Co będzie dalej?

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Co będzie dalej?

przez Pareidolia 16 gru 2014, 23:55
Z góry ostrzegam że jest to bardzo długi post. Nie wiem czy ktoś to przeczyta. Nie wiem jak to wyjdzie.

Cóż. Gdzie by tu zacząć?
Zaczynamy od początku. Mam 18 lat. Od 5 lat mieszkam zagranicą. Od około trzech lat dzień po dniu doświadczam jakiejś descencji, czuję się coraz gorzej. Dziś, teraz, czuję w sobie ciemną pustkę, czuję jakby coś ulokowało się w mojej klatce piersiowej i mózgu, to coś zdaje się pożerać mnie po środka. Czuję się dziwnie, źle. Wiem że pełno jest moich rówieśników którzy czują się podobnie, i to mnie w sumie jeszcze bardziej przygnębia. To nie są pocieszające fakty.
Nie mam nikogo. Nigdy nie miałem kogoś kogo szczerze nazwałbym przyjacielem – kiedy żyłem jeszcze w Polsce, miałem kumpli – byłem lubiany, nadal jestem. Ale co to ma za znaczenie? Po wyjeździe wszystkie kontakty się urwały. Ludzie mnie nie pamiętają, nie chcą pamiętać, a gdy mijam ich na ulicy w rodzinnym mieście albo mnie ignorują albo patrzą na mnie jakby widzieli ducha. Może jestem duchem? Czasem mam wrażenie że coś mi zabrało tę duszę. Jestem samotny, ale nauczyłem się tak żyć i każdy kto ze mną obcuje na takim czy innym poziomie, każdy to widzi i rozumie że to zaakceptowałem. Nikt nie kwapi się żeby mnie uratować od tego, ale cieszę się bo nie umiem już być posród ludzi i cieszyć się z nimi, żyć i rozmawiać o tym samym co oni. Od paru lat mój codzienny rytuał to wyjście na zewnątrz, marnowanie energii tu czy tam na kontaktach z ludźmi, po czym wrócenie do domu i zamknięcie się w pokoju przed komputerem czy ze słuchawkami na uszach. Widzę niezrozumienie otoczenia i zawód, żal rodziców, rodziny, to bije z ich oczu.

Tutaj, zagranicą, nie miałem zbyt wiele szczęścia. W czasch High School (gimnazjum) trzymałem się z polakami – to było naturalne. Anglicy nie lubili mnie za bardzo, raczej traktowali jak powietrze, rzadziej dokuczali. Nigdy nie czułem się związany z nimi – traktowaliśmy się jako inne gatunki, obce nam, i chcieliśmy by tak zostało. Moi rodacy natomiast po zakończeniu szkoły rozeszli się, poszli swoimi ścieżkami – i cieszę się że nie dążę ich śladem. Większość, a może i wszyscy są fałszywi. Każda rozmowa z nimi kończy się słuchaniem ich plotek i obgadywań na kogoś kogo niedawno nazywali przyjaciółmi. Oszukują i okradają się nawzajem, potem biją, walczą, wyzywają żeby za dwa tygodnie palić ze sobą trawę. W sumie jaranie trawy i ogólnie ćpanie też jest tutaj na porządku dziennym dla naszej dzielnej Polonii. To wszystko sprawiło że izolowałem się od ludzi – jak ktoś był subtelny, był uważany za słabą ciotę, więc nie pokazywałem subtelności i nie dołączałem do "ciot" bo naprawdę nie potrzeba mi było szykan ze strony własnych rodaków – jedynych znajomości jakie miałem.

