Depresja a szkoła/studia

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Depresja a szkoła/studia

Avatar użytkownika
przez Hanashiro 23 lut 2016, 10:40
Dzięki wielkie, spróbuję. A tak btw, to rozje***em sesję, wszystkie egzaminy do przodu, tyle że ja nie mam stricte depresji, co najwyżej miewam stany depresyjne albo mam zamułę po lekach.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
53
Dołączył(a)
30 paź 2015, 07:26
Lokalizacja
Warszawa

Depresja a szkoła/studia

Avatar użytkownika
przez Raito 24 lut 2016, 23:48
Mam takie małe marzenie, aby choć jedna osoba pochyliła się nad tym co tutaj zostawiam..... Tak bardzo chciałbym mieć z kim porozmawiać, z kimś kto potraktowałby mnie poważanie....
Opiszę tutaj mój przypadek, bo znalazłem się w totalnej kropce i nie wiem co mam robić. Od razu zaznaczam, że dawno zaakceptowałem fakt, że jestem życiowym przegrańcem, nieudacznikiem i raczej nic dobrego mnie już nigdy nie czeka.
Oto jestem na czwartym roku gównianego kierunku i może zabrzmi to dziwnie, ale jako osoba, która niemal co semestr miała średnią 5.0, zastanawiam się, czy nie rzucić tego w cholerę.
Tak na prawdę po liceum temat studiów miałem zupełnie gdzieś. Poszedłem na jedyny kierunek, który faktycznie jakoś wiązał się z tym, co choć minimalnie mnie w szkole średniej interesowało. W domu nigdy się nie przelewało i nadal się nie przelewa, więc od samego początku kusiła mnie perspektywa posiadania nie tylko stypendium socjalnego (bo na te i tak się kwalifikowałem) ale też rektorskiego za wyniki w nauce, a że oba stypendia były na mojej uczelni bardzo wysokie i łącznie mogły mi zapewnić niemalże minimalną krajową pensję, postanowiłem robić wszystko by mieć dobre wyniki.
Tak też z semestru na semestr piąłem się po szczeblach swojego uczelnianego i kierunkowego "fejmu". Przez trzy lata wyrobiłem sobie opinię studenta niezwykle pilnego, zaangażowanego, zdolnego, ambitnego i w ogóle ogromnie szanowanego w kręgach wykładowców. Swoim zaangażowaniem wyróżniałem się z tłumy improduktywnych rówieśników z roku.
Nie ukrywam, do wszystkiego zawsze się przykładałem. Tak już mam, że nie potrafię robić czegoś na odpierdziel i czy mnie to interesuje czy nie, zawsze staram się zrobić coś najlepiej jak tylko potrafię. Na studiach zostałem chyba po raz pierwszy zauważony, bo w szkole zwykle wychwalane były tępe dzieci bogatych rodziców. Niezwykłe było dla mnie to, że ktoś potrafił mnie docenić, a - nie ukrywając - pochwały pod moim adresem stały się już normą.
Zaliczałem prawie wszystkie egzaminy na 5, występowałem na konferencjach, publikowałem artykuły, współpracowałem to tu to tam. Oczywiście upragnione stypendium rektorskie dostawałem co roku (i dostaję nadal).
Oczywiście oceny nie zawsze zdobywałem ciężką nauką do egzaminów, bo często miałem wrażenie, iż bardziej składał się na niej mój uczelniany wizerunek (bo większość wykładowców i tak zakładała, że jestem w 100% przygotowany), a i umiejętność ściągania (wszak szczęściu trzeba czasem dopomóc).
Owszem, były kryzysy. Przez to, że poświęciłem się tak bardzo tym studiom, nie mam życia jeszcze bardziej niż nie miałem go wcześniej.
Napisałem bardzo dobry licencjat, zostałem na studia magisterskie i tu dochodzimy do teraźniejszości, bo pojawił się ogromny kryzys.
Oto jestem na drugim semestrze studiów magisterskich i czuję się totalnie beznadziejnie. Nie mam już ochoty robić czegokolwiek. Jak wspomniałem wyżej - przez tyle lat nie liczyło się dla mnie zainteresowanie tym co robiłem, tylko fakt, że pewnej wewnętrznej moralności i to, że zostanę za to potem wynagrodzony. Dziś nie potrafię podjąć już żadnego działania, nie jestem nawet w stanie sformułować tematu pracy magisterskiej. Nie mam siły już oszukiwać, że mnie ten kierunek w jakimkolwiek stopniu interesuje, rzygam nim, nie potrafię opisać jak bardzo go nienawidzę.
Kolejnym problemem jest fakt, że ludzie oczekują ode mnie czegoś, czemu nie jestem w stanie sprostać. Przez moje wcześniejsze działania wyrobiłem sobie pewną oszukańczą maskę, zapędziłem się w kozi róg, zabrnąłem za daleko w oszukiwaniu siebie samego i wszystkich dookoła. Teraz dostaję propozycje współpracy z jakimś pismem, propozycje napisania tekstu do jakiegoś druku, wystąpienia gdzieś, i nie jestem w stanie zrobić NIC. Tak na prawdę, przez te wszystkie lata nie sprawiało mi to przyjemności, starałem się odwalić wszystko jak najlepiej i mieć to już za sobą.
Problem w tym, że gdy komuś to wyjawniam, to nikt mi nie wierzy i uważają, że kokietuję albo się zgrywam, a ja na prawdę nie potrafię już niczego dokonać i nie jestem w stanie podjąć żadnego działania.
Tak spędziłem prawie 4 lata podporządkowując wszystko studiom, zdobywaniu ocen i punktów, by potem mieć z tego pieniądze w postaci stypendiów. Wykończyłem się przy tym psychicznie, nie wiem, czy zdołam dokończyć te studia. Przyszłości i tak nie wiązałem z tym żenującym kierunkiem, a cały myk polega na tym, że od początku uważałem go za żenujący, z tą różnicą, że po prostu udawało mi się być w tym dobrym.
Wszyscy (wykładowcy, znajomi ze studiów) widzą we mnie kogoś kim nie jestem, widzą ten sztuczny wizerunek jaki sobie wytworzyłem. Nie potrafię już sprostać ich oczekiwaniom, nie mogę tak dalej się męczyć i udawać, że to wszystko sprawia mi przyjemnosć, w momencie gdy rzygam na widok samego budynku uczelni.
Większość ludzi kreśliło dla mnie przyszłość w postaci "kariery naukowej", abym po magisterce zrobił doktorat itd., więc nikt mi nie wierzy, gdy mówię, że zamierzam zakończyć tę żenadę na magisterce.
To że coś mi dobrze wychodziło, nie znaczy przecież, że było to jakąś moją pasją, po prostu robiłem to co musiałem i tyle. Niestety i tak jestem zerem, bo uważam, że nie nadaję się do niczego. Przecież nie będę ciągnął tego wszystkiego dalej i wiódł takie żenujące życie robiąc coś czego nienawidzę.
I rzuciłbym to w cholerę ale......nie mam żadnej alternatywy i nikt nie jest w stanie mi jej zapewnić, żadne znajomości a już na pewno nie rodzice, którzy sami nie mają stałej pracy.
Na prawdę nie wiem co mam robić, nie mam żadnych punktów zaczepienia. Jedyne co mam to zaoszczędzone przez te wszystkie lata pieniądze ze stypendiów, z których uzbierała się pewna kwota. I wszyscy uważają, ze to takie zajebiste: "uczysz się, masz stypendia"......a tak na prawdę nie mam nic, jestem największym życiowym nieudacznikiem, jaki chodził po tej ziemi......
Rzucenie studiów miałoby też taki wymiar, że nie zasiliłbym przynajmniej szeregu żenujących bezrobotnych magistrów. Owszem, to co dokonałem wpisane do cv mogłoby zapewnić mi jakąś pracę może, ale pewnie i tak bym się do niej nie nadawał a i nienawidziłbym jej nawet, jeśli byłbym w tym dobry.....
Oczywiście żadnej "drugiej połówki" nie mam i raczej nigdy mieć nie będę, bo chyba nie ma takiej osoby, której mógłbym powiedzieć wszystko co mnie trapi, a i takiej, której mógłbym cokolwiek zaoferować...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
13 mar 2012, 19:10

