Rozstanie? Prośba o pomoc i ocenę sytuacji z zewnątrz..

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Rozstanie? Prośba o pomoc i ocenę sytuacji z zewnątrz..

przez gammal 17 lip 2016, 21:52
To miał być weekend ostatniej szansy. Angelika obiecała, że się zmieni i przestanie permanentnie ranić mnie swoją chorobliwą zazdrością. Jej zazdrość z biegiem naszego związku, stawała się coraz bardziej toksyczna i bolesna dla mnie. Przez cały czas zmuszony byłem do wysłuchiwania obelg kierowanych pod adresem mojej byłej, wieloletniej dziewczyny oraz jedynej koleżanki z jaką utrzymuję stały kontakt. Podsumowując, była zazdrosna o wszystkie kobiety z mojego otoczenia, zarówno te, które dawno w nim nie istnieją, jak i te obecne. Najczęstszym obiektem jej ataku była Sylwia, kobieta z którą zakończyłem bezpowrotnie związek 7 lat temu. Angelika dokładnie znała naszą historię, ponieważ szczerze i otwarcie mówiłem o swojej partnerskiej przeszłości. Zapewniałem ją, że związek z Sylwią jest dla mnie zamkniętym rozdziałem w życiu, a Sylwia osobą, do której nie chcę wracać nawet myślami, ponieważ nie widzę sensu w marnowaniu teraźniejszości na wspominanie osób, których w moim życiu już nie ma i z którymi od niemal 7 lat nie utrzymuję choćby najmniejszego kontaktu. Na każdym kroku deklarowałem Angelice, że jest jedyną kobietą w moim życiu i to ona zamieszkuje w moim sercu. Ona i tylko ona. Mimo to, regularnie kierowała w moją stronę słowa typu: „Sylwia była miłością Twojego życia. Na pewno za nią tęsknisz i nie możesz przestać o niej myśleć.”. Były to kompletnie absurdalne zarzuty, których już nie potrafiłem odpierać. Wiecznie wałkowaliśmy ten temat – ja ze swojej strony prosiłem, aby wreszcie dała temu spokój i nie wmawiała nieprawdy w moje uczucia, które jako ich właściciel, znam najlepiej. Nigdy też nie napomknąłem nawet słowa o tym, że tęsknię za moją byłą miłością i rozpamiętuję jej utratę. Nie robiłem tego, ponieważ moje myśli skupiały się tylko na Angelice, a serce nie miało najmniejszych wątpliwości, że to ona jest jego wybranką. Z czasem problem Angeliki i notoryczne przywoływanie Sylwii w naszych rozmowach, urósł do rangi chorobliwej pasji. Sama, na własną rękę, odszukała jej zdjęcia w Internecie. Z mojego opisu znała tylko jej imię, uczelnię oraz kierunek studiów i rocznik. Te dane wystarczyły jej, aby na podstawie listy absolwentów, ustalić personalia, a później z pozytywnym skutkiem odnaleźć jej profil na facebook’u i instagramie. Wtedy dopiero zaczęło się piekło. W Angelikę wstąpił diabeł, który całe swoje zło przelewał na mnie. Ubliżała Sylwii, krytykując jej urodę, używając takich sformułowań, jakich nie powstydziłby się zaprawiony w więziennej grypserze recydywista. Wciąż słyszałem: „Idź do tej swojej pizdy Sylwuni; ta dziwka jebana; ta szmata pierdolona; spierdalaj z mojego życia i jedź do swojej rozjebanej Sylwusi i ją ruchaj”. Nie były to incydentalne sytuacje, lecz regularne opisy. Prosiłem, błagałem, argumentowałem że mówiąc tak, sprawia mi ogromną przykrość. Po pierwsze dlatego, że kompletnie nie myślę o tej kobiecie. A po drugie, dlatego że za moimi plecami grzebie w mojej przeszłości, bawi się w detektywa, odkrywa to co zechce, nie zważając na moją opinię i w rezultacie