moja depresja/historia/objawy

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Avatar użytkownika
przez xCarmen 03 kwi 2008, 10:43
A ja bym tego nie lekcewazyla, powola sukcesu to to ze zauwazyles taki stan u Ciebie i ze Ci to przeszkadza. Byc moze to lenistwo ale z czasem sie moze przerodzic w bezsens zycia itd... Nie chce straszyc ale to wszystko brzmi dla mnie bardzo znajomo...

Tez nie chodzilam do szkoly przez dwa tygodnie.. pozniej przez miesiac az w ogole przestalam chodzic ... i tak sie zaczelo...

Potrzebujesz jakiegos bodzca, czegos co Cie bedzie napedzac do dzialania, bo narazie z tego co piszesz widze jakas stagnacje w Twoim zyciu. Jestes raczej introwertykiem ktory zamyka sie w swoim swiecie skoro twoje miejsce to ksiazki i Twoja glowa..

Ale jak masz jakies cele w zyciu to moze warto sie zmobilizowac i dazyc do nich, moze to pokona Twoje "lenistwo"
Zbudź się, motylu -
Późno, całe mile
Są przed nami.

Basho Matsuo
Avatar użytkownika
Offline
Posty
487
Dołączył(a)
10 sty 2008, 00:20

a miało być tak pięknie...

Avatar użytkownika
przez pepper 04 kwi 2008, 02:01
W sumie nie wiem czy ten tekst dobrze umieściłam czy bardziej nadaje się do działu z nerwicą lękową. Jeśli jakiś mezalians wprowadzę, to proszę przesunąć ten post...

"Trochę" się rozpisałam.

