"Jak na deszczu łza...", moja mała historia

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

"Jak na deszczu łza...", moja mała historia

przez nemo 27 lut 2011, 19:25
Na początek, witam serdecznie wszystkich forumowiczów!

Siedzę nad tym postem i cedzę każde słowo. Chciałabym być zwięzła, napisać krótko i najtreściwiej, jak to tylko możliwe, żeby nikogo nie męczyć ani nie zniechęcić, ale czuję, że mimo najszczerszych chęci nie będę chyba w stanie. Zbyt wiele różnych rzeczy ciśnie mi się na myśl, porozrzucanych i niepoukładanych, by zmieścić je w kilkunastu, czy nawet kilkudziesięciu linijkach. Chcę więc z góry przeprosić za ewentualny chaos i "przydługość". Byłabym też wdzięczna, gdyby ktokolwiek przez to przebrnął i być może zechciał porozmawiać. Może ktoś ma podobne doświadczenia? Bo to głównie, jak sądzę, przywiodło mnie tutaj. Postaram się pisać sensownie - choć sama nie wiem, co mi z tego wyjdzie.

"Otóż..."


Jestem z goła przeciętną dziewczyną. Ze świeżo ukończonym 21-wszym rokiem życia. Niczym raczej nie wyróżniam się z tłumu - ani pozytywnym, ani negatywnym. Przynajmniej, nie na pierwszy rzut oka. Od 2009 roku studiuję i mieszkam z dala od rodzinnego domu. Próbowałam się z niego wyrwać już w gimnazjum. Powodów mogłabym wymienić kilka, choć często myślę, że w porównaniu z niektórymi znajomymi nie miałam "naj"gorzej... Sporo było jednak awantur, alkoholu, przejawów przemocy. Mieszkając z rodzicami koszmarnie często czułam się jak w jakimś beznadziejnym potrzasku, dławiłam się atmosferą - tak gęstą i ciężką, że można było kroić ją nożem. W tych chwilach chciałam uciec, każdym nerwem i każdą cząstką istnienia, a nie miałam dokąd. Nienawidziłam, kiedy pili, kiedy potem tłukli się i wrzeszczeli tak, że słyszał ich cały blok - a w nocy nawet i pół osiedla. Kiedy tylko przychodzili jacykolwiek znajomi mamy, już byłam do granic możliwości nerwowa i płaczliwa, bo wiedziałam, że zawsze kończy się to tym samym. "Drinkami". I awanturami.

Wypłakiwałam oceany łez, często sama krzycząc w poduszki, żeby dać ujście kotłującej się we mnie frustracji i bezsilności. Czasem krzyczałam, żeby nie słyszeć ich wzajemnych obrzydliwych obelg. Strasznie mnie to wszystko bolało. Nieopisanie mocno. Jakbym była jedną wielką otwartą raną. Każda awantura była dla mnie kolejnym piekłem.

Często chodziłam do cna zawstydzona. Zażenowana. Było mi wstyd przed sąsiadami, było mi wstyd na ulicy, w szkole. Nie podnosiłam wzroku, żeby nikt nie przyglądał się moim oczom. Wstydziłam się, że byłam. Jeśli czułam się o tyle na siłach, udawałam, że jest normalnie. Kiedy nie czułam się na żadnych siłach - unikałam ludzi jak ognia. Z nikim, poza najbliższymi kilkoma osobami, nie rozmawiałam o tym, co się dzieje. Było mi tak strasznie wstyd i boleśnie. Przy tym nosiłam w sobie nieodłączne poczucie winy. Ciągnęło się to jeszcze z podstawówki, kiedy to mając 6 czy 7 lat i będąc niezdrowo ufnym, szczerym dzieckiem po jednym takim zdarzeniu powiedziałam co-nieco wychowawczyni (nie bez paru pedagogicznych zabiegów z jej strony).
Sprawa doszła do mamy, która zrobiła mi o to tak potworną awanturę, że do dziś dnia noszę w sobie poczucie winy. Że zrobiłam niewłaściwie. Źle. Karygodnie. Że nigdy nie obmawia się własnej matki, rodziny. Że jestem fałszywa, wbiłam jej nóż w plecy, i mam biec teraz do pani Ch., "pożalulkać się", że na mnie krzyczy.

Nie wiem do końca, na czym to polegało, ale mama była mistrzem terroru psychiczno-emocjonalnego. Czasem nie odmawiała sobie bicia mnie, ale i bez tego potrafiła zadawać tak niewyobrażalny ból, że chciało się wyć do księżyca - samymi tylko słowami. Swoją nieznośną kąśliwością.

