Moje problemy

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Avatar użytkownika
przez groza 06 gru 2007, 05:41
tzn widzisz (acha, ta długość posta jest monstrualna, heheh). To nie zawsze się da łatwo wyleczyć samemu. Nie, może inaczej. Jestem prawie pewna, że da się z tego wyjść - ale NIE samemu. Niekoniecznie mówię tu o związkach - bo co mi da chłop, podniesie moją samoocenę na jakiś czas, przyczyna będzie nadal tkwić. Wszelkie szukanie osoby, dla której warto to robić - to błędna ścieżka. Tego nie da się naprawdę zrobić dla kogoś.Bo to zawiera w sobie element poświęcenia. A gdzie jest poświęcenie, tam jest potrzeba wzajemności. Wystarczy jakiś zgrzyt w stosunkach z osobą, dla której się to robiło - i starania tąpną, że tak powiem.

Wszelkie drogi do zwalczenia tego, typu przyjaciele, rodzina, psycholodzy to droga, w której jest ten sam schemat: potrzeba człowiekowi wsparcia. Jeśli jest się na dnie, bez wsparcia się nie obejdzie. Prochy załatwiają to w okrężny sposób. I szybszy. Bo od razu zmieniają myślenie i załatwiają za człowieka od cholery pracy.

Powiem ci tak: ja przerabiałam nieomal każdy temat ze mną związany przez 7 długich lat. Dzięki temu potrafię każdą moją słabość nazwać po imieniu i brutalnie, prosto sobie w twarz. I się nie załamię, a jeszcze będę się śmiać, bo po tylu latach to potrafi być już po prostu zabawne. Dzięki temu też łatwo mi wejść w czyjąś skórę. To trochę ambiwalentne odczucie, bo potrafię nieomal każde, nawet czyjeś najgorsze zachowania i czyny wytłumaczyć i nie uważać ich za dziwne. Ale to zajęło mi bodajże 3 lata. To samo niektórzy umieją od urodzenia. A jeszcze inni nigdy tego nie poznają. I niekoniecznie twierdzę, że to dla nich jakaś strata :smile:

Ale przez ten czas zauważyłam też coś innego: taka walka ze sobą, staranie się siebie i innych zrozumieć, to dla kogoś, kto nie ma tego we krwi, będzie --- no nie wiem co napisać, bo brak na to słów. To będzie prawdziwa droga przez mękę, najgorszą z możliwych. Bo mówienie sobie wszystkiego prosto w twarz należy do najtrudniejszych zadać, jakie potrafi ktoś na siebie wziąć. Hmm, jakby to porównać... Każdy się spotkał z jękami, jacy to ludzie są zakłamani. Że sprzedadzą cię za 3 grosze. Że są tak zajęci sobą, że by nie zauważyli, że znikłeś. Że mają gdzieś co im gadasz, obrobią cię przy pierwszej okazji, dadzą ci popalić kiedy się nie spodziewasz. Nigdy cię nie słuchają. Że widzą słomkę w czyimś oku, a nie widzą belki w swoim.

Hemm. Tyle, że prawdziwe poznanie siebie polega też na tym, żeby --- jak to się mówi --- zacząć te wady zauważać też w sobie, a może przede wszystkim w sobie, zanim się tak łatwo osądzi innych! Co za problem powiedzieć: oni są o kant tyłka potłuc, nic są niewarci. Hje, gdyby się człowiek zagłębił w to, co nimi powoduje: że nie mają dla ciebie czasu/nie słuchają cię/za godzinę o tobie zapomną/bardziej się przejmą, że ich boli głowa, niż wieścią, że coś ci się stało/etc ---gdyby się w to zagłębić, to dojdzie się do wniosku, że powoduje nimi to samo, co tobą.

Ludzie uczą się nieufności do innych - bo takie jest wychowanie. Ich też nikt nie słucha - więc i oni nikogo nie słuchają. Zatną się w sobie "chcą żebym się zmienił? niech zaczną od siebie" - tak samo jak i TY byś się zaciął. Nie będą się wgłębiać jakie masz problemy - tak samo, jak i ty nie wgłębiasz się prawdziwie w czyjeś problemy. Nie mają czasu - bo są zapracowani/zajęci codziennością/swoimi (niemałymi) problemami - tak samo jak ty.