Tak więc wkręciłem się w dość złe towarzystwo, choć i tak odizolowałem się od tych najgorszych przypadków; około trzy lata temu przeżywałem stan pierwszej poważnej depresji i melancholii, tęskniłem za krajem i nie było dnia, godziny, gdy nie myślałem "co by było gdybym został w kraju?". Tęskniłem za znajomymi choć oni mieli mnie w dupie. Podkochiwałem się w koleżance z podstawówki – dziś ona nie pamięta mojego imienia. Potrafi pójść do łóżka z dwoma różnymi chłopakami na jednej imprezie.
Ja za to pamiętam jak pewnego razu przyjechałem do Polski na dwa tygodnie i spotkałem się z nią w domu jej koleżanki. Bawiliśmy się, tańczyliśmy. Leżeliśmy na podłodze, ona na mnie, patrzyliśmy na siebie. Uśmiechnięci. Byłem wtedy szczęśliwy, że w tym jednym momencie wiem że jestem we właściwym miejscu z właściwą osobą. Pamiętam tę chwilę do dziś, jest to dla mnie jeden z niewielu wesołych momentów które wspominam. To dziwne, jak taka jedna żałosna chwila może wiele znaczyć dla mnie, a dla tej drugiej osoby nic. Ona nie skojarzyłaby tej sceny. Ziemia dryfuje naprzód, życie toczy się dalej – a ja? Wciąż w tym samym miejscu.

Byłem załamany tym, że zostałem zapomniany. Widziałem pełno zdjęć moich rówieśników, dawnych znajomych – tu na wycieczce, tu razem, weseli, uśmiechnięci. Widziałem że są związani ze sobą, szanują się, nie oszukują za plecami a przynajmniej nie w takim stopniu jak moje własne, realne, szare otoczenie.
Uciekłem się do marihuany. Na początku może i czułem przyjemny haj i rozluźnienie, z czasem jednak moja psychika przestawała tolerować to co robię. Raz oślepłem na minutę po tym jak zapaliłem, po czym miałem ogromną psychodeliczną jazdę – pamiętam jak zataczałem się w drodze do domu, odprowadzał mnie znajomy (mój sąsiad, nie trzymam z nim kontaktu, okradł mnie i jeszcze mnie oskarżył o kradzież; mówił też innym znajomym że czeka aż znów wyjadę do Polski, mówił coś że zastanawia się czy jesteśmy ubezpieczeni bo by nas okradł ale nie chce wyjść na gnoja), sam nie dałbym rady – każdy mój krok był chórem. Chórem dźwięków, mój chód tworzył szamańską pieśń. To było piękne. Nie wiem co tam się wydarzyło.
Innym razem przepaliłem sobie mózg, straciłem kontakt z rzeczywistością – błąkałem się po domu, ale nie rozpoznawałem tego miejsca – wiedziałem gdzie jestem ale nie rozumiałem znaczenia danych przedmiotów, lokacji. Wydawało mi się że ludzie są sztuczni, zrobieni z kartonu – mógłbym ich przebić i wyszłoby z nich powietrze, nie krew. Sam zastanawiałem się czy jestem sobą. Może ukradłem komuś ciało? Może jestem pasożytem w czyimś umyśle? Wszystko widziałem z perspektywy widza – jakby moje oczy były ekranami a ja patrzyłem na to od środka, od mózgu.
To było moje pierwsze spotkanie z depresonalizacją i derealizacją. Cierpiałem ich regularne lecz losowe wizyty przez dwa lata, teraz wcale nie jest lepiej ale po prostu nauczyłem się to ignorować. Nadal mam czasem wrażenie że żyję we śnie, że może to jakaś symulacja, a ja jestem pikselem na ekranie i w każdej chwili jakaś wyższa istota może wyłączyć prąd i cały ten świat przestanie istnieć.
Prawdę mówiąc, to co widzę nie wydaje mi się realne. Nie wiem jakim cudem żyję z takim przekonaniem, ale tak się czuję i mówię jak jest.

