Zaburzenia psychosomatyczne

Inne zaburzenia.

Zaburzenia psychosomatyczne

przez xnieobecnaxx 24 paź 2015, 01:31
Witam.
Moja historia będzie dość długa i skomplikowana, jednak bardzo zależy mi by ktoś choćby ją "usłyszał" a gdyby znalazła się osoba, która ma podobnie to też miło byłoby mi się z takową osobą podzielić przeżyciami.
Otóż, od dwóch lat rzekomo cierpię na nerwicę. Napisałam "rzekomo", ponieważ diagnozę postawionio mi tylko raz, dwa lata temu w szpitalu we Wrocławiu na oddziale psychiatrycznym. Dokładniej stwierdzono u mne zaburzenia lękowe.
Trafiłam do szpitala przez uczucie duszenia się. Pewnego dnia po grubszej imprezie, gdzie bardzo się rozluźniłam, poczułam, że coś tkwi mi w gardle i utrudnia oddychanie. Postanowiłam to usunąć przez zapicie i zagryzienie, lecz nie pomagało więc wywolałam wymioty. Nie udało mi się nic tym zdziałać prócz tego, że w pewnym momencie poczułam jak moje gardło się zatkało... I wtedy po raz pierwszy zaczęłam się dusić. Momentalnie w panice pobiegłam zapić to "coś" wodą, ale poczułam tylko jakbym wzięła łyka do połowy gardła po czym z powrotem mi się on cofnął, nie potrafię precyzyjnie tego ubrać w słowa, ale to było coś jakbym miała bąbelek w przełyku i tak wlatywała mi woda, którą piłam. Uczucie to było okropne, co chwile mi się dobijało, zaczynałam się tym dławić i tak dalej. Szopka trwała z godzinę, wtedy był to najgorszy moment mojego życia. W końcu przyjechało pogotowie, dali mi dwa zastrzyki z czego jeden to było relanium. Lekarz kazał mi oddychać przez nos, czego się bardzo bałam, bo czułam, że ciągle muszę odbijać to coś co niby siedzi mi w gardle do góry, zeby mnie nie zadławiło. Po zastrzyku jednak poczułam ulgę, gula w gardle zeszła na dół. Myślałam, że już wszystko będzie okej, jednak pod wieczór zaczęło się to samo... Coraz trudniej mi się oddychało, po czym gulka wróciła, zaczęła mnie dławić a ja z przerażenia mocno się hiperwentylowałam, ledwo czując, że łapię powietrze. Trafiłam do szpitala, zrobili mi usg, był laryngolog, uznali, że wszystko okej i wysłali mnie do Wrocławia na gastroskopię. Gastroskopia również wyszła ok, prócz tego, że miałam lekko rozpulchnione gardło, zapewne od ciągłego odbijania te urojonej gulki. Zajęło to 11 dni, przez ten cały czas prawie nie jadłam. Co dziwniejsze, udawało mi się czasem przełknąć w miarę dobrze jakiś stały pokarm, ale każdy łyk płynu dławił mnie okropnie. Nie było mowy abym wzięła dwa łyki na raz i tak jest aż do tego czasu.
Gdy okazało się, ze fizycznie wszystko ze mną w porządku, przeniesiono mnie na oddział psychiatryczny. Tambyłam 2 miesiące. Miałam wielokotnie ataki, podczas których nabierałam łapczywie powietrza na przemian odbijając, bo ciągle czułam jak bąbelek w gardle się powiększa. Jadłam prawie tyle co nic, ponieważ wszystko mnie dławiło, kilka razy zdarzyło mi się po przełknięciu czegoś dławić na serio, tak że musiałam odkrztusić to co utknęło mi w gardle. W drugim miesiącu pobytu na tym oddziale zaczęło mi się polepszać. Wtedy tego nie doceniałąm ale na tą chwilę mogę powiedzieć, że było idealnie. Z jedzeniem się poprawiło, ataki były słabe rzadkie. Po wyjściu tak samo. Brałam wtedy Fevarin, po którym jednak miałam dziwne psychiczne stany w głowie.
