Myśli samobójcze

Inne zaburzenia.

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez Nortt 02 lut 2010, 21:37
Całkiem poważniej myślę nad tym czy by już tego nie zakończyć. Strach przestaje być barierą, nadzieja jest ulotna i umyka mi ciąglem ja ciągle tylko muskam ją palcami, nie mogą uchwycić. Dni ciągną się niemiłosiernie, słonce wschodzi i zachodzi, gwiazdy kołują na widnokręgu a mój nastrój jest jak fazy księżyca....
Moje życie jest jak dym tej fajki, leci w gore napotyka sufit tam w swej szarości kołuje, by w końcu ulecieć i zniknąć.....

Jestem Dymem.....
Jestem księżycem który nigdy nie ma pełni,
Jestem słońcem w zaćmieniu.... i gwiazdą za chmurami

A dusza moja jest tak ciemna i pusta jak te przestrzenie między gwiazdami....

Unoszę się ciągle w próżni, kończynami wyobraźni próbując złapać gdzieś stałe oparcie, niekruszejące podstawy....

[Dodane po edycji:]

Człowiek kołuje po pokoju jak lew w klatce zamknięty, wiedząc że swej wolności nigdy nie odzyska...
I ja jak ten lew smętnie już kroki swoje stawiam, jadła nie tykam, tylko gdy mnie już osłabienie przymusi...
Nie ma we mnie już wolnego ducha, został stłamszony

Muszę się wziąć w garść, stać się częścią szarości

Przyjąć przeznaczenie, przyjąć klatkę.... Mięso które podaje mi złota ręka cywilizacji.....
Nortt
Offline

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez rober6666 02 lut 2010, 22:20
....i to jest najgorsze w naszej męce
umysł masz czysty, rzeczowy i wspaniały i przez to choroba miażdży Cie tym dotkliwiej..
Brak mi słów..
Lepiej było by być prymitywem
Znam tą beznadzieje,tą nadzieje że po wypiciu pól litra wódki razem z benzo zasnę i juz nie nadejdzie kolejny obfitujący w bezsensowną mękę dzień...
na szczęście mam to juz za soba
przetrwałem prawie 3 lata beznadziejnego stanu
walcz z gó..wnem-może tez Ci sie uda
Robert
NON SERVIAM

Choroba Afektywna Dwubiegunowa - obecnie F.31.WAR
Offline
obserwowany
Posty
1441
Dołączył(a)
01 paź 2009, 15:47
Lokalizacja
Zabrze

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

Avatar użytkownika
przez *Monika* 03 lut 2010, 02:23
Nortt

Ładnie piszesz. Widac Twoją wrażliwość. Powiesz.........po co mi ona ....
Gdzie jest sens w tym,zeby ludzie tak niemiłosiernie cierpieli? Czy cierpienie uszlachetnia? Czy w przyszłosci doswiadczeni stanami beznadziei będziemy się umięli odnaleść? Czy moze przepoczwarzamy się by znów się wzbić ponad niebiosa?

Rozumiem jak się mozesz czuć. Tak jak powiedział Robert,żyj i nie poddawaj się, zacznij może od leków. Ja też tak zrobilam.
Leki,żeby rano móc na siłę otworzyć chociaż oczy,żeby nie lezeć odlogiem i odleżyn się nie nabawić. Żeby z lękiem nie stawiać kroków. PO to,aby nabrać plastikowej siły. A potem nie mieć sposobności,zeby umysł generował nasze prawdziwe odczucia.
Nie pamiętam Nortt czy pytałam Ciebie czy się leczysz i w jaki sposób borykasz się z tym stanem.....
Robert przerobił już chyba wszystkie leki .....znalazł ukojenie. Spróbuj..........Nie pozwalaj swej nadziei ,zeby wciaż ulotną była.

Jakie masz plany?
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez rober6666 03 lut 2010, 06:30
Nortt, Monika- tak kwieciście piszecie, że czuję się jak burak przy Was i chyba przestanę się odzywać,hehehehehehehe
NON SERVIAM

Choroba Afektywna Dwubiegunowa - obecnie F.31.WAR
Offline
obserwowany
Posty
1441
Dołączył(a)
01 paź 2009, 15:47
Lokalizacja
Zabrze

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez Nortt 03 lut 2010, 11:29
Nie mam planów, nie mam wykształcenia, nie mam pracy.
Ogólnie jestem do dupy :<
A co do wrażliwości to każdy w tym stanie ma taki sam poziom, wysoki poziom.

