sol omnibus lucet

Jesteś nowy na forum ? Masz okazję przywitać się z innymi forumowiczami.

sol omnibus lucet

przez mimikra 19 paź 2010, 23:53
Znam to miejsce od bardzo dawna, czytałam różne tematy. Bywało mi wtedy... raźniej, ale i też smutno z powodu problemów, z jakimi się borykacie. Jednocześnie wtedy też wszelka treść, jaką mogłabym tu napisać, zdawała mi się być jakaś... niekoniecznie ważna, mało istotna. Ale jednak - bardzo długo się do tego zbieram - zebrałam się i piszę. Potrzebuję tego... po prostu potrzebuję.

Niedawno skończyłam 19 lat. W wieku 16. i 17. straciłam sporą część życia na toksyczny związek. To była moja pierwsza miłość, pierwszy bliski kontakt fizyczny i psychiczny z płcią przeciwną. Z moim ówczesnym ukochanym łączyła mnie bardzo bliska więź - najpierw zwykła znajomość, potem bardzo intensywna przyjaźń, był mi bliższy niż rodzina, ktokolwiek. Do tej pory nie miałam nikogo bliższego, z kim czułabym się tak... swobodnie, komu mogłabym powiedzieć wszystko i rozmawiać bez skrępowania cały dzień.

Po paru tygodniach od zadeklarowania sobie uczucia, wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś znam już kilka podobnych historii i wiem, że to klasyczne 'objawy'. Zaczęło się od kompletnej niewiary w moje oddanie, choć starałam się jak mogłam. Czasem godzinami przekonywałam go, że jest dla mnie najlepszy, wypierałam wszelkie jego wady, jakie sobie zarzucał. Z czasem przestało wystarczać. Mimo że kochałam go nad życie, miałam poczucie winy, że nie potrafię mu tego udowodnić, choć nie robiłam niczego złego. Z czasem okazało się, że robię dużo 'złych' rzeczy - i tak od szczegółu do ogółu... po paru miesiącach złem był już sam fakt, że znam jakichkolwiek innych ludzi. Godziłam się na mnóstwo ustępstw, bo to były tylko szczegóły. Składały się na jedną całość - po pewnym czasie był dla mnie rodzicami, bratem, przyjaciółką. Chciał być i był. Chronił mnie przed całym złem tego świata, przed niesprawiedliwością domu, moimi porażkami. I chronił mnie przed samym światem. 'Niestety', nie mogłam uniknąć kontaktu z innymi. Chodziliśmy do różnych szkół, więc gdy po lekcjach spotykaliśmy się, wypytywał mnie o wszystko - co, z kim, jak i po co. Godziny zajmowało mi tłumaczenie różnych, zupełnie spontanicznych ludzkich zachowań, podczas gdy on doszukiwał się w nich mnóstwa intencji i celów. Zawsze znajdowały się takie, które w jego mniemaniu świadczyły o tym, że mam z kimś bliższy kontakt, niż powinnam. Szybko się denerwował. Szybko padły pierwsze wyzwiska. Pierwsze tłumaczenia 'uniesienia' i przeprosiny mnie. Po paru miesiącach pierwszy raz popchnął mnie w nerwach na ławkę, w zasadzie mną rzucił. Zaczęłam płakać, on też. Przepraszał, mówił, że nad sobą nie panuje, że sam się siebie boi, że zrobi mi krzywdę, że musimy się rozstać. Płakał jak dziecko - i takiego zapamiętam go do dziś, ten obraz niszczy mnie najbardziej.

Wtedy przeczyłam mu, uspokajałam, tłumaczyłam go przed nim samym. Byłam w szoku. Było mi go żal bardziej niż mnie, było mi żal nas obojga. Czasem chyba sama zaczynałam wierzyć, że reszta świata, ta niepotrzebna reszta świata przeszkadza naszemu szczęściu. Potem stało się to już schematem - przesłuchiwanie mnie, szukanie dziury w całym, moje tłumaczenia, jego niezadowolenie, moja bezsilność, jego nerwy, niedopowiedzenia, złość, kłótnia, przy czym tracił panowanie, wyzywał mnie, szarpał. Potem łzy, przepraszanie, zapewnianie, że to ostatni raz. Nic nikomu nie mówiłam, nie miałam, komu. Był pierwszą osobą, której tak zaufałam. I jedyną. Z resztą otoczenia kontakt miałam coraz słabszy. Czasem myślałam sobie, że zdziwieni byliby, że w ogóle zaczynam rozmowę - a co dopiero, gdybym nagle uraczyła kogoś z nich taką historią...

