Choleryzm ojca. Problemu ciąg dalszy.. ; )

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Choleryzm ojca. Problemu ciąg dalszy.. ; )

przez Starkiller 23 lip 2012, 14:53
Witam wszystkich, jest to mój drugi temat na tym forum i przejdę od razu do rzeczy. post845415.html -- > to było moim problemem jeszcze ponad miesiąc temu, jednak postanowiłem podjąc pewne kroki, spakowałem się wtedy i wyszedłem z torbą z domu. Ojciec powiedział wtedy, że jeżeli wyjdę to już nie będę jego synem ( powiedział to w nerwach, zapewne ;p ), tak też oczywiście zrobiłem i chcąc zmian w życiu wyniosłem się do kolegi. Dzwonił jeszcze tego samego wieczoru i próbował mnie zwerbować na siłę z powrotem. Szantażem, bo oczywiście nie zgadzałem się.Groził że przyjdzie do domu kolegi i zrobi awanturę, wyzywał, darł się itd. W końcu, w strachu przed narobieniem problemów koledze i jego rodzinie, wróciłem do domu. Rozmowa oczywiście była nieprzyjemna bo na tle nerwowym ale po czasie 4 godzin doszliśmy do porozumienia ( oczywiście było to pozorne o czym mam zamiar napisać w tym wątku). Ja zrozumiałem że mam robić to co on ode mnie wymaga i o co mnie prosi, w zamian za co nie będzie miał powodów do nerwów i będziemy żyli po spokojnemu. W ten sposób postawiłem swój pierwszy poważniejszy krok w kwestii porozumienia z ojcem w życiu. Przez pierwszy miesiąc było naprawdę ok, dogadywaliśmy się,a ja starałem się robić wszystko to o co mnie prosił. Sytuacja ucieczki z domu bardzo mi pomogła i wcześniejszy strach przed ojcem się zredukował a moje wcześniej, tłumione od lat bóle i żale "zresetowały się", przez co mogłem zacząć ze spokojnym, wyzerowanym "ja" nadrabianie życia w społeczeństwie. Były to jedne z najlepszych i przełomowych tygodni w życiu, koszmar z ojcem trwający od wieków się skończył, ja z człowieka nienawidzącego świata i będącego chamskim dla ludzi zmieniłem podejście na takie, gdzie nauczyłem się aby ludzi szanować i spędzać z nimi czas; szybko nauczyłem się kontaktów z płcią przeciwną a nawet udało mi się umówić na spotkanie ; ). Dosłownie każdego dnia chciałem krzyczeć ze szczęścia, że coś co pozornie wydawało się już stracone i niemożliwe, teraz się dzieje a ojciec już nie sprawia że czuję się jak "wykastrowany" i wiecznie upokarzany przez jego psychiczne zachowanie chłopaszek bez pewności siebie w społeczeństwie i na ogół. Oczywiście było za pięknie..