obraża w obsceniczny sposób kobietę, z którą byłem przez ponad pięć lat swojego życia i z racji tego uważam, że należy się jej elementarny szacunek. Dodatkowo, obrażając ją, obraża i mnie – odnosząc się do mojej przeszłości. Gdy tak mówiłem, w odwecie słyszałem: „Bronisz jej jak lew, tej suki. Powiedz, że jest brzydka i jej nienawidzisz” – totalna psychoza. Tak, bronię człowieka, którego Angelika nie zna, a którego miesza z błotem i czyni to z tak niebywałą, przerażającą mnie łatwością. Nie była to jej jedyna ofiara. Kolejną stała się Paulina, moja dobra koleżanka, z którą mimo sporej, dzielącej nas odległości, utrzymujemy regularny kontakt. Znam ją prawie od 7 lat i cenię naszą znajomość. Spędziliśmy ze sobą wiele czasu na rozmowie, to między innymi dzięki niej udało mi się na nowo poukładać swoje myśli po rozstaniu z Sylwią. Myślę, że Paulina swoją postawą zasługuje na miano prawdziwej przyjaciółki, na którą zawsze mogłem liczyć i która nigdy mnie nie zawiodła. Oczywiście Angelika tej relacji też nie może zrozumieć (znów, może mój błąd, że szczerze się przyznałem, że taką koleżankę mam), bo jeśli tak dobrze się rozumiemy, to dlaczego nie jesteśmy razem? Tak jakby każdy duet damsko-męski, który odnajduje wspólny język, od razu był skazany na związek partnerski. I tu również sypały się gęsto obraźliwe słowa, tym razem w kierunku Pauliny. Angelika miała do mnie pretensje dosłownie o wszystko, nawet o to, że wyraziłem się pozytywnie o Paulinie, mówiąc o jej relacjach z dziadkami, o których naprawdę dba jak mało która wnuczka w dzisiejszych czasach. Ot zwykła myśl, którą podzieliłem się ze swoją dziewczyną. To już wystarczyło jej, żeby zmieszać Paulinę z błotem. Przez pewien czas, Angelika wierciła mi dziurę w brzuchu, nalegając bym pokazał jej zdjęcie Pauliny. Wzbraniałem się przed tym, mówiąc że nie chcę tego robić bez jej zgody, a poza tym po wszystkich obelgach jakie w nią skierowała, uważam za dalece niestosowne pokazywanie jej jakichkolwiek zdjęć. Nalegała, że gdy ją ujrzy, przestanie tracić nad sobą kontrolę, ponieważ wszystkie epitety jakie zdarzało się jej artykułować pod adresem Pauliny, wynikają z tego, że dziewczyna ta owiana została niesamowitą tajemnicą, a ona nawet nie wie jak ta kobieta wygląda. Argumentację uznałem za bezzasadną, ale postanowiłem jej ulec i pokazać zdjęcie mojej koleżanki. Gdy to zrobiłem, zmierzyła ją wzrokiem i ze złością odparła: „wiesz, że ona jest piękna?”. Odpowiedziałem: „To jest Twoje zdanie. Ja nie oceniam jej w tych kategoriach, ale zgadzam się, że może się podobać mężczyznom. Ty jesteś dla mnie najpiękniejsza.”. Niedługo musiałem czekać na kolejny wylew złości Angeliki i kierowanie tym razem już pod adresem Pauliny obelg w postaci: „głupia krowa; ma grube uda; wcale nie jest piękna; lodziara; nawet sobie chłopaka nie umie znaleźć”. To naprawdę stawało się dla mnie koszmarem nie do zniesienia, w którym jednak w imię miłości starałem się wytrwać. Wreszcie postawiłem jej ultimatum i powiedziałem, że jeśli nie zacznie się leczyć (nie uda się do psychologa), to odejdę od niej. Dodałem, że chcę jej pomóc i może liczyć na moje wsparcie, a jeśli jej psycholog chciałby się ze mną skontaktować, to służę swoim numerem telefonu, jak również obecnością