długa historia... i nie wiem co dalej.

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

długa historia... i nie wiem co dalej.

przez beszika 18 mar 2011, 16:11
Cześć,
jestem tu, ponieważ nie mogę sobie poradzić z sytuacją, w której się znalazłam. Oprócz tego nie chcę obarczać znów moimi problemami Rodziny czy przyjaciół, a z drugiej strony - mam duże poczucie lojalności wobec osoby, z którą jestem.
Ale od początku...
Zacznę od tego, że od wielu lat (w tym roku kończę 30) miałam problemy w związkach. Kochałam zbyt mocno przez co zatracała mi się granica pomiędzy zdrowym dawaniem siebie i od siebie, a manipulacją i wykorzystywaniem tego przez drugą stronę. Jakoś chyba przyciągałam facetów, którzy za wszystkie niepowodzenia, problemy obarczali mnie, oczekiwali ode mnie samych zmian i tym samym, obniżali ciągle - i tak już niskie - moją pewność siebie i poczucie własnej wartości. Nikt nie jest idealny, ja też nie. Potrafię się głupio uprzeć, może analizuję wszystko zbyt mocno, bywam roztrzepana, kiedyś miałam problem z umiejętnością uszanowania niezależności drugiej strony. To na szczęście minęło, sama jestem niezależna i potrzebuję tylko dla siebie kawałek własnej przestrzeni. Jak każdy. Wraca momentami, wtedy gdy się boję... Teraz właśnie i tez tego nie chcę.
Nie chcę wracać do złych rzeczy, nie o to chodzi. Jednak każdą zla sytuację starałam się zrozumieć, przeanalizować i wyciągnąć wnioski, tak żeby nie popełniać tych samych błędów w przyszłości. Choć na początku wszystkim obarczałam tylko siebie, co doprowadziło do wielu problemów ze zdrowiem (organizm na stres reaguje mi autoagresją niestety) i do depresji, którą leczyłam farmakologicznie dwa lata, później jeszcze przez półtora roku kontynuowałam terapię...
Ale wracając do tematu... byłam w dwuletnim związku. Ciężko mi było go zacząć, bo poraniona byłam wieloma wcześniejszymi sytuacjami i tak naprawdę On pojawił się w najmniej oczekiwanym momencie. Ale jakoś powoli się przekonywałam. Długo to trwało, teraz myśle, ze może jednak nie wystarczająco długo. Było dobrze, tak mi się wydawało, nie kłocilismy się, umielismy razem spędzać czas, rozmawiać (potem dotarło do mnie, ze na wszystkie tematy oprócz trudnych i problematycznych). Wprawdzie czułam, że on w ogóle nie jest emocjonalny, miał klopoty z wyrażaniem uczuć, czasem az bolało, bo momentami był wręcz zimny lub odtrącal mnie (ja z kolei jestem bardzo emocjonalna), fizycznie też niestety. Mimo to mówił, ze nigdy nie był tak szczęśliwy, mówił o domu, rodzinie; był pierwszym facetem, z którym faktycznie chciałam je miec. Problemów nie rozwiązywalismy, ja chciałam - on uciekał. Nie było rozmowy, ani na gorąco, ani po jakims czasie na spokojnie. Tylko ucinanie tematu. Pzryzwyczaiłam się do tego, zaczęłam wszystko tłumić w sobie i uważac w sumie na zachowania, słowa, żeby nie prowokować jakichś nieporozumień czy konfliktów. Najgorsze, ze tak naprawdę wczesnie zaczęłam zauważac, ze jednak wielu rzeczy mi brakuje - podstawowych dla mnie w związku - ale mówiąc głośno, ze świadomie się decyduje na to, bo przeciez nei mozna miec wszystkeigo a Jego bardzo kocham, chyba najbarzdiej siebie chciałam przekonac