Nigdy coś takiego mnie nie spotkało i nigdy więcej nie chcę tego powtórzyć.
Zacznę od tego, że od czasu brania tabletek antydepresyjnych czuję się doskonale, żadnych zmartwień, problemów, trosk, zero stresu i lęków.
A wcześniej zawsze, ale to zawsze, za każdym razem ta nerwica lękowa objawiała się w jeden i ten sam sposób. Wtedy serce mi kołatało, czułam jakby ktoś mi wbijał z 1000 szpil w serce, ręce mi się pociły i nie mogłam złapać oddechu i spotykało mnie to tylko w 3 przypadkach. Wtedy, kiedy o czymś stresującym pomyślałam, kiedy byłam chwilkę przed wydarzeniem się czegoś lub w trakcie tego wydarzenia i jednorazowo nie trwało to nigdy dłużej niż godzinę.
Jak już wcześniej napisałam moi rodzice mieli się wczoraj spotkać z nauczycielką od malarstwa i pogadać. Zero stresu, bo sama tego chciałam, poza tym byłam w 100% przygotowana i na malarstwo i na późniejszą fotografię, więc o jakimkolwiek stresie nie było mowy. Ale gdy tylko się obudziłam to bolał mnie żołądek i jakieś takie mdłości miałam, ale w końcu ustąpiło samo z siebie ok. 8 rano a pojawiło się o 6.30. Weszliśmy do klasy, a że jedna z nich jest przechodnia, to z moją grupą zostaliśmy w klasie od malarstwa, a nauczycielka wzięła moich rodziców do następnej, żeby móc spokojnie porozmawiać. Wiadomo, nikomu na razie nie chciało się pracować, rozmawialiśmy, żartowaliśmy i śmialiśmy się. I nagle ni z tego ni z owego o 8.30 zakręciło mi się w głowie i bardzo osłabłam.
Usiadłam, myśląc, że zaraz to minie, że może to przez to, że nie zjadłam śniadania. Ale coraz bardziej kręciło mi się w głowie, zaczęły się mroczki przed oczami, wszystkie kończyny miałam jak z waty i ciężko mi było oddychać - zaczęłam hiperwentylować. Stwierdziłam, że lepiej pójść do rodziców, żeby powiedzieć im, że gorzej się poczułam, w końcu moja mama jest pielęgniarką i wie, co robić. Opisałam jej dokładnie wszystko, uznała że to ma podłoże psychiczne, że mam się uspokoić i za jakiś czas to minie. Kazała mi się położyć i unieść wysoko nogi, ale z minuty na minutę coraz gorzej się czułam. Poleżałam tak kilka minut, ale nic nie dało. Chciałam pójść do pielęgniarki szkolnej, ale mama tak się oburzyła, że co ona mi poradzi, poza tym ona sama jest pielęgniarką, więc nic innego nie zrobi. W pewnym momencie zachciało mi się siusiu a już ciężko mi się chodziło i lekkie zaburzenia równowagi miałam ale mimo to stwierdziłam, że sama pójdę, ale to był błąd. Na schodach okropnie osłabłam, że prawie zleciałam z samej góry, na szczęście upadłam na tyłek, bo trzymałam się kurczowo poręczy. Potem nie mogłam ujść normalnie kawałka korytarza, musiałam się trzymać ścian, żeby nie upaść. Wróciłam jakoś o resztkach sił czując, że jest coraz gorzej i gorzej. Zaczęło się mrowienie.. na razie tylko na nogach i rękach.
Powiedziałam to rodzicom, a oni, że za kilka/kilkanaście minut to minie, że mam się nie stresować. W końcu nauczycielka stwierdziła, że lepiej będzie jeśli jednak pójdę do tej pielęgniarki, bo nie chce, żebym jej zemdlała na lekcji. Rodzice jakoś się z tym pogodzili, chociaż z trudem. Poszłam z koleżanką, która musiała mnie trochę podtrzymywać, bo czułam, że zaraz upadnę. Jakoś dotarłyśmy i mówię pielęgniarce, że słabo się czuję, że mam zawroty głowy, itp., itd.
Kazała mi się położyć i zmierzyła ciśnienie, miałam 130/100... wysokie, ale jeszcze nie tak, żeby interweniować i obniżać jakimiś lekami, których zresztą nie posiadała, bo nie ma prawa. Potem zadzwoniłam do rodziców, którzy już w tym czasie pojechali, na szczęście na zakupy, więc nie wyjeżdżali z Kalisza. I ciągle słyszę tę samą gadkę i że w ogóle sama się napędzam i sobie wymyślam, byleby tylko nie pójść na lekcje.
Zaczęła ze mną taki dokładniejszy wywiad, mówię jej, że chodzę do psychiatry, że stwierdziła u mnie depresję i nerwicę lękową. Toteż pani pielęgniarce zaświtał pomysł w główce, że to jest zwyczajne zdenerwowanie i dała mi kropelki waleriana na uspokojenie, które w ogóle nie pomogły, a jeszcze gorzej się przez nie czułam, bo zachciało mi się wymiotować. Na szczęście tylko na chęciach się skończyło, bo nawet nie miałabym czym. I znowu taki nagły objaw mocny, tak jak miałam takie delikatne mrowienie, tak w tym momencie zaczęło się się na maksa i to na całym ciele od czubka głowy począwszy, na palcach u stóp skończywszy. No, ale co mogła na to poradzić... co jakiś czas sprawdzała mi ciśnienie, które ciągle rosło aż w końcu osiągnęło poziom 160/100 i nie spadało od jakiś 20-25 min., więc sytuacja alarmowa. Dzwoniłam jeszcze kilka razy do rodziców... i ciągle to samo jak zdarta płyta, a czułam się gorzej i gorzej. Kiedy leżałam było ok, jak siadałam lekko kręciło mi się w głowie a jak wstawałam powoli, żebym jeszcze większych zawrotów nie miała - to od razu mną zarzuciło, ponieważ nie byłam w stanie utrzymać równowagi. Zaraz potem takie dziwne dzwonienie w uszach usłyszałam i wszystko podgłośnione z 15 razy albo i więcej. Zwyczajne szuranie butów zza drzwi było tak głośne, że myślałam, że zwariuję.
