Czy zakochanie moze być...chorobą? :/

Metody rozwiązywania konfliktów w związkach. Problemy oraz sposoby radzenia sobie z "trudnymi" partnerami. Przemoc w rodzinie.

Re: Czy zakochanie moze być...chorobą? :/

Avatar użytkownika
przez midaa 16 cze 2008, 12:05
.....Szukam aktualnych informacji na necie o tej osobie, jakiś zdjęć ect. :(
A jak już coś znajdę to tak jakby mnie piorun strzelił, kumuluje się we mnie tyle uczuć jakaś namiętność, nienawiści... zaraz bóle żołądka ect.
No i wtedy mam na jakiś czas dość.
Musiałbym tylko dodać,że ja byłam tą osobą odrzuconą, strasznie to przyżyłam, krótko po całym zajściu-sytuacja się odwróciała-on chciał a ja już nie, nie byłam w stanie tego znieść, tak sile emocje się kumulowały,że nawet fizycznie nie byłam się w stanie się z nim spotkać.Tak jest do dzisiaj.
W dodatku ta osoba od czasu do czasu przypomina mi się po dziś dzień, a to jakiś głuchy telefonik a to coś innego, takie jakby znaki o sobie daje, jakby ją też coś gnębiło.
Plusem jest to,że nie dzieje się to tak intensywnie jak kiedyś,ale po 10 latach to i tak dośc dziwne :?
MICHAEL JACKSON 1958-2009 [*] Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Posty
135
Dołączył(a)
13 gru 2007, 12:52

Re: Czy zakochanie moze być...chorobą? :/

przez Dziewczyna_18 07 wrz 2008, 11:54
A ja się zastanawiam czy moje zakochanie nie jest obsesyjną chorobą, toksycznym zauroczeniem, przez które mogę stracić wiele miesięcy czy lat nawet swojego życia... Pierwszego posta napisałam w tym dziale dość dawno, a ten stan wciąż się u mnie utrzymuje. Chłopaka o którym piszę poznałam przez gg, napisałam do niego, bo mi się spodobał w szkole. Sporo rozmawialiśmy, dużo rzeczy o sobie powiedzieliśmy i polubiliśmy się oboje. Nigdy nie wyznałam mu, co czuję, bo on jest raczej nieufny, też ma problemy ze sobą i swoją psychiką. Ale strasznie mi zaczęło na nim zależeć. Bardzo i mimo że tak mocno chciałam go poznać w realu, to nigdy nie porozmawialiśmy na żywo, mimo że okazji było mnostwo w szkole (czy to nie jest już chore...?) Teraz on wyjechał na rok do UK i straciłam z nim kontakt. W ogóle nie ma dostępu do internetu, bo nie tylko do mnei nie pisze, ale po prostu nie loguje się na swoje strony i z nikim poza rodziną nie utrzymuje znajomości. Strasznie za nim tęsknię i brakuje mi tych rozmów. Stwierdziłam, że poczekam aż wróci zza granicy i wtedy już zrobię wszystko, żeby doprowadzić do spotkania i poznania się osobistego, bo chcę się dowiedzieć jaki on jest naprawdę, nie mam zamiaru żyć ciągle marzeniami i wyidealizowanymi obrazami kogoś z kim w życiu nie zamieniłam słowa bezpośrednio. Jednak nie wiem jak to będzie, stan w którym jestem, możliwość utarty w ogóle tej osoby, zazdrość wręcz paniczna która we mnie się narodziła (bo gdzie on jest, co on robi, kogo poznaje, z kim się zadaje- od razu milion scenariuszy o romantycznych miłościach nawiązanych przez samotne dusze w Anglii... :( ) sprawia, że nie potrafię cieszyć się życiem tak, jak ono na to zasługuje. Boję się, że sobie z tym wszystkim nie poradzę, że to już nie jest normalne zauroczenie drugą osobą, ale jakaś chora "miłość", choć nigdy nie użyłam tego słowa w określeniu tego, co czuję do tego chłopaka. Wierzę i mam nadzieję, że uda mi się go spotkać, poznać, a gdy stwierdzę, że jest tego wart, obdarzyć go prawdziwym i ciepłym uczuciem, ale sam fakt, że na to liczę sprawia, że zaczynam myśleć, że skoro mam na to nadzieję, to tak się na pewno nie stanie, bo los jest złośliwy i chce mi dać kopa. Ogólnie przez to uczucie mam w głowie chaos, nie wiem, co sobie wmawiam, co jest prawdą, co mi się wydaje, a co jest w rzeczywistości, gdzie jest granica, jak sobie poradzić z ewenetualnym niepowodzeniem, które z trudem przyjmuję do świadomości mimo że uczę się sobie mówić, że to może być pomyłka, że to może nie być ten i że moje nerwy mogą nie być tego wszystkiego warte. Czuję się strasznie zmęczona, coś jak Werter, tyle że w moim przypadku jestem świadoma (może nadświadoma) swoich uczuć, tego, co może się stać i że w mojej głowie póki co są tylko marzenia i fantazje, a może się skończyć źle. Pamiętam tylko, że kiedy z nim rozmawiałam to czułam się tak czysto, zdrowo i spokojnie, jak nigdy jeszcze i mówię sobie, że to jakiś znak... A od niego niczego nie wymagam dla siebie, chciałabym mu dać szczęście, jeśli okazałoby się, że do siebie pasujemy. Ile rzeczy buduję sobie na tym zakochaniu to jest masakra, ile refleksji, myśli,stanów wzmożonego entuzjazmu i dogłębnej depresji przez to doświadczam...Dlatego się boję. Bo już nie wiem. A przez najbliższy rok nie będę miała chyba z nim kontaktu... A mieliśmy wysyłać do siebie długie listy... Może ma tam nowe życie? Może poznał mnóstwo ffajnych ludzi i nie chce wracać do przeszłości? A może ma tyle pracy? Jak jest w tej zasranej Anglii...? Może o mnie zapomni :( ? Sami widzicie... Musiałam się wygadać, choć gdybym chciała jeszcze lepiej ukazać wszystkei moje myśli z tym związane to nie starczyłoby ani waszej energii na to, żeby to czytać, ani dnia na to, żeby to napisać... ;)
"Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko [...] Ze mną można tylko w oddali znikać cicho"

Jako że mimo upływu czasu mój login się nie zmienia, a ja się starzeję;)to dodam że jestem z rocznika89:P (Wiek jest czasem istotny:P)
Offline
Posty
72
Dołączył(a)
01 lis 2007, 23:09

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

Przeskocz do