Diabelska dziewczyna?

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Diabelska dziewczyna?

przez TheScientist 03 sie 2013, 21:49
Witam wszystkich i z góry dziękuję, jeśli ktokolwiek zdecydował się choćby na przeczytanie tego.
Jestem w kropce. Do tej pory starałam się wynajdować rozwiązania samodzielnie i szukać odpowiedzi wyłącznie na własny koszt, ale dziś... cóż, jestem absolutnie bezradna i nie potrafię już wynaleźć jakiegokolwiek wytłumaczenia, które mogłoby zakrawać na sensowne.
Moja dziewczyna i ja jesteśmy ze sobą niecały rok, pod koniec sierpnia miałybyśmy rocznicę poznania się, otóż to, miałybyśmy, ponieważ rozstałyśmy się przed ledwo godziną. Zdaję sobie sprawę, że emocje wciąż we mnie buzują, ale postaram się zachować chłodny obiektywizm na tyle, ile będę mogła.
Byłyśmy ze sobą bardzo szczęśliwe - spore podobieństwa charakterów i identyczny światopogląd, łączyły nas nawet takie same, przykre doświadczenia z poprzednimi związkami, wydawało nam się, że to przeznaczenie, że to właśnie na siebie czekałyśmy. Jednak moja dziewczyna od zawsze miała kłopot z radzeniem sobie wobec trudności, była zatwardziałą pesymistką i wielokrotnie zdarzało się jej przesadzać na długo przed wyjaśnieniem problemu, które później, rzecz jasna, okazywało się zgoła odmienne od jej fatalistycznych założeń. Za każdym razem starałam się ją wspierać, wielokrotnie tłumaczyłam i uspokajałam, mówiąc, że będzie dobrze, że jestem z nią, więc wszystko musi się udać, a jeśli nie - i tak sobie poradzimy. Była wrażliwa do granic możliwości, rozumiałam to, starałam się, zważywszy, że sama jestem osobą raczej praktyczną i preferującą zachowanie zdrowego rozsądku, jeśli tylko się da. Ale od dłuższego czasu miałam wrażenie, że dzieje się z nią coś niedobrego. Zaczęło się już dawno, od drobnych wspominek o swoim samobójstwie podczas tych właśnie gorszych chwil. Składałam to na karb jej emocjonalności, bardziej przykrego momentu w życiu, wiadomo, że każdy z nas czasami palnie takie głupstewko, gdy jest u kresu sił. I, oczywiście, zawsze łagodziłam podobne stany, chociaż prosiłam też, aby na przyszłość nie mówiła ani robiła podobnych rzeczy, bo może tego kiedyś pożałować. Niestety - w końcu grożenie własną śmiercią stało się ciągłym towarzyszem naszych rozmów. Od drobnych problemów w domu czy w szkole, poprzez nasze utarczki słowne albo zwyczajne zwrócenie jej uwagi o to albo tamto. Rozumiem, gdyby miała powody ku takim makabrycznym planom - ale naprawdę nie było jej aż tak źle, jasne, czasami nie dogadywała się z rodzicami czy siostrą, czasami w szkole bywało gorzej, ale to były, jak myślę, całkiem normalne problemy, z którymi większość z nas się styka na co dzień i mniej lub bardziej stara sobie radzić, a tu od razu dodam, że absolutnie w każdej takiej chwili byłam przy niej i ze wszystkich sił próbowałam pomóc, więc nigdy nie była z tym całkowicie sama. Nie chcę tu też bagatelizować jej kłopotów, ale nigdy nie były one tego kalibru, żeby stać się motorem do pozbawienia się życia. Bywało też, że podczas naszych kłótni, tych, w których to ona wyraźnie zawiniła, potrafiła napisać, że 'bierze swój zestaw i idzie się zabić', wiedząc doskonale, że z miejsca rzucę się na ratunek i spędzę kolejną noc na przekonywaniu jej, że nie powinna tego robić i jak bardzo ją kocham, a o rzeczywistym powodzie kłótni zapomnę albo stwierdzę, że 'nie ma znaczenia w obliczu tego, co chce zrobić'. Robiła się też coraz bardziej i bardziej zaborcza, do tego stopnia, że potrafiła być zazdrosna o to, że mówię czule do swojego psa albo - raz na miesiąc, przysięgam - wyjdę z koleżankami na godzinę. Zwykła mawiać, że 'kocham zwierzęta/wstaw dowolne bardziej niż ją', choć poświęcałam jej każdą chwilę, jako że był to związek na odległość - całe weekendy na gg, obowiązkowe dwugodzinne rozmowy co wieczór i wieczne smsy. Z czasem zaczęłam się buntować, mówiłam jej, żeby mnie nie straszyła samobójstwem, które wciąż i wciąż popełnia, ale jakoś nieskutecznie, że to dla mnie naprawdę ciężkie psychicznie momenty i nie mam sił na wieczne przekonywanie jej, bo już tysiące razy mówiłam to samo, a do niej wciąż nie dotarło. Raz czy dwa zasugerowałam udanie się do psychologa, w żadnym wypadku złośliwie, stwierdzając, że nie potrafię jej skutecznie pomóc i nie mam do tego kompetencji, ale zawsze to odrzucała, twierdząc, że 'nie potrafiłaby się otworzyć przed obcym', a później wypominała, jako próbę zrobienia z niej wariatki.