o tym. Związek On kończył kilka miesięcy. Najpierw zrywał, potem wracał mówiąc, ze tak nie myślał, że kocha i chce być ze mną, nie tłumaczył, po prostu wyłączał telefon, lub mówił, że nei mamy o czym rozmawiać. A ja nie miałam siły mu powiedzieć kiedy jednak przyszedł, że to koniec. Co więcej probowałam wszystkiego chyba żeby to uratować, rozmawiać, przemilczeć, przeczekać, dopasowac się. Ale z wiadomym i jasnym skutkiem. Najgorsze, ze doskonale wiedziałąm jak to się skończy. Ale nei maiłam siły sama powiedzieć, ze koniec. I sama przed soba przyznac, ze nic z tego nie będzie. W międzyczasie – nie wiem właściwie jak to się stało – między mną a facetem, którego znam – Marcinem zaczęło się coś… nei wiem jak to nazwać. Keidys wspólna impreza, za dużo alkoholu, właściwie jako pretekst dla nas obojga… Spaliśmy ze sobą. Już po kilku moich „końcach” związku, choc wiem, ze to niczego nie tłumaczy. Nigdy wczesnej nie byłam w takiej sytuacji. Przekonywaliśmy się nawzajem, ze to tylko fizyczność, bo oboje jesteśmy szczęśliwi… Potem kilka miesięcy minęło. Ja starałam się skupić na tym żeby ratować to co zostało z mojego związku, ale tez oczywiście jak było do przewidzenia, w końcu On odszedł definitywnie, z dnia na dzień, bez słowa. Sama sobie zapracowałam na to. A z Marcinem jakos byliśmy coraz bliżej, w jego związku właściwie chyba tylko przyjaźń od bardzo długiego czasu, ale i mnóstwo niepowiedzianych pretensji, zaszłości, problemów. Też nieumiejętność rozmowy, chowanie się z uczuciami. I odtrącanie często. Im bardziej go poznawałam tym bardziej czulam, że jesteśmy bardzo podobni do siebie, mamy wspolna pasje, bardzo podobna wrazliwosc. Potem okazało się, ze chwile po tym jak odszedł mój były, Jego - tez bez słowa - zostawiła dziewczyna. Dla kogos innego. Wyszła z domu i zniknęła na tydzień, potem wróciła na chwile, by znów w taki sposób zostawic go po dwóch czy trzech tygodniach.
Zupełnie inaczej oboje zaczęliśmy widziec wszystko – oboje całkowita odpowiedzialność za rozpad naszych związków wzięliśmy na siebie, zaczęliśmy wspominac tylko dobre rzeczy, do tego jeszcze taki ból osób porzuconych. Przy tym wszystkim, tacy poranieni, byliśmy razem. Znow myślałam, sobie, ze to nie jest dobre, ze nie chce być plastrem na rane, sama potrzebowalam pomocy, ale mimo wszystko coraz bardziej się angażowałam w to wszystko. W pewnym momencie okazalo się, ze oni regularnie Pisza do siebie, takie rozmowy o wszystkim i o niczym, czasem wspominanie tego jak było. Ona wyprowadzila się z nowym facetem do innego miasta, tam dostala prace i pisali nadal. Trwalo to dlugo, caly czas mowi mi, ze ona zawsze będzie dla niego wazna, ale chce być ze mna, ze ze mna znalazł to czego brakowalo mu tam. Ale ze ich związek trwal 6 lat i brakuje mu kontaktu. Nie odzywalam się dlugie tygodnie, a w koncu to peklo. Bo czulam się caly czas jak ta druga, caly czas rozumiejaca jego bol, strate, rozterki, a tak naprawde sama potrzebujaca pomocy. Przy tym wszystkim on już od kilku meisiecy większość czasu spedza u mnie, w sumie właściwie powiedziec można,ze meiszka u mnie. Nie pamiętam kiedy ostatnio noc spędził u siebie. Bardzo dlugo nie powiedział,ze