Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez lukk79 10 sie 2013, 13:43
Część Desiderii, dla mnie Twoja wiadomość w ogóle nie jest chaotyczna. Jak czytałem to doskonale rozumiem, a jeśli to co czytałeś o nas pasuje do Ciebie, to możemy z dużym zapasem uznać, że zmagamy się z tym samym. Może do innych też to pasuje.
Rozumiem uczucie bycia na rozdrożu i jak denerwująco-frustrujący jest to stan.
Trudno odpowiedzieć czy można coś z tym zrobić- wg mnie tak, ale jak się można domyślić nie ma jednego kierunku, czy to terapii czy innych. Jeśli o mnie chodzi to też nie znam na razie sposobu - mówimy o utrzymaniu dłuższej relacji. Nie próbuję nawet na razie, nie wiem czy trzeba spotkać kogoś odpowiedniego czy co. Niestety nikt odpowiedzi nie udziela, tutaj na forum też. Idę na terapię niedługo ale nie wiem co to za terapia, kim jest ta pani terapeutka itd. itd. więc za wiele pewnie nie osiągnę. Wnerwiają mnie czasem dziewczyny kiedy mijam je na ulicy - dziś miałem taki dzień. Mam wrażenie, że czasem to jedyna możliwość żeby czuć coś przez chwilę, moja złość i te uczucie kiedy odbieram ich reakcje. Nie chce mi się nawet nazywać tego uczucia/uczuć, w ogóle jakoś straciłem poczucie sensu pisania na tym forum. Może na terapii coś zacznę. A ta terapia na której byłeś ile miała trwać?
Nie wiem co mam napisać, najważniejsze żebyś się nie poddawał, w końcu powinno się udać, a każdy z takim (i innymi) zaburzeniami musi chyba wypracować swój własny sposób. Nie wiem, chyba partnerka musi być odpowiednia, nie wydaje mi się żeby niemożliwym było z kimś nie być skoro się jednak tego chce. Może taki związek będzie wyglądał inaczej, może nie będziemy pod jednym dachem a tylko będziemy się widywać, może trzeba znaleźć wspólne zainteresowania i mając takie pole jako wyjściowe - próbować się zbliżać. Nie wiem i wydaje mi się, że: jest to możliwe ale niekoniecznie musi się zdarzyć. Mnie to, że nie jestem z kimś nie jest już tym co najbardziej mnie w życiu boli chociaż do niedawna jeszcze tak było. Może dlatego, że zdając sobie sprawę, że mam z tym trudność po prostu odpuściłem, nie pragnę tego jak kiedyś. Może się poddałem, nie wiem, może za bardzo uwierzyłem w moc psychiatrycznej diagnozy i uznałem siebie za taką osobę i teraz nic nie muszę z tym robić. Piszę to trochę ironicznie. Tylko kiedy pojawia się kobieta, która zwyczajnie się podoba i chce ją poznać to wtedy czuję się jak takie zero przez moment, dwa, na nowo trzeba sobie przypominać, że nie mogę? Już pisała Lilith powyżej, że nie można rezygnować z marzeń przez to, że na coś cierpimy i jest to na pewno prawda, trzeba próbować jeśli się czegoś chce. Niestety nie mogę się podzielić swoimi doświadczeniami bo takich nie mam, mój najdłuższy związek i jedyny to było jakiś miesiąc. Też poznałem dużo dziewczyn ale nie chciałem. A Ty masz jakieś pomysły jak to zmienić, Desiderii ? ;)
Jeśli nie masz nic przeciwko, to powiedz ile masz lat i co Tobie zdiagnozowano. Przepadam za kobietami, dobrze, że są mimo tego że nie potrafię z żadną się związać, też mnie męczy samotność czasem, tak jak dziś, staram się o tym nie myśleć w takich kategoriach. Myślę, że jak przychodzi czas to trzeba wykorzystać i zobaczyć co z tego będzie. Ja trwonię swój czas dlatego nie oczekuję, że to się zmieni ale jeszcze się wezmę. Najlepiej by było żeby poznać swoje ograniczenia, wtedy wiemy na co się porywać. Męczy mnie już to moje pisanie, któryś raz to już piszę. Moje to jest dopiero chaotyczne, jak myślisz/myślicie?

Ale lubię być na tym forum więc do usłyszenia
Offline
Pierwszy Romantyk Forum
Posty
923
Dołączył(a)
04 paź 2012, 21:24
Lokalizacja
Szczecin

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez Desiderii 10 sie 2013, 20:45
A więc...

Terapia, z której zrezygnowałem, miała trwać 12 tygodni, to chyba standardowy czas standardowej terapii grupowej. Mam 28 lat i zdiagnozowano mi zaburzenie osobowości f60, a wcześniej zaryzykowano z diagnozą borderline (po próbie samobójczej). Jednak nigdy nie byłem na dłuższej obserwacji lekarskiej, więc ciężko określić na pewno, jaki rodzaj zaburzenia osobowości występuje u mnie.

Spróbuję napisać to, o czym ostatnio myślałem, spisać wnioski, do jakich doszedłem, choć nie wiem czy będą one znaczące. Od razu piszę, że nie udało mi się być z nikim na stałe, tak więc nie udało mi się rozpracować problemu. We wtorek idę do psychiatry i postaram mu się wyłożyć podstawowe prawidła rządzące tym konkretnym problemem. Może uda mu się do to czegoś przyporządkować, bo najgorsza jest niewiedza. Nie wiem, czy mam z tym walczyć, czy nie, czy jest sens. Niekoniecznie zgodzę się z tym, że skoro czegoś chcemy, to możemy to osiągnąć... Za dobrze by było. Staram się liczyć z tym, że nasza przypadłość jest nieuleczalna i zawsze będziemy czuli mniejszy bądź większy dyskomfort będąc z kimś, z czasem może urastający do wielkości uniemożliwiającej dalsze bycia ze sobą. Obym się mylił.

Sporo myśli wyklarowało mi się po przeczytaniu książki, o której wspomniałem w poprzedniej wiadomości. Byłem totalnie zaszokowany, że takich przypadków jest ogromnie dużo. Tyle tylko, że niewielu facetów jest w stanie się do tego przyznać. W większości pewnie wierzą swojej racjonalizacji i temu, że to faktycznie wina leży po stronie kobiet. Taki facet często zdradza, przestaje się interesować, lub ucieka w alkohol. Jeśli spojrzę na zdrady czy alkohol w rodzinie w ten sposób, to faktycznie zaczyna to nabierać innego kolorytu. Autor książki nazwał nasz problem związkofobią. Panicznym lękiem przed wchodzeniem w związki, lękiem przez związaniem, przez bliższą relacją. Lękiem przed słowem bądź myślą "na zawsze". Różni ludzie (bo coś takiego nie występuje tylko u mężczyzn) mają różne stopnie nasilenia tej fobii (idąc za nomenklaturą autora). Jedni mogą żyć szczęśliwie z dziewczyną aż do momentu małżeństwa, dopiero po stanięciu na ślubnym kobiercu zdają sobie sprawę, co zrobili i wtedy się zaczyna... Inni natomiast mogą związać się z dziewczyną z drugiego końca ziemi a i tak ich lęk będzie tak wielki, że zerwą ten związek. U mnie jest tak, że sama świadomość związku jest paraliżująca. Jak to było u mnie?