I tu dochodzimy do meritum.
Od miesiąca, mniej więcej, była wciąż smutna. Wciąż. Bez powodu. Twierdziła, że to dlatego, że za mną tęskni, ale powtarzałam jej, że przecież niedługo się zobaczymy, że to już naprawdę niewiele, ale na nic. Zrobiłam jej prezent urodzinowy, napisałam długi list, którym miałam nadzieję ją odrobinę rozchmurzyć, osłodzić czas oczekiwania, ale znów na nic. Podobnie z wysyłaniem porannych/wieczornych smsów, w których rozpisywałam się o naszym przyszłym życiu, choć zawsze sprawiały jej przyjemność. I wiele, wiele innych nieudanych prób poprawienia jej humoru. Do punktu kulminacyjnego doszło, gdy pojechałam na urlop z rodzicami, na dwa tygodnie, wczoraj z niego wróciłam. Starałam się pisać do niej jak najczęściej mogłam, chociaż 'w swoim nastroju' raczej szybko zbywała każdy temat oschłym 'mhm' i było widać wyraźnie, że wcale nie jest jej na rękę, że mamy bardziej ograniczony kontakt. Parokrotnie mówiła mi, że to koniec nas, że nie zasługuje na istnienie, a gdy stwierdziłam, że tylko próbuje w ten sposób zwrócić na siebie uwagę i zachowuje jak królewna, wokół której ma kręcić się cały świat to się obraziła. Atmosfera przez to była bardzo ciężka, ale nie traciłam wiary i ochoty, zaproponowałam, że powinnyśmy znów rozmawiać normalnie, postarać się, że jej pomogę, że jeszcze będzie tak jak kiedyś. Sama uważała, że czuje się samotna i oddaliłyśmy się od siebie. Dziś, gdy spytałam o to jak minęły jej te dwa tygodnie, czy poznała kogoś miłego w tym czasie, na przykład, to od razu zarzuciła, że 'w ogóle nie jestem zazdrosna i w kółko chcę ją tylko innym rozdawać', chociaż kompletnie nie miałam takich intencji, myślałam tylko, że inna osoba mogłaby pomóc jej nieco w samotności, gdy mnie nie ma na miejscu, ona, że 'wcale jej nie chcę', ja, że miłość nie polega na ograniczaniu czy zabranianiu jej posiadania przyjaciół - chociaż ich nie chciała, uważając, że woli mnie - i, że dla mnie takie zachowanie jest chore. Cały czas, gdy pytałam o to, co mogę zmienić, by było lepiej, rzucała 'rób co chcesz', powtarzała, że jest złem, że zawładnęła nią dawna ona, że tylko ja mogę jej pomóc, chociaż ona nie wie jak - i ja też nie, w tamtym momencie czułam się ze swoimi słowami, staraniami i listami jak powietrze. Potem jeszcze stwierdziła, że pewnie kocham ją z litości czy przyzwyczajenia i to przelało szalę goryczy. Byłam na wyczerpaniu nerwowym, nie wiedziałam już co robić ani jak jej pomóc, czułam się jak zwykły śmieć, powiedziałam, że traktuje mnie jak najgorszego wroga i w każdym działaniu widzi podłe zamiary, a ja naprawdę chciałam ciepłej, zwyczajnej rozmowy. I wtedy właśnie, czego teraz bardzo żałuję, powiedziałam do niej, że jej nienawidzę. Że zmieniła się w kogoś, kogo nie znam, kogo znać nie chcę, bo rzuca mi całą miłością w twarz i szydzi z niej, że zawsze będę kochać tamtą ją, że nie jest dziewczyną, w której się zakochałam. Skwitowała to krótkim 'żegnaj'.
I teraz nie wiem co robić. Boję się, że zrobi sobie krzywdę, a chociaż bardzo wstydzę się swojego zachowania to nie mam siły, by po raz tysięczny błagać ją o powrót i tłumaczyć, że wszystko naprawię, gdy ona podchodziła do tego jak najbardziej obojętnie, a jej nastrój zmieniał się z ochoty na dalszy związek do prób wmówienia mi, że powinnam znaleźć kogoś innego. W ostatnim czasie czułam się, jakbym znajdowała całkowicie na jej łasce i niełasce, zapomniałam o swoich potrzebach, skupiłam tylko na niej. Wielokrotnie miałyśmy się rozstać, nigdy nie było tak, że obie tego pragnęłyśmy, ale to ja zawsze wyciągałam rękę do zgody, prosiłam, kajałam się, ona nigdy, a choć tyle razy zarzekałam się, że więcej błagać nie będę to... zawsze tak robiłam. Zatraciłam godność i siebie.
A jednak kocham ją i chcę dla niej jak najlepiej, to dla mnie priorytet.
Kusi mnie, by to wszystko rzucić, tyle nerwów straciłam, łez wylałam, nocy zarwałam, ale z drugiej strony - właśnie, miłość. Zapomnieć o tym, prosić ją o powrót czy może... wstrzymać się na jakiś czas, zastanawiając nad jej reakcją, gdy po raz pierwszy nie padnę do stóp z przeprosinami na ustach?
Jestem w kompletnej rozsypce. Proszę o jakąkolwiek pomoc, bo już nie daję sobie rady.
Ostatnio edytowano 04 sie 2013, 00:34 przez *Wiola*, łącznie edytowano 1 raz
Powód: zmieniono tyt na prośbę autorki
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sie 2013, 20:14