w gabinecie o ile tylko będzie to konieczne. Oczywiście odparła, że nie potrzebuje żadnej pomocy psychologicznej, ponieważ z nią jest wszystko w porządku. Następnego dnia zmieniła zdanie i powiedziała, że zgadza się na to rozwiązanie i że nie chce już nas niszczyć. Zapytała, czy poszukam z nią psychologa – naturalnie spotkała się z moją zgodą. Pod tym właśnie warunkiem (że zgodzi się na wizytę u psychologa) zdecydowałem się na kolejne spotkanie. Dzieli nas dość duża odległość, więc widujemy się średnio raz na dwa tygodnie. Czasem są to weekendy, a czasem 4-5 dni z rzędu. Zaprosiłem ją do siebie, mówiąc pół żartem, pół serio, że tym razem aby wkupić się w moje łaski, musi przygotować nawet minimalistyczną kolację, dobry alkohol i obiecać, że to spotkanie będzie wolne od wszelkich awantur i bezpodstawnych kłótni. Zgodziła się, a między nami znów przez chwilę zapanowała przyjazna i właściwa nie tak odległym czasom atmosfera. Spędziliśmy trzy naprawdę miłe dni, byliśmy między innymi na koncercie, który w obojgu nas wzbudził fantastyczne emocje i wydawało się, jeszcze bardziej podkreślił wyjątkowość tego, co nas łączy. Sielanka niestety nie mogła trwać wiecznie. Piekło rozpętało się w sobotę przed siódmą rano. Wstaję codziennie w okolicach godziny 6:30 i tak też było w sobotę. Gdy się obudziłem i spojrzałem na telefon, zauważyłem że mam sms od Pauliny, która napisała do mnie wiadomość z powitaniem i pytaniem, czy wszystko u mnie w porządku. Nie odzywałem się do niej od środy, stąd ten sms. Ogólnikowo dając znać, że żyję, odpowiedziałem na niego następująco: „Dzień dobry Paulinko ”. Niestety, pech chciał, że wysyłając wiadomość w wyniku zaspania, zamiast do Pauliny, wysłałem ją do śpiącej jeszcze Angeliki. Gdy się zorientowałem, obudziłem ją i poprosiłem czy może na chwilę odblokować swój telefon i dać mi go. Oczywiście się nie zgodziła, a kiedy zobaczyła, że ma wiadomość ode mnie, od razu ją przeczytała. Po chwili zerwała się z łóżka i powiedziała, że chce jechać do domu, natychmiast (planowo miała odjechać w niedzielę). To nie był pierwszy raz, kiedy w ten sposób, impulsywnie reagowała (typ wybiegający z domu w czasie sporów, pakujący walizki i trzaskający drzwiami). Prosiłem ją, żeby się uspokoiła, tłumacząc że nie stało się nic złego, poza tym, że doszło do pomyłki z mojej strony, a wiadomość którą wysłałem, jest zwykłym smsem, który notabene został napisany jako odpowiedź. Wtedy zaczęła mi zarzucać, że już mi nie wierzy, że ją zawiodłem i że złamałem obietnicę, którą jej dałem. Obietnicą tą było jej wcześniejsze wymuszenie, polegające na tym, iż zakazała mi zwracać się do mojej koleżanki per „Paulinko”, na rzecz „Paulina”. Kompletny absurd. Prosiłem, tłumaczyłem, wyjaśniałem, że gdy kogoś darzymy sympatią i znamy od wielu, wielu lat, to nie ma nic nadzwyczajnego, ani niestosownego w tym, że używamy mniej szorstkiej formy jego imienia, która w tym przypadku jest zdrobniona. Nie potrafiła tego zrozumieć, że Paulinę znam znacznie dłużej niż ją i jakąś kompletną mistyfikacją jest nagłe, bezpodstawne zwracanie się do niej „Paulino”, gdy wcześniej stosowałem formę „Paulinko”. Gdy o tym piszę, mam wrażenie, że zaraz zwariuję, ponieważ tak kuriozalnych problemów powinno w ogóle nie być. Jak miałbym oznajmić to Paulinie? „Hej, posłuchaj teraz będę mówił do Ciebie Paulina, bo Paulinka jest niestosowne, gdyż moja dziewczyna mi tego zabrania.”