Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

Psychologia ogólnie. Ciekawe książki, wymiana doświadczeń, ciekawe tematy.

Re: Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

przez refren 06 kwi 2010, 00:12
Tym którzy lubią koncepcję dezintegracji pozytywnej K. Dąbrowskiego polecam książkę "Humanistyczna terapia rozwojowa" Z. Paśniewskiej - Kuś i inne tej autorki. Jest tam m.in. o zależnościach między kolejnymi poziomami rozwoju osobistego a objawami nerwicy, oraz o różnych typach nadpobudliwości (intelektualnej, emocjonalnej, wyobrażeniowej i in.)- które mogą prowadzić do nerwicy, ale właściwie spożytkowane są ogromnym potencjałem rozwojowym. Książka ciekawa, dosyć kontrowersyjna, dla osób o zacięciu humanistycznym, które nie boją się przymiotnika "moralny" (na co drugiej stronie :) ).
refren
Offline

Re: Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

przez galazka_jabloni 15 maja 2010, 22:49
Rzeczywiście coś jest w tej teorii dezintegracji. To chyba wynika też z tego, że depresja, czy nerwica zmuszają jakoś do myślenia, człowiek jest wtedy o wiele bardziej wrażliwy, nastawiony refleksyjnie na rzeczywistość. Przepraszam, od razu przyznaję, że nie znam tej teorii, ale to jest zastanawiające, czy ta teoria mówi też o tym, że bez psychoterapii i innych tego typu rzeczy poprzez przewartościowanie tych chorób można rozwinąć się bardziej psychicznie? Tak mnie to zastanawia, bo zgadzam się z tym w 100%, że to co przeżywamy dzieje się w jakimś celu, którego możemy nawet nie znać. Tak samo ludzie i dobrzy i źli, i ci co pojawiają się na naszej drodze tylko na chwileczkę, i ci co na trochę dłużej, wszystkich spotykamy z jakiejś przyczyny. Pewnie tak samo jest z tym co przeżywamy, to zmusza nas do poszukiwań nie tylko duchowych, szukamy sensu, celu tego wszystkiego, pytamy dlaczego i właśnie przez to zadawanie pytań się rozwijamy. Tylko jeśli nie możemy znaleźć tych odpowiedzi? Ja nigdy nie miałam u siebie zdiagnozowanej ani depresji, ani nerwicy, bo zawsze bał nauczyło, takiego godzenia się z życiem, ze wszystkim, chyba aż do przesady... Chcę jednak odkryć nowy świat...am się do tego przyznać, starałam się sobie radzić sama i jakoś wychodziło, lepiej gorzej, ale wychodziło. Ale wiem też, że to mnie wszystko dużo mnie nauczyło, przede wszystkim pogodzenia się z życiem, chyba aż za bardzo....
galazka_jabloni
Offline

Re: Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

Avatar użytkownika
przez Lariana2 17 maja 2010, 18:29
Psycholog jest tylko osobą ,która nas nakieruje na pewne mechanizmy ,dzieki którym poradzimy sobie w życiu. Możemy też tego sami poszukiwać.
Każde zdarzenie, choroba ma jakiś cel ,sens. Myślę że depresja ,nerwica mówi nam ,że w rozwoju naszej psychiki jest wiele niepewnych gruntów ,np. niskie poczucie wartości, nieśmiałość, lęki ,nieumiejętność w kontaktach z innymi , radzenia sobie ,wyrażania emocji. I takim osobom jest ciężko poradzić sobie w rzeczywistości ,która opiera się na innych zasadach niż te ,które były w 'sielankowym' dzieciństwie..
https://mojeinteligo.pl/konkurs/index.php5?id=praca&wid=1028#
https://mojeinteligo.pl/konkurs/index.p ... a&wid=1028
Avatar użytkownika
Offline
Posty
133
Dołączył(a)
22 gru 2009, 22:00