Więc tak zakończyła się moja przygoda z paleniem zioła. W międzyczasie znów byłem w Polsce i za namową jednego z niewielu starych znajomych którzy o mnie pamiętali postanowiłem odwiedzić Liceum do którego bym uczęszczał, gdybym żył dalej w rodzinnym mieście. Spędziłem tam lekcję angielskiego, było ok, byłem tam takim 'okazem' bo przecież mieszkam w Anglii i znam angielski bardzo dobrze. Nie pomogło mi to. Dalej żałowałem że wyjechałem, że nie mogłem prowadzić życia jakie myślałem że będę prowadził za młodego. Żałowałem, że straciłem to.
Wtedy to poznałem pewną dziewczynę. W sumie nie wyróżniała się jakoś od innych, była ładna ale nie uważałem ją za atrakcyjną wtedy – nie wiem czy dobrze to wytłumaczyłem.
W każdym razie, zaczepiłem ją kiedyś na facebooku, zagadałem – bez żadnego celu, ot tak. Jakoś ta jedna rozmowa 'dla śmiechu' zamieniła się w trzy lata znajomości podczas której wymieniliśmy się wszystkimi swoimi problemami, strachami, ideami, poglądami i sytuacjami które nam zaszły w pamięć. Byłem zaskoczony że znalazłem kogoś z kim tak dobrze się rozumiałem, z kim rozmawiałem jak człowiek, że nie było rozmowy o tym z kim się dziś kto nachleje i kto kogo znów okradł.
Ale to też minęło, w moje osiemnaste urodziny wymieniliśmy parę gorzkich słów ze sobą. Minęło od tego czasu parę miesięcy i znów piszemy, ale to nie to samo. Zresztą, to nic mi nie da. Kilka razy od poznania jej byłem w Polsce i nalegałem by się spotkać, porozmawiać twarzą w twarz – przecież to normalne. Chciałem poznać kogoś kogo mógłbym naprawdę nazwać przyjacielem, a wirtualnie tak się po prostu nie da. Udało nam się. Dwa razy. Na parę minut. Nie tego szukałem.
Teraz nie mogę przestać o niej myśleć, nie wiem co to takiego ale nigdy się tak nie czułem. Czuję się bardzo przywiązany do jej problemów, do jej myślenia, do jej życia którego nie byłem nigdy częścią tak naprawdę. Ona ma teraz maturę, studniówkę, ma chłopaka, przyjaciół, auto, dobre oceny – jest w końcu szczęśliwa. A ja? Co ja mam?

Kodeinę. Ten gwóźdź do trumny wbiłem sobie sam, choć nadal uważam że to była jedna z najlepszych decyzji jakie podjąłem od dawna. Kupowałem tabletki w aptece, ekstrahowałem kodeinę z paracetamolu i piłem. To trwa od ponad pół roku. Dzięki ćpaniu czuję się dobrze – nie liczą się dla mnie problemy, one nie istnieją. Nie czuję strachu przed ludźmi – że mnie zranią, oszukają. Nie czuję lęku przed jutrem – że coś złego znów się zdarzy albo znów zacznę wypominać przeszłość albo bać się o przyszłość. Czułem się kochany przez substancję i ja kocham ją. Opioidowa faza dawała mi chwilę rozluźnienia, i brałem to, więcej i więcej, aż do czasu. Dziś odebrałem syrop z czystą kodeiną który mam zamiar wypić. Nie brałem tego od dwóch tygodni i tęsknię, niemal cierpię, bo chcę znów czuć się lepiej, dzięki lekowi.