A co do leków, to zażywam Xetanor, lorafen aktualnie + masa leków wcześniej, nie pomogło. '

Przyszłości nie mam, więc nie ma czego planować.
Nortt
Offline

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez rober6666 03 lut 2010, 12:47
Napisz co juz brałes i w jakich kompilacjachi co sie po nich działo/nie dzialo
Stary ja 3 lata probowałem wszelakich gó..wien aż w koncu trafiłem i wróciłem do żywych
tak więc napisz na spokojnie co i jak brałeś oraz jak długo i co sie dzioało/nie działo
zobaczymy czego jeszcze możesz spróbować...
Trzymaj sie i nie trać sił
Robert
o
NON SERVIAM

Choroba Afektywna Dwubiegunowa - obecnie F.31.WAR
Offline
obserwowany
Posty
1441
Dołączył(a)
01 paź 2009, 15:47
Lokalizacja
Zabrze

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez SzaraCodzienność 03 lut 2010, 13:41
Jaka jest Wasza pierwsza i ostatnia myśl każdego dnia? Dla mnie śmierć. Od przynajmniej 2005 roku, a odkryłem ze swoich starych zapisków, że myślałem o niej nawet w wieku gimnazjalnym. Mam 22 lata. Wokół mnie dołująca, szara rzeczywistość. Jestem sam. Nie cierpię ojca za wiele lat męczarni (teraz jest za granicą), matka i siostra są jak powietrze, w których wykrywam zagrożenie. Kolega tylko jeden, bo reszta po czasach licealnych zaczęła "normalne" życie. Koleżanek zero. Co gorsza, dziewczyny ani ćwiartki. W dzień jestem uśmiechnięty - ba, uchodzę za duszę towarzystwa. Tak było przynajmniej w liceum. Lubiany, "uroczy", trochę szalony. Wystarczy jednak tylko wieczór i noc, a już z Jekylla przeistaczam się w Hyde'a. Szlajam się po okolicy, jeżdżę rowerem, w głowie milion myśli, z czego 99% o zabarwieniu, jaki króluje w tym temacie. Pozorna ucieczka w alkohol, dragi - pozwoliły mi szerzej na to spojrzeć. Jadę o 22 na rower, plecak wypchany dziadostwem do faszerowania się, i sam jadę w tysiące różnych miejsc, by porządnie się odrealnić. Wracam nad ranem - rodzinka nawet nie pyta - bo tak, nasz synek jest przecież taki kochany i ułożony. Rzygać mi się chce na ich zachowanie. Ja szukam czegoś więcej - kto każdy weekend spędza sam, kto spędza sylwka sam? Bo co, bo mnóstwo osób woli w domu? Ta, może teraz tak, ale będąc w liceum takie rzeczy były nie do pomyślenia - siedzisz pod mostem sam i patrzysz, jak dziesiątki osób po drugiej stronie na ławkach śmieje się, całuje, wygłupia. Ja tego nigdy nie doświadczyłem. A jak miałem okazję, to siedziałem w kącie. Cały ubiegły rok to była jedna wielka pomyłka. Wpadałem często w szał - robiłem rzeczy, jakich normalny człowiek by nie zrobił. Tłuczenie łbem w mur? Rozcinanie ręki rozbitą butelką? Cięcie się? Płacz? Uskok przed jadącym pojazdem? Jazda środkiem drogi po mieście? Obojętność w stosunku do śmierci ostatniego dziadka? To tylko promil przykładów. Moja rodzina jest tylko z nazwy rodziną. Pamiętam, jak kiedyś byłem w szpitalu, to potrafili się śmiać z tego, że myślę o śmierci. Wyszedłem zapłakany i w tej chwili chciałem użyć grubego, prysznicowego węża. Nikt o tym nie wie. Byłem 3 razy w szpitalach - każdy pobyt jeszcze gorszy. Zero pomocy. Przeleciałem wszelkie środki neuro-antydep-depresanty i guzik z tego wyszedł. Oprócz sedacji. Nie mogę w nocy spać, denerwuje mnie nawet odgłos wiatru. Świruję. "Zdechnij, zdechnij, zdechnij" - śmiech przy oglądaniu zabijanych ludzi i myśl "ale fajnie, gdyby mnie zastrzelili". Nikt by za mną nie płakał, bo niby kto? Potrzebuję kogoś bliskiego. Nie mam dla kogo żyć. Poważnie. A wiem, że rozmowa z dziewczyną by wiele zmieniła, bo już nie raz się o tym przekonałem, tyle że to była tylko koleżanka. I nie, nie mam zamiaru nikomu mówić o choćby części rzeczy, które mam w