Już jakąś godzinę u niej leżałam i się wkurzyła, że rodzice sobie sprawę olewają, więc wzięła telefon, dzwoni do nich i takim stanowczym głosem mówi:
"czy w ogóle się państwo swoim dzieckiem nie przejmujecie? ona czuje się coraz gorzej, ciśnienie ma 160/100, więc albo przyjadą państwo odebrać córkę, bo autobusem jej nie puszczę albo jedzie do szpitala". Coś do nich dotarło, powiedzieli, że przyjadą, ale że byli w trakcie zakupów to były ważniejsze niż własne dziecko i po ponad pół godzinie w końcu przyjechali. Mimo wszystko chciałam zostać na lekcjach, bo nic bym nie straciła, a nuż polepszyłoby mi się. Ale pielęgniarka uparła się, że mam jechać do domu, położyć się i czymś obniżyć ciśnienie. Jeszcze musiałam pójść po kurtkę i plecak na samą górę (4 piętra) i w ogóle po drugiej stronie szkoły. Mama ze mną poszła, bo już z wielkim trudem i wysiłkiem ledwo stawiałam kroki zataczając się. Weszłam do klasy i nauczycielka się przeraziła... i powiedziała, że dobrze, że się zwalniam, bo co by było, gdyby się jeszcze gorzej zrobiło. Gdy już zeszłam po schodach straciłam w ogóle siły, ale w ostatnim momencie złapała mnie mama, a później ojciec wziął mnie pod rękę i zaprowadził do samochodu. Stwierdziliśmy, że od razu załatwimy kartę miesięczną (bilet autobusowy) i sprawę mandatów, które ostatnio dostałam.
Zatrzymaliśmy się praktycznie kilka kroków od tego budynku, wysiadam z samochodu i nagle taki zawrót głowy, że upadłam na zaparkowany obok samochód. Ojciec niczego nie zauważył i idzie w ogóle się nie zastanawiając, gdzie się podziałam. A ja słabiutkim głosem go wołam... "taatooo". Za 4. razem się obrócił i wrócił po mnie. Już w środku usiadłam, bo ledwo się trzymałam na nogach, a jeszcze babka była taka wkurzająca, że hej, jakby chciała nas skrzyczeć, że zajmujemy jej cenny czas. Po wyjaśnieniu wszystkiego miałam problem ze wstaniem... nie byłam w stanie się podnieść o własnych siłach. Potem załatwiliśmy sprawę biletu, bez większych ekscesów, z tym że tata cały czas musiał mnie podtrzymywać, bo bym wyrżnęła. W końcu ruszyliśmy w stronę domu.
Hiperwentylacja się u mnie powiększyła do mega rozmiarów, nagle tak gorąco mi się zrobiło. Okna otwarte na fula, kurtkę zdjęłam a bluzę na wpół rozpięłam a i tak się gotowałam. Zaczęłam się tak pocić, że nieporozumienie. W pewnym momencie na wpół zdrętwiałam. Nie byłam w stanie się ruszyć. Chyba wtedy się czułam najgorzej. Nogi, tyłek, kawałek pleców, i przedramiona miałam jak sparaliżowane i cholernie bolało. I z tego drętwienia wyrwał mnie ból spowodowany skurczami mięśni w łydkach, tak że mam teraz ogromne zakwasy.
Zamysł moich rodziców był taki, że po prostu od razu do domu, ale jednak tata stwierdził, że najpierw pojedziemy na pogotowie. Praktycznie wniósł mnie tam, bo nie byłam w stanie się ruszyć i do tego byłam taka skołowana przez te zawroty głowy. Lekarze na dyżurce - szok! W życiu nie widziałam takich zdziwionych lekarzy, a przecież widzieli mnie 2 dni wcześniej, pilnowali, żeby kroplówka dobrze zleciała. Wszystko wtedy było w porządku jak wychodziłam.. może blada, ale pełna sił i uśmiechnięta, więc w sumie się nie dziwię, jak zobaczyli takiego zdechlaka.
Dostałam hydroksyzynę w zastrzyku, po której miało mi się obniżyć ciśnienie i miały ustąpić te wszystkie objawy, które miałam. A miał zacząć działać za jakieś 30min. Poszłam na dyżurkę pogotowia, i ledwo usiadłam w fotelu to serce zaczęło mi tak kołatać i boleć, jak jeszcze nigdy, lekarze się na mnie patrzą co mi jest, a ja się kurczowo trzymam w miejscu, gdzie jest serce i próbuję złapać oddech. Ale przez kilka dobrych sekund nie mogłam.. A gdy w końcu udało mi się to, to i serce wróciło do normy.