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

Avatar użytkownika
przez mucha12 19 maja 2010, 11:03
wiecie co? Będę chodziła na zajęcia grupowe na nerwice, ciesze się, bo sama sobie załatwiłam:)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3
Dołączył(a)
19 maja 2010, 08:30

Re: Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

Avatar użytkownika
przez Lariana2 08 cze 2010, 22:13
To fajnie :) I chodzisz już może na zajęcia ?
https://mojeinteligo.pl/konkurs/index.php5?id=praca&wid=1028#
https://mojeinteligo.pl/konkurs/index.p ... a&wid=1028
Avatar użytkownika
Offline
Posty
133
Dołączył(a)
22 gru 2009, 22:00

Depresja, lęki, nerwice jako objawy rozwoju osobowości...

przez Kori 05 lip 2015, 10:41
Jako że jestem autorem tego tematu, to pozwolę sobie na mały nietakt, bo troszkę wybiegający ponad psychologię.

Usprawiedliwiam się tym, że być może ktoś naprawdę chcę wyzdrowieć i na pewno tak jest, bo ciężko przychodzi mi posądzać, kogokolwiek, o bigoterię i pisanie po próżnicy dla pisania i tkwienia dalej w tym samym, bo wszystko jest bez sensu, bo i tak się nie da, nie umiem, nie dam rady, nie mam pieniędzy, doktora, dbającej o mnie rodziny, i tak dalej.

Poniższe to post, który zamieściłem na Facebooku, proszę się częstować, skonsumować, i wypróżnić z siebie to, co niechciane, co nas uwiera, co musimy oddać Panu.

Nie chcę tego robić, ale skoro pcha mnie do tego, i wierzę, ufam, że to Duch Święty, to czynię tę powinność.

Może być oczywiście tak, że piszę tylko dla siebie, wtedy wstyd sobie przynoszę, ale to już się okaże.

Kochani (wliczając tych, którzy myślą, że są niekochani)!
Ojciec Nasz, Bóg Dobry, ściągnął mnie przez swoje sługi do Irlandii, żebym się kurował i powracał do zdrowia. On o nas wszystkich dba. Ci, co mnie znają, wiedzą, że ze zdrowiem specjalnie problemów nie miałem, znaczy się, ze zdrowiem fizycznym.
On jednak zna moje rany, i postanowił, że już czas się ulitować. Zstąpił na mnie, przywrócił mnie do życia. Chce, żebym szedł za Nim.
Po tym ogólnikowym i pompatycznie-religijnym wyznaniu (które jednak jest prawdziwe, przynajmniej według mego obecnego rozeznania), mam nadzieję, że będę w stanie pisać "normalnie" i "do rzeczy".

Ojciec Nasz (może znów nieco "wzniośle", ale nic, przeboleje czytelnik) dba o nas. Żeby stało się jawnym moje życie, dla wszystkich aniołów i demonów, dla wszystkich ludzi zawistnych i przychylnych, przed nimi wszystkimi i przed wszystkimi siłami jawnymi i ukrytymi, chcę się dzielić i wystawiać na widok, jak lampę lub świecę na świecznik, na sam środek, by dać świadectwo o Nim.
Mam upodobanie wszystko zachowywać i tłamsić w sobie, ale to do czasu, bo praca nad sobą, którą On dokonuje we mnie, nieco odmienia postawy. I tak teraz piszę, co następuje:

Pochodzę z domu, w którym Boga nikt mi nie przedstawił. Był On obecny, ale nikt o Nim nie mówił.
Był czas, kiedy bardzo nabożnie uczestniczyłem w życiu kościoła. Kiedyś jednak ten czas się skończył, a ja, poharatany od lat różnymi kompleksami, rozdartą, rozwiedzioną rodziną, brakiem miłości, która by mnie budowała, brakiem uwagi, która by mnie kształtowała i doprowadziła do właściwego rozwoju w każdej sferze, powiedziałem Panu Bogu: do widzenia. Dziwię się, choć pewnie da się to łatwo uzasadnić, że tak długo trwałem przy Nim w jakimś sensie, bo nikt w domu specjalnie nie rwał się do Niego. Mimo wszystko coś się działo, coś zmieniało się we mnie, i tak, w okolicach czasu po Bierzmowaniu, zupełnie po swojemu, na swój rachunek, a nie dlatego, że "wszyscy to robią", powiedziałem, czując jakby ducha wolności: Panie Boże, jeśli chcesz, żebym w ciebie wierzył, to chcesz, żebym wybrał cię świadomie i dobrowolnie.To był czas, kiedy z niejakim olśnieniem, pamiętam to dobrze, siedziałem na kanapie w pokoju, i sam w ciszy myślałem: czym jest Trójca Święta? czy naprawdę istnieje? Podważałem podstawowe dogmaty wiary, same fundamenty Katolicyzmu. Pamiętam, że to był bardzo niewinny, czysty, dziecięcy stan, kiedy w ciszy pojawiały się we mnie te pytania, kiedy patrzyłem w myślach na to, co dotychczas, może bezmyślnie, może nie do końca wiedząc, z czym mam do czynienia, wielbiłem czy czciłem. Mój umysł poza tym był raczej czysty, pusty, jakby spokojny, a ja przyjmowałem te pytania do siebie, i przynosiły mi one jeszcze więcej jakiejś jasności, jakby otwierał się mój umysł, jakby przynosiły one ze sobą do tego milczącego i cichego umysłu jasność, która go rozświetlała. Takie wrażenia pamiętam z tego dnia, gdy wieczorem siedząc na kanapie patrzyłem w sobie na te pytania.

Oczywiście ksiądz mi odradzał takie postępowanie, wchodzenie w takie tereny. Pewnie mówił wtedy, że pewnych rzeczy się nie kwestionuje. Ktoś, kto kocha Boga i Go zna, dobrze czyni, gdy swego brata chce ustrzec przed zbłądzeniem. Ja jednak miałem swoje, i za tym swoim poszedłem. Upadł we mnie Kościół. Byłem sam dla siebie, w swojej "szklanej cebuli", w przezroczystym więzieniu, iluzji szatana. Miałem swoje "szukanie Boga", a raczej "szukanie Prawdy".

Trwało to około sześciu lat. Przez ten czas chodziłem do liceum. Moje zranienia, moje bóle i wady ciągle miały się dobrze, kwitły i mutowały. Nie mając żadnego pojęcia, co zrobić ze swoim życiem, nie myśląc, po prostu dając się nieść chwili, prądowi przyjemności, którą na siłę jak najwięcej chciałem utrzymać, bo jak nie ma Boga, to orgia i hedonizm jest może zawsze najwyższym przykazaniem, jedynym sensem życia, jedynym możliwym kierunkiem, do przyjemności, większej, trwalszej, od bólu, od prawdy, od rzeczywistości; i tak było, choć zawsze, albo prawie zawsze, pielęgnowałem i zachowywałem pamięć o swoim bólu, o swoich problemach, i nigdy przenigdy nie chciałem się wyrzec tej pamięci, mojej ostoi, mojego kontaktu z faktami, z tym, co na pewno jest. Musiałem mieć jakieś instynktowne czy naturalne przekonanie, że ten ból jest kompasem, który wskazuje, co jest prawdziwe, a co jest iluzją i bajaniem w obłokach, czy też po prostu chwilową czynnością, która przesłania stan mojej duszy. Nie było w tym nic z sadomasochizmu, po prostu życie pokazywało, że często oszukiwałem siebie i przez to również innych, błądząc po omacku, zamiast osiąść w sobie. Ten ból był równocześnie potrzebą wyleczenia, i tak pokazywał i przypominał, gdzie jestem. Myślałem, że szukam prawdy, ale dopiero później dane mi było poznać, a może tylko sobie przypomnieć, że prawdę to my znamy, ale na swój rachunek lubimy od niej uciec i pobawić się w Boga na swoim małym, kwadratowym podwórku, które nigdy nie było i nie będzie naszym tworem. I tak właśnie, nie mając pojęcia, i nawet specjalnie się tym nie przejmując, ignorowałem sygnały wzywające do dorosłości, zapominałem siebie w pędzie do przyjemności. I przyszło słowo od mojej mamy, która była moim opiekunem, że trzeba iść na studia. I tak wywarła na mnie wpływ, i tak poszedłem na studia. Jak żadne mi nie pasowały, żadne nie "pociągały" mnie, w żadnym mieście na żadnym wydziale, to w "zapadłej dziurze", w najmniej, wydawać by się mogło, prestiżowej szkole, bo w samym Oświęcimiu, zapisałem, a raczej zapisaliśmy mnie, na filologię angielską.