Zawsze marzyłem o miłości, zawsze w miłości widziałem wyjście dla pozbycia się wszystkich moich problemów. Gdzieś na początku szkoły średniej spodobałem się jakiejś dziewczynie. Nie byłem nią jakoś mocno zauroczony, ale jak wiedziałem, że mógłbym w ogóle z kimś być, że ktoś się mną zainteresował, to zacząłem brnąć w to. Była to moja pierwsza dziewczyna. Na początku byłem zafascynowany, ale jeszcze nie do końca świadomy tego, co się ze mną dzieje. Fajnie było mieć dziewczynę i wyjść z nią na miasto czy do klubu. Fajnie było wreszcie pocałować kogoś. Tyle tylko, że... Przy spotkaniach w ogóle nie kleiła się rozmowa. Często była cisza. Ja się cholernie nudziłem. Spotykaliśmy się rzadko, później coraz rzadziej, ostatecznie przestałem do niej chodzić, bo wolałem zostać w domu i pograć na konsoli. Tak to się rozpadło. Oczywiście cierpiałem z tego powodu, że zostałem sam, ale nie chciałem tego zmieniać. Chciałem cierpieć, bo wiedziałem, że po tym znów będę wolny. Takie były początki z dziewczynami. Później nie było lepiej. Zakochiwałem się bez pamięci w dziewczynie, by po tygodniu bądź dwóch rozstać się z nią, bo miała zbyt odstające uszy i to sprawiało, że niemal cała obrzydzała mnie. Teraz wiem, że te powody były przykrywką, były racjonalizacją, bo inaczej przecież bym zgłupiał do reszty, nie rozumiejąc moich odczuć i zachowania. Do dzisiaj zachodzę w głowę jak to jest możliwe, że tak szybko wygasają we mnie uczucia. Później było jeszcze kilka dziewczyn, które zakochały się we mnie, ale ja zawsze widziałem mankamenty i nie wchodziłem w relacje. Ostatecznie, przeważnie nudziły mnie niesamowicie. Wolałem mój idealny świat. Pod koniec szkoły średniej zaczęło robić się trochę ciężko, bo wyraźnie doskwierała mi samotność u pustka. Uciekałem w świat gier, filmów, muzyki, książek, nie wiedząc jeszcze wtedy, że była to ucieczka. Lubiłem to robić. Czułem się lepiej przebywając w tamtym fantazyjnym świecie. Jednocześnie w reali czułem coraz większą pustkę, zaczęły się też podchody pod autoagresję. Zacząłem myśleć też o samobójstwie jako idealnym rozwiązaniu moich problemów. Zacząłem się alienować, zacząłem nienawidzić świata. Dzisiaj patrzę na to jak na mechanizmy obronne. Musiałem coś takiego w sobie stworzyć. Dodatkowo ciągle miałem problemy w relacji z ojcem. Ogromne problemy. Na studiach, na drugim roku bodajże, pierwszy raz na poważniej zauroczyłem się (dzisiaj stwierdzam, że może nawet zakochałem). Na początku byłem cholernie szczęśliwy. Spotkania były miłe, działała chemia organizmu. Natomiast po spotkaniach byłem jeszcze szczęśliwszy. Gdy mogłem w samotności rozkoszować się tym, że w końcu mam dziewczynę, mam kogoś bliskiego. Cóż, nie trwało to długo. Po kilku (2? 3?) spotkaniach pojawiły się koszmarnie ambiwalentne odczucia co do niej. Zacząłem się zastanawiać, czy ona nie jest przypadkiem za bardzo przy kości... Rozstawałem się z nią i schodziłem z nią kilka razy, doprowadzając ją do psychicznego załamania. Ja sam miotałem się jak ryba na haczyku. Raz tak, raz nie, z jednej strony mówiłem sobie, że przecież ją kocham, a z drugiej nie mogłem wyzbyć się obrzydzenia do niej. Czułem się pod tak wielką presją, że ostatecznie skapitulowałem i zostawiłem ją. Mój ból ogromny. Po rozstaniu, wszystko zaczęło do mnie docierać, co zrobiłem, to, że jestem sam. Ryczałem, ciąłem się, piłem. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak odczuwałem. Później, po rozstaniu, gdy ją widziałem na uczelni, wyrzucałem sobie, co ja zrobiłem. Była ładna, mądra i mieliśmy wiele wspólnego. Ale z drugiej strony odczułem ulgę. Cały ten incydent trwał może z 2 miesiące. Będąc z nią, oglądałem się za innymi dziewczynami i każdą widziałem lepszą przyszłość niż z obecną dziewczyną. Może dlatego jakiś czas po rozstaniu poczułem ulgę, że znów mogę być z każdą, że znów jestem wolny. Nigdy później w życiu nie spotkałem tak bliskiej osoby jak tamta dziewczyna... A ja spieprzyłem to, bo uznałem, że była zbyt przy kości. Bo nudziłem się z nią, choć to akurat prawda. Często przychodziłem do niej po alkoholu, wtedy nie odczuwałem tak nudy. Z drugiej strony, zawsze wolałem spędzać większość czasu samemu. Mnie do dzisiaj nudzą ludzie. Z nią było tak samo. Jak byłem z nią zbyt długo, jak przestawały działać hormony wywoływane przebywaniem obok niej, to zwyczajnie wolałem iść do siebie i pobyć sam ze sobą. To jest najgorsze w tym dziadostwie: jak nie masz dziewczyny, to cierpisz z powodu samotności i pustki, a jak masz dziewczynę, to popadasz w popieprzone myśli i chcesz być sam. Zawsze czujesz się źle. To wykańczało mnie najbardziej. Po tamtej dziewczynie spotykałem się jeszcze od czasu do czasu z kimś, ale było to jedno, może dwa spotkania i zawsze znajdowałem sobie powód, dzięki któremu myślałem "to nie ta" i szukałem dalej. W pewnym momencie zacząłem nawet myśleć, że jestem gejem, co świadczyło o sporym poziomie fiksacji. Oczywiście ciągle cierpiałem. Użalałem się na samotność i pustkę, na beznadziejność, coraz więcej myślałem o samobójstwie. Nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. W końcu, rok temu, postanowiłem ostatni raz spróbować związać się z kobietą. Dać z siebie wszystko, żeby utrzymać związek. Poznałem dziewczynę, w której się cholernie zauroczyłem (jak zwykle). Dwa spotkania. Wszystko zaczęło przygasać. Popełniłem nieudane samobójstwo. Przeczuwałem, że nic z tego nie wyjdzie, z tego związku, więc chciałem zakończyć życie pełne samotności i smutku. Przeżyłem, ona zadeklarowała, że mimo wszystko mnie kocha i chce być ze mną. Nie widywaliśmy się wtedy, była z innego miasta, ja musiałem dojść do siebie. Cały czas bałem się, że mnie zostawi, że zobaczy moje blizny i że już zawsze będę sam. Cóż, nie zostawiła mnie. Po miesiącu czułem się dużo lepiej, rany trochę się pogoiły. Spotkaliśmy się u mnie, raz, drugi. Ja czułem, że po takim incydencie, naprawdę uda się nam być razem. Były jeszcze może dwa spotkania i zakończyłem z nią związek. Nudziła mnie. Wolałem być sam, lepiej czułem się sam, nie miałem poczucie, że tracę czas. Robiłem, to co lubię. Seks okazał się nie być warty wiązania się z kimś. Poza tym znalazłem wytłumaczenie, że była kompletnie z innego świata niż ja. Nie rozumiała moich pasji. Rozstaliśmy się, a ja złamałem kolejne serce. Nie rozpaczałem po niej za bardzo. Szybko się pozbierałem się odetchnąłem pełną piersią, szczęśliwy, że znów mogę wszystko. Tak minęło kilka miesięcy, aż znów coś pękło we mnie. Pojawiła się kolejna dziewczyna... Wszystko od nowa... Znów uwierzyłem, że tym razem się uda... Nie udało, a ja znów cholernie cierpiałem, bo naprawdę polubiłem tą dziewczyną. Zaraz po niej zacząłem coś znów z dziewczyną, którą kiedyś skrzywdziłem. Na początku była fascynacja, zauroczenie, które przeszło po trzech spotkaniach. Zraniłem znów... Wróciłem do cięcia. Wtedy zdałem sobie sprawę, że coś naprawdę jest nie tak. Wtedy też natknąłem się na książkę "Mężczyźni, którzy nie potrafią kochać" i dowiedziałem się, że mam naprawdę problem. Że nie chodziło wcale o dziewczyny, ale właśnie o mnie.

Tyle mojej historii, opisanej w dużym skrócie. Wnioski, do jakich doszedłem. Z bliżej nieznanych przyczyn, boimy się bądź nie chcemy (jak tytuł wątku) angażować się w związek. Dusimy się w związku, potrzebujemy przestrzeni, wolności. Myślimy, że związek z kimś takim jak my, a więc z kimś, kto potrzebuje także przestrzeni, byłby dla nas dobry. To, że mamy problemy ze związkiem nie jest jedynym elementem naszej kondycji. Ciężko nam dokonywać ważnych zakupów (telewizor, samochód, itp.), ciężko nam podejmować ważne decyzje. Nie lubimy być przywiązani do jednego miejsca, zawsze staramy się mieć wyjście awaryjne. Lubimy niezależność. Można by nas opisać jako ludzi z syndromem Piotrusia Pana. Wieczne dziecko, które nie potrafi/nie chce/boi się dorosnąć. Wszystko, co kojarzy się nam ze stabilizacją, wywołuje gwałtowne reakcje. Pamiętam jak wielkie problemy miałem z zaakceptowaniem stałej pracy i w ogóle z życiem, z zaakceptowaniem tego, że ono tak już będzie wyglądać. I chyba tego nie zaakceptowałem, po prostu powiedziałem sobie, że nic nie trwa wiecznie i że w każdej chwili mogę wyjechać, zrobić co chcę. To mi trochę pomogło. Niestety, z dziewczynami próbowałem wielu tłumaczeń, ale żadne nie dawało rady. Muszę też zaznaczyć, że nigdy nie byłem z dziewczyną szczery pod tym względem. Może to jest jakaś metoda? Powiedzieć od razu na początku o naszych lękach? Być szczerym...?

