Brak chęci do czegokolwiek

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Brak chęci do czegokolwiek

przez glonojad7 12 paź 2015, 20:33
Nie wiedziałam w jakim dziale umieścić ten temat, ale ten wydaje mi się najbardziej odpowiedni.
Mam 20 lat i tracę chęć do robienia czegokolwiek, do życia. Czuję się samotna, nic nie warta, nie obchodząca nikogo. Od trzech lat jestem w stałym związku. Wiem, pewnie śmiesznie to brzmi z ust osoby w moim wieku, ale wydawało mi się, że to jest to, że moja przyszłość będzie kolorowa i szczęśliwa, jednak teraz widzę wszystko jedynie w czarnych barwach. Jest to mój pierwszy poważny chłopak. Zaczęło się jak pewnie niejeden związek - na imprezie. Spotykaliśmy się trochę i w końcu zdecydowaliśmy się być razem na stałe. Byłam bardzo szczęśliwa, super się dogadywaliśmy, mieliśmy i nadal mamy bardzo zbliżone poglądy w wielu kwestiach. Byłam wtedy w ostatniej klasie liceum (poszłam do szkoły rok wcześniej niż moi rówieśnicy), on klasę niżej, a więc jesteśmy równolatkami. Minął rok, bardzo dobrze zdałam maturę, dostałam się na bardzo dobry kierunek na jednej z najlepszych uczelni w kraju. Przyszedł październik, wyjechałam na studia. Tak naprawdę "wyjechałam" to za dużo powiedziane, gdyż uniwersytet jest zaledwie 40 kilometrów od mojego rodzinnego miasta, jednak przeprowadziłam się i w domu bywałam w weekendy. W każdy, naprawdę każdy weekend. Kiedy tylko miałam szansę, wracałam do domu, żebym mogła spotykać się ze swoim chłopakiem, bardzo tęskniłam i z tego co mówił (bo teraz nie wiem w co wierzyć) on też. Poznałam nowych znajomych, jednak nie stali mi się szczególnie bliscy, głównie dlatego, że omijały mnie wszelkie weekendowe wypady, imprezy, mniej wspólnych tematów, mniej wspólnych wspomnień. Nie przeszkadzało mi to ani trochę - myśl, że mam jego wynagradzała wszystko. W ten sposób minął pierwszy rok, pozdawałam wszystkie egzaminy i wróciłam na wakacje do rodzinnego miasta - mogliśmy więc widywać się codziennie, czekałam przecież na to cały rok. On też zdał maturę, chciał pójść w moje ślady, jednak nie udało mu się, zdecydował się więc na roczną przerwę, poprawę matury i kolejną próbę. Było mi przykro, że mu nie wyszło i nie będziemy mogli razem zamieszkać, wspierałam, pocieszałam, przecież to nie koniec świata, za rok wszystko będzie dobrze. Pod koniec wakacji wyszły na jaw kwestie, które popsuły wszystko - któregoś dnia, kierowana dziwny impulsem, intuicją, nie wiem, przeczytałam jego wiadomości na facebooku (wiem jak to śmiesznie i żałośnie wszystko brzmi, jednak potrzebuję powiedzieć komuś o tym wszystkim) z jedną dziewczyną. Przez okres około 3miesięcy regularnie pisał, rozmawiał z nią, nie będę przytaczać teraz konkretnych przykładów, ale nie były to niewinne rozmowy. Działo się to gdy byliśmy ze sobą około pół roku, wyszło na jaw gdy były to już dwa lata. Załamałam się, przyznałam się do swojego odkrycia. Przepraszał, mówił, że był głupi, dziecinny, że teraz nigdy by tego nie zrobił, że nie wie jak mógł się tak zachować. Na pytanie czy to wszystko co przede mną zataił odparł, że nie, że na jednej imprezie po pijaku całował się z naszą wspólną koleżanką. I te same przeprosiny, te same zapewnienia. Pierwszą reakcją z mojej strony była chęć zakończenia tego związku, jednak po kilku godzinach płaczu, przemyśleń, wspomnień doszłam do wniosku, że za dużo w to włożyłam, żeby teraz z tego rezygnować. Dorośli ludzie sobie wybaczają, prawda? Minął więc kolejny rok, nieco gorszy niż poprzedni. Nabawiłam