Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

Avatar użytkownika
przez chojrakowa 30 sie 2010, 14:20
Cóż... boję się nawet tego wypowiadać, ale mam gdzieś tam nadzieję, że każdy koszmar kiedyś się kończy. Może i mój się skończy, i będę ŻYĆ, a nie wegetować? Mniejsza. Ja żyję dla innych, żeby ich nie krzywdzić, zresztą samobójstwo to poważna decyzja, której nie jestem w stanie podjąć, także zabijam się na raty.
Ludzie koty chodzą własnymi ścieżkami

NIE KAŻDA NOC PRZYNOSI ULGĘ POWIEKOM

Everything is boring and everyone is a fucking liar
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7315
Dołączył(a)
19 lip 2010, 18:36
Lokalizacja
kraina deszczowców

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

Avatar użytkownika
przez szczesliwy_chomik 30 sie 2010, 14:28
Mi się wydaje, że życie na ziemi jest swego rodzaju sprawdzianem. To jak sie sprawdzimy, będziemy walczyć z problemami, naprawiać, będzie docenione po śmierci. To oczywiście tylko gdybanie, ale polecam książkę "Zycie po śmierci" M.T Browne. Podnosi na duchu, można się z tego śmiać, ale uwierzyłam słowo w słowo.
Posty
324
Dołączył(a)
21 sty 2010, 05:14

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

Avatar użytkownika
przez Korat 30 sie 2010, 17:13
Kiedyś napisałem takie streszczenie na temat moich przemyśleń odnośnie sensu życia , które pojawiły się w kontekście wiary w Boga. Jak ktoś chce to może przeczytać moje wypociny :P

Gdy się mówi o Bogu i religiach to automatycznie nasuwa się pytanie na temat sensu życia w tym takim najbardziej spektakularnym znaczeniu. Religie mają swoje odpowiedzi na temat ostatecznego sensu, a ja mam takie o to przemyślenia na ich temat.
Najpierw chciałbym się uporać z definicją pojęcia "sens życia". W wikipedii piszą ta:
Sens życia – istota i cel ludzkiej egzystencji, powołanie człowieka, to, co uzasadnia trud życia i czyni je wartym przeżycia.