W moim przypadku najgorsze jest to, że moje uczucia faktycznie wygasają po pewnym czasie. Nie umiem kogoś kochać trwale. Kocham chwilowo, później moje uczucia znikają, a ja zostawiam dziewczynę i dalej ulegam kolejnemu zauroczeniu. I ciągle tak samo... Gdyby nie to, że za cholerę nie chcę ranić dziewczyn, pewnie by mi to odpowiadało. Ale ja naprawdę chciałbym być szczęśliwy z jedną dziewczyną, móc ją kochać, nie nudzić się nią i nie zostawiać jej z tego powodu, że lepiej się czuję będąc samemu. W sumie coś w tym może trochę być, że dobrze mi samemu. Ogólnie lubię moją niezależność i takie życie jakie mam, ale... Gdy nadchodzą te momenty samotności, pustki, gdy chce się kogoś przytulić, a nie ma się nikogo, to nie jest łatwo. Wtedy zastanawiam się, co jest ze mną nie tak? Czy ja trwale nie umiem kochać? Czy można to zmienić? A może to uszkodzenie somatyczne mózgu, jakaś niedoczynność, uszkodzenie układu nerwowego w okresie płodowym? Myślę nad tym, próbuję ubrać to w całość. Chcę pogadać o tym z psychiatrą, może on choć trochę pomoże. Zastanawiam się, co można zrobić i gdzie tkwi problem. Dzieciństwo może być tu jakimś wspólnym mianownikiem. Nie pamiętam w nim miłości. Jak było z tym u Was?
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
08 sie 2013, 21:25

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez lukk79 10 sie 2013, 22:48
Fajnie, że opisałeś swoją historię. Miałem jedno tego typu zauroczenie, i też była to pierwsza dziewczyna na poważnie. Przebieg prawie identyczny, może nawet identyczny jak u Ciebie. Później był jeszcze jeden b. krótki związek, ona nie chciała ale ja się czułem w tym związku tak bardzo nienaturalnie, że właściwie się nie dziwię, że nie chciała, to by i tak nie przetrwało. I nawet podczas tego krótkiego związku miałem te same myśli, że wciąż szukałem czegoś co jest w niej nie tak i na przemian przekonywałem siebie, że jest wszystko dobrze, że z jednej strony mi się podoba, a z drugiej nie, że jestem szczęśliwy że jestem z nią (że mam dziewczynę) i szczęśliwy kiedy zostawałem sam ze sobą. Kolejne dziewczyny to już także tylko 1-2 spotkania i nie chciałem dalej.
Nie wiem czy to można zmienić. Ja też chcę być z jedną osobą. Cholera, musi być w życiu ktoś taki, jak inaczej bowiem mamy żyć? Tak, lubię swoją sytuację, lubię być sam i lubię swoje życie ale do jasnej cholery ktoś musi być w moim życiu, ta jedna. Nie wiem, może jakimś wyjściem jest związek o jakim pisałem poprzednio, ona u siebie, ja u siebie i spotkania, wtedy długie i intensywne ale jednak potem wracamy do siebie. Taka przyjaźń-miłość. Marzy mi się coś takiego, wiemy na pewno, że nie potrzebujemy naszego poczucia niezależności do tego żeby je wykorzystywać na inne podboje itd., potrzebujemy go żeby móc żyć tak jak nam dyktuje nasza osobowość, może więc znajdzie się kobieta, która będzie to rozumieć i będzie tak chciała, wtedy jest szansa na związek, na to, by mieć w życiu kogoś "swojego" (może nawet się pobrać, hmm). Wtedy na pewno warto o tym powiedzieć, zresztą ja bym i tak powiedział tylko kwestia tego kiedy bo ostatnio powiedziałem o tym na samym początku, a raczej napisałem o sobie zanim się jeszcze spotkaliśmy i ona się wystraszyła na amen. A była bardzo ładna, ona do mnie napisała pierwsza, że chce się poznać i żebym napisał coś o sobie. Oczywiście nie napisałem o sobie źle, wręcz przeciwnie ale wiem, że za dużo na raz. Tylko że, kiedy pisałem to cały czas wiedziałem, że to gra, że jeśli teraz jej napiszę trochę, to później i tak będę musiał jej o tym powiedzieć ale tak powinienem zrobić. Przynajmniej miałbym kolejne doświadczenie kiedy byśmy się spotkali, zobaczyłbym jak czuję się w jej towarzystwie i czy coś by z tego było, potrafiłbym wyczuć. Ale ja nie potrafię za długo prowadzić czegoś takiego. A kiedy dziewczyna wie od początku i nadal jest mną zainteresowana to ja nie chcę, przynajmniej tak było do tej pory - ale to wracamy znów do tego co jest istotą problemu.
Teraz sprawa wygląda tak, że nie próbuję choć cały czas o tym myślę, czekam na odpowiedni czas ale najczęściej popuszczam wodze swojej złości w stosunku do nich (jak by one były czemukolwiek winne...) i cały czas mam świadomość że to b. głupie i to marnowanie czasu. Książki nie czytałem ale przeczytam.
Miłość w dzieciństwie. Pamiętam dużo miłości ze strony mamy i mało ze strony ojca. W domu było dobrze, miałem dobre dzieciństwo ale kiedy teraz o tym myślę, to wyłapuje specyficzne odczucia (zapoczątkowała to ta terapia grupowa 12 tygodni), że zawsze byłem zaburzony, zawsze. Nie wiem jak to poskładać - za mało miłości, za dużo ale nieodpowiednia, jakieś uszkodzenie mózgu. Mam wrażenie, że jestem w stanie przypomnieć sobie całe życie ale nie potrafię wyciągnąć z tego wniosków. Teraz mój kontakt z rodzicami i bratem jest taki bezosobowy choć niby bliski i pełen uczuć, oni zawsze mnie wspierają i zawsze mi pomogą we wszystkim. Myślę o tym więcej racjonalnie niż uczuciowo, po prostu wydaje mi się, że tak powinno być i byłem w szoku na terapii kiedy słuchałem różnych historii. Myślę, że dzieciństwo to spora przestrzeń, którą można wykorzystać do leczenia ale musi być dobry specjalista. Miałem próbę samobójczą jak miałem 23 lata, nic nie czułem, nie potrafiłem rozmawiać, byłem wśród znajomych i nie odezwałem się jednym słowem przez cały wieczór. Cały czas tylko starałem się komuś przekazać, że nie potrafię rozmawiać, powiedziałem raz jednemu koledze, że czuję się jak warzywo, a on spytał (żartem trochę) czy mam jakieś konkretne warzywo na myśli. Pamiętam, że rozbawiło mnie to. Miałem szczęście, że było wokół mnie dużo dobrych ludzi. Jak taki Piotruś Pan zawsze miałem szczęście bo byłem nieświadomy, ludzie byli wobec mnie życzliwi. Na koniec terapii terapeutka też powiedziała, że postrzega mnie jako takiego Piotrusia Pana z Nibylandii. Od jakiegoś czasu jednak przeżywam różne emocje i nie stykam się już tylko z życzliwością (co mnie wiele uczy).
Mam to samo rozpoznanie, F.60, z 2003 roku i teraz.
Dużo fantazjuję na temat związku, na temat mojego przyszłego związku. Kiedy robię sobie od tego przerwę żeby poczuć "jak jest naprawdę" to wtedy sporo zauważam na swój temat ale wtedy przechodzę spore katusze fizyczno-duchowe. Chodzi w dużej mierze o popęd, z którym nie potrafię sobie poradzić.
Offline
Pierwszy Romantyk Forum
Posty
923
Dołączył(a)
04 paź 2012, 21:24
Lokalizacja
Szczecin