Dopiero, kiedy nie różnicuje się ludzi na tych, którzy są nic nie warci, bo nie poznają siebie, i tych co są warci, bo za dużo się w siebie wgłębiają. Kiedy zrozumie się pana i chama, że obojgiem powoduje to samo: że im też nie poświęcono czasu, też nie wysłuchano, a że lepiej to ukrywają? Ale problem mają ten sam - wtedy zaczniesz dopiero rozumieć siebie. Kiedy zdejmiesz sobie łuski z oczu, że nie otacza cię zgraja wrogów, a ludzi takich jak ty.

Ale jak mówiłam - to jest najtrudniejsze. Zobaczyć w sobie wady, które widzi się stale u innych. A dlaczego to takie ważne niby jest? Bo co to za droga: innych w czambuł potępiać, a tylko do siebie podchodzić z litością? Dla mnie to jest półśrodek, a człowiek nic o sobie nie wie. Właśnie dlatego nie jestem pewna, czy walka z nerwicą i depresją jest taka budująca zawsze. Jeśli ktoś wybierze inną drogę - wcale mu się nie zdziwię, a wręcz powiem, że może ma człowiek większy rozsądek ode mnie :smile:

Czy ja bym te lata oddała? Nie. Ale czy tego samego życzyłabym komuś? Raczej nie, chyba, że ktoś lubi takie zabawy. Ale chodzi mi o to, by człowiek poczuł się chociaż przez jakiś czas normalnie. Prochy mogą to człowiekowi dać. Nie da się ciągle siebie katować. Trzeba mieć jakąś odmianę. Jednym im ją załatwi wyjazd i zmiana otoczenia. Innym poznanie kogoś podobnego do siebie (niekoniecznie w kategoriach związku), innym miłość, albo codziennie nowy partner, innym alkohol/narkotyki, innym praca, a jeszcze kolejnym - po prostu prochy. I nic ponadto. Mało kto wytrzyma ciągłe problemy. Trzeba czasem zrobić, to co jest człowiekowi potrzebne. A nie wszędzie się kręci prawdziwy przyjaciel od bitki i od wypitki, jak to się mówi. Dobra, i to tyle :D
Avatar użytkownika
Offline
Posty
113
Dołączył(a)
30 lis 2007, 21:07

przez celineczka3 06 gru 2007, 08:33
Myśle że,jeżeli ktoś potrafi sam wyjść z depresji, bez pomocy leków to jeszcze nie jest z nim tak źle. Jeśli ktoś sięgnął naprawde dna, i poczuł jak bardzo siebie nienawidzi i jak bardzo chciałby żeby go juz więcej na świecie nie było to by wiedział że mówienie w tym przypadku ''nie pakuj się w leki tylko walcz sam'' jest jak mówienie osobie chorej na raka ''nie bierz chemioterapii spróbuj naturalnych metod''. To porównanie jest o tyle trafne że że osoba chora na raka jeśli nie będzie się leczyć to zapewne umrze. Podobnie jest z nie leczoną depresją>>może doprowadzić do samounicestwienia czyli samobójstwa. Jednym słowem>>nie popieram pakowania się w leki z byle przyczyny bo to rzeczywiście nie jest dobre, przyćmiewa rzeczywiste objawy które mogłyby pomóc dowiedzieć się co jest rzeczywiście nie tak. Ale są przypadki kiedy leki są niezbedne, mimo że nie zlikwidują przyczyny problemu. Sa potrzebne bo po prostu ratują życie. Powiem więcej czasami leki trzeba brać całe życie bo na przykład dana osoba jest bardzo odporna na psychoterapie i nic z niej nie wynosi, a objawy jak były tak są nadal. Wówczas leki pomogają jej normalnie żyć>>co prawda troche sztucznie ale ŻYĆ. To dziwne ale kiedy jakiś człowiek ma chore serce i bierze leki żeby móc normalnie funkcjonować nikt sie nie dziwi. Każdy rozumie że ta osoba po prostu tych leków potrzebuje. Tak samo powinno byc w przypadku depresji. Pozdrawiam:):):)
celineczka3
Offline

Avatar użytkownika
przez Gods Top 10 06 gru 2007, 10:47
Ciekawy temat.
Myślę, że na dłuższą metę same leki nie "załatwią" depresji za nas.
Owszem, jedni od nich zaczynają leczenie od leków, by zmienić nieco postrzeganie świata. Tym samym uzyskują większą wiarę w siebie, która jest niezbędna w wyleczeniu depresji.
Inni z kolei po te leki sięgają później, gdy ta wiara ulega zachwianiu.
A czasem chory wogóle po leki nie sięga, gdy ma dość siły w sobie.

