temat o milosci mojego zycia

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

temat o milosci mojego zycia

przez siwiejacy 11 cze 2010, 02:23
Nie wiem jeszcze co wyjdzie z tego posta, kiepski ze mnie przelewacz mysli na papier, moze zaczne od tego kim jestem...

Mam 22 lata, skonczylem liceum, poszedlem na studia na kierunek bardzo scisly, na renomowana uczelnie. Nie mam problemow z nauka, to co trzeba, rozumiem i chociaz po najmniejszej lini oporu (czyt. umiem na 3.0 to nie ucze sie wiecej), to wszystko zaliczam i w ten sposob jestem juz (prawie) na 4. roku. Na ten temat to chyba tyle, nie mam bladego pojecia czy te informacje sa w jakikolwiek sposob potrzebne...

Moja obecna "dziewczyna" jest druga z kolei, wiec moze pierwsze doslownie kilka slow na temat tej pierwszej... Jak to pierwsza milosc, bylem przekonany ze na lepsza nie moge trafic i fakt ze mnie rzucila i to dosc brutalnie byl bardzo bolesny. Z perspektywy czasu moge juz obiektywnie stwierdzic, ze ja zaniedbywalem... Ale nie dlatego ze jej nie kochalem (w przeciwnym wypadku nie przezywalbym tak bardzo naszego rozstania?), tylko dlatego ze mialem problem z pokazywaniem uczuc i z racji mlodego wieku (16 lat, ona byla o rok starsza) nie wiedzialem po prostu jak sie przy niej zachowywac - szczegolnie w towarzystwie wspolnych znajomych. Od tego rozstania minelo pol roku, zanim zakochalem sie powtornie...

Jestem z nia od blisko piecu lat, nie pamietam ZADNEJ naszej klotni, bo najzwyczajniej takich nie mielismy (pomijam drobne sprzeczki, ktore konczyly sie obustronnym przyznaniem do "winy" tegoz samego dnia...). Bywalo dwukrotnie tak, ze nie widzielismy sie pare miesiecy, raz ja, a raz ona, wylatywialismy za granice w celach zarobkowych/nabycia doswiadczenia, kazdy powrot byl cieply i ani myslielismy zeby sie rozstawac, milosc nie slabla... Nie byla nas w stanie nawet rozdzielic odleglosc, w momencie jak zaczelismy studia w roznych miastach; wystarczaly codzienne telefony/rozmowy przez gg i oczywisice spotkania weekendowe, czy to u niej, czy u mnie w miescie gdzie studiujemy, czy tez we wspolnej, rodzimej miejscowosci. Mamy wspolne hobby - chodzenie po gorach i odbywanie roznych egzotycznych podrozy zagranicznych (jestesmy w stanie je sobie fundowac bez pomocy finansowej rodzicow, to chyba wazne), jak widac sporo zajec, pomagajacych uniknac rutny... Moja dziewczyna po ostatnich wakacjach sama przynzala, ze byly one wyjatkowo aktywnie i przede wszystkim razem, spedzone. Zaczalem nawet planowac zareczyny (choc nie dawalem tego po sobie zanc)...

Tak to wszystko wygladalo z mojego punktu widzenia, do polowy maja br., wtedy bowiem ona, po moim ciagnieciu jej za jezyk, wyznala, ze "nie wie co do mnie czuje". Twierdzila, ze dreczy ja to od paru miesiecy, ze "chcialaby sie wybrac na dyskoteke, zostac poderwana i zaproszona nastepnego dnia na randke", ze jedynym moim bledem jest to, ze nie zdazyla sie wyszalec za mlodu i moglismy sie spotkac piec lat pozniej... Spodziewala sie po mnie innej rekacji (co swiadczy tylko o tym ze po raz kolejny nieswiadomie zaniedbywalem swoja dziewczyne), chyba tego ze w tym momencie ze soba zerwiemy. Powiedzialem jej (obracajac to w zart dla zlagodzenia sytacji), ze nie ulatwie jej zycia i bede o nia walczyl... Psychologiem nie jestm, na ludziach sie nie znam, ale wahaniem co do uczuc wobec mnie to wyznanie nie bylo. Zaproponowala przerwe w naszym zwiazku, taka powiedzmy miesieczna. Twierdzac ze takowa przerwa dzialalaby tylko na moja niekorzysc (stal bym bezradnie w miejscu) postanowilem ze zrobie wszystko zeby do niej nie dopuscic. Stanelo na tym ze dalej bedziemy ze soba i zobaczymy co czas przyniesie... Jeszcze kilka chaotycznie dopisanych mysli: odnioslem wrazenie ze zostala ze mna z litosci (moze to glupie moze nie), wyznala ze w jej akademickim miescie czula sie jakby nie miala chlopaka (nie chodzi o zadne oszukiwanie mnie, chyba jej chodzilo o to, ze przyzwyczaila sie do mojej nieobecnosci i nie wyobrazala sobie mnie wsrod jej znajomych z uczelni etc.),

Gdzies kiedys uslyszalem, ze mezczyzna staje sie romantyczny i dba o swoja kobiete dwa razy w ciagu jednego zwiazku: probujac ja zdobyc i usilujac jej nie stracic. Wstyd mi bardzo, ze potwierdzam ten stereotyp i ze potrzebowalem dopiero takiego ciosu zeby docenic moj najwiekszy skarb - ją. W chwili obecnej przezywam powtorne zauroczenie/zakochanie, sam nie wiem jak to nazwac. Tym wieksze moje rozczarowanie, ze ja dla niej zobojetnialem...