? Naprawdę, mimo że jestem człowiekiem o dość dobrej wyobraźni, trudno jest mi wyobrazić sobie bardziej kretyński warunek do zrealizowania w związku partnerskim. Prosiłem Angelikę, żeby raz jeszcze to przemyślała, żeby nie wyjeżdżała i nie psuła tego weekendu, o który oboje tak zabiegaliśmy. Na nic się zdały moje prośby, kategorycznie powiedziała, że wyjeżdża. Moje łzy, których jako facet się zwyczajnie wstydzę, również nie były w stanie wpłynąć na jej postępowanie. Jak chciała, tak uczyniłem. Ubrałem się i zawiozłem ją na dworzec. Będąc na miejscu, raz jeszcze poprosiłem ją, żeby tego nie robiła, ponieważ popełnia błąd i wyolbrzymia całą tę sytuację. Była nieugięta. Podeszła do kasy biletowej i wtedy okazało się, że pociąg, którym chciała odjechać, nie ma już wolnych miejsc siedzących, a pozostały tylko stojące. To skutecznie ostudziło jej chęć powrotu do domu i na moje słowa: „wracajmy”, ruszyliśmy na zewnątrz w stronę parkingu. Widziałem jak po drodze sprawdza połączenia polskiego busa, co po raz kolejny uderzyło mnie w serce, więc poprosiłem ją, żeby tego nie robiła i aby wreszcie skończyła tę farsę. Posłuchała i tak wróciliśmy autem do domu. Nie odzywała się do mnie, a jeśli to robiła pod wpływem moich rozlicznych prób wzniecenia dialogu, to powtarzała jak mantrę, że się zawiodła, że nie potrafi mi ponownie zaufać i że generalnie, zrobiłem coś strasznego, co wiąże się niechybnie z końcem związku. Pytałem, błagałem o wyjaśnienie, kompletnie nie rozumiejąc w czym tkwi przyczyna takich zachowań. Jak można przekreślać związek oparty rzekomo na prawdziwym uczuciu, tylko dlatego, że ktoś (jej zdaniem) złamał daną obietnicę i do swojej koleżanki raczył zwrócić się „Paulinko” zamiast „Paulino”. Czułem się w tej rozmowie kompletnie bezsilny, ignorowała wszelkie racjonalne argumenty jakich używałem. Nic do niej nie docierało, zaprogramowała się jako postać do szpiku kości pokrzywdzona i nie zważała na to, co mówię. Tak minął cały dzień. Nie wpłynął na nią nawet film, który wspólnie obejrzeliśmy. Zero jakichkolwiek refleksji, zastanowienia nad swoim postępowaniem i nad krzywdzeniem człowieka tylko dlatego, że wysłał głupi, nic nieznaczący sms do osoby, o której istnieniu od początku wiedziała. Późnym wieczorem byłem już tak wycieńczony całą tą sytuacją, że autentycznie nie potrafiłem udźwignąć tego psychicznie. Wprost prosiłem ją, żeby mi pomogła, bo sobie z tym nie radzę. Nie radzę i nie rozumiem położenia, w którym się obecnie znajduję. To było dla mnie nielogiczne i niepojęte. To, że nagle zmieniła się o 180 stopni, jakbym przynajmniej dokonał aktu zdrady. Tak, tak właśnie się czułem, jakbym ponosił konsekwencje zdrady na której zostałem przyłapany. Zdrady jednak żadnej nie było, ani teraz ani w przeszłości, więc nie miała żadnych powodów aby tak reagować. Gdy siedziałem nad nią i ze łzami w oczach prosiłem abyśmy doszli do porozumienia, raz jeszcze wyjaśniając, że nie zrobiłem nic złego, usłyszałem: „żałuję, że Cię poznałam”. Nie wytrzymałem i rzuciłem w nią jej bawełnianą bluzką. Nie zrobiłem jej tym żadnej krzywdy, lecz nie