem z krawędzi dachu.

Żyję z godziny na godzinę, łapiąc sen jako jedyne chwile otuchy, zagryzając zęby, gdy mam wykonać najprostsze choćby czynności, działania. Myślę ze strachem o dniu pracy, o wyjściu z domu, o rozmowie z kimkolwiek, kogo spotkam. Boję się, strasznie, szalenie, do nieprzytomności. Nie mam nawet ramienia na którym mógłbym się wesprzeć, wysmarkać. Nie umiem, nie potrafię iść upić się do nieprzytomności i latać po agencjach towarzyskich. Zamiast tego siedzę, i potęguję swoje smutki sam w sobie. I nie mam z kim się nimi podzielić.
Ktośgdzies
Offline

przez Perdita 31 lip 2006, 16:05
Ktośgdzies napisał(a):Nie umiem, nie potrafię iść upić się do nieprzytomności i latać po agencjach towarzyskich.


To, to każdy głupi potrafi.
To że tego nie robisz to twój WYBÓR, który w pełni szanuję, bo bardzo dobrze o tobie świadczy.
Nie zrozum mnie źle, ale z kobiecego punktu widzenia twój post absolutnie mnie zachwycił. Wynika z niego, że jesteś bardzo inteligentnym,myślącym i wrażliwym facetem jakiego ze świecą szukać (zgaszoną). Na pewno w krótce znajdzie się ktoś, kto również to dostrzeże.


Ktośgdzies napisał(a):Boję się, strasznie, szalenie, do nieprzytomności. Nie mam nawet ramienia na którym mógłbym się wesprzeć, wysmarkać.



Służę ramieniem do wysmarkania się jakby co.
gg 2380897
Właśnie straciłam pracę i dysponuje ogromną ilością czasu który spedzam absolutnie bezproduktywnie (tłuczenie głową w ścianę). Tak to sie może przynajmniej na coś komuś przydam.

Pozdrawiam serdecznie:)
A ja jestem proszę Pana na zakręcie,
Moje prawo to jest pańskie lewo,
Pan widzi krzesło, ławkę, stół,
A ja, rozdarte drzewo.
Offline
Posty
11
Dołączył(a)
15 lip 2006, 11:31

przez shadow_no 31 lip 2006, 22:35
Ktośgdzies napisał(a):zbyt duży chyba tchórz ze mnie, by to wszystko skończyć jednym dodatkowym krokiem z krawędzi dachu

Otóż nie, to, że nie masz odwagi tego zrobić, oznacza, że masz siłe by walczyć. Nawet jeżeli wydaje Ci się, że nie masz jej w ogóle, lub jesteś na skraju wyczerpania. Pamiętaj, to Ci się tylko wydaje.
Wiesz... Ja mam problem ze stanami lękowo-depresyjnymi, bywało lepiej, bywało gorzej - sam wiesz jak to jest. Wspinasz się, zdobywasz szczyty, i te małe, i te wielkie, czujesz, że przez moment jesteś szczęsliwy, nagle: bum! Leżysz, stało się coś, czego się nie spodziewałeś, bądź było to dla Ciebie realne, ale wierzyłęś, że będzie inaczej, lepiej. Niestety stała się rzecz straszna. Czujesz jak bardzo jest Ci źle, jak bardzo nie masz na nic ochoty. (tak jest teraz ?) Ale stop. Kilka linijek wyżej pisałem o sukcesach. One są nadal Twoje. Nie zapominaj o tym, że było lepiej, było dobrze. Od Ciebie zależy czy spróbujesz jeszcze raz, czy coś tracisz ? Jeżeli tak, to nie tyle ile możesz zyskać. Ja bym nazwał to, że nie masz nic do stracenia. Jeżeli boisz się kolejnej klęski, to lepiej przekonaj się na własnek skórze, czy faktycznie tak będzie, a nie utwierdzaj się w tym co jest teraz. Jest źle, ale jak będzie dalej ?
Zapraszam do sklepu z odzieżą damską i torebkami.
Offline
Założyciel / Administrator
Posty
4758
Dołączył(a)
13 lip 2005, 01:45
Lokalizacja
Częstochowa