Od razu powiem , że mam problem ze zrozumieniem tej definicji, w sumie to chyba w ogóle jej nie rozumiem. Jak dla
mnie według tej definicji za sens życia można przyjąć cokolwiek, nawet wypicie piwa. A mi chodzi o coś wielkiego, bo wyrażenie "sens życia" brzmi doniośle , doniosłe są także sensy życia według różnych religii, np. katolickiej w której idzie się do nieba, to jest coś spektakularnego, coś co zadowala człowieka we wszystkich aspektach jego istnienia, na każdego w niebie czeka spełnienie wszelkich jego marzeń i potrzeb. To faktycznie brzmi sensownie na pierwszy rzut oka. Dlatego ja też szukam takiego sensu życia, który byłby czymś doskonałym, bo chyba tak należy rozumieć sens życia, jako jakąś bliżej nieokreśloną doskonałość, którą miałby człowiek osiągnąć. Trzeba by się zastanowić jak ta doskonałość miałaby wyglądać i jakie są jej cechy, ale może wcale nie będę musiał tego robić, bo być może wkopałbym się w ciąg coraz to kolejnych coraz bardziej fantastycznych i abstrakcyjnych pojęć, który niekoniecznie musiałby się skończyć bez popadnięcia w paradoks. Dlatego też zacznę od fundamentu i postaram się odpowiedzieć jakie ogólne warunki muszą być spełnione, żeby w ogóle móc powiedzieć , że "sens życia" w jego najgłębszym , najdonioślejszym wymiarze może istnieć.
Na początek przychodzi mi do głowy , że żeby moje życie czy życie kogokolwiek miało sens , to muszę w jakiś sposób istnieć żeby ten sens realizować. Wiadomo, że każdy umrze, więc tu pojawia się pierwszy problem. Jeśli giniemy w taki sposób, że nas samych po śmierci nie ma, nie ma żadnej duszy , nic , po prostu nas nie ma, to nasza rola się skończyła i my , nasze jestestwo , nasza świadomość w żaden sposób nie realizuje żadnego sensu życia. Nicość nie wydaje się mieć sensu. Odrzucić też trzeba myślenie , że choć my nie żyjemy to zrobiliśmy coś dla innych, coś co przełożyło się na życie innych oraz przyszłych pokoleń , więc nasze życie miało sens. To bzdura, bo przy takim podejściu , gdy czas istnienia każdej istoty w jakiejkolwiek formie jest skończone, to gdy nawet coś dobrego zrobimy, to dzień po naszej śmierci ktoś może porozrzucać setki bomb atomowych po świecie i wtedy wszystko szlag trafi, a jaki to niby miałoby mieć sens? Z tych rozważań nasuwa się pierwszy wniosek, że "ja" jako "ja" , muszę w jakiś sposób istnieć , żeby moje życie miało sens. Chociaż może rozważę jeszcze jedną okoliczność w tym momencie, mianowicie motyw sensu życia w trybie dokonanym. Jeśli przyjmiemy , że sens życia to jakiś cel, który można osiągnąć , to po jego osiągnięciu możemy już nie istnieć , bo sens życia się zrealizował i kit z tym co będzie dalej. Ale jak już wcześniej napisałem , nicość nie brzmi sensownie, więc taka opcja raczej nie jest sensowna. Dlatego też przyjmijmy, że nasze życie nie kończy się wraz ze śmiercią , ba, załóżmy , że w jakiejś tam formie będziemy istnieć wiecznie, tak by nie wpaść w paradoks nicości. Ta forma w jakiej mielibyśmy istnieć też na mój gust powinna mieć specyficzne cechy. Na przykład warto by było żebyśmy nie istnieli w formie nieożywionych pierwiastków nie mających praktycznie nic z tego co cechuje nas jako istoty żywe. Stąd wniosek , że dobrze by było żeby istnieć , mając świadomość , w ogóle najlepiej żeby w sferze duchowej chociażby być tym kim się jest , tak żeby można było powiedzieć , że ja to ja. Powiedzmy więc że po naszej śmierci będzie żyć nasza "dusza" jakkolwiek ją rozumieć i że na podstawie wcześniejszych rozważań będzie ona istnieć wiecznie. Istnienie przez nieskończony czas ma swoje problemy, o których teraz powiem. Gdy chcemy istnieć nieskończenie długo to jak na mój prosty rozum nie da się zrealizować w takim przypadku sensu życia rozumianego jako cel ostateczny, można jedynie do niego dążyć , a więc w tym wypadku sens życia byłby tylko marchewką na kiju , która służyłaby jedynie jako motywacja, ale w gruncie rzeczy jako że nie mogłaby być osiągnięta to nie może być sensem życia, bo zakładam trywialnie , że sens życia musi istnieć, a więc musi się zrealizować. W przeciwnym razie to byłoby tak jakby ktoś nam obiecał mieszkanie , w budynku na ostatnim piętrze , który dopiero powstaje. My byśmy patrzyli i czekali aż