Moi rodzice niedawno odkryli ten nawyk i postanowili że muszą ze mną walczyć. Dostałem jakieś bezsensowne ograniczenia typu internet do 22, muszę się umyć przed godziną 23:30, muszę zjeść kolację
do 22. Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia co to ma wspólnego z czymkolwiek, trochę przykro bo jak mówię innym że mam tak i tak to wybuchają śmiechem. Wiele razy słyszę że daję się rządzić rodzicom za bardzo – głównie dlatego że zawsze każdy kogo znałem miał wszystko co chciał, miał pobłażane, był szczęśliwy ze swoją rodziną i nie było między nimi zwady. A moi rodzice? Oni uważają mnie za złego syna. Przez pięć lat opierałem się, walczyłem by nie zostać kryminalistą, oszustem, ćpunem (to mi się nie udało, fakt, ale zrobiłem to dla siebie, dla szczęścia, i zrobiłbym to jeszcze raz bez wahania). Uczyłem się w miarę dobrze – jestem w collegu, robię trzeci rok, bezcelowo, za namową rodziców lub raczej ich przykazaniem – zazwyczaj kursy w collegu trwają dwa lata po czym leci się do uniwersytetu ale nie złożyłem podania na początku tego roku – rozłożyła mnie depresja i podejrzewałem że nie zdam końcowych egzaminów; zdałem je, więc chciałem dać sobie rok przerwy podczas którego pójdę do pracy. Rodzice odmówili mimo tego że jestem pełnoletni i powinienem mieć prawo wyboru. Moi znajomi znaleźli sobie robotę, zarabiają po tysiąc funtów miesięcznie + żyją z rodzicami którzy i tak ich utrzymują. Wyobrażacie sobie zarabiać 5 tysięcy złotych w wieku 18 lat i na dodatek nie musząc opłacać czynszu, rachunków, jedzenia? Tak, też bym tak chciał. Każdy by tak chciał. I tak oto nauczyłem się zazdrościć innym, samemu widząc w sobie porażkę i niższość. Teraz stronię od ludzi bo nie rozumieją tego w jakiej jestem sytuacji.

Moi rodzice nie pomagają mi w tym wszystkim, zresztą nie wiedzą nic o mojej sytuacji, mało komu mówię jak jest a i tak zazwyczaj tylko częściowe, szczątkowe informacje – to co tu piszę to większość tego co leży mi na sercu.
Jeśli chodzi o rodzinę, podam przykład ze Świąt zeszłego roku, gdy usłyszałem od ojca "Goń marzenia!" w Wigilię. Potem zadeklarowałem że chcę jechać do Polski – chciałem uciec na jakiś czas od zagranicznej rutyny, spotkać może tamtą dziewczynę, pocieszyć się życiem przez chwilę bo gdy jestem tu to nawet nie czuję że żyję. Ludzie widzą że jestem smutny, mówią mi to. Odpowiadam, że jest ok.
Zabijając dygresję: Mój tato skwitował mą prośbę krótkim "nie żartuj sobie". Nie prosilem o nic więcej niż o pomoc w organizacji wyjazdu, bo w Polsce dziadkowie zadeklarowali się że mnie odbiorą i zajmą się mną. Za samolot zapłaciłbym z własnej kieszeni bo miałem oszczędzone co nieco. Parę razy poruszałem jeszcze tę kwestię ale kończyło się ignorowaniem, więc przestałem.
Kilka tygodni później ojciec wrócił do tego tematu i chciał łaskawie porozmawiać o tym wyjeździe. Wściekł się kiedy powiedziałem że już nie jestem zainteresowany, mówił że tak łatwo się poddaję a ja po prostu miałem dość jego łaski, mógł powiedzieć "tak" miesiąc wcześniej i wszystko byłoby z głowy. Zwyzywał mnie wtedy na ulicy, powiedział że nie robię nic prócz "siedzenia przy komputerze i słuchania muzyki, jakby nic mi nie zostało" – pominąłem tu parę przekleństw. Odpoweidziałem że faktycznie "nic mi nie zostało". Nie mam przecież znajomych, nikt nie dzwoni, nikt nie odwiedza. Jestem samotny. Nigdy nie miałem dziewczyny a jedyna na której by mi zależało mieszka w Polsce i nie zależy jej na mnie. Jest pełno innych, racja, ale nie interesują mnie one i tak.
Powiedział mi wtedy: "to idź się powieś, poj*bie". Tak oto wyczerpałem zasób łaski ojca.