głowie. A sporo ich mam. Schizofrenik paranoidalny, depresja, zaburzenia lękowe, do tego sporo somatyki. Nie jestem potworem, dziewczyny mnie akceptują fizycznie. Ale ja siebie nie akceptuję. Ktoś pomyślał, że "udupimy tego kolesia i dosypiemy mu do kodu genetycznego wszelkie możliwe dziadostwo, przez które będzie się rozsypywał, ale jednocześnie sam z siebie nie umrze". Wczoraj kolejna samotna wyprawa w moje ukochane okolice stacji kolejowej. Całe szczęście było cicho i pusto, bo w dzień bym nie zdzierżył tych roześmianych ryjków z liceum. Ach, to były najpiękniejsze lata mojego życia. Paradoksalnie mimo niewykorzystania możliwości charakteru, bawiłem się dobrze. I co teraz? W czym tkwię? Budzę się - dziesiąta. Pierwsza myśl - śmierć. Druga - śmierć. Trzecia - śmierć. Czwarta - znów ktoś się kręci w salonie i znowu spokojnie przy muzyce nie zrobię sobie śniadania. Złość. Wściekłość. Smutek. Żal. Ale nie widać tego po mnie. Kocham muzykę. Kochałem astronomię. Kochałem wypady w nieznane miejsca. Kochałem wędkarstwo. Kochałem wiele innych zainteresowań, które prysły. A muzyka też powoli zaczyna wygasać, choć trzymam się kurczowo nurtu muzycznego od 2005 roku i tylko przy niej doznaję uczucia szczęścia. Ale zaraz serotonina się kończy i trzeba wracać do myśli. Śmierć, śmierć, śmierć. Muszę zrobić to, muszę tamto, muszę siamto. Śmierć. I co - kto mnie zrozumie? A niech ktoś teraz przyjdzie i pogada ze mną w cztery oczy - NIKT by nie rozpoznał, że to ten sam człowiek, co napisał tyle zgoła porypanych rzeczy powyżej. Boję się ludzi na ulicy, boję się kupować coś w sklepie, załatwiać sprawy. Ale jednocześnie mam do tego power i łeb. Zapytajcie moich znajomych, jaką mam wiedzę w głowie. Każdy powie "on wie wszystko". Wciąż to słyszę. I do kogo mam się niby zgłosić, żeby w końcu wybić sobie z łba, że ci śmiejący się ludzie czy ta wspaniała wielka miłość nie istnieje? Że to tylko oszukiwanie się? Kto mnie wysłucha? Próbowałem, ale dostałem na starcie metkę F20. A do tego perazynę. I ślinienie się przez ponad 3 miesiące, by na własne żądanie się wypisać. Każda prośba o pomoc wzbudza tylko śmiech. Dałem sobie spokój. Jestem zamknięty w sobie. Mam powera, jak już pisałem - chcę robić wiele rzeczy. Cwaniak ze mnie za dnia. Teraz też. W nocy jeden wielki cykor. Boję się spać. Zalewam się potem. Śmierć. Śmierć. Śmierć. I w kółko zapętla się muzyka czy gadanie z TV do godzin porannych. Myśli natrętne, natłok myśli. NIGDY nie potrafię się wyluzować. Gdy jestem na imprezce, wokół się śmieją. Ja nie ogarniam. Bo myślę, czy mam w kieszeni telefon, czy nie. Kiedy w końcu doczekam się wolności w mózgu? Dlatego jeśli ktoś z Was planuje śmierć, bo ogarnia go g*wno dnia codziennego, a ma dla kogo żyć (siostra, brat, matka, dziewczyna, chłopak) - ŻYJCIE. Ja nie mam dla kogo. Bo jestem sam. I nie piszcie, że wiecie lepiej, że ktoś o mnie myśli. Bo nikt nie myśli.

Nie patrzcie na moją ilość postów czy staż - śledzę czasem to forum, ale jeśli czytałbym wszystkie te posty, to... najpewniej bym zwariował.
Posty
3
Dołączył(a)
03 lut 2010, 12:53

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez Pain 03 lut 2010, 13:48
SzaraCodzienność, bardzo mi przypominasz najbliższą mi istotę na tym świecie. Z tą różnicą, że on nie jest sam i ma dla kogo żyć. Odezwij się do mnie na gg, Twoja historia wzbudziła we mnie nie tylko współczucie, ale i lęk. Jak coraz więcej spraw. Ja też widzę teraz tylko śmierć... Ale nie swoją i to jest najgorsze... Więcej o tym napisałam na 496 stronie w temacie 'Jęczarnia'...
Offline
Posty
128
Dołączył(a)
13 lis 2009, 18:23
Lokalizacja
Solec Kujawski