(tu bylo kilka nieudanych prob zwerbalizowania moich chaotycznych przemyslen)

Zdaje sobie sprawe, ze nie moge sie nadto narzucac, ze moje ciagle telefony i smsy moga byc drazniace, naprawde staram sie w tym ograniczac. Z drugiej strony, nie wiem czy nie wyolbrzymiam calej sytuacji bo wciaz otrzymuje od niej sprzeczne informacje. Latwo i o nic sie na mnie denerwuje, na kazde, prowokujace do wyznania uczuc (jakichkolwiek) moje zdanie odpowiada wymijajaco. A jednoczesnie wyznaje ze nigdy sie we mnie nie odkochala, ze jest ciut lepiej niz pare tygodni temu ze docenia moje starania, ze przezywa naprawde mile i romantyczne ze mna chwile, seks jest dla nas (naprawde, uwzam ze dla niej rowniez) nie tylka przyjemnoscia fizyczna... Aktualnie stanelo na tym, ze w lipcu bedziemy razem wynajmowac mieszkanie i pracowac, a na sierpien juz planujemy wspolne wakacje.

Chyba zbyt optymistycznie, z mojego punktu widzenia, zarysowalem sytuacje, ale jak zaznaczylem, otrzymuje od niej sprzeczne sygnaly. Nigdy nie byla tak drazliwa, nigdy nie byla tak nieczula na moje zaczepki... A moze jest caly czas taka sama, tylko ja nagle sie zmienilem?

Pora na druga czesc telenoweli, bedzie troche krocej, bo oczy sie juz same zamykaja, co nie swiadczy ze na ta sprawe reaguje mniej emocjonalnie... Mysle ze nieczulosc, salbosc w okazywaniu uczuc odziedziczylem po tacie. Cenie go jako ojca, mam zamiar podobnie wychowac swoje dzieci, ale jest dla mnie antyteza dobrego meza. Wlasciwie to niedawno wyszly na jaw jego zdrady, moja matka cierpi, tylko patrzec kiedy zaczna sie sprawy rozwodowe... Naprawde moglbym sie tutaj jeszcze sporo rozpisac... Cala sprawa w polaczeniu z zawodem milosnym zalamuje mnie do tego stopnia ze ja, zamkniety w sobie czlowiek, ktory nawet przyjacielowi nie wyzna tego co robie w tej chwili, wylewam swoje zale anonimowo na forum... Do tego dochodzi "prozaiczna" noga w gipsie i troche mniej prozaiczne watpliwosci co do wyboru kierunku studiow (pieniadze ktore teraz zarabiam nie maja nic ze studiami wspolnego). Chodze jak zombie, usmiecham sie glupio i nie daje nic po sobie znac od paru tygodni. Serce boli, caly czas placze nie wylewajac lez.
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
11 cze 2010, 00:35

Re: temat o milosci mojego zycia

przez ewaryst7 11 cze 2010, 11:34
To nie Ty , jesteś winien.To Twoja dziewczyna nie dojrzala do poważnego zwiazku.Przestań sie obwiniać..
Offline
Posty
2102
Dołączył(a)
29 maja 2008, 08:11
Lokalizacja
Braniewo-City

Re: temat o milosci mojego zycia

przez WreX 11 cze 2010, 14:59
siwiejacy, widzisz tak to jest jak się życie poświęci dla kogoś a ta osoba zaczyna mieć na to powoli ....... jak by Ci się nie udało poukładać z nią życia znajdź sobie coś (mówię tu o jakimś zajęciu Twoim ulubionym) któremu będziesz mógł się oddać w całości i które Cie nie zawiedzie, bo nie wiem jak Ty będziesz dalej żył bez niczego, i tak jak mówi przedmówca to nie Twoja wina... one po prostu takie są
Offline
Posty
146
Dołączył(a)
19 kwi 2010, 14:55

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: temat o milosci mojego zycia

przez refren 12 cze 2010, 22:15
Hej, może lepiej pozwolić jej na tę przerwę? Jeżeli uczucie i podstawy Waszego związku są silne to do siebie wrócicie. Jeżeli nie, to nie ma co przedłużać. Też mi się wydaje, że to nie ma związku z Twoim zachowaniem, tylko ona nie wie chwilowo czego chce. Takie trzymanie się razem na siłę daje odwrotne efekty. Ty możesz o nią "walczyć" a ona będzie mieć poczucie osaczenia. Poza tym Twoje starania będą według mnie teraz zbyt oczywiste, żeby na nią podziałały, ale oczywiście nie znam sytuacji bliżej. Im bardziej chcemy coś poprawić w naszym zachowaniu, żeby kogoś nie stracić, tym z reguły gorzej idzie. Miesiąc to nie koniec świata. Może pokaż jej, że masz własne życie i potrafisz się nim zająć. Taka walka jest moim zdaniem skuteczniejsza. A jeśli ma się rozpaść, to i tak się rozpadnie, więc mówiąc brutalnie: im szybciej tym lepiej.
To oczywiście piszę trochę w ciemno, bo was nie znam i mogę pudłować, ale według mnie tak to ogólnie działa.

[Dodane po edycji:]

Jeżeli ona rzeczywiście Cię kocha, to wróci, a jeżeli nie wróci, to nie kocha i nie warto.
refren
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości

Przeskocz do