się wstydliwego nawyku sprawdzania od czasu do czasu jego wiadomości - obwiniałam siebie za to, miałam wyrzuty sumienia, że zachowuję się jak dziecko, że to nie na tym powinno polegać, że jestem beznadziejna. Ale robiłam to dalej. Czas mijał, przyszły kolejne wakacje, udało mu się dostać na ten sam kierunek co ja, jednak do innego miasta. Cieszyłam się z jego sukcesu, jednak nie potrafiłam zapanować na przygnębieniem i lękiem o to, co będzie gdy znów nie będziemy mogli się widywać. Gdy on pozna nowych znajomych, a głównie znajome. Przecież to nie problem żeby znaleźć ciekawszą, inteligentniejszą, ładniejszą niż ja, takich na pewno jest tam na pęczki. Próbowałam z nim o tym rozmawiać, słyszałam zapewnienia, że nam się uda, że wszystko będzie dobrze. Przyszedł wreszcie nowy rok akademicki, rozpoczął się właśnie jego trzeci tydzień, a ja już nie potrafię sobie z tym poradzić. Wieczory spędzam samotnie, nie mając siły na podstawowe czynności, a co dopiero na naukę. Niby rozmawiamy codziennie, widujemy się w weekendy, a ja cały czas się boję. Od tamtej sytuacji nie dał mi żadnego powodu do braku zaufania, a jednak nie opuszcza mnie lęk o to, że kogoś pozna, że mnie zostawi, że zostanę całkiem sama. Wprawdzie mam znajomych, nie są to jednak ludzie, którym mogłabym się zwierzyć z tego, co mnie gnębi, z tego co czuję. Cały czas obsesyjnie sprawdzam jego wiadomości, sprawdzam profile dziewczyn, z którymi rozmawia. Rozmowy dotyczą zwykle tematów związanych z uczelnią, czasem przeplatane normalną rozmową na błahy temat. Nie było ich dużo - konkretnie 3 od początku roku, każda z inną osobą, a ja już wyobrażam sobie, że to koniec, że już go straciłam. Wyobrażam sobie jak rozmawia z nimi na uczelni. Tłumaczę sobie, że to nic takiego, że to normalne, społeczne zachowanie. Jednak mam wrażenie, że poświęca im więcej czasu niż mnie. Cały czas sprawdzam telefon, nie chcę odzywać się pierwsza, żeby się nie narzucać. Chciałabym z nim o tym porozmawiać, jednak jak mam się przyznać do tego, że grzebię w jego prywatnych rozmowach? Przecież to głupie i dziecinne. Przeżywam tę rozłąkę dużo bardziej niż on. Potrzebuję ciągłych zapewnień, że będzie dobrze, że mnie kocha, że przetrwamy. Cały czas myślę, że nie jestem dla niego najważniejszą osobą.
Czy to ze mną jest coś nie tak? Czy to ja go ograniczam i psuję relację?
Dodam, że dwa tygodnie temu rozpoczęłam terapię, ponieważ od 5lat choruję na bulimię, jednak dopiero teraz zdecydowałam się wyjść i powiedzieć o tym komukolwiek. Chciałabym rozwiązać także problem mojego związku, jednak mam blokadę przed rozmawianiem o tym z psychologiem, boję się osądzenia, boję się, że dowiem się, że ten związek nie jest dobry i powinnam go zakończyć.
Przez całą tę sytuację nie jestem w stanie się uczyć, normalnie funkcjonować, najchętniej leżałabym w łóżku i płakała. Co mam robić?
Offline
Posty
1
Dołączył(a)
12 paź 2015, 19:38

Brak chęci do czegokolwiek

przez Celice 13 paź 2015, 01:08
Myślę, że problemem jest Twój brak zaufania i to, że do końca mu nie wybaczyłaś (może nie umiesz?). Cały czas myślisz, że to może się powtórzyć, czego strasznie się boisz. Poza tym masz niskie poczucie wartości, co dodatkowo pogarsza sytuację. To są dobre tematy do przedyskutowania na terapię.
Taka złudna kontrola nic nie da, a tylko cały czas się nakręcasz. Jak będzie chciał to zrobi co zrobi, ale wydaje mi się że mu na Tobie zależy. Teraz problem jest w Tobie.
Celice
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 18 gości

Przeskocz do