Przez dwa miesiące po wyjściu miałam się naprawdę dobrze, mimo, że przestałam brać leki. Jadłam prawie tak jak kiedyś. Pewnego razu gdy już nie bała się przełykać nagle zaczęłam się dławić bodajże frytką i koszmar z przełykaniem powrócił. Od tamtego czasu w moim życiu działo się baaaaaaaaaaaardzo wiele. Głównie złych rzeczy, które niszczyły mnie psychicznie i emocjonalnie. Zawsze jednak mimo ogromnych problemow byłam osobą wesołą i choroba tego nie zmieniła mimo, że coraz bardziej mnie wykańczała. Po pewnym czasie byłam nią już tak wykończona, że zaczęłam mieć myśli samobójcze, aczkolwiek wiedziałam, ze nigdy nie odważę sę zabić, tak sobie tylko marzyłam. Gdzieś po roku mój stan był w miarę stabilny. Wtedy narzekałam, że jest źle, ale byłam w stanie coś zjeść, imo, ze sprawiało mi to ogromną trudność, miałam siły by wychodzić, spotykać się ze znajomymi. Ogólnie w ciągu dnia czułam się dobrze, problem pojawiał się tylko gdy jedzenie zaczynało mnie dławić jakby męczył mi się przełyk, no i czasem miewałam ot tak wieczorne napady lęku połączone z dusznościami. W styczniu bieżącegoroku dowiedziałam sie, że jestem w ciąży. Ojciec dziecka na wieść o tym zostawił mnie na pastwę losu, ponieważ nie zgodziłam się usunąć ciąży. Wiadomo, że psychicznie bardzo źle to na mnie wpłynęło ale wiedziałam, że jakoś to będzie... gdyby nie ta nerwica. Objawy z każdym tygodniem ciąży nasilały się. Było mi strasznie ciężko coś zjeść. Rano było okej, jednak od południa ledwo dawałam radę zjeść pół kromki chleba, oczywiście bez skóreczki. Na szczęście w szóstym miesiącu ciąży odnowiłam konakt ze starym kumplem, który okazał się cudowny przyjacielem i moim jedynym ratunkiem. Pomógł mi dająć dom pomoc, przyjaźń. Z czasem przerodziło się to w miłość. Zaczęłam nastawiać się, że będę mogła zatrzymać dziecko przy sobie ( wcześniej nie dopuszczałam takiej myśli do siebie, ze względu na stan w jakim się znajdowałam, nie potrafiłam funkcjonować normalnie, nie wyobrażałam sobie, żebym miała się zająć dzieckiem, poza tym nie miałam warunków). Wszystko szło wspaniale, jednak ataki były przeokropne, w dziewiątym miesiącu ciąży to był istny horror, bałam się z domu wyjść na chwilę, bo zawsze na zewnątrz od razu łapał mnie atak. W tamtym czaasie wyglądał on tak, że nie mogłam przełykać śliny ani niczym zapić, siedziałam tylko i ją wypluwałam, kompletnie tracąc władzę nad przełykiem. Dokuszała mi okropna suchota w gardle, tak straszna jakbym przez tydzień jadła tylko piasek i nic nie piła. Czułam jak gardło mi się skleja jak rzepy. Czułam tam gorąco, tarcie, kłucie, pieczenie, swędzenie, ból, ścisk, wszystko co się da. Ataki nie dawały mi często spać conajmniej do 5 rano, jednak gdy już usypiałam budziłam się bez bardziej dokuczliwych objawów. Rano dawałam radę coś pomału zjeść, w południe już ledwo co a na wieczór raczej unikałam przełykania czego kolwiek innego niż płyny ( z czasem płyny zaczęło przełykać mi się swobodnie, bo już nie ryłam się, że mam coś w gardle, czy że muszę to coś brzydko móiąc odbekiwać, żeby się nie zadłąwić- a