Przy tym wszystkim... muszę zaznaczyć, że nie jest to pełen obraz mojej rodziny. Między jedną a drugą wojną było "najzwyczajniej". Normalnie. Zawsze miałam z mamą dobry kontakt. Rozmawiałyśmy o wszystkim. (Prawie) Niczego nigdy przed nią nie ukrywałam. Nigdy też nie chodziłam głodna czy obdarta. Rodzice nie robili mi uwag, czy wymówek - chcieli zapewnić mi tyle, ile byli w stanie. Nie żyliśmy w luksusach, ale i nie popadliśmy w nędzę. Mogłam uczyć się dalej. Czego inni np. nie zawsze doświadczają. Wiedziałam, że mnie "kochają" i że "mogę na nich liczyć". Sama też ich kochałam i kocham. Nienormalna pozostawała natomiast nienawiść między nimi dwojgiem. To cholerne, iskrzące się przy każdej okazji napięcie. Nieposkromiony choleryzm mamy i jej regularne wybuchy, niewspółmierne powodom - podczas których potrafiła bezdusznie rozszarpać wszystko i wszystkich na kawałki. Ich okazyjne zaglądanie do kieliszka.
To bardzo mnie niszczyło. Byłam strasznie wrażliwym dzieckiem i pragnęłam, żeby było między nami, w naszej rodzinie, dobrze. Pragnęłam spokoju i pragnęłam, żeby się kochali. Nie rozumiałam, skąd tyle nienawiści. Cierpiałam przez to ogromnie. I być może... wpłynęło to też na mój ogólny rozstrój emocjonalny. Bo w gruncie rzeczy, kochałam ich. Ale jednocześnie tak często czułam nienawiść, żal. Kompletnie rozdarcie i niemożność pogodzenia jednego z drugim.


Nieco wcześniej napisałam, że mówiłam jej "prawie" o wszystkim. "Prawie", bo... chyba tylko jedna osoba na świecie (poza samymi, że tak to ujmę, "zainteresowanymi") wie o pewnych moich doświadczeniach z dzieciństwa. Kiedy miałam jakieś... 9? 10? lat, byłam wykorzystywana. Przez dwóch starszych chłopaków z osiedla. Ciężko mi o tym pisać. I wstyd. Strasznie wstyd. Między innymi dlatego chyba, że nie broniłam się. Nie uciekałam, nie krzyczałam, nie biłam. Dawałam zaprowadzić się, dokąd chcieli i robić ze sobą, co chcieli. Chyba nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego, co robimy. A kiedy już zdałam sobie z tego sprawę - czułam zbyt wielki wstyd i poczucie winy, by z kimkolwiek o tym rozmawiać.

Przez późniejsze lata jakoś to szło. Miałam kilku "chłopaków", ale nie dawałam im już zbliżyć się do mnie za bardzo. Zauważyłam, że jestem bardzo otwarta na ludzi, garnę się do nich i każdego chętnie przyjmuję pod skrzydła. Zwłaszcza tych "pokrzywdzonych". Samotnych. Z gorszą sytuacją. Miałam pewną "mentalność Robin Hood'a". Coś z "Matki Teresy". I poświęcałam każdemu, kto tylko tego potrzebował, mnóstwo uwagi i ciepła - ale kiedy któryś chłopak chciał już przekroczyć jakąś magiczną linię, stawałam się dla niego zdystansowana i chłodna. Czasem chyba zachowywałam się jak "dzika". Kiedy przyjaciele mnie przytulali, klepali po ramieniu było to dla mnie miłe. Jeśli natomiast wiedziałam, że któryś chłopak zaczyna lubić mnie za bardzo - od razu każdy jego dotyk jakby mnie parzył. Nie lubiłam być dotykana. Czułam się wtedy skrępowana, zdenerwowana i chciałam uciec. Albo odepchnąć go. Robiłam się szorstka.
A to musiało (i musi) oczywiście wprawiać ich wszystkich w konfuzję. Zbijać z tropu.

Inaczej było tylko w przypadku pierwszej wielkiej miłości. Był starszy ode mnie, o 8 lat. Poznaliśmy się przez mojego przyjaciela z klasy. Byłam wtedy "13-letnim smarkaczem" i w życiu by mi nie przyszło do głowy, że kiedykolwiek cokolwiek bliższego połączy mnie z tym człowiekiem. Na początku raczej się go bałam. Byłam speszona. Nie wiem już sama, jak to wyszło, że rozmawialiśmy raz po raz. Po dwóch latach jakoś się oswoiłam. Rozmawiało nam się swobodniej. Koniec końców, jak miałam jakieś 15-16 lat, zostaliśmy parą. Miałam z tym mnóstwo przebojów, bo naturalne, że przy takiej różnicy wieków mama nie mogła tego ot, tak zaakceptować. W końcu jednak zaakceptowała, i to na amen.
Przez pierwszy rok było cudownie, ale potem zaczęły nawarstwiać się różne problemy, żale i nieporozumienia. Nie chcę już rozpisywać się o szczegółach - przejdę od razu do sedna: rozczarowałam się i rozstaliśmy się, ale on nie dawał mi spokoju. Domyślam się, że kierowało nim faktycznie silne uczucie, ale ja w tamtym czasie (także w związku z innymi wydarzeniami i czynnikami) byłam już strasznie rozdrażniona i niczego na świecie nie pragnęłam bardziej niż samotności i świętego spokoju. Jego niezłomny i uparty "stalking" uwolnił we mnie w końcu całe pokłady złości, agresji i złośliwości. Zaczęłam zachowywać się, jak udręczony i zagoniony w zaułek pies, który jest zdolny już tylko warczeć, szczekać i gryźć na oślep, kiedy tylko się do niego zbliży - nie ważne, czy dłoń chce bić, czy nakarmić.