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez Gods Top 10 03 sie 2013, 22:34
TheScientist, z tego, co napisałaś, wysnuwam wniosek, że obie się uzupełniacie. W pewnym uproszczeniu wygląda to mniej więcej tak: Ona jest bardzo uczuciowa, emocjonalna, podczas gdy Ty jesteś bardziej racjonalna, twardo stąpasz po ziemi.
Uzupełniacie się również w kwestii 'potrzeb': Ona potrzebuje opieki, Ty się Nią opiekujesz. O ile przejściowo taki układ może nieźle funkcjonować (w sytuacjach kryzysowych), to na dłuższą metę (przez całe życie) raczej nie uszczęśliwi żadnej z Was. :?
Może problem pojawia się na styku tych dwóch 'światów'? Ty widząc jak jest Jej trudno, uciekasz od emocjonalności (przez co oddalasz się od Niej), a Ona czując się nierozumiana oddala się od Ciebie? :roll:
"Każdy głupiec umie rozbić szybę, ale tylko niewielu potrafi ją wstawić."
W. Wharton "Stado"
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3084
Dołączył(a)
01 paź 2006, 16:49

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez Werty 03 sie 2013, 22:40
Nazwa wątku jest myląca. Jesteście lesbijkami. Twoja partnerka nie może być twoją narzeczoną - czas narzeczeństwa to czas oczekiwania na zawarcie związku małżeńskiego, a takiego w Polsce nie zawrzecie. Może kiedyś będzie z tego związek partnerski sankcjonowany prawem, ale tymczasem nie jest to żadne narzeczeństwo a raczej homoseksualny konkubinat.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
728
Dołączył(a)
10 maja 2006, 22:49