Mieliśmy wielu wspólnych znajomych, w towarzystwie zawsze zachowywaliśmy wszelkie pozory. Nie lubiłam wspólnych wyjść. Drżałam, by jakiś kolega nie podszedł do mnie i nie zechciał rozmawiać, żeby nie dotknął mnie przypadkiem, nie wspomniał, że np. siedzieliśmy w szkole w jednej ławce. I tak potem po każdej takiej imprezie byłam rozliczana. Zdarzyło się parę razy, że już w trakcie wpadał w złość. Wykręcał mi pod stołem rękę, szczypał, pisał SMSy, gdy z powodu towarzystwa, nie mógł wyrazić czegoś głośno. Gdy potem byliśmy w jednej szkole, takie sytuacje zdarzały się bardzo często. To były najgorsze chwile mojego życia. Tak bardzo bałam się, że ktoś zauważy. Mimo że zawsze podczas takich 'rozmów' udawaliśmy się w ustronne miejsce, nie zawsze było to skuteczne. Kiedyś jakiś starszy uczeń podszedł i spytał, czy aby na pewno wszystko gra. Sama sprawiłam, by odszedł... naprawdę nie mogłam inaczej. To, co widział na przerwie, to był wierzchołek góry lodowej, gdybym pozwoliła mu na jakąkolwiek ingerencję, kto uniósłby ciężar całej góry?

Najgorsze były powroty do domu. Ze szkoły, skądkolwiek. Szliśmy sami, czasem trwało to wieczność. Robił ze mną, co chciał. Gdy byliśmy sami w jego domu - też robił ze mną, co chciał. Jego napady agresji potem nie były już tylko napadami, z czasem znęcał się nade mną ze stoickim spokojem. Kiedyś przyszedł postraszyć mnie nożem, a innym razem, gdy próbowałam mu się wyrwać na przerwie w naszej nowej wspólnej szkole, spytał ironicznie, do kogo mam zamiar teraz iść, spokojnie stwierdził, że przecież ci ludzie prawie wcale mnie nie znają, więc co im powiem, i tak mi nikt nie pomoże. W takich chwilach tak wielki czułam żal do świata, że nikt nic nie widzi, nikt nie mówi, nikt nie powie mu po prostu, by mnie zostawił. Dużo później jednak zdarzyło się to parę razy - na próżno. Po dłuższym czasie marzyłam, żeby raz uderzył mnie tak mocno, żebym upadła na ziemię, zalała się krwią, cokolwiek. Chciałam trafić do szpitala, gdziekolwiek, chciałam nagle zniknąć i mieć na to usprawiedliwienie, odciąć się od tego świata i tych ludzi, którym musiałabym wszystko tłumaczyć - i siebie, i jego. Chciałam, żeby w tym czasie wszystko rozegrało się i naprawiło bez mojego udziału, poza mną.

Kiedyś, gdy stałam w jego silnym uścisku ze łzami w oczach, podszedł do nas nasz wspólny dobry kolega, ucięli sobie krótką, miłą pogawędkę, a gdy odszedł - mój ukochany wrócił do dzieła. Tak się wtedy złożyło, że ten sam nasz wspólny kolega był pierwszą i przez długi czas jedyną osobą, której odważyłam się napisać za pośrednictwem Internetu trochę o tym, co się dzieje. Przez niefortunny przypadek mój luby dowiedział się o tym i ukarał należycie. Lecz gdy niedługo po tym przekonał się, że mimo iż ktoś WIE, kompletnie nie daje tego po sobie poznać, zaczął sobie kpić ze mnie, ironicznie komentując fakt, że mogę sobie ludziom mówić, mogą mnie wysłuchać, pożałować, a jemu nie powiedzą ani słowa i nie zmienią do niego stosunku. Miał rację. I dziś co do tego faktu wciąż mam ambiwalentne odczucia, jednak jestem w stanie wyobrazić sobie, co musieli czuć inni, gdy oskarżałam go i broniłam jednocześnie, gdy mówiłam tak niewiele, gdy byli tak zdezorientowani. Nie są niczemu winni, mieli prawo do bezradności.