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

Avatar użytkownika
przez *Monika* 03 lut 2010, 16:26
SzaraCodziennosc

Witaj.
Wybacz mą ciekawosć. Ile masz lat?Można wiedzieć? Czy jest to tajemnicą?
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez China 03 lut 2010, 18:56
"udupimy tego kolesia i dosypiemy mu do kodu genetycznego wszelkie możliwe dziadostwo, przez które będzie się rozsypywał, ale jednocześnie sam z siebie nie umrze"... mysle ze ktos cos podobnego zrobil ze mna. Najgorsze jest to ze to sie stalo tak nagle bez wyraznej przyczyny jakby jakas tragiczna i nierealna wrecz pomylka losu nie wiem jak mam to nazwac. Tez mialam wiele marzeń, planów zanim to wszystko sie zaczelo, milion zainteresowan muzyka, film, ksiazki, moda trenowalam taniec, duzo imprezowalam, wychodzilam spotykalam sie ciagle z przyjaciolmi, znajomymi, chcialam sie zapisac na rysunek, zeby zaczac od przyszlego roku 2 kierunek studiow - architekture wnetrz, teraz jestem na turystyce, ledwo zdalam sesje zreszta szczerze mowiac teraz mam te studia gdzies robie to tylko po to zeby zachowac jakies pozory dla rodzocow ze wszystko jest normalnie nie chce ich martwic. Wierzcie mi bylam najszczesliwsza osoba na swiecie akurat przed choroba zaczelo sie wszystko w moim zyciu ukladac nie bede sie rozpisywac ale bylam szczesliwa jak nigdy wczesniej i nagle praktycznie z dnia na dzien wszystko prysnelo cale moje zycie leglo w gruzach. Przez to co sie ze mna stalo odizolowalam sie od ludzi, stracilam milosc mojego zycia, wszelkie zainteresowania, plany, cele nie chce tak zyc nie ma po co. Mam dosyc tych wszystkich chorych mysli, ktore mnie wykanczaja, niszcza mi psychike. Ciagle zadaje sobie pytanie dlaczego? Przeciez nie zasluzylam na to przeciez wszystko mialo juz byc dobrze moje zycie bylo piekne a stalo sie nic nie warte przynajmniej tak czuje. Ciagly lek, lzy kazdego dnia, wychodzac z domu zakladam maske normalnosci nikt nie wie co mi jest. Smieje sie zartuje, nawet zaczelam troche wychodzic poza zajeciami ale to wszystko nie ma sensu, po prostu na sile wypelniam czas zeby nie siedziec samej w pustym pokoju z moja chora glowa bo wtedy wariuje. Gdybym sie teraz zabila wszyscy przezyliby szok wiem to. Kazdy by sie zastanawial ona? jak mogla? akurat ona? taka wesola troche zwariowana pelna zycia? Kazdy ale nie ona... Probowalam sie leczyc ale nie wierze juz w terapie lekow nie potrzebuje, moge w miare normalnie funkcjonowac, nawet spac ale czuje ze nie ma dla mnie pomocy ze to sytuacja bez wyjscia. Jeszcze pol roku temu nigdy bym nawet w najgorszych koszmarach nie podejrzewala ze cos takiego mnie spotka...Nie wiem nawet po co to pisze tutaj moze zeby wypelnic pusty czas, wylac zal, bezsilnosc, z ktorymi nie mam co zrobic... Najbardziej boli jak sobie przypominam przeszlosc bo to jest najgorsze ze pamietam wszystko jaka bylam szczesliwa "normalna" ale czuje ze to byla jakby jakas inna osoba a teraz jestem juz kims innym nie wiem kim ale kims kim byc nie chce. Chce to skonczyc bo coraz mniej sil juz mam marze tylko zeby zasnac i sie juz nie obudzic, zeby nie czuc, nie myslec, nie byc. Nie zabilam sie jeszcze chyba tylko dlatego ze nie wiem jak to zrobic. Boje sie ze zrobie to nieudolnie, ze mnie odratuja jaki to bylby wstyd... Pozniej, szpital, leki bez sensu kompletnie. Myslalam zeby skoczyc z wysokosci ale boje sie bolu... Czekam na taki impuls, na chwile, w ktorej strace resztki samokontroli, ktora jeszcze mam i bedzie mi juz wszystko jedno tak calkowicie... Tak na zakonczenie moze paradoksalnie zycze wam zdrowia, moze wasza sytuacja jest inna moze macie dosc sily gdzies glebokow sobie moze wam sie uda bo mnie chyba juz nie
China
Offline

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez SzaraCodzienność 03 lut 2010, 22:49
@Pain - odezwę się.
@Monika1974 - tak jak pisałem, mam 22 lata.