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez polnormalny 11 sie 2013, 00:04
Panowie. Świetny temat. Idealnie pasuje do mojej osoby. Mam 26 lat. Opowiem Wam moją historie. No więc moja historia wygląda baaardzo podobnie jak Wasza z pewnymi wyjątkami.Od zawsze borykam się z kompleksami fizycznymi, przez które czuje się gorszy od reszty chłopaków, a teraz facetów. Nie zmienia to faktu, że zawsze (od kilku miesięcy już nie) lubiłem podrywać, flirtować z dziewczynami. Pierwsze sukcesy w tej materii miałem w 6 klasie podstawówki, kiedy to poderwałem dziewczynę w sanatorium. Trwało to bardzo krótko bo już wtedy miałem szajbę na pkt swoich kompleksów i wiedziałem, że się nie przełame. Myślę, że własnie wtedy mój mózg zaczął wdrażać schemat myślowy (który trwa do dziś i jest już ogromnie patologiczny), który polegał dokładnie na tym: "I tak ona mnie zostawi, kiedy dowie się o wszystkich moich defektach, znudzi się mną, oceni na chłodno że jest wielu innych ciekawszych ode mnie, więc jedyną opcją jaka mi zostaje to zniechęcić ją do siebie już teraz i wyszukiwać u niej wad żeby ona znudziła się mi". I tak też się stało, na niej stestowałem technikę wewnętrznego odpychania od siebie. Po tym przyszła kolej na jej siostrę, której się spodobałem. Po tygodniu jebnęło i to, chociaż ona się pokapowała o niektórych moich defektach, ja i tak wiedziałem że mnie zostawi prędzej czy później. Następnie było gimnazjum. Naszło mnie pewnego razu poderwać prze piękną dziewczynę z klasy równoległej, była to 2 gimnazjum. Od zawsze miałem dryg do podrywu werbalnego. Jestem dobrym mówcą (a raczej byłem przed załamaniem nerwowym w kwietniu, teraz jestem wrakiem, cieniem siebie). Zaczęliśmy się spotykać, chodzenie za rękę, nawet były elementy przytulania (co u mnie było i jest nie do pomyślenia), upominki artystyczne z mojej strony i różne inne rzeczy. Trwało to miesiąc. Przez cały ten miesiąc pomimo tego że czułem się przy niej świetnie, wiedziałem że tak naprawdę nie wie o moich defektach i jak się o nich dowie to mnie porzuci. Tak więc zacząłem knuć jak się odkochać i jak zrobić żeby ona odkochała się we mnie. Zacząłem od tego, że tak jak Wy zacząłem szukać w niej niedoskonałości, wkręcać sobie że mogę mieć lepszą (czysta wkrętka bo do tej pory nie spotkałem równie idealnej i myślę że to była moja życiówka i dla niej też), aż mi się udało, utraciłem zainteresowanie nią, zacząłem zachwycać się urodą innych etc. Jednocześnie po próbach zniechęcenia jej do mnie, bez braków rezultatów poprostu ją porzuciłem. Jest to jedna z tych sytuacji, której sobie nie wydaruję do końca życia. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę z tego co zrobiłem. Wychowywała się bez ojca, ja byłem jej 1 chłopakiem więc spoczywała na mnie wielka odpowiedzialność, po tym porzuceniu jej minęło kilka lat zanim się z kimś zaczęła spotykać. Znałem jej kilku chłopaków po mnie. Jeden, który chodził z nią kilka dobrych lat, wtedy już jej ex, (ok 4-5) po tej sytuacji ze mną, powiedział mi, że ona do tej pory ma moje upominki własnoręcznie robione.Pomyślałem wtedy, że spróbowałbym odnowić temat ale nadal jestem jaki byłem więc nie będę po raz kolejny przerabiał tego samego. I generalnie na niej się skończyło. Zamknąłem się od tamtej pory, czyli od 2 gimnazjum na relacje damsko-męskie, wiedziałem że nic z tego nie będzie bo i tak skończy się na porzuceniu, więc tak sobie żyłem a samotność zjadała mnie z roku na rok coraz bardziej.Niesamowicie marzyłem o byciu kochanym, takim jakim jestem a z drugiej strony wiedziałem i czułem, że jest to niemożliwe. Momentami ból samotności był tak wielki, że aż fizyczny, nie wspominając o myślach samobójczych i otępieniu uczuciowym czy problemach z pamięcią z powodu stresu związanego z tym własnie faktem. Z roku na rok też zdarzały się pomimo tego że nie inicjowałem specjalnie żadnych okazji jakieś dziewczyny. Wszystkie je, jednak odtrącałem wg. mechanizmu "mogę mieć lepszą etc" a w rzeczywistości był to już zakodowany mechanizm mojego strachu przed odrzuceniem. Były sytuacje, a konkretnie bodajże 2, kiedy dziewczyny same do mnie się przykleiły bo się we mnie zakochały, a ja bezczelnie je odtrąciłem. Zmarnowałem w ten sposób wiele bardzo ciekawych okazji, znajomości. Dzięki temu wszystkiemu dzisiaj, po tych wszystkich latach obłędu wewnętrznego, bólu i pustki czuję się jak stary dziwak, bo do tej pory nawet się nie całowałem, nie mówiąc już o normalnym seksie. Bardzo sporadycznie, ale zdarzają się sytuację, które można by rozwinąć ale ja już nawet nie podejmuje prób, bo mam poczucie bycia nikim, bycia 0, wiek też już odgrywa sporą rolę, w tym wieku powinienem być kimś innym niż jestem teraz. Żebym teraz się przełamał to chyba musieliby mnie uśpić i wsadzić do łóżka albo czymś naćpać, ogłuszyć etc. :D
Lęki i kompleksy mnie zabiły, jestem wewnętrznym trupem. Tematu obycia w związku poruszać chyba nie muszę. Sorry że walnąłem taką książkę, ale tak trafny jest to temat, że musiałem to tutaj zostawić.
polnormalny
Offline

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez Desiderii 11 sie 2013, 09:46
Polnormalny, cieszę się, że się odezwałeś i napisałeś tu wiadomość! Z tego co zrozumiałem, to fundamentalnym powodem niepowodzeń w związkach z dziewczynami są kompleksy. Ze strachu przed tym, że dziewczyna zostawi Cię, gdy dowie się o Twoich kompleksach, Ty chcesz porzucić ją szybciej, żebyś to Ty odrzucił ją, a nie ona Ciebie. Napisałeś też, że spotykałeś się z pewną dziewczyną miesiąc i że czułeś się przy niej świetnie. Dla nas (ja i lukk79) miesiąc czasu to naprawdę długo, w dodatku czułeś się z nią dobrze, a u nas z kolei jest to szarpanina sprzecznych emocji. Hm, jeśli faktycznie to kompleksy i lęk przed odrzuceniem są u Ciebie głównym powodem niepowodzeń z kobietami, to ja widzę szansę. Wiedza, co mi jest, jest ogromnie ważna, bo wiesz nad czym pracować. Byłeś na jakiejś terapii, spotkałeś się z psychiatrą, psychologiem? Powiedziałeś komuś o Twoich problemach? Tak się zastanawiam, czy te kompleksy, o których piszesz, to faktyczny powód, czy tylko urojony. Ja wkręcałem sobie, że dziewczyna ma zbyt odstające uszy i formalnie z tego powodu ją zostawiłem, co w rzeczywistości było bzdurą, bo tyło tylko pretekstem. Czy Twoje kompleksy też nie są takim pretekstem, a prawda może leżeć gdzie indziej? Ja także miałem ogromne kompleksy przed pierwszym razem z dziewczyną, ale ostatecznie przełamałem się, choć i tak później dziewczynę zostawiłem, ale już z innego powodu. Jeśli to kompleksy są u Ciebie powodem, to można chyba coś z tym zrobić. Takie rzeczy się leczy. Chociażby świadomość, że nikt nie jest idealny, i ta dziewczyna, z którą się spotykałeś, też idealna nie była. Nie jesteśmy superbohaterami z filmów czy coś takiego, ale normalnymi ludźmi, którzy mają swoje słabości. No i można zawsze napisać, że jak ktoś zostawia Cię z powodu kilku wad, to znaczy że nie jest wart Twojej miłości, bo (podobno) kocha się kogoś w całości, razem z wadami i zaletami.