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez Ktośgdzieś 31 lip 2006, 23:37
Dziękuję za odpowiedzi, na razie jednak bardzo trudno jest mi objąć myślami to wszystko. Jestem facetem, a czuję się jak somlące szczenię. W dodatku, zawsze jak w takim okresie do głowy przychodzą najgłupsze pomysły. By ze wszystkim skończyć, uciec na drugą stronę życia, pokazać światu, jak mało on dla mnie znaczy, gdy nie układa się po mojej myśli. Ten okres jest najtrudniejszy, wiem - bo znam z autopsjii. W chwilach większej świadomości potrafię usiąść, skreślić te kilka koślawych zdań, by znów na długie godziny uciec w nerwy, strach, paraliż, a może nawet łzy.

Potrzebuję chyba przysłowiowego kopniaka, ale mądrze wymierzonego. Tak, by pomógł ruszyć myślami i życiem, a nie zbił mnie w głąb skorupy, którą się obudowuję...

Jeszcze raz dziękuję, miło przeczytać te kilka myśli od innych osób. Człowiek nabiera przekonania, że nie tylko on jest "szurnięty" czy "miewa problemy"... ot, radość jedności...
Ktośgdzieś
Offline

przez madeline20 01 sie 2006, 10:10
Fakt najprostszym rozwiązaniem jest skoczyc z dachu...ale nie tedy droga , nie my zdecydowalismy o swoim zyciu i nie my bedziemy je konczyc(niestety) natomiast w twoim poscie odkrylam jedno: masz dar walki (chociac teraz sie poddales) i mozewsz obdarzyc osobe ktora kochasz wielkim uczuciem a uwierz to sie rzadko zdarza:) na pewni jestes super uczuciowym facetem i chociaz to czsami przemnawia przeciwko tobie to massz wpsaniale cechy warto walczyc aby one nie wygasly
pisz wiecej o soebie i dziel sie przezyciami z nami
buziaczki papapa
Kochac siebie to przemawiac do siebie naprawde łagodnie i czule.
Offline
Posty
56
Dołączył(a)
12 maja 2006, 19:00

przez KotśGdzieś 04 sie 2006, 01:29
Minęło parę dni, ciągle tu jestem. Rozstanie stało się faktem, nie było złych słów, czy nienawiści. Ot proste przepraszam, żegnaj. Jak na trzy lata życia, nie wyszło źle.

Teraz tylko brak przekonania w sobie, że znajdzie się tą nową osobę, z którą będzie się chciało spędzić reszte życia, żyć, dzielić się smutkami i radościami. I ciągłe pomysły by to wszystko skończyć, nie przejmując się konsekwencjami życia "po życiu". Ot, kolejny "ziutek" ze złamanym sercem, zasmarkanym nosem i kupą wspomnień.

Przynajmniej antydepresanty trochę tłumią uczucia, zobaczymy, na ile pozwolą żyć i funkcjonować w codziennej pracy, obowiązkach. I rodziny żal. Bo na nich spada część nerwów, mojej wrednoty, złości. A oni są najmniej winni. Tylko wstyd przyznać im się, do tego co się stało, opowiedzieć, że jest się nieudacznikiem i histerykiem.

Bardzo się cieszę, że znalazłem to miejsce. Dziękuję za zainteresowanie, rozmowę. Mam nadzieję, że i tym razem uda mi się poddźwignąć ze swoich problemów, a w przyszłości pomóc także innym. Dlatego też pozostawie swój numer gadugadu, gdyby ktoś miał ochotę porozmawiać, niekoniecznie dołując się, czy narzekając na świat. 9195569 Piotr

Pozdrawiam serdecznie
KotśGdzieś
Offline

Avatar użytkownika
przez Poetka 09 sie 2006, 11:56
Wiem, jak się czujesz. Przykro mi. Dobrze, że na nas trafiłeś. Będziemy się "wspierać", o ile to możliwe przez Internet.
Na prawdę, przykro mi ...
Pozdrawiam.
Żyję się z dnia na dzień. Ja umarłam osiemnastego lutego 2006 roku o 17.06.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
167
Dołączył(a)
13 sty 2006, 20:09
Lokalizacja
znikąd.