Nie śledzę tu wpisów, jak już wcześniej napisałem. Albo odstrasza mnie sztuczny optymizm, jaki sobie narzucamy, albo za dużo jęków na kolejne niedziałające lekarstwa.
@China, (oraz do wszystkich userów) Twój post odzwierciedla w pewnym stopniu mój stan. U mnie ten nagły strzał w mózgu zrobił się w momencie, gdy działo się najwięcej - zdałem dobrze maturę, nie wiedziałem, co dalej. Zdałem sobie sprawę, że najlepsze lata minęły i że stara dobra ekipa już się rozsypie. Jakoś sobie radziłem, ale zaczynała się pustka. Ucisk na głowie. Załatwiłem sobie szkołę, ale taką, której nie chciałem. Ale zrobiłem to. Co noc totalna melancholia - że znów jestem sam (wtedy miałem luz psychiczny, bo ojciec wyjechał); patrzyłem w księżyc, zasłuchany w ukochanej muzyce. Wyobrażałem sobie kogoś obok. Po godzinie miałem tego dość, szedłem i płakałem. Czarne scenariusze wiły mi się przed oczami. Cieszyły mnie - dziwne. Ale jednocześnie pogłębiały stan depresji i powodowały dalsze łzy. W ciągu dnia dla przykładu jakaś osoba powiedziała: "spadaj", w nocy urastało to do ranki problemu życiowego. Wyobrażałem sobie, jak przez to durne słowo kończę z sobą, a ta feralna osoba potem prycha ze śmiechu, że zginąłem przez taką głupotę. Na drugi dzień już nikt o mnie by nie pamiętał. Nawet rodzina. No, może najbliżsi wykonywaliby ten telewizyjny płacz - coś jak pokażą ''biedne Murzyniątka'', to zaraz wszyscy beczą, bo tak ma być, a po zakończeniu programu wracają do codzienności. Płakałem więc i włączałem bardziej depresyjną muzykę, która tylko całość nakręcała. Ale zauważyłem, że po takim wydarzeniu na drugi dzień czułem się znacznie lepiej.
Wakacje 2006 mijały, a ja wciąż nie wiedziałem, co mam robić. Kim jestem. Co, jak, gdzie, kiedy. Pytania mnożyły się. Nie pamiętam teraz, czy było to natręctwo - chyba normalnie funkcjonowałem. Pustka przerodziła się w ciekawość i chęć ucieczki w coś. Tym czymś było forum na literę "H". Chciałem zaimponować. Zacząłem się bawić tanimi specyfikami, ryjąc sobie czaszkę pierdołami. To nie było to. Ale zawsze to mogłem się komuś czymś pochwalić. Któregoś dnia, jak grom z jasnego nieba, spadła na mnie informacja, że już wkrótce na studia. I taka krótka analiza w łebku się zrobiła. Kolejna kołomyja. Kolejne g*wno. I pierwszy w życiu atak czegoś, czego boję się po dziś dzień. Boże, jakie to było straszne (po kilku miesiącach dowiedziałem się, że to atak lęku). Chciałem umrzeć, wyłem z bólu psychicznego, błagałem ściany o pomoc, gadałem sam do siebie. Wtedy był właśnie ten pierwszy raz. Mówią, że pamięta się go do końca życia. Zapamiętam zapewne. Od tego dnia nawet zieleń nie była już taka sama. Źrenice szerokie. Nikt się nie pytał, co mi jest. Nawet rodzina. Nawet matka. Za kilka dni kolejny atak. Szpital. Zwykły, nie psychiatryczny. Tachykardia - wypis. Męczarnia, bo nikt niczego mi nie podał na lęki. Chodziłem po placu i wyłem. Jak nie płakałem, to czułem, że nastała jakaś wielka zmiana. Że gdzieś w mózgu ktoś przekręcił śrubkę z napisem "wariat mode on". Nie poznawałem siebie. Nawet kolor PKSu, którym wracałem do domu, był inny. Do początku studiów jeden