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez bittersweet 03 sie 2013, 22:55
TheScientist, toksyczne zwiazki czesto charakteryzuje wspaniała harmonia i szczęście - na poczatku. Potem niebo zamienia się w piekło, w którym się tkwi ze wzgledu na to, jak kiedys było cudownie.
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

Diabelska dziewczyna?

przez Gabriela1 03 sie 2013, 23:11
a ja myślę, że może powinnaś spróbować z nią pogadać i na trzeźwo wyjasnić kilka rzeczy, ustalić jakieś zasady. Ja mam chłopaka i podobne problemy, u nas to ja jestem wściekle zazdrosna i nieraz robiłam różne ciekawe akcje, ale i on zawinił. Ugadaliśmy się na ostateczną rozmowę, a wczoraj wieczorem tak przez sms sobie wspominaliśmy, troszkę też wyjasnialiśmy i uwierz mi, że na trzeźwo wiele rzeczy zupełnie inaczej wygląda. Poza tym problem może tkwić też tu, że przez telefon ciężko się dogadać, może częstsze rozmowy w 4 oczy są lekarstwem?
Offline
Posty
51
Dołączył(a)
19 cze 2013, 18:16

Diabelska dziewczyna?

przez TheScientist 03 sie 2013, 23:25
Na wstępie - dziękuję serdecznie za wypowiedzi.

Gods Top 10 - z uzupełnianiem się to akurat święta prawda, obie zdawałyśmy sobie z tego sprawę, wielokrotnie żartowałyśmy, że ona jest sercem, a ja rozumem, rzecz w tym, że jej emocjonalność z czasem zdała się, tak to przynajmniej odbieram, usprawiedliwieniem wszystkiego. Bardzo szanowałam fakt tego, że jest uczuciowa, uznawałam to za dar, a jednak sądzę, że nie należy mylić wrażliwości z nadwrażliwością.
Na tle opieki miewałyśmy konflikty, co tu dużo mówić, ona wciąż pozostała małą dziewczynką, którą należy prowadzić za rączkę. Na początku uważałam to za urocze, unikatowe wręcz, jednak z czasem zaczęła żądać, by wręcz zawładnąć nią całą oraz, tu cytuję prawdziwe słowa, zamknąć w złotej klatce. Zapytałam wówczas czy zdaje sobie sprawę z tego, co pisze, czy wie o co tak naprawdę prosi, jednak odparła, że jak najbardziej jest świadoma i wtedy właśnie zaczęło mnie to 'dziecięctwo' niejako martwić.
Co do emocjonalności oraz unikania jej - próbowałam wszystkiego, gdy przychodziło co do czego. Wiele razy decydowałam na ruchy, które wiedziałam, że jej mogą pomóc bądź w czymś uświadczyć, chociaż nie były całkowicie typowe dla mnie, niemniej zawsze szczere. Siliłam się na romantyzm, traktowanie jej jak małej istotki, którą trzeba ukołysać w ramionach, wysyłałam mnóstwo żarliwych wyznań. Chciałam, żeby niczego nie brakowało, żeby ten związek stał się jej wymarzonym, ogólnie starałam wpasować w kanon idealnej miłości podług jej wizji, co wkrótce doprowadziło do kłótni, gdy wyłamałam się i przyznałam, że dla mnie to nie polega na dwudziestoczterogodzinnym siedzeniu i patrzeniu sobie w oczy, a ona w takich kolorach naszą przyszłość widziała. Nie potrafiła w ogóle przyjąć do wiadomości, że sama potrzebuję nieco więcej przestrzeni i bardzo dużo czasu zajęło jej zrozumienie tego, że jestem inna, nie patrzę na wszystko z tej samej perspektywy, co ona, sądzę, że tego nigdy tak do końca nie zaakceptowała, zważywszy, iż wielokrotnie zarzucała mi, że ze nią nie tęsknię, bo nie płaczę całymi dniami tak jak zwykła robić.
A podczas ostatnich tygodni, gdy pozostawała już tak bardzo obojętna na wszelkie względy, cóż, wówczas już najzwyczajniej bałam się odważniejszego kroku i pozostawałam raczej rzeczowa, co nie znaczy, że chłodna. Pozwalałam sobie na czułości, nieco mniej, ale jednak, może w tym tkwi mój błąd.