Avatar użytkownika
przez Maryon 10 sie 2006, 11:35
Witaj Piotrze
Przeczytałam twój post i normalnie łza pociekła mi po policzku.poważnie.przykro mi niezmiernie.Ja ostatnio też coś mam problemy z własną osobą i zaglądam tu od jakiegoś czasu.Dziś mam nawet dobry dzień i chciałam Ci życzyć siły i dużo dużo pozytywnej energii.Trzymaj się cieplutko ;)

"Nie rezygnuj z nadziei,
nie daj się ponieść rozpaczy
z powodu tego, co się stało.
Opłakiwanie tego, co nie wróci,
co zostało stracone bezpowrotnie,
jest najgorsza z ludzkich słabości."
(Gibran Kahilil Gibran)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
09 sie 2006, 14:51

:(

przez Kruszynka 28 sie 2006, 12:19
wiem co przezywasz bo ja wlasnie w tym momencie sie tak czuje. Po przeprowadzce za granice zaczelam cierpiec na ataki paniki, stany lekowe, nerwice natrectw i na koncu depresje. Mimo to dalam rade sie podniesc i mialam nadzieje, ze to juz koniec problemow. Do czasu. Od kilku dni znowu czuje sie przygnebiona a najgorsze jest to, ze znowu wyjscie z domu jest dla mnie strasznym wysilkiem. Jestem totalnie zalamana. Nie chcialam dopuscic do siebie, ze ta choroba wraca. Ze znowu bede czula kolatanie serca, beda trzesly sie rece i ze bede miala zawroty glowy. Nienawidze tego uczucia!!! Jezeli podniose sie to tylko dlatego, ze wreszcie po wielu nieudanych zwiazkach znalazlam tego jedynego i dla niego chce wrocic do zycia normalnego! Dlatego tak jak Ty potrzebuje ogromnego kopniaka zeby zebrac sie i walczyc. Pozdrawiam i zycze Ci powodzenia!
Offline
Posty
13
Dołączył(a)
11 maja 2006, 13:53
Lokalizacja
zagranica

Avatar użytkownika
przez Wypalony 28 sie 2006, 18:39
KtośGdzieś: Coz moge dodac, wlasciwie wszystko zostalo powiedziane. W zasadzie moglbym sie podpisac pod Twoim pierwszym postem jakis czas temu, tyle ze ja juz nawet nie mam odwagi szukac milosci(wystarcza mi do dolowania sie porazki w innych dziedzinach zycia). Ja zyje ostatnio jak w blednym kole, zaczynam sie zbierac, za jakis czas wszystko spi... potem dol, deprecha, mysli samobojcze, potem sie zbieram i tak w kolko juz 5 rok. Dwa razy odbilo mi na tyle ze wbrew resztkom zdrowego rozsadku(a nie wbrew tchorzostwu, bo to nie jest tchorzostwo nie chciec smierci) probowalem sie zabic, na szczescie to tez mi nie wyszlo. Teraz jestem na etapie wspinania sie na gore(taki maly zalosny Syzyf).Ale nadal staram sie wierzyc ze sie w koncu uda. Sa osoby ktore z takiego blednego kola wychodza. Jesli im sie udaje to mi tez sie powinno. A skoro mnie moze sie udac, to nie widze zadnych przeszkod(jak slepy kon na Wielkiej Pardubickiej) zeby Tobie nie mialo sie udac. Powodzenia!
Avatar użytkownika
Offline
Posty
175
Dołączył(a)
23 sie 2006, 15:59
Lokalizacja
Katowice

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

Przeskocz do