Czasem wychodziłam roztrzęsiona z domu, czasem ze szkoły - do niego, który mnie wysłuchiwał i pocieszał. Potem przy pierwszej lepszej kłótni, gdy błagałam o spokój, pytał ironicznie, do kogo pójdę, gdy znów potraktują mnie jak śmiecia. A ja wiedziałam, że mogę tylko do niego. On też. Kpił więc często. I najgorsze, że zawsze miał rację.

Oczywiste, że próbowałam się bronić. Próbowałam walczyć, buntować się, zostawić go. Za każdym takim razem zapewniał, że nie może beze mnie żyć, że zrobi sobie krzywdę, zabije się. Najgorszą torturą dla mnie było, gdy oboje byliśmy w swoich domach, a on wyłączał telefon. Najczęściej zostawiając na pożegnanie SMSa z groźbami, pożegnalnego. Nie raz szukałam go - w parku, nad torami, wszędzie. Nie raz potem dowiadywałam się przypadkiem, że w istocie uczył się albo np. siedział w najlepsze przed monitorem i z kimś rozmawiał. Ale za każdym razem groźby były inne, tak jak i okoliczności. Za każdym razem czułam się ODPOWIEDZIALNA. I gdybym choć raz nie wyszła do niego tak, jak tego chciał, i nawet przypadkiem stałoby mu się cokolwiek, nie wybaczyłabym sobie tego do końca życia.

Nie byłam pierwsza, jego poprzednia dziewczyna doświadczyła tego samego, jednak bardzo szybko wycofała się. Wiele za to zapłaciła. Wówczas mało kto ze wspólnych znajomych jej uwierzył, a wychowawczyni w szkole skłonna była prędzej uznać, że dziewczyna sobie coś ubzdurała i chce zaszkodzić dobremu uczniowi, zamiast też skupić się na nauce.

Był jednym z najlepszych uczniów, zawsze. I mimo tego emocjonalnego syfu, potrafił jednocześnie idealnie o siebie zadbać, miał też życie towarzyskie, koleżanki, przyjaciółki - o wielu bliskich znajomościach dowiedziałam się po czasie albo przypadkiem... ale jemu było wolno - on przecież był przekonany o swojej wierności. To ja musiałam poświęcić mu wszystko, a ciągle było mu mało i mało. Próbowałam się uwolnić, próbowałam ignorować groźby, próbowałam MÓWIĆ o tym innym. Nic nie skutkowało. Bardzo bliska koleżanka zaangażowała się w tą sprawę, próbowała z nim rozmawiać, tak bardzo się starała. Wiele rozmawiali. Okazało się potem, że serwował jej stek kłamstw. I mi także - relacjonując te rozmowy. Miał szansę spotkania psychologiem, odmówił, na dodatek sprawę rozegrał tak, że ostatecznie wyszło na to, iż to moja wina. Teraz wiem, że nie chciał nic zmieniać. Czuł się bezkarny, nie musiał więc. A jeśli zapewniał o tym, że chce być inny - to tylko dlatego, by zyskać na czasie. Mieć na mnie sposób. A i to przestało działać.

Znów próbowałam się uwolnić. Gdy wpadał w furię, nie wyżywał się już tylko na mnie, ale i na sobie. Robił sobie krzywdę na moich oczach. Kiedyś podniósł ostry kamień i rozciął nim sobie rękę, nim zdążyłam zareagować. Zdarzyło się, że umyślnie zranił się w domu, a potem mi to pokazywał, mówiąc, że to moja wina. Kiedyś próbował uderzyć głową w mur, nie blefował, osłoniłam jego czoło swoją dłonią. Poharataną rękę tłumaczyłam upadkiem. Nie ćwiczyłam na lekcjach WFu, bo bałam się, że w szatni ktoś zauważy siniaki na moich rękach. Miałam tylko siniaki od uścisków, zadrapania. Jeśli już uderzał, to tylko po brzuchu, czasem po głowie. Lekcje oznaczały dla mnie tylko 45 min. do kolejnej przerwy, do kolejnego dzwonka, po którym muszę wyjść jak najszybciej z klasy, bo on już czekał, i uważać, by z nikim po drodze nie rozmawiać, gdy będzie patrzył. Nie zawaliłam całkiem szkoły tylko dlatego, że pilnował mnie także pod tym względem. Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że zazdrości mi takiego chłopaka, który tak o mnie dba, troszczy się, kseruje mi zeszyty w szkole, gdy jestem chora. A częściej niż z powodu choroby, nie przychodziłam do szkoły z jego powodu. Notatki donosił mi głównie dlatego, bym nie prosiła o skany kogoś z klasy, w tym zwłaszcza naszego kolegi, o którego był chorobliwie zazdrosny. Rzadko mówił o nim dobrze. Na co dzień byli dobrymi kumplami.