Werty - cóż, na obecną chwilę masz całkowitą rację. Nie zastanawiałam się długo nad nazwą wątku, racja, że może być myląca, jak tylko dowiem się w jaki sposób mogę zmienić tytuł tematu - zrobię to.

bittersweet - niestety, chyba właśnie płacę za chwile w niebie. Czy należałoby rozpatrywać ten związek w kategoriach toksycznego?

Gabriela1 - w kwestii trzeźwych rozmów masz jak najbardziej rację, sama skłaniam się do tego typu rozwiązań, jednak trochę czasu musi minąć, by ona ochłonęła, a i wtedy nie jestem pewna czy się na takową zgodzi, wiele już ich było, wiele też 'rozstań na zawsze'. Jej nastrój zmienia się z chwili na chwilę, nie wiem czy przystanie na to, a za godzinę stwierdzi, że jednak nie. No i - tu muszę egoistycznie przyznać, chciałabym, aby ona też troszkę powalczyła z własnej ochoty, a nie moich błagań. O rozmowie w cztery oczy nie ma co mówić, niestety, mieszkamy daleko od siebie. Miałyśmy się spotkać za jakiś tydzień, ale czy w obecnej sytuacji można jeszcze w ogóle brać pod uwagę możliwość widzenia się?
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sie 2013, 20:14

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez Werty 03 sie 2013, 23:32
Werty - cóż, na obecną chwilę masz całkowitą rację. Nie zastanawiałam się długo nad nazwą wątku, racja, że może być myląca, jak tylko dowiem się w jaki sposób mogę zmienić tytuł tematu - zrobię to.


Wystarczy napisać do administratorki Lilith, nie wiem czy uprawień do zmiany nazwy nie mają moderatorzy, jeżeli tak to Wiola i Monika mogą służyć pomocą w zmianie nazwy tematu z mylącej na prawidłową.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
728
Dołączył(a)
10 maja 2006, 22:49

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez bittersweet 03 sie 2013, 23:44
TheScientist, toksyczny zwiazek to taki, w którym negatywne emocje i doswiadczenia przewazają nad tymi pozytywnymi, dobrymi... zastanów się, czy tak jest. Nie jak było kiedys, tylko jak jest teraz - czy Wasza relacja Cie dołuje, niszczy, przygnebia, czy daje satysfakcje i zadowolenie ?
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

Diabelska dziewczyna?

przez TheScientist 04 sie 2013, 00:15
Werty - wiadomość wysłana, więc błąd powinien być wkrótce skorygowany.

bittersweet - cóż, jeśli mam być szczera sama ze sobą to ostatnimi czasy jest niespożytą kolebką frustracji, bezradności i złości. Gdzieś tam się telepie nadzieja na lepsze jutro, ale to margines. Niemniej - człowiek bywa przewrotny, kocham ją w dalszym ciągu, powalczyć z jednej strony bym chciała, ale, no właśnie, czy jeszcze warto?
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sie 2013, 20:14

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez Werty 04 sie 2013, 00:29
wiadomość wysłana, więc błąd powinien być wkrótce skorygowany.


:great:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
728
Dołączył(a)
10 maja 2006, 22:49

Diabelska dziewczyna?

przez Gabriela1 04 sie 2013, 00:38
Być może Twoja partnerka cierpi na jakieś schorzenie psychiczne z którym nie umie sobie poradzić? Taka sytuacja stawia ją w zupełnie innym położeniu, bo taki człowiek, to człowiek skrzywdzony, który ma świadomość że rani bliską osobę, ale nie umie zaprzestać, bo taka reakcja silniejsza od niego... U mnie w związku to ja jestem zazdrosnicą, ale za każdym razem to ja zabiegam o chłopaka, zeby się odezwał itp, bo pękam... Nie wiem jak to u Was jest, ale może ugadajcie się, że nie będziecie o emocjach pisać przez telefon, skoro to wprowadza zamęt, może zaplanujcie sobie np że razem kiedys spędzicie dłuższy okres czasu i razem pójdziecie na terapię... Tak sobie myślę, że skoro ona pisze o swoich uczuciach i ma ataki zazdrości, to z pewnością nie jesteś jej obojętna... Jesteś innym charakterem niż ona, skoro Twoja partnerka jest bardziej emocjonalna i wrazliwa może wymagać więcej ciepła, albo np niesłusznie czuć sie olana. To jej jest zapewne ta pomoc potrzebna, ale jesli Ci na niej zależy, to może spróbuj, a nuż zadziała... a zamiast mówić jej "idź do psychologa" powiedz "pójdziemy na terapię - to polepszy nasze stosunki" - to lepiej zabrzmi, ona inaczej może odbierze, a wyjdzie na to samo...
Offline
Posty
51
Dołączył(a)
19 cze 2013, 18:16