Depresja a szkoła/studia

Avatar użytkownika
przez Hanashiro 25 lut 2016, 09:17
Raito, przeczytałem Twoją wypowiedź.
Wnioskuje, że czujesz się samotny i to wpływa na Twoją niską samoocenę. Nie napisałeś jednak nic o tym, jak się czułeś na początku studiów. Czy wtedy już były jakieś oznaki zaburzeń, czy to pojawiło się dopiero na piątym roku studiów? Podziwiam, że dałeś radę zdawać semestry z takimi wynikami, bo ja np. idę po linii najmniejszego oporu i zwykle są 4, a z trudniejszych przedmiotów 3.
Może konsultacja z psychoterapeutą była by dobrym rozwiązaniem, o ile takowej nie miałeś.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
53
Dołączył(a)
30 paź 2015, 07:26
Lokalizacja
Warszawa

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Depresja a szkoła/studia

Avatar użytkownika
przez wiejskifilozof 25 lut 2016, 11:04
Ja i tak podziwiam,wszystkich co mają jakoś edukację.Ja przez chorobę nie mam nawet matury.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
16511
Dołączył(a)
15 sie 2009, 16:08

Depresja a szkoła/studia

Avatar użytkownika
przez Raito 25 lut 2016, 11:14
Hanashiro napisał(a):Raito, przeczytałem Twoją wypowiedź.
Wnioskuje, że czujesz się samotny i to wpływa na Twoją niską samoocenę. Nie napisałeś jednak nic o tym, jak się czułeś na początku studiów. Czy wtedy już były jakieś oznaki zaburzeń, czy to pojawiło się dopiero na piątym roku studiów?

Początek studiów był koszmarny, totalnie nie byłem w stanie porozumieć się z większością ludzi z roku, głównie dlatego, że miałem zupełnie inną postawę od nich i posiadałem poczucie jakiejś głupiej misji nawracania ich na właściwą ścieżkę i prawilne podejście do edukacji. Był wręcz moment, gdy czułem się niemal wrogiem całej grupy. Z biegiem czasu sytuacja się zmieniła i dziś jest pod tym względem zupełnie ok, rzekłbym nawet, że moja grupa na studiach robi mi za fajną szkolną klasę z całkiem przyjemnym klimatem. Chyba już po pierwszym roku większość osób zaakceptowała moje podejście i to, że - mówiąc narcystycznie - wybijam się ponad przeciętność, co wyraźnie ich wcześniej raziło, a potem wiele razy okazywało się, że ratowałem dupę całej nieprzygotowanej do zajęć grupie. Są ludzie, z którymi na prawdę sympatyzuje, niektórzy z nich nawet wiedzą o tym wszystkim, ale - tak jak wspomniałem wyżej - uważają to za zwykłe śmieszkowanie z mojej strony. Generalnie obecnie jestem osobistością bardzo lubianą na moim roku i to nie dlatego, że w trakcie studiów kilka osób miało ze mnie pożytek.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
13 mar 2012, 19:10

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 17 gości

Przeskocz do