Przez ten rok wydarzyło się wiele złego, wiele sytuacji, o których boję się myśleć i pisać. Wiele pieprzonych sytuacji, o których nie umiem komuś opowiedzieć, bo albo są tak nieprawdopodobnie straszne, że nikt nie chciałby tego słuchać, albo świadczą tak bardzo o tym, że byłam jak bezwładny śmieć, z którym można zrobić, co się zechce, że z obrzydzenia do siebie i wstydu nie chciałabym nikomu serwować takich opowieści. Staram się o tym nie myśleć. Czasem, gdy te wspomnienia dopadają mnie gdzieś - na ulicy, w domu, gdziekolwiek, zaciskam zęby i pięści, nie mogę nic. Nie mogę nic.

Uwolniłam się. Powoli, powoli sprawa wyszła na jaw, mama zobaczyła siniaki po uściskach, trochę jej opowiedziałam, choć w stosunku do wszystkiego - bardzo niewiele. Pewnego dnia udała się z tym do szkoły, bez mojej wiedzy. Wezwano nas obojga do gabinetu. Tam było tak dużo ludzi... wszyscy dyrektorowie, pani pedagog, moja mama, on, ja. Miażdżył mnie wzrokiem. Kazali mi mówić, choć w sumie mówili za mnie, więc tylko przytakiwałam. A nie wiedzieli właściwie nic. Spisali protokół, kazali nam podpisać. Jemu samemu to, że nie będzie mnie nachodził, prześladował, znęcał się, że da mi spokój. Postraszyli go prokuratorem, wyrzuceniem ze szkoły. Jego rodzice do tej pory nic wiedzą, mimo naszej niepełnoletności. Nie wezwano nikogo z nich ze względu na osobiste sprawy jego matki i dyrektora szkoły. Szkołę ukończył ze wzorowym zachowaniem. A ja męczyłam się z wychowawczynią, która najwyraźniej nigdy w to wszystko nie uwierzyła.

Pedagog powiedziała mi wtedy, żebym zgłosiła się parę dni później do niej, żeby pogadać. Miała dla mnie może pół godziny, zdążyłam się tylko upewnić, czy nic mu nie będzie, czy sobie nic nie zrobi. Nie dała mi tej pewności. Później też jej nie dała, żadnej pewności, żadnemu z nas. Ostatecznie zostałam sama. Parę miesięcy później koleżanka, na wieść o tym wszystkim, zaprowadziła mnie do znajomej psycholog, próbowałam jej coś mówić, ale nie wiedziałam, co, jak i w ogóle nie bardzo mi to wyszło. Zabrałam jej dużo czasu, potem trzeba było już iść, dawno nikogo tak nie zanudziłam, nic z tego nie wynikło. Więcej z nikim nie rozmawiałam.

On żył dalej swoim życiem. Ja po jakimś tygodniu wróciłam do szkoły, do mojej klasy, której praktycznie nie znałam. I do starych, zapomnianych znajomych. Wszelki czas poza szkołą był katorgą. Sama nie umiałam nic. Nie pamiętałam już, kiedy wyszłam sama do sklepu, kiedy miałam czas dla siebie, kiedy mogłam porozmawiać, z kim chcę, kiedy mogłam spędzić cały dzień wg własnej woli, zostawić telefon w innym pokoju i zapomnieć o nim, planować coś sama. I nie, to nie było odzyskane szczęście. Ja tego nie umiałam. Ja tego nie chciałam. Nie było mi to potrzebne. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. A on traktował mnie jak największego wroga... i choć to wydaje się nie mieć sensu - czułam się odrzucona, jak mały piesek zostawiony samotnie w lesie. Ukarany. Wszyscy zrobili, co powinni i wymagali teraz ode mnie. Że będę żyła, jak bez problemu.