Diabelska dziewczyna?

przez TheScientist 04 sie 2013, 01:00
Co do psychicznego zaburzenia - jestem niemal pewna, że coś jest na rzeczy. Zdarzało jej się mówić o swoich zachowaniach, jako chorobie, jednak upomniałam ją, by nie szafowała takimi określeniami, gdy nawet nie chce zasięgnąć porady lekarskiej. Osobiście nie toleruję własnych diagnoz, bo w ten sposób to nawet u siebie znalazłabym z tuzin schorzeń, więc zaprzestała tego, twierdząc, że problemem jest ona. Bardzo chętnie udałabym się na taką terapię, kocham ją, chciałabym wiedzieć co jej dolega, jak z tym walczyć, uzupełnić braki tam, gdzie moja wiedza się kończy, ale... cóż, wątpię, by się zdecydowała. Jest osobą chorobliwie nieśmiałą, skrytą aż do przesady pod tym względem, byłabym obok, to pewne, pomagała jej, ale coś niecoś z własnych chęci też musi się znaleźć. Poza tym - tu dochodzi jeszcze kwestia wieku. Ja mam dwadzieścia jeden lat, ona ledwie skończone osiemnaście, zatem czy będziemy mogły liczyć na pełne zrozumienie i poważanie, tym bardziej, że jest to związek homoseksualny? Starałam się dać jej jak najwięcej ciepła i czułości, praktycznie wszystko było 'pod nią'. Niby była zazdrosna, a jednak zabiegać nie za bardzo chciała. Poza tym jest zazdrość i... zazdrość, tym bardziej, że praktycznie nie wychodziłam z domu i zerwałam większość kontaktów dużo wcześniej - z jej powodu właśnie. Zapewniała, że jej to nie przeszkadza, że mam się spotykać z innymi ludźmi, ale w praniu wychodziło inaczej.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sie 2013, 20:14

Diabelska dziewczyna?

Avatar użytkownika
przez Werty 04 sie 2013, 01:05
Czy przypadkiem twoja partnerka i ty nie macie problemów z wiecznie nieobecnymi, olewającym was ojcami?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
728
Dołączył(a)
10 maja 2006, 22:49

Diabelska dziewczyna?

przez TheScientist 04 sie 2013, 01:18
Co do niej to, o ile mi wiadomo, jej tata może nie były nieobecny, natomiast utrzymywała z nim gorsze stosunki niż z mamą. Mieli całkowicie odmienne charaktery, tata potrafił jej złośliwie dopiec, wydawał się dogadywać lepiej ze starszą siostrą, co ją szczególnie bolało, gdyż uważała, że cała rodzina faworyzuje właśnie siostrę. Zdaje się, że miewał problemy z alkoholem, gdy była dzieckiem, może nie jakieś wielkie, ale jednak, później z tego wyszedł, a ostatnimi czasy prawie podniósł na nią rękę, co przeraziło ją kompletnie i znów zaczęła się go obawiać jak za dawnych czasów. Osobiście - mój tata mnie nie lekceważył, wręcz przeciwnie. Jestem jedynaczką, więc inaczej się to u mnie układa, może nie mam z nim bardzo poufałych kontaktów, ale po prostu nie jestem szczególnie wylewna wobec rodziców. Natomiast ma w sobie cechy despoty, co nieraz doprowadza do kłótni, gdyż, podobnie jak on, nie potrafię pierwsza odpuścić i zawsze idę w zaparte.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
03 sie 2013, 20:14

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości

Przeskocz do