Groza ładnie napisała tutaj o uświadomieniu sobie o motywach postępowania innych. Zgadzam się z tym, ale z jednym zastrzeżeniem. Taka świadomość może być bardzo pomocna, o ile mamy jakiś znaczący wpływ na osoby postępujące "źle". Inaczej mówiąc świadomość połączona z bezradnością jest czasami wręcz niszcząca.
"Każdy głupiec umie rozbić szybę, ale tylko niewielu potrafi ją wstawić."
W. Wharton "Stado"
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3084
Dołączył(a)
01 paź 2006, 16:49

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Avatar użytkownika
przez pyzia1 06 gru 2007, 13:50
celineczka3 napisał(a):Myśle że,jeżeli ktoś potrafi sam wyjść z depresji, bez pomocy leków to jeszcze nie jest z nim tak źle. Jeśli ktoś sięgnął naprawde dna, i poczuł jak bardzo siebie nienawidzi i jak bardzo chciałby żeby go juz więcej na świecie nie było to by wiedział że mówienie w tym przypadku ''nie pakuj się w leki tylko walcz sam'' jest jak mówienie osobie chorej na raka ''nie bierz chemioterapii spróbuj naturalnych metod''. są przypadki kiedy leki są niezbedne, mimo że nie zlikwidują przyczyny problemu. Sa potrzebne bo po prostu ratują życie. Powiem więcej czasami leki trzeba brać całe życie bo na przykład dana osoba jest bardzo odporna na psychoterapie i nic z niej nie wynosi, a objawy jak były tak są nadal. Wówczas leki pomogają jej normalnie żyć>>co prawda troche sztucznie ale ŻYĆ. To dziwne ale kiedy jakiś człowiek ma chore serce i bierze leki żeby móc normalnie funkcjonować nikt sie nie dziwi. Każdy rozumie że ta osoba po prostu tych leków potrzebuje. Tak samo powinno byc w przypadku depresji. Pozdrawiam:):):)


Myślę dokładnie tak samo. To przykre, że są ludzie, którzy uważają branie leków za słabość. To LEKI - nie używki. Bardzo łatwo jest mówić o tym, jakie to psychotropy przynoszą szkody osobom, którym choroba nie uniemożliwia funkcjonowania. Jeśli ktoś wyszedł z depresji dzięki terapii i własnej silnej woli to świetnie. Ale nie każdemu się to udaje.
Wszelkie przywiązanie jest koniec końców źródłem bólu.Szczęśliwi,którzy obywają się bez niego.Samotny nie opłakuje nikogo,nikt też nie płacze nad nim.Niech ten,kto nie chce cierpieć,kto czuje trwogę przed zgryzotą,uwalnia się od ludzi.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
745
Dołączył(a)
15 paź 2007, 10:28

Avatar użytkownika
przez Sorrow 06 gru 2007, 16:14
Ja nie zamierzam brać ani leków ani się zabijać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3353
Dołączył(a)
08 cze 2006, 15:38

Avatar użytkownika
przez jaaa 06 gru 2007, 17:08
Sorrow napisał(a):Ja nie zamierzam brać ani leków ani się zabijać.


to twoje szczescie jesli nie zamierzasz brac i tego nigdy Ci nie zycze ,widocznie nie jest z Tob atak zle by byc zmuszonym by je brac

czasem dobre checi nie starczaja niestety:roll:
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1623
Dołączył(a)
22 sie 2007, 20:40

Avatar użytkownika
przez groza 06 gru 2007, 19:43
God's Top 10 napisał(a):Zgadzam się z tym, ale z jednym zastrzeżeniem. Taka świadomość może być bardzo pomocna, o ile mamy jakiś znaczący wpływ na osoby postępujące "źle". Inaczej mówiąc świadomość połączona z bezradnością jest czasami wręcz niszcząca.