Potem pojechaliśmy do domu, odczekaliśmy odpowiedni czas do działania zastrzyku i ojciec sprawdził mi ciśnienie i już miałam w normie, ale objawy jakie były takie zostały. Miałam się od razu położyć, ale ciągle za gorąco mi było i jakoś tak nudno, więc stwierdziłam, że przenoszę się do sypialni rodziców pooglądać tv... po drodze upadłam i ojciec mnie zbierał jak zwłoki. Pomógł mi tam dojść.. zaczynam oglądać i nagle taką suchość poczułam w ustach, że masakra... a usta wysuszone, więc stwierdziłam, że pójdę się napić... taaa poszłam znowu upadając. Kiedy wróciłam, położyłam się i nagle tak mi się zimno zrobiło, jakby ktoś wysypał na mnie wielkie wiadro lodu... z zewnątrz byłam lodowata i natychmiast jakby coś się stało i zaczęłam się strasznie pocić...
Nie mogłam cały dzień jeść, miałam taki jadłowstręt, że gdy tylko zobaczyłam albo poczułam zapach jedzenia to źle mi się w środku robiło. Co jakiś czas czułam, jakby żołądek obracał mi się dookoła w brzuchu, to samo z sercem.. jak na jakimś kołowrotku. I kiedy to się skończyło to miałam wrażenie, że te organy mam nie na swoim miejscu i pozycji. Czułam, jakby się wywróciły stroną wewnętrzną na zewnątrz.
Po dłuższym czasie.. jakoś między 16-17 prawie całkowicie minęły zawroty głowy, ale ciągle mnie męczyło to ciężkie, szybkie oddychanie i mrowienie. Zostałam wygoniona na spacer z psami, poszłam do koleżanki pożyczyć książkę.. i zamiast "cześć" usłyszałam, że o matko jak marnie wyglądam i dlaczego jestem taka sina a usta mam fioletowe.
W ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy, a kiedy wróciłam to swoje pierwsze kroki skierowałam do lustra... i co widzę.. byłam sino-blada a usta miałam nawet nie fioletowe, a w kolorze ciemnej purpury.
W pewnym momencie chciałam pójść do szpitala, bo myślałam, że nie dożyję jutra, ale mama jak zwykle się sprzeciwiła, stwierdziła, że nic mi nie pomogą i jeśli ten zastrzyk mi nie pomógł to już nic mi nie pomoże, nawet relanium, a poza tym jej koledzy i koleżanki z oddziału nie lubią nerwicowców...
Dopiero coś po północy wszystkie objawy zniknęły. Ale przez tę tabletkę antydepresyjną, mimo że wzięłam ją wcześniej, żeby uniknąć takiej sytuacji, że nie mogłabym zasnąć, ciągle czułam że muszę być w ruchu. Ciągle aktywna, niespokojna, ale w końcu się położyłam mając nadzieję, że jednak uda mi się zasnąć. Męczyłam się strasznie, nie zmrużyłam oka, ciągle zmieniałam ułożenie, ale nawet w najwygodniejszym położeniu sen nie chciał przyjść. I tak przeleżałam do 5 rano, bo nie zniosłabym już dłużej tego. Poszłam do łazienki, patrzę na swoją twarz w lustrze i się przeraziłam. Omijając cienie pod oczami, zapadnięte policzki i bladą skórę to dokładnie wystraszyłam się swoich oczu. Mimo że światło padało na nie tak, że źrenice powinny się bardzo zmniejszyć to miałam jak u kota w ciemności. Jakiś milimetr albo nawet i mniej widać mi było tęczówkę, a reszta to czarna plama.
Przyszykowałam się do szkoły, ale znowu nie mogłam nic jeść i zresztą do teraz nic od wtorkowej kolacji (też lekkiej, po tym jak wylądowałam w szpitalu musiałam lekką dietę mieć) nie jadłam. Jedyne co we mnie wchodzi i nie cofa mi się to woda lub herbata.
Poszłam po koleżankę, która wcześniej wydała werdykt jak wyglądam, i się pytam jej czy wczoraj też miałam takie źrenice wielkie jak teraz. Zdziwiła się i powiedziała, że właśnie na odwrót. Miałam maleńkie jak główka szpilki.
Potem szkoła, wszystko bez problemów. Po kilku godzinach trochę mi się zmniejszyły te rozszerzone źrenice, ale ciągle nie wyglądały i do teraz nie wyglądają normalnie.
Po szkole pojechałam do psychiatry, u której już wcześniej byłam.
Cały czas byłam święcie przekonana, że to na pewno nie nerwica, bo skąd?
Ale doczekałam się od niej bardzo "pocieszającej i podnoszącej na duchu" informacji... że z związku z tym, że ostatnio miałam osłabiony organizm, tabletki za jej radą zamieniłam już na całe na noc, co pogorszyło mój stan i dlatego takie coś wczoraj miałam.. i że jednak to nerwica, co prawda nie spodziewana ni stąd ni zowąd.. ale nie jest tak, że mogę mieć tylko w 3 określonych sytuacjach i to ma mieć zawsze taki sam przebieg.. i się pytam czy nawet kiedy będę się świetnie bawiła to też może się pojawić taka jak wczoraj... no niestety.. przychodzi nagle i nic z tym nie można zrobić.
Po prostu wspaniale.. nie wiem, kiedy i gdzie mnie zaatakuje.
I zmieniła mi rozkład tych tabletek. Nie biorę całej, bo to za duża dawka jak na mój organizm i z nocnej pory zamieniła na poranną, więc z tego powodu jestem zadowolona. Ale jeszcze dała mi receptę na syrop hydroksyzynowy, którego mam brać łyżeczkę na noc.