przeszkodziło jej to w zalaniu się łzami i wydawaniu z siebie jęków cierpienia. Po prostu nie wytrzymałem i cisnąłem w nią tą ważącą 50 gramów bluzką, co później przedstawiła jako „podniesienie ręki na nią”. Nigdy jej nie uderzyłem i nie zrobiłbym tego. W tamtej jednak chwili pękło mi serce, bo jakże można przekreślać wszystko, co nas łączyło z tak błahego powodu. Co z tym wielkim uczuciem? Gdzie się ono podziało? Dzisiaj odwiozłem ją na dworzec i pojechała do domu. Nie odzywała się do mnie w ogóle, twierdząc że powiedziała już wszystko. Zostawiła u mnie część swoich rzeczy, sam nie wiem czy o nich zapomniała, czy zamierza tu wrócić. Nie radzę sobie z tym i nie potrafię objąć tej sytuacji swoim rozumem. Prosiłem ją, aby jadąc pociągiem pisała do mnie co jakiś czas, tak bym miał pewność, że wszystko u niej w porządku (panicznie się o nią boję.. ). Obiecała, że będzie to robić, ale oczywiście w praktyce to ja dzwoniłem do niej, by uspokoić moje serce i zapewnić je, że Angelika jest bezpieczna. Poprosiłem też, aby połączyła się ze mną, gdy będzie już jechała z dworca samochodem do swojego domu. Zadzwoniła do mnie, lecz oczywiście nie odzywała się przez całą podróż, udzielając tylko skąpych odpowiedzi na moje pytania, które zadawałem aby sprawdzić, czy nadal mamy łączność. Gdy dojechała pod swój dom i oznajmiła mi to, zapytałem co zamierza z tym wszystkim zrobić. Naskoczyła na mnie: „Jestem zmęczona po podróży! Mogę w końcu wyjść z auta i pójść do domu?!”. Rozłączyłem się. Nie wiem co mam z tym fantem począć, nie rozumiem tego, co mnie spotkało. Nie wiem dlaczego jestem traktowany jak śmieć i nie mam pojęcia jaki błąd popełniłem. Nie mam pomysłu jak poradzić sobie z obecną sytuacją. Drżę z niepokoju o nią i boję się pomyśleć o nadchodzącej nocy. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinienem się do niej odzywać, tylko jak mam poukładać swój obecny świat, skoro z dnia na dzień runął jak domek z kart?
Dodam tylko, że jestem chory (choroba ciała). Moja choroba w sposób szczególny wymaga wsparcia ze strony otoczenia. Wsparcia tego z jej strony nie uświadczyłem, ale mając ją u boku, potrafiłem wzbudzić w sobie motywację do walki o kolejny dzień i kolejne, choćby minimalne zwycięstwo z przypadłością, z którą się zmagam. Najgorsze jest to, że moje efekty terapeutyczne, które dla niej osiągnąłem, utraciłem nie wytrzymując psychicznego napięcia, jakie występowało w naszym związku. Mimo to, wybaczyłem jej wcześniej i obiecaliśmy sobie, że razem pokonamy moje problemy zdrowotne. Problemy, o których notabene wie tylko ona. Teraz czuję się okropnie samotny, załamany i jednocześnie oszukany. Nie chcę umierać, lecz czuję, że moje wnętrze po prostu się kurczy. Dziękuję Wam za uwagę, oraz za to, że mogłem podzielić się z Wami moją historią.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
17 lip 2016, 21:49

Rozstanie? Prośba o pomoc i ocenę sytuacji z zewnątrz..

Avatar użytkownika
przez NN4V 18 lip 2016, 03:45
Zmień terapeutę, bo obecny nie daje rady, a potrzeba bezsprzecznie duża.
__regvar __no_init volatile unsigned char flags
Avatar użytkownika
Offline
Posty
4338
Dołączył(a)
01 kwi 2015, 14:08
Lokalizacja
Wrocław

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości

Przeskocz do