To były kolejne trzy lata. Końcówka tego czasu to był istny rock-and-roll. Kwas, zioło, wypad do szamana. Przede wszystkim jednak jeszcze więcej myślenia niczym w niczym, życia w bańce utkanej z piekielnych iluzji uszytych bólem i strachem przed miłością i przebaczeniem.

I Pan w Swojej Miłości postanowił, że zakończy te moje godne politowania, żałosne próby doświadczenia "czegoś więcej".
Pan postanowił, że spotkam na chodniku panią Ulę, której córkę spotykałem, i którą również dane mi było zranić, innymi słowy, wymieszać nieco mego bólu z jej własnym; człowiek, który nosi takie okaleczenia i przecież nie może się zmierzyć i sam wyleczyć swego bólu będzie nim dla drugiej osoby. Dokładnie tam, gdzie ma zranienia, dokładnie tam będą jego braki dla drugiej osoby, braki współczucia, braki miłości, braki zrozumienia. Dokładnie w tym samym, czego mu brakuje przez jego historię, zawiedzie drugą osobę.
Pan tak postanowił, że po owych sześciu latach, i po części roku poza dalszą edukacją lub stałą pracą, bo po studiach w wakacje pojechałem do Irlandii, do krewnego znajomej mojej mamy, przepracowałem trzy miesiące, w pewnym sensie straciłem pracę, a w pewnym zrezygnowałem z niej, po czym chciałem się zabić, ale nie wyszło, bo zabrakło sił- po tym czasie, kiedy znalazłem się znów w domu, i znów mama pchnęła mnie do zrobienia czegoś ze swoim życiem, tym razem pod skrzydło psychoterapeutki, spotkałem panią Ulę na chodniku, a w zasadzie ją wypatrzyłem, i chciałem przeprosić, porozmawiać, tym razem być "na czysto", bo znów zacząłem myśleć i rozmawiać z jej córką, i chciałem wpierw przed nią wystąpić, powiedzieć jej o tym, zapytać o zgodę, jak dżentelmen. I to było koniec Kornela bez nadziei, ponieważ pani Ula wyciągnęła kartę nie do przebicia: Jezusa Chrystusa. Pani Ula pokonała we mnie wszelką siłę i przywróciła mi boską bezsilność, powaliła na łopatki resztki oporu i prób samopomocy i samoleczenia. Jak się później pokazywało, nie do końca, ale w rzeczywistości to już był koniec tego żałosnego, bo kompletnie nierealnego tworu "Kornel". I nie było tu miejsca na żal, pretensje czy frustracje towarzyszące przegranej, bo to była wygrana. To było zwycięstwo Boga żywego. I tyle w temacie "oświecenia".

Pani Ula zadała mi jedno pytanie: czy wierzysz, że On może cię wyleczyć? Moje serce było już w tym czasie gotowe i wydobyło się ze mnie ciche "tak".

Moja dalsza historia to świadectwo Bożej miłości i nieprzerwanego czasu łask i opieki i troszczenia się o mnie, załatwiania dla mnie spraw, rozwiązywania problemów i zaspokajania potrzeb wprzód, zanim jeszcze zdążę o nich pomyśleć.

Chwała Panu! Bóg nie umarł, Jezus żyje!
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
30 sie 2009, 00:14

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

Przeskocz do