dzień. Jeszcze się oszukiwałem. A w nocy trzeci atak. W niedzielę decyzja o szpitalu. Matka płacze. Jej koleżanka też. Ja obojętny, uśmiechnięty. Cwaniak za dnia. Od tamtego pierwszego strzału i ataku lęku choroba postępuje. Ale wciąż czuję to odrealnienie. Nie sypiam po nocach. Włóczę się. Ciągnie mnie do używek. Ciągle sam. I ciągle natłok w głowie. I ciągle "śmierć, śmierć, śmierć". BOŻE! Ile ja radości czerpałem z jazdy pociągiem. A teraz? Ziewam. Chcę jak najszybciej wysiąść. Czy ludzie wokół mnie widzą zmiany, czy nie? Czy rodzina je widzi czy nie chce ich widzieć? Do dziś pamiętam, jak powiedział skrycie ciotce "mam F20". Ona współczuła. Potem wybuchnąłem śmiechem, a ona na to "i ty niby chory jesteś??". Więc z kim mam rozmawiać? Lekarz ziewa przy moich najprostszych wywodach. A wejście na temat filozofii, pochodzenia, segmentu wiary - od razu dostaję plakietkę F20. Czy ja nie mogę mieć odmiennego zdania? Prowadzę terminarz. Spisuję to, co się dzieje. Ale nie żalę się. A jak już, to rzadko. Chcę pamiętać nawet takie bzdury, jak pójście do kina. Ale gdyby te wszystkie notatki połączyć w jedność, powstało by słowo "POMOCY". Dlaczego jest tak, że zachowuję pełną świadomość tego, co się ze mną dzieje, a jednocześnie zupełnie nie potrafię tego nazwać? A tyle jeszcze rzeczy przede mną. Chciałbym choćby durnego buziaka od pewnej koleżanki, która na mnie nigdy zasługiwać nie będzie. A jak już gadam, to cykor mnie oblatuje. Matko, ile ja nocy spędziłem, patrząc z ławki na nocną panoramę miasta i słysząc w oddali kupę śmiechu, a w głowie mając tylko jedną myśl "szkoda, że nie siedzisz tu przy mnie". Uciska mnie w głowie. Noc. Przestaję być teraz cwaniakiem. Cwaniak jestem tylko gdy wypiję. Ale teraz tego nie robię. Śmierć, śmierć, śmierć. Do d*py z planami - wiecie co? Planowanie samobójstwa to największa bzdura, jaką słyszałem. Nie istnieje coś takiego. Kiedyś napisałem sobie, jak będzie wyglądała moja śmierć. Wiecie, liścik, odpowiedni klimat, muzyka na uszach - normalnie brakuje jeszcze kamery telewizyjnej, by to nadawała z różnych ujęć i to w HD. A tak naprawdę w życiu miałem kilka bardzo poważnych załamań i przy każdym z nich uciekałem się do najprostszych sposobów i myśli odnośnie pozbawienia siebie życia. No i dla kogo mam żyć? Jak nawet przy impulsie samobójczym mam pustkę w głowie? Wyobrażam sobie wieszającego się na oczach rodziny z dzikim uśmiechem na twarzy. To jest chore. A pośrednich sposób zabicia się nie liczę, bo były zazwyczaj pod wpływem. A tu jazda z góry rowerem 56km/h wprost na czteropasmówkę, a tu zadarcie z kibolami, a tu rzucenie się w dół, a tu poharatanie sobie ciała. Na drugi dzień (cwaniak) śmieję się z tego, ale wieczorem znów to powraca. Co ja bym dał, by teraz pojechać na nocną wyprawę rowerem na most kolejowy i przy wysokiej temperaturze, przy ukochanej muzyce, popatrzeć w księżyc? Ależ to śmieszne - nie mam halucynacji, urojeń też, mam power do życia, robię to co inni (a nawet więcej), dużo w głowie, dusza towarzystwa, a pod spodem jakieś przedziurawione i bez życia dziwadło. I to jest właśnie to - normalne funkcjonowanie, a jednak