Od dobrych paru lat dużo myśli poświęcam śmierci i tego co jest po niej. Kiedyś wierzyłem w jakiegoś boga, ale przestałem, nie pojmuję tego konceptu i nie zgadzam się z nim całkowicie. Moi rodzice natomiast są gorliwymi katolikami, i mimo że w tym roku zebrałem się na odwagę by im powiedzieć, że jestem agnostykiem, że nie wierzę, że mam z tym problem (tak było wtedy, teraz już nie jestem nawet i tym) – moi rodzice to zignorowali. Ojciec zaczął się wypytywać czy wiem co to znaczy i kto mnie do tego namówił, skąd w ogóle znalazłem taką definicję – czułem się jakbym powiedział mu że jestem satanistą...
Usłyszałem że swoim postępowaniem niszczę naszą rodzinę. Od tamtego czasu wymuszają na mnie takie drobne rzeczy typu "nie usłyszałem od ciebie 'Zostańcie z Bogiem' czy 'Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus', czemu tego nie robisz?". Tłumaczenia że nie wierzę i nie chcę nic nie dają. Oczywiście dalej chodzę do kościoła co tydzień, w święta. Nie modlę się ale czasem pytają się mnie czy to robię. Czasem kłamię, że tak, modlę się. Chcę mieć spokój. Nie wiem co by się ze mną stało gdybym skonfrontował moich rodziców na temat wiary, gdybym odmówił iść do kościoła – ostatnio zresztą odmówiłem zmówienia różańca co skończyło się rozgniewaniem ojca – wywarczał że nie wie jak do mnie ma dotrzeć i chyba musi zrobić to pięścią, chwycił mnie za gardło i rzucił na drzwi, grożąc że mnie pobije i wyrzuci z domu. Wtedy coś we mnie pękło i powiedziałem im że przez nich będę musiał iść na terapię, popłakałem się, czułem żal, wstyd, smutek, że jestem według nich zły, że nie chcą mnie takiego jakim jestem mimo tego że jestem i tak zniszczony psychicznie, że nie ma nikogo – nawet ich, do wsparcia.

Ich nastawienie zmieniło się w sekundę, nagle zaczęli udawać że o mnie dbają i chcą dowiedzieć się co jest nie tak. Nie powiedziałem im. Nie umiałem tego z siebie wyrzucić, że jestem samotny, że nie jestem dla nikogo ważny, znaczący. Że emigracja zburzyła mój porządek, że nie czuję się żywy. Mama zadzwoniła tego wieczoru po księdza, równy gość, porozmawiałem z nim sam na sam przez dwie godziny, powiedziałem mu trochę o mojej sytuacji. Zrozumiał mnie. Był w przyjacielskich stosunkach z moimi rodzicami ale powiedział że rozumie moją sytuację i podziwia mnie. Że zdziwił się że mu powiedziałem to wszystko, że widział we mnie takiego kogoś kto nic nie ma do powiedzenia, że jak przychodzi do nas to widzi jak zamykam sie w pokoju, nie rozmawiam z nikim. (To prawda, większość czasu w domu siedzę sam zamknięty w pokoju, przed komputerem, choć nawet w internecie przecież nie ma co robić. Uciekam do pokoju bo to moja bańka, czuję się bezpieczny, nie ma tu ludzi i nie muszę z nikim rozmawiać – a nie chcę tego robić.)
Od tego czasu ksiądz nie przychodzi już do nas. Dowiedział się o tym co się stało tego wieczoru i powiedział mojemu ojcu że jeśli sie nie zmieni to on nie ma zamiaru się z nami zadawać, a mi powiedział że mogę zawsze do niego przyjść i porozmawiać o problemach. I że mam porozmawiać z rodzicami, że oni muszą wiedzieć. Ale nie umiem porozmawiać. Z nim, z nimi, ze znajomymi, z nikim. Dziwię się sobie samemu że piszę to tutaj, być może dlatego że mam świadomość że nikt tutaj nie zmieni radykalnie mojego życia, że nie może mi pomóc od tak. No i nikt mnie nie zna.