Zaczął się ze mną kontaktować. Bywało bardzo źle lub źle. Gdy przy którymś razie teatralnie napisał, że da mi spokój, to spytałam, czemu teraz. Czemu moje starania, błagania, czemu mój ból nic nie był w stanie zmienić, a grupa obcych ludzi i papierek tak. Napisał, że dziewczyn może mieć wiele, ale szkół nie.

To wszystko trwało, i trwało. Pojawiło się po drodze wiele epizodów, wiele ludzi, wiele jego nowych przyjaciółek, różnie kończyły. Na chwilę obecną wiem o paru dziewczynach, w tym o jednej, która z jego strony szczególnie doświadczyła tego, co ja na początku. To mi wiele uzmysławia. Na nieskończoną ilość rzeczy życie nauczyło mnie patrzeć racjonalnie.
Już nie marzę o tym, by odzyskać przyjaciela w nim, jego samego, dobre wspomnienia. By do niego wrócić, by znów spróbować mu pomóc, zmienić go, nas, świat. Wyrosłam z tego.

Radziłam sobie sama, różnie. Trochę się starałam, trochę udawałam. Grałam. Zachowywałam pozory. Uciekałam. Od ludzi, do ludzi, z domu, z miasta. Uciekałam, wracałam. Cięłam się, głodziłam, planowałam samobójstwo. Śmierć babci przeszkodziła mi w tym, bardzo dotkliwie. Mam jednak nadzieję bądź też tylko sądzę, że i tak nie starczyłoby mi odwagi. Przeżyłam syndrom wyfrunięcia z klatki - pakowałam się w mniej lub bardziej rozsądne relacje z chłopakami, za każdym razem kończyło się niezdrowo, za każdym razem uciekałam, raniłam, miałam dość. Nie szanowałam się, swojej duszy i ciała. Albo innych. Byłam zła. Żadnego tak naprawdę nie kochałam. Traktowałam ich jak ucieczkę. Jak kogoś, kim mogę się zaopiekować. W zamian za to samo. Z zakazem wstępu do mojej przeszłości, dwa razy go złamałam i skończyło się to źle. Być kimś zupełnie innym - to było piękne. Pocałunki czy coś więcej, nic nie sprawiało mi problemu. Ale nie pozwolę się nikomu przytulić, do dzisiaj. Teraz już chyba nawet dotknąć.

W naszej wspólnej szkole dusiłam się, mijając go dziesiątki razy dziennie, spotykając go ze wspólnymi znajomymi lub w drodze do domu. Po długim, burzliwym czasie, zaczęło się unikanie. Dziś udawanie obcych sobie ludzi opanowaliśmy do perfekcji. Poker face i milczenie miliony razy musiałam odreagować potem w domu, grę aktorską całego dnia w nocy odchorowywałam z nawiązką.

We wspólnej szkole wytrzymałam jeszcze rok. W ostatniej klasie przeniosłam się do innej. I naprawdę żałuję, że półtora roku wcześniej nikt nie wbił mi do głowy, że powinnam zrobić to od razu. Żyć życiem, a nie pozorami. Minęło tyle czasu, a wciąż, gdy go widzę, wszystko, ale to wszystko do mnie wraca. A wtedy każdy dzień we wspólnej szkole był dla mnie czymś takim, to mnie prawie zabiło.

Nienawidziłam tamtego miejsca, tamtych ludzi. Wiele znajomości odzyskałam, uzyskałam trochę nowych, wielu ludzi tam było mi dość bliskich, ale przez każdego czułam się jednakowo... zdradzona? Nie wiem, jak to nazwać. Oni go znali... rozmawiali z nim, coś ich z nim łączyło. Z nim, z Tym Złym Czasem. Trochę też go im zazdrościłam, tego, że dla nich jest taki dobry, że tak bardzo go lubią i mogą go lubić. Czułam się jakaś wyklęta przez to, co o nim wiem. Jak kula o nogi. Jak czyjś natrętny wyrzut sumienia. Niesmak w towarzystwie.