święta prawda.

anand22 napisał(a):Jeśli ktoś jest naprawdę ciężko chory na depresję, to leki nalezy brać, ale jest mnóstwo ludzi, którzy nawet nie są chorzy tylko mają chwilowego "doła" i się w to pakują. Mozna to porównać do metod leczenia przeziębienia. Ja jak nie mam jakiejś gigantycznej gorączki, to lecze się domowymi sposobami, do lekarza po antybiotyki idę w ostateczności. Efekt tego jest taki, że średnio raz na rok kilka dni jestem przeziębiony podczas gdy moi znajomi którzy z byle "gównem" idą do lekarza po antybiotyki chorują kilka razy w roku i to dość poważnie na jakieś grypy czy anginy. Przy leczeniu przeziębienia również trzeba usunąć przyczynę, przez którą do przeziębienia doszło. Co z tego, że komuś lekarstwa pomogą, jak dalej będzie chodzić przy temperaturze -20 stopni z mokrą głową Wink .
Leki na depresję trzeba w końcu kiedyś odstawić i co wtedy? Jeśli problemy nie zniknęły, to ponownie zachorujemy.


Hmm. Jakby to jakoś opisać (to są truizmy, ale czasem warto je nazwać). Człowiek z depresją jest że tak powiem sam. Nie ma jasności myślenia, nie stoi obok i mówi sobie, co naprawdę się z nim dzieje - widzi świat w jeden ściśle określony sposób, i to w dodatku błędny. Nikt go jednak na siłę z tego nie wyciągnie. Zrozumiesz to dokładnie, kiedy spojrzysz na siebie. Jak sobie przypominam, to pisałeś, że nie ufasz nikomu. Człowiek w depresji zaś uważa, że albo nie ma przed nim celu, albo nikomu nie jest potrzebny. Czy z logicznego punktu widzenia oboje macie rację? Być może tak. Ale czy to z życiowego punktu widzenia są przekonania prawdziwe? One są błędne. Tak samo jak z człowiek z depresją może znaleźć cel, lub jakąś osobę, dla której będzie ważny - tak samo łatwo i TY byś znalazł osobę, której warto zaufać. Ale masz błędne przekonania, że tak nie będzie.

Dlaczego błędne? Zapytaj sam siebie: czy TOBIE można zaufać? Czy od ciebie można wymagać tego, czego sam byś chciał od innych? Odpowiedź jest jedna: tak. A dlaczego tak? Bo gdyby odpowiedź brzmiała nie, to czemu wymagasz więcej od innych, a nie od siebie? Czemu traktujesz siebie z pobłażliwością, że ty tego nie musisz, a inni "przydałoby się, żeby to mieli"? Odpowiedź brzmi więc TAk. Można ci zaufać. Znasz więc przynajmniej jedną osobę, która jest warta zaufania - siebie. Zaś statystyka mówi, że takich osób jak ty jest setki tysięcy, bo naprawdę nie uważam, byś był jedynym na ziemi takim odrodkiem niespotykanym, heheh. To samo osoba z depresją: ona jest na to uwrażliwiona, więc będzie w jakimś sensie cenić innych. Jeśli nie - to jest zwykłym egoistą, a nie człowiekiem w depresji. Widzi tylko jedno: siebie, ja, mnie, moje. To jest przypadek egoizmu, nie depresji. Czy nie tak?

Czemu jednak nie spotykasz osób wartych zaufania? Znów odpowiedź jest prosta - zapytaj sam siebie, czemu TY nie obdarzasz innych zaufaniem. Bo nie można ze startu innym ufać? Spoko, tak myśli większość ludzi, nie tylko ty. Bo kogoś najpierw trzeba sprawdzić? Też OK - tak myśli każdy przechodzień, którego miniesz. Bo uważasz, na zaufanie trzeba zasłużyć, a ludzie są perfidni - odrzucasz innych "na zaś", bo nie wiadomo, czego się po nich spodziewać? Khem, jakby to powiedzieć, zapytaj pierwszego lepszego - powie ci to samo :smile: i powie to również o tobie - że nie wie, czy byś go nie wycyckał. Bo dotychczas nikogo takiego nie spotkałeś? Zgadnij, co powiedzą inni, każda kobieta i facet, którego znasz. Bo się bez tego obędziesz, skoro nigdy tego nie miałeś? Zgaduj dalej. Powiedz mi więc: czym się od innych różnisz? Jesteś "tak samo złym człowiekiem jak oni"? Nie. PRZEŻYŁEŚ to samo co oni, tego nauczyło cię życie. Bo przeca nie urodziłeś się z tym - tej cechy nabierałeś latami. Wyobraź sobie: inni też tego się nauczyli. Czy ich potępisz? To tak samo, jakbyś potępiał siebie. Jeśli jesteś masochistą - zrób to. Jeśli zaś jesteś realistą - powiesz, że tak już jest, a może nawet zapytasz sam siebie: co ktoś musiałby zrobić, bym mu zaufał? I zacznij się tak zachowywać do innych, jak sam od nich wymagasz. Wtedy przekonasz się, że to nie jest łatwe. Ale nauczysz się ważnej rzeczy.