Słyszę od rodziców "gdzie popełniliśmy błąd?". Nie wiem. Czuję, że to moja wina. Czuję się czarnym charakterem we własnym życiu. Ogólnie nie jestem nielubiany, ludzie uważają mnie za fajną osobę, często otrzymuję komplementy, słyszę że jestem zdolny i inteligentny, czasem jestem podziwiany – ale nie chcę tego. Nie chcę być ubóstwiany przez nikogo, nie zależy mi nawet na sympatii. Chcę być już sam, ale tak żeby to nie przeszkadzało innym. Tak naprawdę to od lat tak jakby przyglądałem się wszystkim z boku, i robię to nadal. Czuję się omijany przez społeczność, przez świat, ale już mi z tym dobrze. Nie wydaje mi się bym tam pasował.

Ostatnim razem gdy byłem w Polsce zaprosiła mnie do siebie ciocia, siostra mojej mamy. Gdy mieszkałem w Polsce nie mieliśmy ze sobą jakiegoś bliższego kontaktu ale od kiedy zaczęła się moja depresja to często gdy byłem w Polsce to zapraszała mnie do siebie. Gdy teraz ją odwiedziłem powiedziała mi, że żałuje. Że jest jej przykro i że mnie przeprasza za to że namawiała moją mamę by wyjechała z kraju. Że widzi że jestem nieszczęśliwy i czuje że to też jej wina. Myślałem, że pęknie mi wtedy serce. Miałem już multum takich konwersacji z rodziną, że widzą że nie jestem szczęśliwy i dlaczego, ale zawsze zwalałem to na błahostki.

Trochę to wszystko chaotyczne oraz przerażająco długie, nie wiem komu się będzie to chciało czytać. Ale chciałem to wylać z siebie.

Podsumowując: jestem sam, od pięciu lat. Poznałem towarzystwo do którego nie chcę należeć. Uciekałem się do ćpania, poznałem kogoś na kim mi zależy aż do teraz, lecz ja nie będę dla niej już wiele znaczył, a przez to że mieszkam zagranicą i tak żadna relacja nie ma sensu. Nie idzie mi życie rodzinne, nie czuję więzi z rodzicami a oni mają do mnie żal. Nie chcę tak żyć, nie wiem ile czasu mi zostało, boję się przyszłości bo nie umiem sobie wyobrazić jak mam żyć dalej, sam czy nadal z rodziną. Z dnia na dzień jest coraz gorzej, czuję się coraz gorzej, coraz smutniej a czasem nie czuję nic tylko pustkę. Boję się śmierci ale mam myśli samobójcze. Może niedługo przeistoczą się w czyn Odnoszę wrażenie, że każdemu będzie lepiej jeśli odejdę, a jeśli ktoś się załamie przez to – tym lepiej, niech wiedzą jak ja się czułem.

Chciałem dodać jeszcze jedno doświadczenie – ogólnie boję się śmierci jako procesu i jako faktu, nie wiem jak to wygląda i co jest potem i przeraża mnie to. Pewnej nocy obudziłem się w stanie takiego dziwnego paraliżu umysłowego – jakby moją głową zawładnął ktoś inny kazał mi myśleć tylko o śmierci, o tym że umrę, że każdy umrze, że nie wiem czym jest realność. Pamiętam ten ból psychiczny. Było ciemno i strasznie, wstałem z łóżka i jęczałem w tym okropnym uczuciu, czułem się jak w piekle, jeśli to trwałoby kilka sekund dłużej to rzuciłbym się ze schodów, zrobiłbym sobie krzywdę, żeby tylko to już się skończyło. Nie wiem co to było. Nie wiem czy to ma znaczenie, czy warto o tym tu pisać, ale chciałem się tym podzielić.

Na koniec, chciałbym powiedzieć że nie szukam pomocy. Chciałbym rozwiązać swoją sytuację samemu, w jakikolwiek sposób – tragiczny lub nie. Ale pytam: czy moja sytuacja wygląda źle? Czy wydaje mi się tylko, że mam jakieś problemy, a może wina leży we mnie i tak naprawdę nie ma żadnej tragedii, wyolbrzymiam to sobie? Bo nie wiem już sam co sie dzieję ze mną. Nie wiem jak to wygląda naprawdę, gdy myślę o tych latach i wydarzeniach, mam mętlik w głowie. Czuję się pusty, bezradny. Boję się tego co będzie jak będę musiał żyć sam – nie umiem być samodzielny. Boję się żyć. Czasem myślę i nie wiem już nawet po co żyć. Często myślę że może pewnego razu zaćpam się na śmierć i umrę w ciepłym opioidowym szczęściu. Podoba mi się takie rozwiązanie.