nienormalne. Moja babcia ma depresję, znajoma też - obie patrzą tylko w ścianę, ale o śmierci ani myśli. Więc co JA mam? I co mam robić? Ile jeszcze mam przetrwać? Kto mi pomoże? Co mi pomoże? Kurde, ale żenada, pytania retoryczne. Ludzie, drodzy userzy - do kogo się zwrócić? No przecież do nikogo. Do oczu mi łzy teraz napływają - ja NIE chcę umierać. Ale muszę. Czy to nie jest kuriozalne? To jest chore. I ja to wiem! Tylko przyjdzie taki dzień, że zamknie się moja księga z napisem "żywot jednego z 6.5 miliarda". Proszę nicość w tym momencie, bym w momencie śmierci obudził się ze snu i wrócił do normalnego życia. Dlaczego nicość? Nie chcę wchodzić na poletek wiary, bo mam ukształtowane poglądy (nie, nie jestem ateistą, bo tylko totalny debil byłby nim, ale bez urazy, wystarczy pomyśleć, że samo z siebie nigdy nic nie powstaje). Nie mam zamiaru zwracać się do wyższych sfer, bo wszystko chcę załatwić na poziomie swojego ciała psychicznego. Chcę, BŁAGAM o bratnią duszę. By porozmawiać. I podjąć sensowną decyzję. Ale jak można nazywać śmierć decyzją? Cholera, słysząc teraz śmiech domowników, dlaczego oni są tacy głupi? Tyle rzeczy można w głowie zataić. To jest piękne. Zabójczo piękne. Kurde, nawet kiedyś będąc w dole zrobiłem na telefonie serię rysunków, jak wiszę, jak się krew leje i przypadkiem to zobaczył członek rodziny. Skwitował to śmiechem. Ja też. Ale beka, ja nie mogę. Z jednej strony chcę śmierci, z drugiej nie chcę. Ale nie można mieć dwóch rzeczy na raz. Nieformalnie obiecałem sobie tę przyjemność 31.12.2009, ale stchórzyłem. Nawet nie przygotowałem się. To potwierdza regułę, że śmierć nastąpi nieoczekiwanie. Życie przez tyle lat z ciągle zapętlającą się myślą "śmierć" jest tak destrukcyjne, że... można sobie palnąć tylko w łeb (ha ha ha). Jak koleżanka wyżej pisze: chcę zasnąć. Naprawdę. Chcę spać. Odurzam się co jakiś czas jakimś g*wnem, które wycina mi sny i te 12 godzin mija jak za klaśnięciem dłoni. Tak właśnie bym chciał. Tylko że po takim obudzeniu się chciałbym, żeby wszystko było dobrze. Ludzie mówią, że brak nogi, brak ręki, brak piersi, brak oka, brak słuchu - że to jest najgorsze. A co oni mogą wiedzieć? Ja powiem, bo mogę, że najgorszy jest chory łeb. Co ci z braku oka, ucha, słuchu, jak i tak jesteś udupiony przez fizyczną ułomność. A ja mam wszystko na swoim miejscu i co? I co? I co, panowie mądralińscy? Śmierć. Śmierć. Śmierć. Kurde! A za kilka godzin znów będę się wiercił w łóżku, bo kolejna noc bez snu. I tak w kółko. Aż się dziwię, że tak wolno nabieram agresji przez tyle lat. Ale kto pomoże mi się odbić od dna? China, piszesz, że chciałabyś się rzucić z mostu. Bzdura. Nie zrobisz tego. Ja też chciałbym. Ale nie zrobię tego. Nie doczekamy się tego impulsu. Moja wizja śmierci a rzeczywistość, to zupełnie dwie różne rzeczy. Niestety. Albo i stety? Nie wiem. Nic nie wiem. Wracam do swojej codzienności - idę jakby nigdy nic, poczytać książkę z Empiku i posłuchać muzy. Może pogram w grę kupioną za naskładane 149zł. Poudaję, że się cieszę. A nóż widelec będzie to ostatnia noc w moim życiu.
Pozdrawiam.
Posty
3
Dołączył(a)
03 lut 2010, 12:53