Dodam jeszcze jedno od siebie: mógłbyś zaufać nawet osobie, która na okrągło cię obgaduje i robi ci numery. Jestem co do tego przekonana: że zmiękczyć można nawet kamień. Jeśli zapytasz siebie, czemu ta osoba tak się zachowuje, ze tego została nauczona, a wystarczy łatwo ją podejść. Po prostu zadać jej odpowiednie pytania: czego chce od życia, czego pragnie. Gdybyś doszedł do tego, że to jej strategia obrony: obgadać kogoś, wyśmiać, tak by ktoś był gorszy od niej. Bo sama czuje się gorsza. Może wyglądać jak Naomi Campbell czy Brad Pitt - ale powód będzie właśnie taki: nikt ich nie szanuje, więc odpłacają się tym samym. Kiedy załapiesz czego ta osoba NAPRAWDĘ potrzebuje: czyli prawdziwego wsłuchania się w to co mówi, szacunku i traktowania jak kogoś równego i wiele wartego - wtedy zmiękczysz taki 'kamień'. Kogoś niereformowalnego. Obgada wszystkich - ale nie ciebie, bo ty będziesz dla niej coś znaczył. Będzie starać się, by cię nie stracić, będziesz dla niej kimś ważnym w ogóle życia, kimś wartym zapamiętania. Ale to jest cięzka droga. Musisz wykazać się cierpliwością. A tak naprawdę będziesz sprawdzał jedynie: czego ja potrzebuję - i dać to innym, by zobaczyć co się wtedy stanie.

Skoro ktoś tego chce, chce brać - niech bierze, skoro dzięki temu jest szczęśliwy. Robi głupio? Ty też robisz głupio, a nic wielkiego ci się nie dzieje.

Acha, ja ci nie zadaję takich pytań, bo cię chcę sprowokować. Ale widzę, że ty takie pytanie sam sobie umiałbyś zadać, bo jesteś skrajnym realistą.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
113
Dołączył(a)
30 lis 2007, 21:07

Avatar użytkownika
przez Gods Top 10 06 gru 2007, 22:24
Groza, stosunkowo łatwo zauważa się się irracjonalne postrzeganie świata czy popełnione "błędy", gdy patrzy się na to chłodnym okiem bez emocji. A najcześciej osoby, które to dotyczy bezpośrednio, nie potrafią tak patrzeć (to również truizm). ;)
I tu otwiera się pole dla przyjaciół przez duże P.
Trafnie opisaną tutaj zasadę "oczekuj od innych tyle, ile samemu dajesz" nazwałbym tutaj zasadą "symetrii". I podobnie jak w rachunku ekonomicznym - kiedy nie ma równowagi przychodów i rozchodów, to zaczynają się kłopoty (albo bankructwo, albo duży podatek do zapłacenia :lol: ).

anand22 napisał(a):Skoro inni dla osiągnięcia własnych korzyści zdradzają innych, to dlaczego ja mam być lepszy?

anand22 napisał(a):Jak już kiedyś pisałem otaczam się ludźmi zakłamanymi, fałszywymi, dbających tylko o własne dobro, a ludzi godnych zaufania nie znam pomijając moją rodzinę.