W ogóle nie wiem co sądzić o tej całej sytuacji. Jak mam reagować, jeśli znowu się coś takiego mocnego pojawi...
Obrazek
come inside my mind
sometimes we take chances, sometimes we take pills
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
13 mar 2008, 19:04

Avatar użytkownika
przez pepper 04 kwi 2008, 09:35
wczoraj jeszcze troszkę mnie męczyła hiperwentyloza, ale na szczęście dzisiaj jest już wszystko w porządku, nawet zjadłam śniadanie
niestety nadal mam problemy ze snem - po takim wyczerpaniu dzisiaj spałam 5h, poza tym te zakwasy na łydkach spowodowane skurczami mięśni mnie dobijają, prawie nie mogę chodzić :-(
Obrazek
come inside my mind
sometimes we take chances, sometimes we take pills
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
13 mar 2008, 19:04

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przez poetka30 04 kwi 2008, 15:45
tiaaa ile to razy mialam takie ataki .to typowy atak paniki ,moze trwac chwile moze trwac wiele godzin.ja juz biore leki 4 lata i bylo bardzi dobrze super sie czulam ale ostatnio cos gorzej i przedwczoraj zdawalam na prawko bylam wyluzowana zartowalam bo czekalismy pnad 3 godziny na swoja kolej a jak wsiadlam do auta to jak ten debil robilam taaakie bledy ale mimo tego zdalam kurde za pierwszym razem nie wiem jakim cudem ,jechalam jak kaleka.w domu sie przespalam potem bylam zla jak diabli wiec napilam sie wina ,a dzis rano zlapal mnie klasyczny atak paniki czyli niemoc w nogach zawroty glowy zaburzenie widzenia splatanie ucisk w zoladku sraczka a wogole wsio.no i nie wiem juz sama czy mam brac wiecej tego zoloftu bo biore 50 mg czy moze mniej moze za duzo juz tego .jak myslicie.
no i
to ja poetka zachęcam wszystkich zebyście uprawiali śmiechoterapie...i kupcie sobie psa i leczcie się ,bo warto...
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
19 kwi 2007, 18:26