z kolei produkty stałe były dla mnie cięższe, ponieważ przy gryzieniu drętwiała mi szczęka i szyja co uniemożliwiało przełknięce bądź dalsze gryzienie). Oczywiście poród się zbliżał, dochodziłą okropna zgaga, która paliła moje serce i przełyk żywym ogniem i doprowadzała do wymiotów i oczywiście coraz większy lęk przed porodem. Byłam przekonana, że jak zacznę rodzić to krtań mi się zaciśnie na amen. Nawet mały wysiłek, który wymagał napięcia, choćby delikatnego napięcia mięśni, wywoływał od razu mocniejszy ścisk w gardle, tak więc jak miałam się nie bać, że skurcze porodowe i parcie, które wymagają mocnego napinania mięśni- nie doprowadzą do zupełnego zacisku gardła?
W każdym bądź razie, poród był okropny, nie byłam w stanie przez atak urodzić naturalnie, cesarka też mnie wykończyła, gdyż przy ataku ciężko mi ruszyć szyją w bok a tam musiałam się wyginać na stole jak pingwin żeby dostać znieczulenie, a później leżeć napłasko gdzie ślina, której nie mogłam przełknąć wlatywałami do gardła dławiąć mnie okropnie. Ale przeżyłam. Było bardzo cieżko, tym bardziej wytrzymać bez picia po operacji, gdzie ja ciągle musiałam zapijać tą suchotę, żeby gardło mi się tak okropnie nie sklejało. Dałam jakoś radę, sama w to nie wierzę.
Po porodzie nauczyłam się lepiej sobie radzić z atakami i z ogólnym ciągłym dyskomfortem w gardle. Dotarło do mnie, że się nie uduszę skoro przeżyła to wszystko podczas porodu i żyję. PRzez miesiąc czułam się tak dobrze jak się nie czułam przez całą ciążę i nawet przed. Jadłam dużo lepiej a ataki pojawiały się jedynie na niedługi czas późnym wieczorem, objawiały się tym, że przestawał działąć i przełyk, więc nie mogłam przełykać śliny, ale po jakimś czasie mi to przechodziło albo udawało mi sie jakoś na chama przełknąć tą ślinę. Bylam w stanie wyjść na dłużej z domu, nawet pewnego dnia poszłam na balety, gdzie myślałam, że już nigdy nie dam rady wyjść na tak długo i bez silnego ataku przetrwać całą noc. Oczywiście alkohol też działał na plus.
No i tu dochodzimy do czasu teraźniejszego. Po tym mieśiącu zachorowałam, myślałam, że złapała mnie grypa jednak ona nie przechodziła ani po tygodniu ani po dwóch anipo trzech. Okazało się, ze mam półpaścia. Co dziwne nie mam objawów typowych dla tej choroby. Za to moja nerwica szaleje. Jest tak źle jak nie było przez całą moją historię tej choroby. To już nie są ataki. To już nie jest ścisk w gardle. Cały czas czuję jakby ktoś zawiązał mi cienkim drutem pętelkę na szyi i zasiskał z całej siły. Jakby rozrywano mi mięśnie krtani od środka. Jakby mi na żywca rozcinai gardło. Jakby mi pychły migdałki. Nie jestem w stanie przełknąć już nic do jedzenia. Kompletnie. Jeszcze ostatnie 3 dni jakoś dałam radę raz dziennie zjeść pomidorka koktajlowego i kawałek sera camembert, od wczoraj jest tragedia. Odkąd się obudziłam już wszystko co mi się dzieje w gardle odczuwałam na maksa. W ciągu całego dnia zelżało mi to tylko ociupinkę, tak, że aż tak mnie to nie bolało ale tylko na kilkanaście minut. A tak to do tej pory siedzę i mm ochotę się zabić bo to uczucie jest nie do wytrzymania. Ucisk i napięcie mięśni w krtani gardle przełyku czy gdzie