[W drugim cytacie podkreślenie moje]
W pierwszym cytowanym fragmencie postawiłeś sobie pytanie "dlaczego masz być lepszy". A w drugim cytowanym fragmencie dałeś sobie sam wskazówkę, gdzie warto ufać ludziom. Dlaczego więc nie pójść tą drogą i nie stworzyć sobie "azylu" (rodziny), w którym możesz być lepszy bez obaw ?
[Na argument typu: w rodzinach równiez trzeba się "rozpychać łokciami", odpowiadam: na rodzinę masz wpływ i to ogromny (m.in. od Ciebie zależy jej kształt), na świat zewnętrzny Twój wpływ jest niewielki. :D ]
"Każdy głupiec umie rozbić szybę, ale tylko niewielu potrafi ją wstawić."
W. Wharton "Stado"
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3084
Dołączył(a)
01 paź 2006, 16:49

Avatar użytkownika
przez Jovita 07 gru 2007, 00:12
anand wszystko ladnie pieknie napisales ale... moze akurat twoj przypadek byl po prostu jak to sie mowi lzejszy i nie potrzebowales lekow gdyz zdawales sobie sprawe z problemu przez ktory cierpiales a wiec latwo bylo cie wyleczyc bez lekow. Natomiast sa ludzie ktorzy musza wziasc leki z powodu chocby zagrozenia zycia .. trzeba im szybko pomoc bo zanim sie dowie co jest przyczyna to minie sporo czasu a gdy zycie jest zagrozone trzeba szybko interweniowac przy pomocy lekow , ogolnie aby wyjsc ze stanu jakim jest depresja potrezbne sa : leki+ psychoterapia i gdy juz po lekach poczujemy sie troszke na silach aby moc sprawnie funkcjonowac mozna sie wtedy brac za prawce nad wlasna psychika i szukac co jest powodem choroby - czyli terapia , gdyz stosowanie terapi osobie ktora targnela sie na swoje zycie i dalej grozi to po prostu nie wolno czekac trzeba szybciutko interweniowac!
natomiast podawanie lekow osobom ktore maja jakis tam problem i nawet zdaja soebie z niego sprawe to wtedy owszem nie potzreebuja lekow tylko terapii - ale czy to wtedy rzeczywiscie jest depresja??!
A gdy nastaną deszczowe dni , nauczę się przechodzić między kroplami
Avatar użytkownika
Offline
ExModerator
Posty
1577
Dołączył(a)
22 lip 2007, 20:57
Lokalizacja
Radom

niekoniecznie zimowa depresja

przez zielona_choinka 15 gru 2007, 14:15
Witam, jestem nowym użytkownikiem. W zasadzie zalogowałam się tutaj, aby wreszcie móc się 'wygadać', bo w świecie rzeczywistym graniczy to z cudem. Zawsze ja jestem proszona o wysłuchanie biadoleń, a sama się skupiam na ogólnikach. Mieszkam w małym mieście (bo ok. 30 tys mieszkańców z ktorych i tak juz znaczna cześć wyemigrowała na Zachód...) i wizyta u psychologa jest raczej niemożliwa - jedynymi funkcjonującymi są szkolni.
Ale nie o tym chciałam.
Mam 17 lat i chodze do I kl LO. Moim problemem od paru tygodni jest brak jakiejkolwiek checi do zycia, poirytowanie wszystkim. Marze o chwili kiedy zdam mature i wreszcie wyjade stad na studia. Z daleka od moich toksycznych znajomych ktorzy tylko potrafia mnie krytykowac, mojego niedoszlego chlopaka ktory okazał się poligamistą i mojej 'rodziny'. Rodzice... tata wykształcony, pracuje w pewnej instytucji państwowej, indywidualista posiadajacy 2 samochody - jeden - toyota corolla; drugi - Trabant. Tego pierwszego używa sporadycznie, kilka razy w ciągu roku. Jego indywidualizm przejawiajacy sie poprzez trabanta i dosc kompromitujacy styl (swiadczacy o kompletnym braku gustu) mnie zabija. Wstydze sie mojego ojca. Mama... kobieta niewyksztalcona, wpadla w wieku 22 lat; przejawia strasznie malomiasteczkowy tok myslenia, dla niej licza sie tylko pieniadze, ktorych ojciec zarabia za malo (ale bynajmniej ja jestem ladnie ubrana); nie pracuje, narzeka na wszystko po kolei, ze powinna sie rozwiesc z ojcem, ze nie chce mieszkac w tym domu. Mieszkamy z dziadkami. Oni tez maja swoj udzial w moim zyciu. Dom mamy nieladny. Wstydze sie swojego domu. Czysty, ale brzydki. Z zewnatrz przede wszystkim.
W szkole wszyscy mnie denerwują. Od jakiegoś czasu (parę tygodni...) Moim mankamantem jest ze uwazam sie za madrzejsza od wszystkich (wiem wiecej, czytam wiecej, ucze sie wiecej) ale oceny moje sa wzgledne. Najlepsze w klasie z niemieckiego i angielskiego.
Kazdego dnia odliczam czas kiedy wreszcie nadejdzie ten moment ze stad wyjade. Zaczne wszystko od nowa. Bede miala dobra prace. Swoj dom. I bede sama.
Prosze o pomoc...
mam siłę, charakter i nie wybrał mnie casting (?)
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
15 gru 2007, 13:35
Lokalizacja
rodem z komediodramatu