Mniej więcej w czasie I i II klasy liceum zaczęłam coraz bardziej tracić kontakt z samą sobą i panowanie nad sobą. Coraz trudniej było mi porozumiewać się z ludźmi. Czułam się przez nich nierozumiana. Często wykorzystana i niedoceniona. Narastała we mnie frustracja i cała masa negatywnych emocji, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Byłam (i wciąż jestem) strasznie zakompleksiona. Traciłam szacunek do innych i do siebie. Wszystko zaczynało mnie drażnić. Cierpiałam na jakieś bóle egzystencjalne - jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Nie wiem nawet kiedy pojawił się problem z samookaleczeniem. Robiłam sobie krzywdę, kiedy nie mogłam już znieść rzeczywistości, kiedy nie mogłam znieść tego psychicznego bólu i wgniatającego w ziemię natężenia świadomości. Podczas awantur, kiedy miałam wszystkiego serdecznie dość, zabierałam mamie Oxozepam i łykałam go garściami. Potem nie byłam zupełnie w stanie funkcjonować. Zaczęły nachodzić mnie stany apatii. Coraz częstsze, coraz częstsze, aż stały się de facto... permanentne. Przerodziłam się w jakąś straszną dekadentkę. Sceptyczkę i sarkastkę. Uruchomiło się całe parszywe perpetuum mobile. Choć obiecałam sobie, że nigdy nie będę taka, jak moja mama - zauważyłam, że taka właśnie się staję. Że tracę cierpliwość. Wybucham. Że jestem złośliwa, ironiczna i sarkastyczna. Że okrutnie, często niesprawiedliwie pomiatam swoim byłym, który przez kolejne parę lat był w pobliżu i nie chciał odpuścić. Był przy mnie cały czas. A ja nim gardziłam.

...owszem, wciąż miałam i mam nadal dużo serca dla innych ludzi. Angażuję się w wolontariat i lubię pomagać, ale... to wszystko dzieje się jakby do pewnej granicy, za którą jest już tylko śmierdząca padlina. Sama ze sobą żyję w stałej niezgodzie. Nieporządku. Gdzieś w tych latach wycofałam się w siebie, zapadłam się w sobie - gdzieś głęboko, głęboko, w bezdennej studni. Cała moja konstrukcja obróciła się w ruinę, a ja, na dnie bagna popadłam w kompletne odrętwienie. Działam mechanicznie. Instynktownie. Trzymam się jakiegoś dalekiego echa rozsądku, "musisz skończyć studia", "musisz coś zjeść". Czasem nie wiem nawet, czy jeszcze żyję. Nie czuję tego. Śpię niewyobrażalnie wiele i niewyobrażalnie długo - najchętniej uciekłabym w ten stan na zawsze. Zwykle jestem odrętwiała i obojętna. Nie mam nawet poczucia obowiązku. Żadnego poczucia. Jakbym wykpiła cały świat. Raz po raz napadają mnie stany niepokoju. "Coś" dzieje się we mnie, czemu nie mogę ulżyć. Biegam wtedy w kółko i nie potrafię tego ukierunkować. Miewam zrywy, rozpaczliwe zrywy, że chciałabym znów "czuć" siebie, czuć, że mi na czymś zależy. Czuć cokolwiek poza pustką i jadem albo zimnym odbiorem rzeczywistości. Chciałabym znów poczuć jakąkolwiek odrobinę magii, ale nie potrafię. Nie odnajduję niczego, co przestawiłoby mnie z powrotem na właściwy tor. Doprowadziło do zgody ze sobą i z innymi. Wyczuwam, podświadomie, że brakuje mi jakiejś bliskiej relacji z drugim człowiekiem, ale nie potrafię jej już chyba zbudować. Próbowałam - szukałam jej wszędzie. Nawet u dziewczyn. Ale jedno i drugie kończyło się fiaskiem. Zdaję sobie sprawę, że dopóki nie dojdę do jakiegoś kompromisu ze sobą, z innymi także nie zbuduję niczego wartościowego.



Zdaje się też, że mogłabym pisać tak jeszcze wiele, ale... już i tak sporo z siebie wylałam. Trafiłam tu w ramach jednego z tych właśnie "zrywów". Od kilku dni męczy mnie niepokój. Skręca jedna z tych bolączek egzystencjalnych. Może to głupie, ale zareagowałam tak chyba na wieść od dobrej kumpeli, że jest z tamtym moim byłym. Głupie to, bo... koniec z końców nie powinno mnie tak obchodzić. A jednak... było jakimś wstrząsem. Silnym, bolesnym wstrząsem. I teraz znów szukam w pędzie jakiegoś ujścia.

Mam cichą nadzieję, że chociaż tu będę mogła pisać na te wszystkie tematy. Nie do niczego, nie w próżnię. Na te wszystkie tematy, o których często nie potrafię rozmawiać na co dzień.
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
27 lut 2011, 13:08

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości

Przeskocz do