Lukk79,
A kiedy dziewczyna wie od początku i nadal jest mną zainteresowana to ja nie chcę, przynajmniej tak było do tej pory.
To jest nasz gwóźdź do trumny. Sam sobie odpowiedziałeś po części, czy możliwe jest znalezienie takiej osoby, która będzie akceptować naszą osobowość, osoby gotowej pójść na "układ" przyjaźń-miłość, o którym piszesz. Nawet jeśli taka osoba by się znalazła, to i tak, prawdopodobnie byśmy tego nie chcieli. Ja miałem przez miesiąc, dwa, taki związek na odległość, gdzie dziewczyna przyjeżdżała na weekendy (jak pisałeś, każdy mieszka u siebie, a tylko spotkania długie i intensywne, po których każdy idzie do siebie) i nie dałem rady. Po jednym dniu spędzonym z nią byłem wyczerpany. Chciałem, żeby sobie już poszła, a że autobus miała dopiero następnego dnia, męczyłem się cholernie. Z kolei gdy spotykałem się z dziewczyną z tego samego miasta (co z założenia miało być mniej absorbujące, to znaczy spotkania po kilka godzin i każdy idzie do siebie, a nie od razu dwa dni ze sobą), to po kilku spotkaniach zaczęło mi przeszkadzać, jak się ubiera i jaki ma styl. A więc to samo... Ja naprawdę byłbym gotów pójść na jakikolwiek układ, żeby tylko nie pojawiały się te uczucia, które każą mi kończyć związek... Próbujemy wymyślać tak przeróżne opcje, w których rzekomo byłoby nam dobrze, że szok, ale tak naprawdę żadna z tych opcji nie działa. Przepraszam, Lukk79, że tak pesymizuję, ale u mnie nie działa nic... Mi po prostu przechodzi uczucie do kobiety. Jestem na siebie wściekły na poziomie racjonalnym, że tak się dzieje, ale na poziomie uczuciowym wszystko już powygasało.

W poprzedniej wiadomości nie napisałem o dwóch istotnych rzeczach. Jedna to pierwsze wydarzenie tego typu, z jakim miałem do czynienia. Niektórzy interpretują nasz problem jako efekt nieudanych wcześniejszych związków, ale to nie jest wyjaśnienie, a przynajmniej nie w moim przypadku, bo... Pierwszy raz, jaki pamiętam, gdy odczułem te uczucie lęku, paniki i ogromnej niechęci do kogoś, miałem w wieku 9 lat. Przecież to jeszcze dzieciak. Pamiętam, że były moje urodziny i już miałem dmuchać świeczki na torcie, gdy mignęły światła przy domu i okazało się, że na moje urodziny przyjechały kuzynostwo z innego miasta. Wiecie jaka była moja reakcja? Rozbeczałem się. Panicznie się poryczałem i nie wiedziałem nawet dlaczego. Dopiero dzisiaj wiem. Popłakałem się z tego samego powodu co teraz, gdy rozstaję się z kobietami. Strach i niechęć. Bałem się przytłoczenia z ich strony, nagle przestałem je lubić i nie chciałem ich w ogóle blisko siebie, a wiedziałem, że będę musiał się nimi zająć, że będę musiał się z nimi bawić, że nie będę mógł udać się do mojego świata. To była panika. I pękłem, jako dziewięcioletnie dziecko, ze strachu przed naruszeniem mojej wolności. Było tam jeszcze uczucie obrzydzenia do nich, podobne do tego, jakie odczuwałem gdy byłem przez jakiś czas z dziewczyną. Ja myślę, że jest to wartościowa poszlaka: to, że już w wieku 9 lat miałem "to schorzenie". Jeśli teraz mówimy o jakichkolwiek przyczynach naszego stanu, to wydaje mi się, że pozostaje albo dzieciństwo, albo wada fizjologiczna mózgu.

Druga rzecz, o której napiszę, to to, że problemy w relacjach z kobietami nie są jedynymi jakie mam. To dotyczy również reszty ludzi. Gdy ktoś zbyt bardzo przytłacza mnie swoją obecnością, reaguję bardzo podobnie. Chcę, żeby ta osoba poszła już sobie. Tak było jakiś czas temu. Zaprosiłem kumpla do siebie na weekend. O ile po jego przyjeździe poszliśmy na miasto coś wypić, o tyle na drugi dzień czekałem, aż pojedzie do domu i zostanę sam. Męczy mnie obecność innych ludzi na dłuższą metę. Jeśli niczego od nich nie potrzebuję, cholernie mnie nudzą i nie potrafię z nimi długo wytrzymać. Właśnie: ludzie z reguły mnie nudzę. Też tak macie? Mogę ze znajomą rozmawiać przez telefon godzinę, ale gdyby była u mnie i gdybym wiedział że zostaje na przykład na noc, czułbym presję, zacząłbym się spinać i denerwować, chciałby, żeby sobie już poszła. Ja nazywam to problemem z bliższą relacją. I dotyczy to kogokolwiek, zarówno potencjalnej partnerki jak i przyjaciół czy znajomych. Tak jakbym nie umiał żyć z drugim człowiekiem, jakbym się dusił. Jak to wygląda u Was?

Lukk79, wspomniałeś nawet o małżeństwie. Co o dzieciach? O ile ja na małżeństwo mógłbym się zgodzić (teoretycznie...), o tyle dzieci nie chcę i nigdy nie chciałem. Wydaje mi się, że wtedy już cały bym zniknął... Poza tym ta odpowiedzialność mnie przeraża. No i od wielu lat mam na to zracjonalizowane wyjaśnienie: po co płodzić kolejną istotę, która będzie cierpieć w tym beznadziejnym świecie? To wręcz samolubne i okrutne. Nie napisałem też o schemacie, jaki w moim przypadku ma miejsce. Potrafię się zauroczyć po uszy po jednym spotkaniu z dziewczyną. Następuje wtedy eksplozja uczuć, wszystkie te hormony uderzają chyba do głowy, bo jestem w stanie przenosić góry, jestem gotów żenić się z nią, mieć dzieci, dom. Najczęściej jest tak, że ona też się zauracza (zakochuje?) i wtedy jest cudownie przez krótki czas (tydzień?). Później następuje u mnie zwrot o 180 stopni i zaczynam czuć do tej osoby lekką, z czasem nasilającą się odrazę. Moje uczucia, emocje, wygasają. Tak jak w przypadku zdrowego człowieka, zakochańcze chemikalia przestają działać po około dwóch latach, tak u mnie po kilku dniach/spotkaniach. I wtedy trzeba to jakoś skończyć, a to wywołuje dużo bólu, bo zdaję sobie sprawę, co zrobiłem, zdaję sobie sprawę, że skrzywdzę kolejną dziewczynę. Jestem wściekły na siebie, że tak reaguje, że jestem jaki jestem, że nie potrafię utrzymać uczucia na dłużej. Chcę coś czuć, chcę kochać, ale gdy chemia zauroczenia mija, nie jestem w stanie poczuć nic. Nie umiem kochać. Wtedy czasem się tnę z tego szoku i nadmiaru agresji do samego siebie, że jestem jaki jestem... Najlepiej jest dla mnie nie angażować się w związki. Choć wtedy czuję się pusty i samotny... Ostatecznie, po takim zerwaniu czuję się jak nowo narodzony, znów świat stoi przede mną otworem... Choć ostatnio coraz bardziej koncentruję się na tym, że coś jest ze mną nie tak, że chciałbym normalnie kochać i być z kimś.