Z jednej strony byłam duszą towarzystwa, jak za dawnych czasów, z drugiej to była tylko fikcja. Wiele moich obecności odwoływałam w ostatniej chwili, tysiące razy miałam takie dni, że znikałam bez słowa, wyłączałam telefon, musiałam być kompletnie sama. Mam tak do dziś. Nie umiem tego wyjaśnić - po prostu czegoś jest za dużo - nie wiem, czego - i muszę uciec, schować się na jakiś czas. Potem znów wracam, potem znów czuję się jakaś osaczona, znów muszę się schować. Podobnie jest z moimi wszelkimi relacjami damsko-męskimi. Jest dobrze, jest miło, czuję się bezpiecznie, nawet sama trochę do tego dążę, prowokuję wiele sytuacji - wiem o tym, a potem nagle pojawia się w tej osobie coś nie do zniesienia. I to nie tak, że ja to sobie znajduję, bo chcę - ale naprawdę to jest, czuję to, widzę. Mam dość tej osoby, jej obecności, zainteresowania, chcę świętego spokoju. I ostatecznie zapewniam go sobie. Zwykle wtedy ranię, więc mam wyrzuty sumienia, pożerają mnie. Ale gdy ten ktoś w końcu sobie mnie odpuszcza, to czuję coś na kształt tęsknoty, samotności, odrzucenia. Nie ma nikogo, jest mi źle.

I jednocześnie nie chcę, by ktoś był. I to jest mój problem. Bo wiem, że muszę. Bo to społeczny obowiązek. Bo to przecież fakt, że w pojedynkę nie można być szczęśliwym. Bo chcę rozumieć szczęście innych wokół mnie, móc normalnie z nimi rozmawiać. Mój sceptycyzm odnośnie związków jest bardzo... niewyjściowy. Chcę się tego pozbyć. Ale naprawdę... nie potrafię. Chcę być sama. I nie chcę być samotna, to boli, ale jednocześnie damsko-męskie przyjaźnie szybko zaczynają dążyć zbyt głęboko, zbyt blisko. A ja nie chcę.

Dokonałam wielu cudów, jestem z siebie dumna. Dwa lata liceum, które były dla mnie sumą luk w pamięci, udało mi się samodzielnie jakoś nadrobić. W nowej szkole nie czułam się dobrze, to było jak gorzkie lekarstwo, czułam się obco, do tego każdego dnia uzmysławiałam sobie, czemu tak naprawdę tam jestem. Pytania o to dobijały mnie. Mimo wszystko zdałam doskonale maturę, dostałam się na wymarzone studia. Znów jestem w nowym środowisku. Wybrałam miejsce, w którym nie ma nikogo z moich znajomych. Ani najmniejszej cząstki starego świata. Właśnie mija mi drugi dzień nieobecności na wykładach, znów milczę, znów boję się wyjść, znów nie mogę nic. I znów walczę. I znów może jutro będzie lepiej.

Anemii praktycznie się pozbyłam, nerwicy nie, depresji chyba też nie - czymkolwiek jest. Z odżywaniem raz gorzej, raz lepiej, śpię lepiej, jestem, żyję. I rozumiem coraz więcej.

Ale to wraca... i im więcej czasu mija, tym mniejsze mam prawo, by w ogóle komukolwiek się tym żalić. Ludzie zapomnieli, ja też powinnam. Ludziom dzieją się nieopisanie większe krzywdy i uczą się z tym żyć, przechodzą z tym do porządku dziennego. A ja nie potrafię. To wraca... w filmach, książkach, życiach innych. Gdy widzę lub słyszę coś o tym, co przydarzyło się mi, wspomnienia i porównania mnie paraliżują. Mam wrażenie, że cały świat na mnie patrzy i wie. I potem, gdy tylko jestem sama, zaczynam histerycznie płakać, nie mogę usnąć.

Ludzie, którzy byli w tym czasie blisko mnie, zniknęli. W większości na moje własne życzenie, ja ich chyba usunęłam umyślnie. Ale paru jest... paru zostało, którzy jakoś przetrwali moje napady, milczenia, ucieczki od świata. Najwyraźniej tolerowali to - bądź też po prostu bagatelizowali. Ale to nie jest teraz ważne. Ważne, że Wiedzieli i Byli. Jednak dzisiaj nasze życiowe drogi się rozchodzą, jest coraz gorzej.

A on jest gdzieś daleko, być może krzywdzi właśnie kolejną dziewczynę, być może krzywdzi siebie, a ja nic nie mogę zrobić. Kompletnie nic...