Avatar użytkownika
przez pepper 04 kwi 2008, 16:18
również mam 50mg Zoloftu, z tym że źle się czułam mając całą tabletkę i teraz mam zmniejszoną do połowy tak że w twoim przypadku może też tak być, że za duża dawka

btw - spodobał mi się twój podpis ;-) zgadzam się z nim w pełni stosując śmiechoterpię codziennie, mając 2 psy i lecząc się ;-)) :lol:
Obrazek
come inside my mind
sometimes we take chances, sometimes we take pills
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
13 mar 2008, 19:04

przez poetka30 04 kwi 2008, 17:08
ja nie mialam nigdy 100mg .caly czas jestem na 50 ,i dobrze sie czulam a teraz od 3 tygodni gorzej ,moze fakt ze mialam grype jelitowa i jeszcze biore na tarczyce lek ma wplyw bo to sie wyplukuje wiec dzis wzielam 75 zobacze jak bedzie ale juz czuje jakby mi ktos z glowy zdjal ten klosz wiec chyba bedzie lepiej ,ponoc sok z noni napedza serotonine i jagody.czy ktos probowal diet i takich tam .
to ja poetka zachęcam wszystkich zebyście uprawiali śmiechoterapie...i kupcie sobie psa i leczcie się ,bo warto...
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
19 kwi 2007, 18:26

Avatar użytkownika
przez pepper 04 kwi 2008, 17:21
W życiu nie słyszałam o soku z "noni" - co to jest?
Obrazek
come inside my mind
sometimes we take chances, sometimes we take pills
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
13 mar 2008, 19:04

Avatar użytkownika
przez depresyjny86 04 kwi 2008, 20:32
Pepper myśle że to co się działo z Tobą kilka dni temu to przez tabletki......przynajmniej tak mi sie wydaje bo jak zaczynałem brać Effectin to też miałem coś takiego że mdlałem,cały czas czułem się niepewnie myślałem że zemdleje,zawroty głowy miałem itp...
:)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
6839
Dołączył(a)
12 wrz 2006, 15:58
Lokalizacja
Gdańsk

przez poetka30 04 kwi 2008, 20:58
Sok z noni to taka jakby odzywka jak sok z aloesu naprzykład ,ja sok z aloesu piłam dosc długo na gardło i wyleczyłam teraz wogóle nie choruje na anginy,wiec myłse ze ten noni tez moze pomoze na depresje .przeczytałam ze ma wpływ na wydzielanie syrotoniny ,moja mama próbowała i mówiła ze miała po tym wieksza energie i lepiej spała. ale nie ma w aptece ,jeszcze spróbuje nabyc.Ale dzisiaj wzięłam 75 mg zoloftu i po 3 godzinach jak nowo narodzona .znormalniałam jaja nie....penie tygodniowa biegunka helitowej gryy osłabila dzialanie leku i tak polecialam w dół.Wszystkim posiadajacym najdziwniejsze objawy radze do doktora i brac leki bo samo gowno nie przejdzie wiem bo 30 lat mi nie przechodzilo dopiero jak zaczelam brac dobre leki.
to ja poetka zachęcam wszystkich zebyście uprawiali śmiechoterapie...i kupcie sobie psa i leczcie się ,bo warto...
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
19 kwi 2007, 18:26

Avatar użytkownika
przez pepper 04 kwi 2008, 21:10
też mi się tak wydaje Darku, że to przez to - po prostu za duża dawka jak dla mnie, ale jak stwierdziła psychiatra, wpływ na to mogła mieć też grypa jelitowa i pobyt w szpitalu 2 dni wcześniej..

echh... sick sad world :?
Obrazek
come inside my mind
sometimes we take chances, sometimes we take pills
Avatar użytkownika
Offline
Posty
29
Dołączył(a)
13 mar 2008, 19:04

Moja marna historia.

przez Krystian2 06 kwi 2008, 17:45
Dzień dobry.Od niedawna przeglądam to forum, jednak dziś postanowiłem napisać.