Nie wiem, czy da się coś z nami zrobić. Czasami myślę dość pesymistycznie... Myślę, że może tacy już jesteśmy. Że naszą naturą jest ranienie innych. Że gdy dosięga nas głęboka pustka i samotność, raz na jakiś czas musimy wyruszyć na "rejs" i, niczym wampir, zapolować na naszą ofiarę... Nasycić się emocjami, bliskością, żarem miłości i seksem, by później ją zostawić i wracać do swojej wolności. Wiem, że to straszne, co piszę, ale czasami myślę w ten sposób, bo już nie widzę wyjścia. Dlaczego ten problem nie został jakoś bardziej opisany? Dlaczego nie zajęto się tym? Przecież relacje z bliskimi osobami są cholernie ważne w życiu, a my cierpimy, bo nie możemy tego ogarnąć.
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
08 sie 2013, 21:25

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez polnormalny 11 sie 2013, 10:26
Desiderii, Wiesz kompleksy kompleksami, one były kluczem do tego wszystkiego bo gdyby nie one to na pewno bym się postarał zawalczyć o to wszystko. A przez ten miesiąc, kiedy się spotykałem z tą dziewczyną to pomimo tego że było mi z nią dobrze to tak jak napisałem - pracowałem nad tym żeby się jej pozbyć i wyszukiwałem w niej wad, żeby się odkochać. Dodatkowo dodam Ci, że przez że ją odtrąciłem w momencie kiedy była we mnie zakochana, wyrządziłem jej ogromną krzywdę. Wiem z różnych źródeł, że przez całe życie nie może stworzyć szczęśliwego związku, że każdego kolejnego ona porzucała (myślę, że to reakcja obronna). A co do tych wyszukiwań niedociągnięć u dziewczyny to nie jest tak że ona musi być idealna czy coś, bo mnie nie kręcą idealni ludzie w ogóle - to jest ta pierdolona reakcja obronna zakodowana w mózgu. Jakiś czas temu jeszcze miałem nadzieje, że jestem w stanie wygrać to życie. Teraz jestem żywym trupem, bez jakiejkolwiek nadziei na normalne życie, a jedyne co może mnie fajnego spotkać to śmierć. Wieloletnia wewnętrzna samotność mnie po prostu zamordowała. Powolnie, sukcesywnie mnie uśmiercała. Kiedy porównam siebie z przed nawet 3 lat a teraz, to po prostu chce mi się płakać. Na wszystko jest odpowiedni czas w życiu, a ja moment na wygranie tego wszystkiego przegapiłem. Nie ma na świecie chyba takiej dziewczyny, która chciała by mnie jakoś wyrobić. Dookoła jest masa fajnych facetów normalnych, bez zaburzeń i przystojnych, więc po co ktoś miałby sobie zawracać głowę kimś takim jak ja.
polnormalny
Offline

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez Desiderii 11 sie 2013, 11:28
Polnormalny, ja rozumiem, że to reakcja obronna zakodowana w mózgu, ale, ostatecznie, źródłem tej reakcji jest niewiara w siebie, strach przed odrzuceniem spowodowanym odkryciem przez dziewczynę Twoich kompleksów. Działamy podobnie - wynajdujemy sobie powody, dla których zrywamy z dziewczyną, ale przyczyny naszego działania wydają się inne. U Ciebie to kompleksy, u mnie nie wiem co, dlatego to takie irytujące, bo nie wiem co mam naprawiać. Piszesz, że jesteś żywym trupem. Luke napisał, że czuł się jak warzywo. Ja użyłem określenia wrak. Od jakichś dwóch lat przekonałem się, że moje życie to czekanie na śmierć. Wszystkie ideały upadły, to, w co wierzyłem, okazało się mrzonką. Po próbie samobójczej jednak coś się zmieniło, niewiele, ale zawsze. Zacząłem lekko dostrzegać inne rzeczy, które mogę mieć w życiu. Te małe przyjemności, które zawsze uznawałem za nieznaczące. Mogę słuchać muzyki. Pić piwo. Zapalić papierosa, grać czytać, oglądać filmy. Przez pewien czas to działa, ale później znów jest nawrót do tego depresyjnego stanu samotności. Jednak koncentracja na nim to dla mnie trochę ostateczność, najpierw chciałbym sprawdzić czy są jakieś szanse, żeby to zmienić. Nie napisałeś nic o terapii, o spotkaniach z psychiatrą. Masz zdiagnozowane jakieś zaburzenie? I nie zapominaj o tym, że dookoła istnieją dziewczyny, które zainteresowałyby się Tobą. Jasne, że dookoła jest masa normalnych, "męskich", odpowiedzialnych i dojrzałych facetów (aż mnie wzdryga, bo ja taki nie jestem...), ale myślisz, że dziewczyna z problemami (jak Ty, jak my) będzie chciała być z takim "normalnym" facetem, który rzadko kiedy wykazuje się wrażliwością, empatią i inteligencją? Jak byłem niedawno na terapii, poznałem jedną sympatyczną dziewczynę. Oczywiście zaburzoną, cięcia na ręku, pobyt w szpitalu. Ale zaczęliśmy rozmawiać i okazała się być naprawdę miła. Ja znam ten mechanizm, którym się posługuje Twój mózg, ale z obowiązku nie mogę przytaknąć. Ludzie są różnorodni. Nie mierz wszystkich dziewczyn jedną miarą, bo to oszustwo. Możesz spotkać kogoś wartościowego. Trzeba by tylko popracować nad tymi kompleksami i nad tym, żeby nie bać się dziewczyny. I być z nią szczerym...

Jak pisał Lukk79, u mnie też dzieciństwo nie było niby złe, też mogę powiedzieć, że miałem więcej miłości od matki, od ojca mniej, za to jak ojca darzyłem raczej negatywnymi uczuciami. Nigdy nie patrzono na to, czego ja chcę, do czego mnie ciągnie. Musiałem się przeważnie podporządkować, a moje pragnienia schodziły na drugi plan. Może dlatego teraz tak bardzo boję się stracić siebie i to, co lubię robić. Być może syndrom Piotrusia Pana jest nam zatem wspólny. Pewna niedojrzałość emocjonalna, jak już chyba pisałem, bo ja ciągle czuję, że nie dorosłem. I problem z popędami :/. Fantazjowanie - ja większość czasu fantazjuję. Ja sobie wymyślam rzeczywistość, siedzę w mojej głowie tak często jak się da. Fantazjowanie o związku, kiedyś, jeszcze przed pierwszym spotkaniem intymny z dziewczyną, fantazjowałem jaki to seks musi być wspaniały. I, jak zawsze, gdy fantazja przechodzi w real, było kiepsko, do bani wręcz. Seks mnie rozczarował, dlatego do teraz mam ambiwalentny stosunek do niego. No bo jak w czasie seksu z dziewczyną musisz wyobrażać sonie erotyczne sceny, żeby osiągnąć orgazm, to pojawia się pytanie po co w ogóle mi taki seks. Damn...

Czego właściwie boicie się, albo dlaczego zrywacie te stosunki z dziewczynami? Jeśli mielibyście wypunktować powody? U mnie byłoby to chyba:

- strach przed zniknięciem, zawłaszczeniem w związku,
- strach przed utratą wolności, przed zobowiązaniami, przed tym, że nie będę mógł robić tego co chcę z kim chcę i kiedy chcę (trochę to dziecinne, że chcę zawsze robić co chcę, ale tak czuje),
- strach przed odrzuceniem, gdy ta osoba pozna moje słabości,
- nie do końca zrozumiały strach przed bliskością, wzbranianie się nawet przed nią,
- strach przed tym, że dziewczyna będzie chciała zakładać rodzinę, mieć dzieci, co dla mnie jest nie do przyjęcia,
- zniknięcie pozytywnych emocji,
- pojawiająca się niechęć, obrzydzenie do dziewczyny,
- uczucie bezsensu bycia z kimś,
- znudzenie się dziewczyną, nudzenie się będąc z nią,
- tęsknota za byciem samemu,
- zdanie sobie sprawy, że ostatecznie lepiej jest mi będąc samemu (co nie do końca jest prawdą; później po rozstaniu przychodzi często kryzys)

Może wszystkie nasze problemy biorą się stąd, że nie możemy zaakceptować siebie. CHCEMY być kimś innym, CHCEMY być jak inni, jak normalna większość, ale może to nie jest nasza droga. Tak jak wielu gejów/lesbijek na początku nie chce zaakceptować swojej natury, ale w końcu się z nią godzi. Może naszym problemem jest to, że nie potrafimy się pogodzić z tym, jacy jesteśmy. Cóż, ja po prostu nie umiem się z tym pogodzić. Jeszcze nie teraz. Co zauważyłem u siebie, to też poczucie wiązania nadrealnych nadziei w związku z bycia z drugą osobą. Myślimy, że dopiero wtedy będziemy szczęśliwi, dopiero wtedy nie będziemy samotni. Tymczasem znam ludzi, którzy są tak samo nieszczęśliwi i samotni nawet gdy są z kimś w związku. To by przemawiało za tym, że problem jest ewidentnie w nas i nikt inny tego nie zmieni, dopóki my sami tego nie zmienimy. Szczęścia nie da nam nikt inny, to my sami musimy je w sobie znaleźć. I to, czy z kimś jesteśmy czy nie, nie ma tu większego znaczenia. Nikt inny nie wyleczy nas z naszych ran. W tym sensie jesteśmy skazani na siebie.
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
08 sie 2013, 21:25