to.... jest tak silny, że wywołuje ból tak silny, że chce mi się płakać. Nie jadłam kompletnie nic. Od czasu do czasu coś mi w tym gardle jakby strzela, strzyka jakby coś tam pękało czy zeskakiwało jak zębatki,. Ledwo piję. Jest okropnie ale to okropnie źle. Straciłam wiarę, że mi to przejdzie. Drugiego dnia już nie wytrzymam tak jak dzisiaj to jest straszne.... i W ogóle nie przechodzi... Nigdy nie miałam tak, żeby po śnie choć trochę mi nie przeszło. A teraz null. Co lepsze, opisałam tylko historię zaburzeń związanych z przełykaniem i co za tym idzie oddychaniem. Jednak lista objawów mojej "chybanerwicy" jest baaardzo długa. Między innymi : serce mi wariuje jak powalone, wystarczy, że wstanę, nie raz mnie boli, kłuje, piecze, czasem zatrzymuje się na jakieś dwie sekundy. Strasznie psuje mi się wzrok,mam zaburzenia widzenia, derealizację, zawroty głowy.Jestem tak osłabiona, że nie da się tego opisać. Czuję się jak zombie. Ale wszystko to byłoby do przeżycia, gdyby nie te gardło... Tak się nie da żyć. Mam anemię, jestem strasznie osłabiona a jeśli to mi nie przejdzie to dalej nie bedę nic mogła przełknąć aż się zagłodzę na śmierć, o ile wcześniej nie udłąwię czy nie uduszę. Ataki mam takie, że chłopak musi mnie w nocy pilnować bo łapie mnie bezdech gdy próbuję zasnąć. Teraz pracuje i jestem sama w domu z dzieckiem.. To oczywiście wcale nie ułatwia mi sprawy. Naprawdę świetnie sobie radziłam z objawami, od których nie jedna osoba dostałaby szału ( ja też czasem jednak byłam na skraju) , jednak z tym nie dam rady. To już jest zbyt mocne. Nie wiem co mam zrobić,,,, Najgorsze, że nie jestem nigdzue ubezpieczona, nie mogę zarejestrować się w urzędzie pracy bo raz, że nie wyszłabym z domu w takim stanie a dwa, że nie jestem zameldowana w mieście, którym mieszam więc mnie nie zarejetsrują. Zresztą i tak jakby jakim cudem udało mi siępójść do lekarza to jak zwykle odesłaliby mnie z etykietką nerwicy, albo jak niektórzy uznaliby, że symuluję. Poważnie już nie dam rady jeżeli jutro nie poczuję się lepiej... A muszę... mam maleńką córeczkę, którą muszę się opiekować, nie moze mnie zabraknąć, nie mogę się poddać. Ale nie mogę też tak żyć. Proszę( jeśli ktokolwiek doczytał to do końca- i tak starałam się pisać krótko i połowę ominęłam) o pomoc.. radę... cokolwiek. Pozdrawiam wszystkich nerwicowców, mam nadzieję, że Wasze życie z tą okropną chorobą jest choć trochę łatwiejsze.
Offline
Posty
17
Dołączył(a)
24 paź 2015, 00:16
Lokalizacja
Okolice Lubina

Zaburzenia psychosomatyczne

Avatar użytkownika
przez ekspert_abcZdrowie 26 paź 2015, 19:15
Witam serdecznie!

Proponuję Ci zarejestrować się w urzędzie pracy. Nawet jeśli nie jesteś zameldowana w miejscowości, w której jest UP, to jest to do przejścia. Więcej musisz pytać w samej placówce. Jeśli już będziesz miała ubezpieczenie, rozważ wizytę u psychiatry i podjecie psychoterapii. Podejrzewam, że masz tzw. globus histericus i powinnaś podjąć systematyczne leczenie pod okiem psychoterapeuty. Pozdrawiam i powodzenia!
Psycholog
Posty
7574
Dołączył(a)
22 sie 2011, 15:11

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 12 gości

Przeskocz do