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

przez China 04 lut 2010, 01:19
Ja tez z jednej strony chce zyc bardzo chce ale nie tak jak teraz chce zyc normalnie zwyczajnie. Masz racje zycie z chorym łbem przy zachowywaniu trzezwego pogladu na ta sytuacje to jest najgorszy koszmar.. Ile ja razy marzylam zeby zamiast tego co sie ze mna stalo zachorowac na cos nawet bardzo powaznie ale cierpiec fizycznie miec normalny mozg bez tych chorych nie wiadomo skad wzietych skmin... Tyle rzeczy moglabym zrobic, pojechac w tyle miejsc ale czuje ze nic mi nie sprawi przyjemnosci...nie wiem... czekam... mimo wszystko daje sobie czas chociaz czasem jestem juz na skraju, jest tak zle ze nie da sie opisac słowami. Nie chce zranic rodziny, wiem, ze to by ich zniszczylo. Nie wiem jaka masz sytuacje rodzinna, ale nie wierze w to, ze Twoich rodzicow nie obchodzi Twoj los i, ze by sie nie przejeli. Pomysl o tym, ze Twoje patrzenie na swiat nie jest teraz normalne. Ludzie sa rozni, a ktos kto nigdy nie byl w takim stanie nie zrozumie, moze wg nich cos sobie wymysliles i to nie jest prawdziwy problem, a moze jesli spokojnie szczezre byscie pogadali zrozumieliby nie wiem. Bliskie osoby sa wazne ale powiem ci szczerze ze ja je mam mam oparcie w rodzicach glownie w mamie ale to mi nie pomaga za bardzo, nie rozwiazuje moich problemow rozmwa z nia czy jej przekonywania, ze wszystko sie ulozy. Moze faktycznie nie masz nikogo bliskiego kto wie moze akurat to by ci pomoglo, ale szczerze mowiac mysle, ze sam musisz sobie pomoc wsparcie ze strony innych chyba az tyle nie daje. Nie wiem jak masz sobie pomoc sama sobie nie potrafie kazdy musi do tego sam dojsc moze kiedys nam sie uda. Moglabym ci dac moj nr np gadu, sprobowac ci pomoc, pogadac skoro tak bardzo kogos potrzebujesz ale szzcerze mowiac nie wierze w to ze ci pomoge bo sama mam problem a po co ci taka pomoc? Nie przekonam Cie ze bedzie dobrze sama za czesto w to watpie. Ale moge Cie zapewnic, ze nie jestes sam takich ludzi jak my jest wiecej niz myslisz, wielu sie udaje wyjsc z tego stanu kto wie moze tez nam sie uda. Taki prawie pozytywny przekaz na zakonczenie. Mimo problemow ze snem zycze ci dobrej nocy kto wie moze sie uda


http://www.youtube.com/watch?v=LOESyEljmFE marze zeby kiedys moc szczerze zaspiewac to z nimi...
China
Offline

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

Avatar użytkownika
przez *Monika* 04 lut 2010, 02:08
SzaraCodzienność

Smutne to co napisałeśo swoim "wycinku" z życia.
Niemożliwe,że chłopak z takimi zainteresowaniami wciaż nie moze odnalesć się.
Piszesz o samobójstwie.Powstrzymuje Cię "coś" przed takim rodzajem ucieczki. Z drugiej strony chcesz tego.
Lęk spowodowal depresję, albo depresja lęk. Czytam to co napisałeś i tak sie zastanawiam......Czy Ty nie jesteś sfrustrowany do granic mozliwosci? Chciałbyś cos w życiu osiągnąć....boisz się. Oprócz leków i używek wcześniejszych podjąłeś jakieś inne metody,żeby wyjść z tej matni? Czytasz książki, sluchasz muzyki. POtrafiłbyś cos zmienic w swoim zcyiu na dzień dzisiejszy? Czy boisz się tego co nowe? Dlaczego nie zaczniesz malymi kroczkami pomagać sobie?
Jeśli to co masz teraz, nie zaspokaja Twojego wnętrza......dlaczego nie spróbujesz terapii?
MIałeś robione jakieś dodatowe badania? mam na myśli tomograf rezonans itp.
Napewno przyczyny Twojego stanu mają korzenie w dziecinstwie. Warto byłoby przypatrzyc się temu z bliska. Nie życ tym co było kiedyś.Wszystko przemija. Czas nie cofa się, biegnie, upływa......Już nigdy nie będziemy tacy sami.Nie będziesz już taki sam jak miesiac temu. Dlaczego? Bo doświadczałeś czegoś i funkcjonujac ....zmieniłeś się na podstawie wcześniejszego doswiadczenia.Mogłeś zmienic sie na lepsze-nie tkwiac w starych wzorcach zachowań, albo na gorsze-pogłębiając się w chorobie, tkwiac w błędnym kole z powodu tego,że narazie nie widzisz wyjścia z tej sytuacji.
Rozumiem,że to nie jest takie proste jak mogloby się wydawac. A co powiesz na terapię? Jaki masz do niej stosunek?
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Główny Moderator
Posty
18813
Dołączył(a)
16 paź 2009, 19:20
Lokalizacja
Ślązaczka z krwi i kości

Re: Depresja, myśli samobójcze. Co robić?

Avatar użytkownika
przez Bylejaka 04 lut 2010, 13:24
Chciałam coś napisac ale nie chce mi sie. Moze pózniej.
Niewiem co sie ze mną stało, niewiem co się ze mną dzieje...!!
Jak ktoś ma duszę i ciało, podobno ma jeszczę nadzieję.
Wśród tłumu wyprana z rozumu.
To życie jest moje czy czyjeś...??
Avatar użytkownika
Offline
Posty
111
Dołączył(a)
28 gru 2009, 20:37
Lokalizacja
Wawa i okolice

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 18 gości

Przeskocz do