Walczę, staram się i z czasem to już nie tylko pozory - bo naprawdę bywa dobrze. Ale to wraca... i znów uciekam, znów chowam się, znów coś każe mi jeść, i jeść, i jeść, a potem lustro każe mi głodzić się w ciągu następnego dnia albo kilku. Znów budzę się rano, nie mam siły i chęci, by się ubrać, umyć, posprzątać, leżę w łóżku, nie mogę nic i gryzę nadgarstki, bo nie mogę krzyczeć. A parę dni później wstaję, jakaś energia pozwala mi ogarnąć wszystko, wyglądać perfekcyjnie i perfekcyjnie spędzić czas. Czuję się jak Syzyf, chcę umrzeć. Naprawdę. Wiem, że to brzmi banalnie - ale nic nie ma sensu. Nie wolno się przyzwyczajać do ludzi, nigdy nie wiemy, co mają w mózgach, Nie wolno przyzwyczajać się do miejsc, do sytuacji, bo to są tylko chwile. Moje chwile zapomnienia. Między dniem a nocą. Między jedną ucieczką a drugą.


Chciałam tylko komuś o tym opowiedzieć, komukolwiek. Jeśli ktokolwiek przeczytał to do końca, ma u mnie pół litra.


Nie marnujcie ani sekundy i nie pozwólcie, by ktoś Was zepsuł. Walczcie, do cholery, walczcie każdego dnia.
Nie udawajcie, nie zmuszajcie się do niczego i bądźcie, kim chcecie być.

Offline
Posty
8
Dołączył(a)
19 wrz 2010, 18:37

Re: sol omnibus lucet

przez ewaryst7 20 paź 2010, 14:58
Taaaak..... Typowy toksyczny , śmiercionosny związek.Byłam w takim.Dlugo.Za dlugo.Ale teraz zdrowieję.Idż do psychologa.Opowiedz WSZYSTKO... Potrzebujsz terapii i pomocy.Cierpisz, a przecież tak nie musi być.Ratuj siebie.Warto.
Offline
Posty
2102
Dołączył(a)
29 maja 2008, 08:11
Lokalizacja
Braniewo-City

Re: sol omnibus lucet

przez Nodame 20 paź 2010, 17:03
Ta historia mnie wręcz zszokowała - wiem, że to co piszesz jest prawdą, którą przeżyłaś, ale miałam wrażenie, że czytam książkę, fikcję, bo aż wierzyć mi się nie chce co przeszłaś. Opis Twoich emocji wywarł na mnie takie wrażenie, jakby tę historię opowiadał mi ktoś bliski.
Sposób w jaki to wszystko opisałaś, pozwala mi uważać, że jesteś mądrą dziewczyną, mam nadzieję, że dzięki temu daleko zajdziesz i zdołasz zapomnieć o przykrych wspomnieniach, albo może byłoby lepiej gdybyś potrafiła stanąć ponad nimi, życzę Ci tego z całego serca!
Nodame
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: sol omnibus lucet

przez Natusia 20 paź 2010, 18:15
przeczytałam i aż posmutniałam .... naprawdę Ci współczuję tego co przeżyłaś... Ty też walcz , walcz o siebie , walcz o swoją przyłość o szczęście o piękne chwile które na Ciebie czkają walcz... Życzę Ci jak najlepiej :) Trzymaj się
...śmierć jest spokojna łatwa życie jest trudniejsze...
Offline
Posty
1382
Dołączył(a)
13 maja 2010, 11:32

Re: sol omnibus lucet

przez ewaryst7 20 paź 2010, 19:19
Wlaśnie tak.WALCZ.
Offline
Posty
2102
Dołączył(a)
29 maja 2008, 08:11
Lokalizacja
Braniewo-City

Re: sol omnibus lucet

przez mimikra 22 lis 2010, 17:31
Ewaryst... a Ty...? walczyłaś? wygrałaś walkę? można ją wygrać?
Offline
Posty
8
Dołączył(a)
19 wrz 2010, 18:37

Re: sol omnibus lucet

Avatar użytkownika
przez Badziak 22 lis 2010, 23:23
Można. Już ją wygrałaś, bo skończyłaś z tym człowiekiem. Reszta to ciągła walka ze sobą, ze wspomnieniami. Radziłabym przejść się do psychologa - on pomoże się z tym uporać.
Zaburzenia depresyjno-lękowe z elementami fobii społecznej:
Anafranil SR (klomipramina) 150 mg
Amizepin (karbamazepina) 400 mg

+ terapia behawioralno-poznawcza :)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1412
Dołączył(a)
19 kwi 2010, 23:21

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości

Przeskocz do