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez lukk79 11 sie 2013, 12:40
Tak. Niezwykle dużo się zgadza, dużo pasuje. Nieco inaczej niż u Ciebie, polnormalny, ja miałem kompleksy również i dotyczyły konkretnej sprawy, nawet do teraz jest tego cień we mnie, chodzi/ło o moją cielesność, o brak jakiejkolwiek możliwości zaakceptowania swojego wyglądu. Pojawiło się to mniej więcej na początku szkoły średniej i trwa do dziś ale od pewnego czasu zaczęło się zmieniać - nie potrafię sobie przypomnieć co zapoczątkowało ten proces zmiany ale zdaje się, że to, że komuś się spodobałem + że wielu ludzi mi mówiło, że wszystko jest OK ze mną + sam zacząłem odkrywać w sobie pozytywne rzeczy i je doceniać. Więc teraz już nie mam z tym takiego kłopotu, można powiedzieć że polubiłem siebie i dobrze mi ze sobą (są momenty, że tamto wraca). Ale pojawiło się coś innego - to o czym tu mówimy. Okazało się, że być blisko, tak jak zawsze sobie to wyobrażałem (widziałem w filmach itd. itd..) jest dla mnie problemem.
Wymieniłeś Desiderii te punkty i ja naprwdę niewiele więcej mogę dopisać, mogę tylko na dzień dzisiejszy wykluczyć kila z nich - ale dlatego, że na razie nie zdaję sobie z nich sprawy bo chyba wciąż żyję jakąś nadzieją. Te punkty to:
- strach przed odrzuceniem, gdy ta osoba pozna moje słabości - nie czuję tego strachu, po prostu jest tak, że osoba, która jest mną zainteresowana najczęściej już wie jakie są moje słabości, nie potrafię niczego ukrywać i widać to od początku. Nie jest tak, że pokazuje je i eksponuje od razu ale po prostu osoba widzi to, a ja nie mam zbytnio siły żeby pokazywać się z innej strony. Co innego jeśli chodzi o pracę zawodową i tego typu sprawy, tu oczywiście pokazuję się z jak najlepszej strony - to znaczy udaję, że jestem mocniejszy niż jestem choć nie wydaje mi się to dobry słowem "mocniejszy", po prostu robię tak by wywrzeć wrażenie, że podołam temu czy tamtemu. Ale w związku? Nie wyobrażam sobie jak miałbym udawać, może na pierwszym spotkaniu ale teraz mam takie podejście, że chcę o tym porozmawiać od razu - nie uważam tego za wstyd, za coś gorszego, to nie jest moja wina, że tak jest (mam nadzieję...). Ale jak napisałem przed chwilą - nie eksponuję tego, po prostu jak czuję że można o tym powiedzieć to opowiadam (to zresztą ciekawe dla drugiej osoby, pytanie tylko na jak długo...).
- strach przed tym, że dziewczyna będzie chciała zakładać rodzinę, mieć dzieci, co dla mnie jest nie do przyjęcia. I tu znów, wciąż żyję nadzieją. Wciąż myślę, że tego bardzo chcę, że będę przez to szczęśliwy. Myślę tak dlatego, że nie znam siebie jeszcze za dobrze, bardzo długi czas byłem oddzielony od siebie, dopiero jakieś 1,5 roku jak zaczynam zdobywać świadomość siebie. Zawsze czułem, że u mnie idzie wszystko wolniej (zawsze mówiłem sobie, że ja to chyba będę żył przynajmniej 100 lat żeby u mnie każdy proces odbył się w swoim czasie). Wciąż myślę, że mieć dziecko to fajna sprawa (pomijając to co się dzieje na świecie, jak beznadziejne jest to miejsce - tu dodam, że nie do końca, idee...). Wciąż mam ten obraz rodziny w głowie, którą kiedyś (kiedy?) założę. Pomału coś we mnie przygotowuje się, że może wcale tego nie chcę i że tego w moim życiu nie będzie. To jest to, co napisałeś na samym początku drugiej wiadomości: "Zawsze marzyłem o miłości, zawsze w miłości widziałem wyjście dla pozbycia się wszystkich moich problemów." Nie uwolniłem się z tego przekonania jeszcze, nie chcę się z niego uwolnić bo co mi wtedy zostanie? Ale wiem, że życie może mieć też wartość i bez tego, miłości wszakże jest dużo i jeszcze więcej jej potrzeba.
- uczucie bezsensu bycia z kimś. Tu też mam takie, podobne do powyższych, zapatrywanie, że jak będzie odpowiednia to tego nie będzie. Ha, odpowiednia! Kiedy będzie odpowiednia? Te 3 punkty wynikają prawdopodobnie z tego, że ja mam bardzo małe doświadczenie jeśli chodzi o związki i wciąż myślę, że mogę inaczej. To przekonanie się obecnie pomału zmienia.
Pozostałe punkty to już dokładnie mogę odnieść do siebie na zasadzie sprawdzenia empirycznego: znudzenie, obrzydzenie, chęć bycia samemu, obawa utraty przestrzeni (wolności).
Kiedy piszesz o problemie z relacją ("Druga rzecz, o której napiszę, to to, że problemy w relacjach z kobietami nie są jedynymi jakie mam. To dotyczy również reszty ludzi. Gdy ktoś zbyt bardzo przytłacza mnie swoją obecnością..."), moje z innymi ludźmi wyglądają tak samo, jak ktoś ma zostać np. na noc to już mnie to męczy, najlepiej jak rano już sobie pójdzie. Ale wciąż chcę żeby ludzi było dużo wokół mnie, jakby na wypadek kiedy będzie mi źle samemu żeby miał się do kogo zwrócić. Tylko, że wciąż chcę żeby to była ta jedna też. Ale może rzeczywiście, to nie nasza droga. Też mi trudno się z tym pogodzić, ale powiem Wam, że godzę się. Wiem, że w życiu są różne tragedie (czasem ta przypadkowość i chaos tego życia napawa mnie niewyobrażalnym zdumieniem - że to wszystko jeszcze działa), są uszkodzenia mózgu, które powodują takie lub inne stany. Chciałbym żeby moje/nasze zaburzenia miały sens. Ale wydaje się to przypadkowością, a tylko od nas zależy co z tym zrobimy. Ktoś nie ma nóg a daje radę, spełnia się choć też by wolał może inaczej. Myślę, że będzie dobrą sprawą u nas kiedy pogodzimy się z tym co mamy - ale to jest top co napisałeś - że musimy siebie poznać żeby wiedzieć co możemy zmienić, a czego nie. Najbardziej w życiu nie chcę żeby była taka sytuacja, że coś mogłem, do czegoś byłem zdolny a tego nie wykorzystałem. Chcę wykorzystać to czym dysponuję, a z tym czego nie mogę zmienić się pogodzić. Te ostatnie jest z tego wszystkiego najprostsze (dla mnie). Wyzwaniem jest dotrzeć do swoich unikalnych możliwości i wykorzystać je, a przed tym - dowiedzieć się gdzie są moje granice. Dobrze, że tu piszemy o tym, to wszystko buduje świadomość.
Wspomniałem o ideach, dla mnie są one bardzo ważne choć czasem zastanawiam się na ile jest sens trzymać się swoich przekonań kiedy zdasz sobie sprawę, że każdy jest inny i dla kogoś to może nic nie znaczyć. Wiem (wierzę?) jednak, że są pewne niezmienne prawidła, które zawsze takie pozostaną, wynikające chociażby z natury świata. Dla przykładu: miłość tworzy, a głupota (nienawiść) niszczy, współczucie i pomoc tym, co nie mogą się sami bronić itp. Jest to jakiś cel, w moim życiu jakoś mnie określa i pozwala się tutaj odnaleźć.
Offline
Pierwszy Romantyk Forum
Posty
923
Dołączył(a)
04 paź 2012, 21:24
Lokalizacja
Szczecin

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez polnormalny 11 sie 2013, 12:43
Desiderii, Twoje słowa trafiają idealnie w to co siedzi w mojej głowie. Chłopie jesteś tak do mnie podobny w myśleniu i postrzeganiu go że aż się dziwnie czuje czytając to :D Co do tego że ludzie są różnorodni - oczywiście że są, tylko pytanie gdzie ich szukać. Druga sprawa to nie wiem czy dwoje ludzi z zaburzeniami to dobry pomysł. Mogłoby to pogłębić patologie wspólnie. A co do bycia szczerym - Próbuje sobie wyobrazić reakcje dziewczyny na zdanie: "słuchaj wiesz że mam 26 lat i nigdy się nie całowałem ani nie kochałem" :lol:
Ogólnie moja depresja osiągnęła stan maksymalny w momencie zdania sobie sprawy w jakim miejscu jestem. Przez wszystkie lata się okłamywałem, myśląc że jestem kimś innym. Najbardziej szkoda mi straconych lat. Momentów tak pięknych, że staram się nawet ich nie wyobrażać. O terapii myślę i podjąłem już odpowiednie kroki ku temu. To jedyna możliwość wyjścia z tej sytuacji. Chciałem myśleć inaczej, że swój w końcu trafia na swego, ale jak widać to nie kręci się tak...
polnormalny
Offline