Od małego byłem osobą bardzo wesołą, żywiołową, może trochę roztargnioną. Nie potrafiłem przed dłuższą chwilę przebywać sam. Do czasu.

Rozpoczęło się jakiś rok temu ( może nawet troszkę więcej, niepamiętam). Zacząłem bardzo często mniewać doły. Przy rodzinie czy znajomych tego w ogóle nie okazywałem. Wychodząc np. rano do szkoły ot tak, poprostu cofałem się i wracałem do domu (siostra w szkole, rodzice do późna w pracy także wracałem do pustego domu, mając całkowity spokój). Powoli wszystko przestawało mnie interesować. Z natury jestem raczej tą osobą, która mając jakiekolwiek problemy woli od nich uciekać (chociażby np poprzez alkohol) anieżeli je rozwiązywać. No i zaczęło się na dobre. Najpierw dużo alkoholu, z czasem brnąłem troszeczkę dalej, tzn leki. Swego czasu moja matka brała dość dużo leków (benzodiazepiny), także dostęp miałem. Z biegiem czasu brałem praktycznie wszystko co mi w ręcę wpadło. Zatracałem się kompletnie.Jakimś cudem skończyłem szkołę (a raczej mnie wypchnęli). Wtedy właśnie dostałem olśnienia. Pragnąłem innego życia, zamknąć w końcu ten stary rozdział w życiorysie. Szedłem do nowej szkoły także problemu nie było (wiadomo, inne towarzystwo, inni ludzie). Zaczeło się nieźle. W szkole super, w domu jeszcze lepiej (chodzi o kontakty z rodzicami).Wreszcie poczułem, że naprawdę żyję. Poznałem nawet wspaniałą kobietę. Jednak wszystko co piękne, szybko się kończy.
Słabe oceny w szkole, kłótnie z rodzicami/znajomymi, używki ... Przestałem wychodzić z domu. Całe popołudnia przesypaiłem. Będąc w szkole całe przerwy spędzałem sam. Uciekałem od ludzi. Za każdym razem kiedy na ulicy z daleka widziałem, że zbliża się ktoś znajomy skręcałem w boczne uliczki.
Najgorzej jest właśnie teraz. Straciłem marzenia, staraciłem to, co było dla mnie piękne.
Przez ostatnie tygodnie nie chodzę do szkoły. Męczą mnie Ci ludzie.
Najgorsze jest to, że zawiodłem dziewczynę na której mi cholernie zależy (a raczej zależało do niedawna, bo dziś jestem robotem bez jakichkolwiek uczuć).Nie rozmawia ze mną. Zawiodłem również znajomych/przyjaciół. Już teraz wiem, że nie ukończę szkoły. To pewne.
Coraz częściej myśle, aby raz na zawsze to wszystko zakończyć. Jednak chyba jest we mnie malutka iskierka nadziei (chociażby dlatego, że napisałem właśnie tutaj). Najgorzej jest rano. Budzę się ... i co dalej? Dodam jeszcze, że ciąży na mnie kurator ("drobne" przewinienie z "poprzedniego" okresu) także nie jest za ciekawie.
Do kogo mam się zwrócić z pomocą? Dawniej miałem kilka wizyt u pani psycholog, ale raczej z miernym skutkiem.
Boję się co będzie dalej. Boję się ludzi, boję się siebie.Wypalam się.

Wiem, że może wam się wydawać, iż za przeproszeniem gówno wiem o życiu, że zachowuję się jak dzieciak. Zrozumię to. Liczę jednak, że ktoś mi odpiszę, ewentualnie doradzi co dalej ...
Pozdrawiam.