budowa się skończy , tylko że gdyby ten budynek miał mieć nieskończoną ilość pięter to my nigdy w nim nie zamieszkamy , nigdy nie doznamy tego szczęścia związanego z zamieszkaniem w nim. Jest jeszcze jedna możliwość , mianowicie że osiągniemy cel ostateczny i będziemy bytować jako istoty , które osiągnęły cel ostateczny. Tylko co wtedy? co potem? Człowiek z natury swojej, aby żyć i istnieć musi stawiać sobie jakieś cele, bez tego umiera. Wyobrażacie sobie , że w wieku 5 lat mama wam mówi , że właśnie zrealizowaliście swój sens życia i wszystko co od tej pory robicie już nie jest tak ważne , bo sens życia już za wami? To by było co najmniej dziwne i nie wiem czy chciałoby mi się żyć po takim czymś , bez nadziei że istnieje coś większego niż to co osiągnąłem. Toteż po tych rozważaniach dochodzę do wniosku, że sens życia może istnieć jedynie wtedy gdy istniejemy duchowo przez nieskończenie długi czas i gdy sens życia rozumiany jest inaczej niż cel ostateczny. Mógłbym w tym miejscu zacząć rozmyślać czym w takim razie mógłby być sens życia , żeby mógł zrealizować się i być sensowny mimo to , że ja będę istnieć przez nieskończenie długi czas, ale chyba łatwiej podejść do tego z drugiej strony i spróbować uzasadnić , że nie da się mówić o jakimkolwiek sensie życia dla istoty , która istnieje przez nieskończenie długi czas. Z prostej przyczyny, mianowicie na samym wstępie stwierdziłem , że sens życia to szeroko pojęta doskonałość. Jeżeli więc zrealizuje się coś co jest doskonałe , to doskonalsze nic już ponad to nie będzie. Więc albo w momencie osiągnięcia sensu życia zatrzyma się czas i będziemy zawieszeni w stanie doskonałości , albo od momentu osiągnięcia doskonałości będziemy już tylko bytować bezwiednie , bez żadnych celów , bez woli zmieniania czegokolwiek , bo przecież wszystko co osiągnęliśmy jest doskonałe. Z tych dwóch scenariuszy ani jeden ani drugi nie jest tym co czego chciałbym dążyć i w żadnym wypadku nie widzę w tym sensu swojego życia. Zatem odnoszę wrażenie, że słuszne jest stwierdzenie , że nie ma sensu życia dla nieskończenie długo żyjącej istoty. Wobec wcześniejszych wywodów wygląda na to , że nie istnieje także sens życie dla istoty żyjącej przez skończenie długi czas. Jako, że można istnieć jedynie albo przez skończony czas , albo przez nieskończony , z tego wynika wniosek ogólny , że sens życia nie istnieje.
I to jest moje zdanie w tym temacie, uważam , że życie nie ma sensu, ale nie czuję się jakoś specjalnie źle z tym wszystkim. Jak dla mnie w ogóle stworzenie pojęcia sens życia to była pomyłka i ślepy zaułek. Nie ma w tym pojęciu żadnej obiektywnej prawdy, a zostało moim zdaniem wytworzone na potrzeby ewolucji dla człowieka ,aby motywować go działania o przetrwanie i rozwój. Jest więc abstrakcją, ale daje nam skutki w postaci lepszego samopoczucia i skutkuje zwiększoną skutecznością i efektywnością na rzecz przetrwania naszego gatunku. Można wskazać setki takich bytów , które wpływają na nas motywująco , ale są bredniami patrząc na nie z obiektywnego punktu widzenia. Takie twory powstają na potrzeby naszej złożonej psychiki i po to żeby stłamsić rozum , który nie raz gdyby nie nasze instynkty , przeczucia i zbawcza rola podświadomości, doprowadziłby nas ku śmierci. Dlatego też jakby nie patrzeć , sens życia jest odczuciem bardzo pozytywnym , ale raczej nie prawdziwym, w tym sensie w jakim ja go rozumiem. Ja wolę mówić po prostu , że mam w życiu cele, że uważam coś za słuszne, że wierzę w coś i chcę to coś zrealizować mimo, że nie mam pewności że to przyniesie pozytywne skutki. Liczy się to , że ma się wolę czynienia dobra, wtedy każdy czyn wypływający z tej woli jest moralnie słuszny i myślę że to jest wszystko co człowiek może zrobić. Niby tylko tyle, ale dla mnie to jest aż tyle.
Tak ja się na to wszystko zapatruję na dzień dzisiejszy. Wiadomo jednak ,że taki prosty człowiek jak choćby ja może być w błędzie, dlatego byłbym wdzięczny żeby jeśli ktoś wie coś więcej na temat sensu życia , wytknąłby mi błędy i uzasadnił , że się mylę, bo jeśli jestem w błędzie i ostateczny sens życia jednak istnieje , to i moje życie byłoby dzięki temu weselsze :D
Co cię nie zabije, to uczyni niepełnosprawnym.