Wracając do tytułu: Co oznacza to wszystko? Co będzie dalej?

Jeśli to przeczytałeś/aś, dziękuję ci. Proszę, zdaj swoją opinię, skomentuj to – będę wiedział że nie jestem tu na marne.
Znowu dziś chciałem odmienić świat
Ale z tego i tak nie wyszło nic
Smutna twarz, czy to już jestem ja
Czy to ten kogo ty tylko znasz
Ja i tak przecież nie zmienię się
Choćbym nie wiem naprawdę jak chciał
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
14 gru 2014, 23:59
Lokalizacja
Gdzieśtam.

Co będzie dalej?

Avatar użytkownika
przez tahela 17 gru 2014, 04:48
sucha kostucha ta mis wikidałjo wyłaczy nam prąd w caiągu dnia, nie jstes pierwszy, który miał ten pomysł z pradem Aga była pierwsza,jak nie masz telntu
przynajmniej nie biadol bo od biadolenia ci talentu nie przybedzie

-- 17 gru 2014, 03:49 --

jak sie czujesz pusty to jesteś pusty, pomyśl jak zmienisz siebie bo swiata nie zmienisz
Kto utraci raz będzie zawsze czekać
Zatrzymujesz czas i zaglądasz w przepaść
Zostaje smutek i tylko smutek
Ostry jak nagły serca głód
Wiatr co zwala z nóg
Smutek i ty
Avatar użytkownika
Offline
Posty
10995
Dołączył(a)
09 sty 2011, 23:22

Co będzie dalej?

przez lojantka 17 gru 2014, 06:26
tahela, nie czytam, co napisał, bo po Twojej 'odpowiedzi' boję się nawet domyślać czego dotyczą jego problemy :D
lojantka
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Co będzie dalej?

Avatar użytkownika
przez rikuhod 19 gru 2014, 18:02
Pareidolia,
wiesz nie miej do siebie takiego żalu, każdy potrzebuje znajomych nie zawsze wiemy na jakich wpadamy. Najważniejsze to właśnie szukać znajomych bo człowiek potrzebuje towarzystwa, jest zwierzęciem stadnym towarzystwo jest potrzebne. Tylko jak ci mówiłem nie mamy zbytniego wpływu na to na kogo wpadniemy, kiedy dowiadujemy się o skłonnościach znajomych dopiero jak jest za puźno : (

To samo z marihuaną dziś co trzecia osoba ją pali i jaki stres przytłacza to normalne że do czegoś musimy uciec bo umysł by się stresem przeciążył. Umysł zawsze szuka odskoczni kiedy jest przeciążony bo to jest jak instynkt przetrwawczy.

Musisz mieć większe zrozumienie dla siebie
pamiętaj nasz charakter tworzy się przez doświadczenia, na które z góry nie mamy wpływu. Nawet jak robimy niektóre rzeczy świadomie, to decyzja ta jest spowodowana tym że nasz dotychczasowy charakter uformował się przez przypadkowe gorsze doświadczenia. Najważniejsze to umieć mieć zrozumienie do siebie i zrozumieć że masz prawo czuć żal.

To że teraz dręczą cię myśli, tak naprawdę dlatego bo nie masz do siebie zrozumienia. Wypierasz te myśli, chcesz je od siebie wyrzucić. Jeśli podejdziesz inaczej że masz prawo się czuć przygnębiony, zaczniesz mieć zrozumienie do siebie wtedy odejdą.