Trochę tak bez ładu i składu. Przepraszam, humanistą raczej nie jestem.
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
06 kwi 2008, 17:40

Avatar użytkownika
przez CzarnaZebra 06 kwi 2008, 18:41
Witaj Krystian2
Świetnie Cię rozumiem. Znalazłam się w podobnej sytuacji, tylko miałam więcej szczęścia. Chociaż wtedy bym tego tak nie nazwała.
Pewnego dnia, zamiast iść do pracy, obudziłam się z płaczem i tak płakałam nad sobą. Nad tym, że moje istnienie straciło jakiekolwiek oznaki sensu. Nic nie czuję, tracę wszystko co ma jakąkolwiek wartość, potrafię tylko niszczyć - siebie i innych.
A szczęście? Polegało na tym, ze jeszcze tego samego dnia byłam u psychiatry (gdzieś pomiędzy kolejnymi falami rozpaczy zadzwoniłam do swojej przyjaciółki żeby przekazała swojej siostrze z którą pracuję że już nie przyjdę do pracy, a ona zawiadomiła mojego ojca), od razu dostałam leki, do firmy trafiło moje L4. No i dzięki temu przetrwałam ten najcięższy okres, nie wyrzucili mnie z pracy co by na pewno nastąpiło gdybym po prostu przestała przychodzić, przyjaciele od razu wiedzieli co się ze mną dzieje i włożyli mnóstwo starań żeby mnie jakoś z tego wydostać.
Teraz - nadal niestety niewiele czuję, to jest zaledwie cień dawnych emocji - ale mam leki w końcu dobrze dobrane, wróciła mi pamięć, koncentracja, chęć do życia po prostu...
Nie wiem co oznacza że zawiodłeś przyjaciół, jeśli chodzi o ty, ze ich unikasz, to nie przejmuj się tym - po prostu z nimi pogadaj, powiedz im jak jest. Nie trac nadziei - obecnie prawie każdego chorego na depresję da się "ustabilizować", lekami albo różnymi terapiami, a życie szybko wtedy zaczyna układać sie samo.

Najważniejsze to przegonić mrok z własnej głowy.

pozdrawiam cię serdecznie, 3maj się, pamiętaj ze zawsze możesz pogadać.
"Gdy gubię sny, jakby nigdy nie były, wysycha źródło mojej wielkiej siły"
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Posty
347
Dołączył(a)
21 lut 2008, 02:15
Lokalizacja
Warszawa

przez Krystian2 06 kwi 2008, 19:11
Widzisz ... kiedy moi znajomi zauważyli, że znów zaczynam "eksperymentować" z używkami za wszelką cenę starali mi się pomóc. Wiele razy obiecywałem, że skończę z tym, zacznę w końcu chodzić do szkoły, normalnie żyć ... jednak obietnicy nie dotrzymałem. Bardzo ich wszystkich zawiodłem.
Jak myślisz, mam szukać pomocy u jakiegoś specjalisty? Z jednej strony chciałbym, z drugiej zaś ... nie umiałbym z takim kimś rozmawiać ... nie chciałbym ...
Boję się ..
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
06 kwi 2008, 17:40

Avatar użytkownika
przez CzarnaZebra 06 kwi 2008, 22:49
moja pierwsza rozmowa z psychiatrą wyglądała tak że ona usiłowała ustalić co mi jest a ja siedziałam i chlipałam nad swoim marnym losem... ale jakoś połapała się co mi jest ;)
Więc tu nie ma nic do umienia, oni są od tego żeby umieć rozmawiać. Moja trzecia rozmowa była już głównie na temat książek :smile:
Myślisz że dasz radę bez tego? jeśli tak, to super... ale sam już widzisz że szukasz pomocy z zewnątrz, więc nie wiem czy warto wykorzystywać resztki sił do tego zeby udawac że da się radę, bo w ten sposób tylko i te resztki wypalisz.
Pewnie łatwiej pogadać anonimowo z kimś kto też ma takie doświadczenia niż z lekarzem... tylko że tu mnóstwo rzeczy wchodzi w grę, nie sądzę żeby za pomocą forum dało się całkowicie rozwiązać Twoje problemy.
Niektórzy bioenergoterapeuci leczyli przez TV... ale ja jestem jeszcze za kiepska :D przez net mogę nie dać rady.
"Gdy gubię sny, jakby nigdy nie były, wysycha źródło mojej wielkiej siły"
Obrazek
Avatar użytkownika
Offline
Posty
347
Dołączył(a)
21 lut 2008, 02:15
Lokalizacja
Warszawa

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: inesita i 23 gości

Przeskocz do