Ayahuasca
Psylocybina
LSD
Avatar użytkownika
Offline
Posty
982
Dołączył(a)
17 lip 2010, 16:15
Lokalizacja
Woj. Pomorskie

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

Avatar użytkownika
przez stracony 30 sie 2010, 21:44
ha, ha jak zwykle jestem inny od "innych" ( bez urazy :) ) Jestem za głupi, żeby przejmować się czymś takim jak sens życia. Żyję bo żyję, w większości wykonując zmechanizowane czynności z nadzieją, że od czasu do czasu coś się zmieni na trochę lepsze, czyli będzie weekend albo po zimie (brr) kiedyś znów będzie wiosna. Ból życia często skręca, nienawiść do siebie momentami się wzmaga ale żeby nie było za łatwo, to nie cierpię bólu więc co najwyżej się wyzywam. Nie pytam jakie życie ma sens bo to pytanie jest bez sensu więc po co? Żyję tą chwilą nie wybiegając nadto w przyszłość bo moje życie im dłużej trwa tym w większym tonę bagnie.
Do tej pory byłem za dużym tchórzem by się zabić, wymyślałem absurdalne sprawy by żyć, dawno to były nieprzeczytane jeszcze książki czy oglądnięte filmy, teraz marzenie o wzajemnej, bezgranicznej miłości. Marzenie nierealne bo jednocześnie odrzucam myśl by z kimś być, nie mogę zranić już więcej ludzi. No i mam dziecko, które mnie potrzebuje, które kocham ( może bardziej, które chcę kochać z całych sił i nie wiem czy to co czuję to prawdziwa miłość a nie tylko "miłość" z obowiązku bo powinienem)
Śmierć jest wygodna, to wyjście awaryjne gdy już nie będzie wyjścia, póki nie jest jeszcze tragicznie źle to życie może trwać dalej.
Na razie to moje marzenie, przestać istnieć, pustka i koniec mnie, uwolnić się od siebie.
Mam nadzieję,że mój pierwszy raz będzie zarazem ostatnim.
kiedyś dystymia, niedawno nerwica z silną depresją a teraz oby "tylko" dystymia
Avatar użytkownika
Offline
Posty
369
Dołączył(a)
21 cze 2010, 22:05

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

przez nicto 30 sie 2010, 22:07
dla mnie sensu zycia nie ma , bo mozna byc ladnym chlopakiem i co z tego, a ladna dziewczyna moze przezywac extazy sexualne. Gdyby kobietom podobali sie mezczyzni, bylby jakis sens zycia bo moglbym sie umowic z jakas chocby za godzine i cos z nią porobic
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
29 sie 2010, 14:41

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

przez zawilinski 30 sie 2010, 23:44
ja mam sens zycia w przezywaniu muzyki, spiewaniu, lubie sobie pograc na kompie w fpsy, film akcji obejrzec. ogolnie przezywanie stanow emocjonalnych. powiem szczerze ze bez emocji czlowiek nie jest czlowiekiem. a doskonale wiedza ci co tych emocji nie odczuwaja. bo chyba gorszego stanu wegetacji juz nie moze byc. nadzieje i wiare odrzucilem bo tylko powodowala ze sie jeszcze bardziej zalamywalem. teraz nie mam juz w ogole oczekiwan od otoczenia ale za to mam wymagania od siebie. umiesz liczyc licz na siebie - tylko siebie. ile procent chorych psychicznie lekarze doprowadzaja do stanu remisji calkowitej? polwyleczenia mnie nie interesuja. bo to tak jakby komus wyleczyc depresje a zostawic leki - to co to za leczenie. sens zycia jest wtedy kiedy jest w miare zdrowy psychicznie i fizycznie. a jesli nie to zapomnijcie. wtedy to jest tak jak juz mowielm wegetacja - czyli zycie niczym roslina. out.
Offline
Posty
555
Dołączył(a)
11 lip 2009, 13:50