Jest taka zasada że im bardziej z czyms walczysz to silniej wraca. Jak będziesz miał dla tego zrozumienie to odejdzie.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
441
Dołączył(a)
24 gru 2012, 00:25

Co będzie dalej?

przez Pareidolia 22 sty 2015, 22:26
tahela napisał(a):sucha kostucha ta mis wikidałjo wyłaczy nam prąd w caiągu dnia, nie jstes pierwszy, który miał ten pomysł z pradem Aga była pierwsza,jak nie masz telntu
przynajmniej nie biadol bo od biadolenia ci talentu nie przybedzie

-- 17 gru 2014, 03:49 --

jak sie czujesz pusty to jesteś pusty, pomyśl jak zmienisz siebie bo swiata nie zmienisz


Mało mnie obchodzi kto był pierwszy z tym pomysłem, to po prostu myśl która mi chodziła po głowie jakiś czas temu. Nie rozumiem jak ta odpowiedź wnosi cokolwiek do tematu, niczego ona nie poprawia a wręcz przeciwnie. Przynajmniej ostatnie zdanie ma sens, dziękuję choć za to.

lojantka napisał(a):tahela, nie czytam, co napisał, bo po Twojej 'odpowiedzi' boję się nawet domyślać czego dotyczą jego problemy :D

Trochę mi szkoda, ale przynajmniej nie marnowałeś swojego czasu.


rikuhod napisał(a):Pareidolia,
wiesz nie miej do siebie takiego żalu, każdy potrzebuje znajomych nie zawsze wiemy na jakich wpadamy. Najważniejsze to właśnie szukać znajomych bo człowiek potrzebuje towarzystwa, jest zwierzęciem stadnym towarzystwo jest potrzebne. Tylko jak ci mówiłem nie mamy zbytniego wpływu na to na kogo wpadniemy, kiedy dowiadujemy się o skłonnościach znajomych dopiero jak jest za puźno : (

To samo z marihuaną dziś co trzecia osoba ją pali i jaki stres przytłacza to normalne że do czegoś musimy uciec bo umysł by się stresem przeciążył. Umysł zawsze szuka odskoczni kiedy jest przeciążony bo to jest jak instynkt przetrwawczy.

Musisz mieć większe zrozumienie dla siebie
pamiętaj nasz charakter tworzy się przez doświadczenia, na które z góry nie mamy wpływu. Nawet jak robimy niektóre rzeczy świadomie, to decyzja ta jest spowodowana tym że nasz dotychczasowy charakter uformował się przez przypadkowe gorsze doświadczenia. Najważniejsze to umieć mieć zrozumienie do siebie i zrozumieć że masz prawo czuć żal.

To że teraz dręczą cię myśli, tak naprawdę dlatego bo nie masz do siebie zrozumienia. Wypierasz te myśli, chcesz je od siebie wyrzucić. Jeśli podejdziesz inaczej że masz prawo się czuć przygnębiony, zaczniesz mieć zrozumienie do siebie wtedy odejdą.

Jest taka zasada że im bardziej z czyms walczysz to silniej wraca. Jak będziesz miał dla tego zrozumienie to odejdzie.


Dziękuję. Uważam się za dość złą osobę, i dzisiejsza rozmowa z moją rodziną tylko mnie utwierdziła w tym przekonaniu, moi rodzice się niecierpliwią i mówią że boli ich to, smuci, że jesteśmy dla siebie obcy. Że każdy wokoło widzi że mam problem a ja im o nim nie powiem, że w ogóle się nie odzywam. Powiedziałem że nie umiem się wyrazić, że coś mnie blokuje, ale to nie wystarczyło.

Co do towarzystwa to jestem nim zawiedziony, nie znalazłem póki co ani jednej osoby na której mógłbym polegać. Kiedyś było mi wszystko jedno, ale trochę mnie to boli teraz.
Znowu dziś chciałem odmienić świat
Ale z tego i tak nie wyszło nic
Smutna twarz, czy to już jestem ja
Czy to ten kogo ty tylko znasz
Ja i tak przecież nie zmienię się
Choćbym nie wiem naprawdę jak chciał
Offline
Posty
4
Dołączył(a)
14 gru 2014, 23:59
Lokalizacja
Gdzieśtam.

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 14 gości

Przeskocz do