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez Dżejmson 11 sie 2013, 13:15
Desiderii, te wszystkie elementy które wypisałeś, pasują też do mnie. Niedawno zaliczyłem kilka krótkich związków. Każdy po krótkim czasie stawał się dla mnie bezsensem, nie umiałem go utrzymać, nie wiedziałem o czym rozmawiać z dziewczyną. Żadnej przyjemności z bliskości z kobietami. Wszystkie pozytywne emocje, gdy byłem w związku, ZNIKAŁY. Aż trzeba było zacząć leczenie antydepresantami, bo wpadłem w porządny dołek. Zmieniałem dziewczyny, bo nie wiedziałem, czy z nimi jest coś nie tak, czy ze mną. Zawsze w związku czułem, że lepiej byłoby mi samemu. Nie wiem co ze mną nie tak, ale większą przyjemność sprawia mi zajmowanie się swoimi hobby, niż związki, bliskość, fizyczność czy w ogóle spędzanie czasu z kobietami, nawet atrakcyjnymi. A słysząc od niektórych, że kiedyś weźmiemy ślub, a co gorsze, będziemy mieć dzieci! przyprawiała mnie o jeszcze większe przygnębienie. Dla mnie dzieci byłyby przykrym obowiązkiem, ani mi się śni zakładać rodzinę. Poza tym jestem zdanie, że życie jest za krótkie, by ograniczyć się do schematu dom-praca-rodzina. Nie mówię tu o tym, by szaleć, bo sam unikam alkoholu i nie stosuję żadnych używek, nie imprezuję. Po prosu świat jest zbyt piękny, by rezygnować z jego poznawania, a założenie rodziny byłoby mocnym ograniczeniem. Ja chcę zobaczyć jeszcze wiele miejsc, wiele przeżyć, spróbować wielu rzeczy, takich jak lot paralotnią i inne. Mając rodzinę i dom na utrzymaniu, nie byłoby mowy o poznawaniu świata, bo jak, kiedy i za co... A tak jak wspominałem, jesteśmy tu tylko na chwilę i kiedyś przeminiemy, drugiego życia nie dostaniemy.
Dżejmson
Offline

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

Avatar użytkownika
przez Gods Top 10 11 sie 2013, 18:22
Panowie, nie sądzicie, że ambiwalencja targająca Wami w związkach, z jednej strony wynika z potrzeby bycia kochanym, a z drugiej z doświadczeń z domu rodzinnego? Może obserwowaliście lub doświadczaliście niespójnych emocji w obrębie rodziny, np. jedno z rodziców było bardzo opiekuńcze a drugie wręcz przeciwnie? A może ten sam rodzic raz był troskliwy, by po chwili zbesztać Was za cokolwiek? Może właśnie rodzina utrwaliła w Was przekonanie, że jeśli jest dobrze (jak na początku związków), to za chwile 'rąbnie piorun i szlag wszystko trafi' (będzie bolało), a przez to sami staracie się przerwać ten bolesny schemat, zanim pojawi się ból?
W tę hipotezę również wpisuje się potrzeba wolności (i związki na odległość) - po prostu możecie mieć 'wdrukowane' w sobie, że bliskie relacje, związki, małżeństwo to męczarnia (jak np. małżeństwo rodziców?)
Inną kwestią jest siła przeżywanych emocji - jest jak w niebie albo jak w piekle; brak jest skali pośredniej... jak w domu (?). Może również związki rozczarowują Was pod tym względem, że faza zauroczenia kiedyś się kończy, a uczucia opadają (jeśli się ich nie pielęgnuje)?
Dostrzegacie takie analogie?

Jeśli by tak było, to nie związek byłby ratunkiem, a terapia, która zmieniła zakodowane w Was rodzinne wzorce. Związek mógłby być wsparciem w trudach terapii (i nie tylko), ale na pewno nie byłby lekarstwem.
"Każdy głupiec umie rozbić szybę, ale tylko niewielu potrafi ją wstawić."
W. Wharton "Stado"
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3084
Dołączył(a)
01 paź 2006, 16:49

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez polnormalny 11 sie 2013, 19:00
Gods Top 10 napisał(a): A może ten sam rodzic raz był troskliwy, by po chwili zbesztać Was za cokolwiek? Może właśnie rodzina utrwaliła w Was przekonanie, że jeśli jest dobrze (jak na początku związków), to za chwile 'rąbnie piorun i szlag wszystko trafi' (będzie bolało), a przez to sami staracie się przerwać ten bolesny schemat, zanim pojawi się ból?


Ciekawa koncepcja. Moja matka właśnie tak się zachowywała, dlatego od niej uciekłem. Chyba i tak zbyt późno.
polnormalny
Offline

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez lukk79 11 sie 2013, 19:44
No może, może wynika to z emocji jakich doświadczałem w domu rodzinnym. Próbuję sobie przypominać wszystkie momenty, było może kilka takich, które można uznać za bolesne ale czy aż tak? Czy nie jest tak, że właśnie przez to, że mam zaburzenie (nie wiadomo skąd wynikające) to odbierałem w sposób skrzywiony coś, co było całkiem normalne? Mój brat nie ma tego problemu, spotykał się z dziewczynami, teraz ma żonę. Ja nigdy z dziewczynami się nie spotykałem, myślałem o tym ale nie miałem dużego parcia, później jak przyszło to z kolei było za duże. Skąd zaburzenia? Skąd w ogóle biorą się zaburzenia? Czy możliwym jest, że zaburzenia mogą wynikać li wyłącznie z emocji - które w moim dzieciństwie nie były przecież aż tak silne, nie przypominam sobie żeby były. Czy możliwe, że przyszło się z nimi na świat? Ale nie wykluczam, że to z domu rodzinnego wyniosłem obecne problemy, tak zresztą jest najczęściej.
To nie jest do końca tak, że jest rozczarowanie bo zauroczenie odchodzi, a emocje opadają. To jest dużo silniejsze niż rozczarowanie. Po prostu jest problem kochać i być z tą osobą na co dzień. Nie raz słyszałem opinię o sobie, że pociąga mnie to co niedostępne, kiedy uda mi się to zdobyć to tracę zainteresowanie. Inaczej wyobrażam sobie związek, jest się tej osobie oddanym i dostaje się to samo - z tego czerpie się i radość i chęć by to kontynuować. I było tak u mnie tylko, że krótko, b. krótko. A związek miał znamiona prawdziwego związku, inni w ogóle mówili o nas para, a ja nawet nie byłem pewien czy jesteśmy parą! Jakbym czekał na coś innego, jakbym wiedział że to długo nie potrwa. O osobach schizoidalnych napisane jest, że nie przeżyją tej radości, którą daje przebywanie z drugim człowiekiem. Czasem wyczuwam jak może to wyglądać i jest mi mocno przykro, że ja tego miał nie będę. Kiedyś to była przykrość na zasadzie - ojej, skoro tak jest to muszę zrobić wszystko żeby to zmienić. Czytałem podręczniki o uwodzeniu, mobilizowałem się na różne sposoby. Teraz jak patrzę na to wstecz to z lekkim politowaniem, takie karkołomne próby. Nie wiem, może ta terapia pozwoli mi to jakoś na nowo uporządkować, zobaczyć co mogę, a czego nie.
Offline
Pierwszy Romantyk Forum
Posty
923
Dołączył(a)
04 paź 2012, 21:24
Lokalizacja
Szczecin

Nie chce/nie umiem/bronie sie przed związkiem/zakochaniem

przez polnormalny 11 sie 2013, 19:59
Masz to samo co mój kumpel. Zmienia dziewczyny max co 3-4 miesiące. Ma dokładnie taki sam problem jak Ty. Ogólnie fajnie się Ciebie czyta, mamy sporo wspólnych mianowników.
polnormalny
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Baidu [Spider] i 9 gości

Przeskocz do