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

Avatar użytkownika
przez Korat 31 sie 2010, 20:13
[quote="zawilinski"]powiem szczerze ze bez emocji czlowiek nie jest czlowiekiem. a doskonale wiedza ci co tych emocji nie odczuwaja. bo chyba gorszego stanu wegetacji juz nie moze byc.quote]
Wreszcie po wielu latach zobaczyłem posta, którego autor rozumie z czym np. mi przychodzi się borykać. Macie rację mówiąc, że gdy daje się coś przeżywać i doświadczać to w ogóle człowiek nawet nie widzi problemu w zdefiniowaniu sensu życia, bo życie jest tak bogate , że gdy można je poczuć , to człowiek zatapia się w tym doświadczaniu bezgranicznie. Kiedyś jako dziecko doświadczałem tego i byłem szczęśliwy, a teraz będąc osobą schizoidalno-depresyjną nie wiem co ze sobą zrobić. Tylko pragnie się wtedy zniknąć nie patrząc na to co można stracić, bo się po prostu nie dostrzega żadnych strat. To może zrozumieć tylko ktoś kto był w takim stanie. Rety, czy ja kiedyś wyjdę ze świata wegetacji? ten stan jest tak bardzo trudny do zniesienia.
Co cię nie zabije, to uczyni niepełnosprawnym.

Ayahuasca
Psylocybina
LSD
Avatar użytkownika
Offline
Posty
982
Dołączył(a)
17 lip 2010, 16:15
Lokalizacja
Woj. Pomorskie

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

przez kochanie 31 sie 2010, 21:48
po co ja żyję? NIE MAM ZIELONEGO POJECIA
czy to ma jeszcze jakiś sens? TO JEST ZUPEŁNIE BEZ SENSU
sens życia? ŻYJĘ ŻEBY UMRZEĆ.. oby jak najszybciej...
Offline
Posty
220
Dołączył(a)
26 sie 2010, 15:02

Re: Po co żyjecie, czy to ma jeszcze jakiś sens?/sens zycia

przez krzyss97 01 wrz 2010, 19:12
Witam.Powracam na forum po 2 letniej przerwie i szczerze mowiac malo mnie interesuje czy pisze ten post w dobrym miejscu czy nie:)
po 8 latach zmagania sie z depresja lekowa przyszedl czas gdy ciezko juz nazbierac sil zeby dalej walczyc.... do amtego roku bylo ciagle zle ale nie az tak tragicznie.....ale choroba pokazala swoje prawdziwe oblicze po wzieciu sobie na glowe za duzej ilosc rzeczy(zima 2009/2010).Leki antydepresyjne nie chca nic a nic pociagnac....jak sie wydaje ze juz cos minimalnie zadziala to po chwili znow jest kicha!
Czuje sie doldnie tak jak ktos tu gdzies na forum napisal----jak torf--czyli przytloczony wlasnym ciezaerem:( w ciagu calych dni mam sile tylko na to zeby doczlapac sie do wc i do kuchni cos przekasic a nawet posiedzenie na kompie sprawia mi ogromne trudnosci:(
Nie mam sil chodzic nie mam sil na NIC , nawet nie mam sil lezec! boje sie wszystkiego nawet wlasnego cienia--nie mowiac juz o wyjsciu z domu----co czasem sie udaje w mysl proby(najwyzej padne i zabierze mnie pogotowie).

kazdy dzien, kazda chwila, kazda sekunda to nie dajace sie do opisania cierpienie.
Jestem wywloka czlowieka chociaz mam dopiero niecale 30 lat. Nawet odychanie sprawia im problem:(
i jak tu dalej zyc....skoro medycyna jest bezsilna......
w czym szukac jakiej kolwiek nadzieji........ jesli w ogole jest sens jej szukac.

pzdr:(
Offline
Posty
45
Dołączył(a)
05 sie 2008, 15:04
Lokalizacja
Wigwizdowie

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 21 gości

Przeskocz do