I znów się zaczęło. Wcześniej jak tylko zaczynała się robić spięta atmosfera, ja dzięki wyzbyciu się do ojca uprzedzenia, spokojnie z nim rozmawiałem mówiąc z góry co myślę. I tak dochodziło do zagaszania w zarodku wszelkich nerwowych sytuacji. Jednak ojciec znowu zaczął się czepiać o rzeczy błache i tym razem doszedłem do wniosku że jego impulsywność nie na tyle jest spowodowana tym że nie robię tego o co prosi, tylko zwyczajnie tym, że jest typowym CHOLERYKIEM. Skąd to wiem? Bo ja wyciągnąłem wnioski i jednocześnie uznałem że sprawdzę czy moje zaniedbywanie jego próśb było prawdziwym powodem, poprzez robienie tego co chciał ( bo tym usprawiedliwiał swoje wieczne nerwy). I co? I gówn* prawda ;p.
Znowu zaczęły się krzyki z byle powodu, natomiast o sile takiej jakbym miał zostać ojcem ;p. Na początku pomyślałem, " ok ma gorsze dni, przeczekamy zobaczymy". Oczywiście sprawdziły się moje przypuszczenia i tak jak przez pierwszy miesiąc panował nad sobą ( bynajmniej takie odniosłem wrażenie, a obserwowałem uważnie bo sprawa była dla mnie wysokiej rangi) to tak ponownie zaczął swoje psychiczne wydzieranie się i oczywiście coraz częściej i częściej, mówiąc krótko.. wszystko wracało do starej codzienności. Znowu zaczął się we mnie wzmagać bunt i wściekłość , że ojciec działa po staremu i ma w dupi* to co mówiłem, a powiedziałem mu bardzo wyraźnie tamtego dnia co zwiałem, że jest człowiekiem cholernie nerwowym, męczy mnie to i nie da się z nim rozmawiać bo czepia się o wszystko. Mało tego. Pewnego dnia jak znowu się darł o jakieś byle co i ja nie chcąc powrotu do koszmaru sprzed 2 miesięcy od razu powiedziałem co myślę, wspominając dokładnie tymi słowami " myślałem że się dogadaliśmy" , to uderzył w najczulszy punkt. Powiedział wtedy w nerwach "dogadaliśmy, że co? że ja już będę Cie głaskał po główce i wgl nie krzyczał? jak będzie trzeba to Ci jeszcze wpieprze. " Ten wieczór mnie dosłownie zabił. Przez 4 dni dochodziłem do siebie nie wychodząc praktycznie z domu, mając opuszczone na maksa rolety w pokoju. Dobrze wiedział że to mnie boli najbardziej . Zachowuje się tak, jakby wgl nie zrozumiał dlaczego ja to zrobiłem i uciekłem z domu. Odebrał to jako czyn, przez który chciałem sobie wymusić gówniarską wolność na zasadzie aby mnie wgl nie pilnowano. Zaznaczam że przywołuje jego prawdopodobny odbiór sprawy, nie to czym się kierowałem ;p. Nie dotarło do niego to, że ja to zrobiłem w objawie buntu na jego toksyczne traktowanie mnie, chcąc zmian z jego strony a nie "zielonego światła" na wszystko i robienia co mi się podoba.. Nie jestem człowiekiem głupim, dobrze wiem że rodzice muszą wymagać i trzymać w ryzach a co więcej zgadzam się z ich wymogami i widzę w nich słuszność, Tu natomiast zawsze chodziło o jego nieproporcjonalne reakcje do sytuacji, o to że nie daje mi tej swobody młodzieńczej co mają niektórzy ( i nie, nie chodzi mi tu o codzienne chlanie z koleżkami na ławce, tylko o typowe rzeczy jak wyjazdy ze znajomymi, ogniska, innego rodzaju zabawy i korzystanie z młodości). Nie dociera do niego, że ja to wszystko rozumiem, wiem że ma dobre zamiary itd, uważa mnie pewnie za gówniarza któremu chodzi tylko o zabawę w życiu i zupełnie źle zinterpretował mój bunt 2 miesiące temu.. Mam swój rozsądek i wiem jakie są granice, natomiast charakter ojca nie pozwala mi na rzeczy normalne dla człowieka w moim wieku. Dzień w dzień siedzę i słyszę o tym jak ludzie wyjeżdżają ze znajomymi, rodzice nie robią im AŻ TAKICH PROBLEMÓW ( wiadomo, rodzice jak rodzice zawsze muszą trochę pomyszkować, dać kazanie, nie oczekujmy cudów ; ), ale inni rodzice robią to w sposób spokojny! w taki, że nie niszczą psychicznie swoich dzieciaków). Za każdym razem idę do ojca z nadzieją, że normalnie go zapytam o normalną rzecz, czy mogę np gdzieś jechać, a on normalnie jak każdy rodzic da mi pouczenie w sposób SPOKOJNY i pozwoli. Niestety zawsze jest to samo, nerwy, krzyki, wypytywanie o rzeczy wgl nie związane z przykładowym wyjściem/wyjazdem bo ojciec to typ który się nakręca jak już zaczyna. Przykładowo pytam go spokojnie czy mogę jechać nad morze z kimś to on zaczyna się denerwować z niewidomych przyczyn. pyta czy zrobiłem to, tamto i czepia się o szereg innych rzeczy wliczając w to stare sprawy, tak jakby bolało go moje szczęście albo denerwowało to że jestem młody i chcę spędzić młodość jak przystało na człowieka w moim wieku. Mam czasem wrażenie że wymaga ode mnie dorosłości po całej linii i wścieka się na fakt, że robię inaczej. Zazwyczaj pozwala mi wtedy na to o co proszę ale swoim zachowaniem i awanturą jaką musi do tego zrobić mimo że mogłoby się obejść bez nerwów a ja bym zrozumiał tak samo jego przekaz, sprawia, że dalej czuję się jak upokorzona łajza życiowa, psuje mi połowę wyjazdu bo tyle o tym rozmyślam i dochodzi do tego ta świadomość że ludzie z którymi jestem lub ogólnie inni, nie muszą przechodzić czegoś takiego i też są ludźmi dobrze wychowanymi, których rodzice przekazują te same wartości w sposób inny, nie wpływający na ich psychikę. I można wychowywać dziecko w taki sposób żeby jednocześnie się bawiło w sposób normalny i było inteligentne i rozsądne? Można, dlatego ja często sobie zadaje pytanie za co mam tak a nie inaczej i mimo wszelkich starań nie mogę tego zmienić. I tak już na przestrzeni ostatnich wydarzeń i miesięcy nauczyłem się wielu rzeczy i zmieniłem podejście. Jestem w dalszym ciągu człowiekiem dla ludzi pokojowo nastawionym a z problemami z ojcem radzę sobie lepiej, z tym że człowiek ma tego typowo dosyć, chce mieć upragnionego spokoju i NORMALNOŚCI. A że należę do ludzi którzy akceptowanie jakiegoś zła stawiają na ostatnim miejscu a pierw chcą to zło zlikwidować, nie mogę zbytnio z tym się pogodzić i bardziej kieruję się tokiem myślenia " co mogę jeszcze zrobić by osiągnąć cel" niż "jakoś przeboleję". I tak próg mojej cierpliwość bardzo się zawyżył i nie przekładam tak problemu ojca na życie codzienne, staram się nauczyć zmieniać punkt patrzenia a nie widzenia, dostrzegać w tym jakieś pozytywy, żyć bez nerwów uśmiechniętym i wierzyć że ma to jakiś wyższy cel niż ciągle tylko widzieć to w szarych barwach. Jednak jak napisałem wcześniej, jeżeli jest możliwość aby było lepiej, a szło nawet dobrze przez pewien okres czasu co dało wiary, to dlaczego by całkowicie nie uporać się z problemem i próbować dalej. A pewność że to w ojcu leży problem mam teraz praktycznie 100% bo jak już napisałem, sprawdziłem to przez te 2 miesiące niwelując najlepiej jak potrafiłem "źródło" jego nerwów, czyli swoje pozorne "nie spełnianie próśb", oraz przemawiają za tym inne fakty wokół mnie, patrząc jak żyją inni i jakich mają rodziców, nie wspominając już o poparciu moich tez ze strony matki i niektórych członków rodziny odnośnie ojca..

Także dziękuję za przeczytanie mojego problemu i liczę że napiszecie tutaj jak Wy to widzicie i co byście robili dalej.
Pozdrawiam
Starkiller ; )
Offline
Posty
16
Dołączył(a)
12 kwi 2012, 20:28

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 8 gości

Przeskocz do