kocha, dopiero jakis miesiąc temu. Jestem pewna,ze na początku lutego postawil wszystko na jedna karte, ze napisal do niej po raz ostatni co czuje, ze robil wszystko zeby byli razem, wiem też, ze raz się spotkali. Powiedzial mi o tym. I potem cisza miedzy nimi. Miedzy nami coraz cieplej, lepiej, tak naprawde pierwszy raz poczulam, ze jesteśmy tylko my dwoje, ze wreszcie On przestal się skupiac na przeszłości. Napisala w ubiegłym tygodniu. Jakos czuje za akzdym razem kiedy się odezwie, faktycznie powiedział mi, ze tak. Jakis zwykly pretekst, napisal jej wtedy, ze w kwietniu zupelnie wyprowadza się z mieszkania, które wynajmowali razem. Do mnie. Tak, takie mielismy plany. I wczoraj, kolejna wiadomość od niej, znow dwuznaczna, dajaca do myslenia, nadzieje,ze jednak się rozmyśliła… i ze to on jest mezczyzna jej zycia, że w nowym związku nei jest tak idealnie. Jestem pewna ze napisal jej nt swoich uczuc, do niej… Wczoraj się rozsypałam na sto tysięcy kawałków. Boje się panicznie, wiem, ze tak się nie da. Kilka razy nie było do konca szczerze, boje się, ze tym razem tez nie będzie. Boje się, ze jednak to ona. Wiem,ze na sile nic nie zrobie. Napisałam mu wczoraj, ze go kocham. I ze jeśli jego szczescie jest gdzie indziej to nie chce mu stac na drodze. Bo chce żeby był szczesliwy. I nei chce żeby trwal w związku ze mna przez wyrzuty sumienia lub dlatego, ze tak daleko zaszliśmy. On mowi,ze mnie kocha, ze chce być ze mna, chce miec ze mną dziecko, ze nie chce wracac. Ze jeszcze malo czasu minelo i ma sentyment i uczucia do niej, ale to do mnei chce się przeprowadzic, i ze mna mieć szczesliwe normalne Zycie… A ja się panicznie boje. I totalnie nie wiem co robic. Boje się o swoje zdrowie, już znow czuję, ze nerwy nie dają mi zyć normalnie. To wszytsko duzo bardziej skomplikowane, wiem, ze pisze bardzo chaotycznie, mam Malo czasu, spiesze się. Musialam się wygadac, bo chyba oszaleje. I naprawde nie mam się do kogo zwrocic z tym. Chcialabym isc spac, taki sen zimowy i obudzic się, jak będzie po wszystkim…
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
18 mar 2011, 12:05

długa historia... i nie wiem co dalej.

Avatar użytkownika
przez agusiaww 23 mar 2011, 16:13
beszika, bo po rozstaniu TRZEBA byc samemu a nie wchodzic w drugi zwiazek. W kazdym razie wtedy jest mnostwo wracania do przeszlosci, wspominanai, wiadomo czlowiek nie jest z kamienia, przezywa i mowi o tym. Niemniej na Twoim miejscu zdecydowalabym sie na powazna rozmowe i nakazalu mu (tak nakazala) brak jakichkolwiek kontaktow z tamta osoba, bylo, minelo koniec. Tym bardziej, ze w trakcie rozmowy pojawil sie jej problem jak to z tym nowym jest jej zle, itd itd. Jest z Toba, to po co pisze z tamta? Jezeli zas dla niego to bedzie b klopotliwe to moze przerwa? owszem serce bedzie na pewno bolalo, ale to czas dla niego na podjecie meskiej decyzji. Nie mozna miec ciastka i go zjesc. ALe to tylko Twoja decyzja co z tym zrobisz.
Warto żyć, warto marzyć, bo to co osiągalne możliwe jest do zdobycia.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6254
Dołączył(a)
05 mar 2009, 09:22

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości

Przeskocz do