Za dużo myśli mam na myśli...

Avatar użytkownika
przez Fiolka 19 gru 2007, 02:06
Witam wszystkich forumowiczów. Jako że jestem tu nowa więc na wstępie kilka słów o mnie i moim z lekka popapranym życiu (zapewne jak większości z was). Mam prawie 22 lata, mieszkam na północy Polski, jestem obecnie na 3 roku studiów. Hobby: pisarstwo - obecnie odwieszone na kołek. W posiadaniu: pies sztuk 1. Ojciec alkoholik, mama po wypadku samochodowym. Chłopak sztuk 1, za niedługo być może narzeczony - jeśli się nie rozmyśli i nie ucieknie ode mnie.

W poniedziałek byłam u psychologa. Opowiedziałam to i owo z mojego życia. Między innymi o wypadku mamy i o tym że mój chłopak chciał popełnić samobójstwo, dwukrotnie w tym raz na moich oczach. Od pani doktor nie wiele się narazie dowiedziałam, może następne wizyty będą owocniejsze. Wypisała mi receptę na Bioxetin zaleciła też terapię dla dzieci alkoholików.

Moje życie zaczęło się drastycznie paprać jakieś pół roku temu - pierwsza próba samobójcza mojego faceta. Potem było trochę lepiej, ale po drugiej - w październiku - wszystko zchrzaniło się na dobre. Nie wiem czy to właśnie te wydarzenia mnie dobiło, ale faktem jest, że teraz z dnia na dzień czuję się coraz gorzej. Być może to nawał problemów na centymetr kwadratowy mojej skromnej osoby jest przyczyną problemów. Nie wiem... obecnie nie umiem sobie odpowiedzieć na żadne pytanie. I w gruncie rzeczy nie chcę odpowiadać. Za to bardzo chcę przestać myśleć o wszystkim na raz. Za dużo myśli mam na myśli i to mnie najgorzej dobija. Nie umiem sobie z tym poradzić, nie umiem wyrzucić z głowy tych wszystkich pytań bez odpowiedzi. Nie potrafię na nie odpowiedzieć i boję się odpowiadać. Co powinnam zrobić? Jak wy radzicie sobie z myślami?

Wiem, że ten wpis nie jest zbyt klarowny, ale narazie na lepszy mnie nie stać.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
59
Dołączył(a)
19 gru 2007, 01:43

Ja i mój problem

Avatar użytkownika
przez Zagubiony148 30 gru 2007, 19:51
Napisze tak. Nie przerzyłem życiowej tragedii. Nie biorę leków(jeszcze...).
Nie mam takich problemow jak niektórzy tutaj, ale wiem ze nie jest ze mna dobrze. Coraz bardziej nienawidzę otaczajacego świata - ale z drugiej strony czuje ze moge go naprawic, ze moge dokonac wielkich rzeczy. I wtedy wraca swiadomosc, ze jestem malym robakiem zbyt leniwym, czy tez przygniecionym przez nadmiar zla jakim epatuje codziennosc, by cos zrobic. Nie jestem fanatykiem. Nie uwazam sie za kogos lepszego. Ja po prostu chce ze ktos mnie zrozumial. Zeby zniknely mysli ze kolejnego dnia nie spotka mnie nic dobrego. Czy oczekuje pomocy? Byc moze. Ale raczej wydaje mi sie ze ja po prostu musze pomoc komus zeby samemu odzyskac Wolnosc. Chce komus pomoc.


Chce zeby ktos mi pomogl.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
209
Dołączył(a)
29 gru 2007, 22:58

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 23 gości

Przeskocz do