Studia - Nie mogę już dłużej udawać....

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Studia - Nie mogę już dłużej udawać....

Avatar użytkownika
przez Raito 28 lis 2014, 19:23
Witam.
Pomijam już mój beznadziejny stan, który utrzymuje się od wielu wielu lat. Właściwie i tak nie chce mi się żyć, z tym, że boję się przestać.
Rzecz, którą chciałem opisać, zaczęła się kilka lat temu, gdy po LO podjąłem decyzję, że pójdę na studia.
Wybrałem pewien kierunek humanistyczny, może nie taki najgorszy, ale też uznawany za nieprzyszłościowy. Postawiłem na taki, a nie inny, gdyż uznałem, że jeśli mam już iść na studia, to jest to jedyny kierunek, który mogę studiować i na którym czułbym się dobrze.
Nie miałem wielkich ambicji, a i nigdy nie byłem też całością wielce zainteresowany.
Jako, że nie wywodzę się ze zbyt zamożnej rodziny (jestem jedyną osobą, która doszła do studiów), miałem jeden plan: poświęcę cały czas na naukę, tak aby mieć stypendium naukowe, które wraz z socjalnym da mi ładną sumkę, a jako, że żyję oszczędnie, to przez okres studiów zaoszczędzę ładną sumkę.
Szybko okazało się, że na roku 90% ludzi, to ludzie bierni, którzy przyszli na ten kierunek bez względu na choćby odrobinę elementu zainteresowania, ot tak, byleby postudiować i przechodzić kilka lat.
Jako że zawsze byłem osobą, która nigdy niczego sobie nie olewała i cokolwiek bym robił, zawsze starałem się robić to najlepiej jak potrafię, szybko zacząłem zdobywać wysoką pozycję na roku. Robiłem to co do mnie należało: przygotowywałem się na zajęcia, uczyłem się na kolokwia, zdobywałem dobre oceny. Z czasem zostałem dostrzeżony przez wykładowców jako ten, który bardzo odróżnia się od tego szarego tłumu.
Mijały miesiące, a ja piąłem się po szczeblach uczelnianego "fejmu". Minął rok pierwszy, udało mi się zdobyć bardzo dobre oceny, co zapewniło mi stypendium naukowe.

Przez kolejne lata znacząco przyspieszyłem. Warto było się starać. Nadal robiłem to co do mnie należało. Zdobyłem ogromne uznanie wśród wykładowców, którzy często wprost mówili mi, że od wielu lat nie trafił im się taki student. Zacząłem pisać bardzo dobre prace zaliczeniowe, potem artykuły do publikacji. Na swoim kierunku - chcąc nie chcąc - jestem kimś.
W szkole nigdy się nie wyróżniałem, zawsze byłem zwykłym uczniem bez problemów z nauką, ale też bez rewelacji i czerwonych pasków. Dopiero na studiach zostałem dostrzeżony, zauważony i stałem się kimś.
Niektórzy pracownicy uczelni sugerują mi i sugerowali by rozważyć otwarcie kiedyś przewodu doktorskiego i staranie się o miejsce na uczelni.
Rodzice się podjarali zarówno tą kwestią, jak i moim statusem na uczelni. Robią sobie w związku z tym ogromne nadzieje, mimo że tłumacze im, że po tym kierunku zwyczajnie nie ma pracy, albo jest bardzo trudno osiągalna. Oni jednak stale utrzymują, bym dalej utrzymywał dobre stosunki z uczelnią i to mnie wyprowadzi. Owszem, jest to jakaś droga, może nawet słuszna, ale......
Ale ja nie potrafię już dłużej udawać. Wszyscy uznają mnie za ogromnego pasjonata tego kierunku i osobę wszechstronnie ogarniętą. W środowisku koleżeńskim nazywają mnie "profesorem" i utrzymują, że to jest pewne, że w przyszłości nim zostanę, więc co to za różnica.
Pracownicy uczelni również uważają mnie za objawienie ostatnich lat na tym kierunku i osobę fanatycznie oddaną swojej pracy. Problem w tym, że ja nigdy nie byłem tym zainteresowany. Po prostu zawsze robiłem to co do mnie należy i nigdy nic sobie nie olewałem, bo po prostu taki już jestem. Do czego bym się nie zabrał, zawsze robię to na 100%.
Teraz jestem na rozdrożu, a za razem na progu zdobycia jednego z dwóch tytułów na studiach.
Doktorzy i profesorzy biorą mnie do redakcji czasopism i wcielają do kolejnych kół naukowych, by pisać, pisać, wygłaszać, występować na konferencjach i publikować. Do wszystkiego zabieram się z ogromną niechęcią, wręcz obrzydzeniem i maksymalnie opóźniam moment zabrania się za to, bo po prostu się boję. A gdy już się wezmę....robię to doskonale.
Problem w tym, że mi ta praca nie sprawa żadnej przyjemności! Ja to przyjmuję jako obowiązek i coś co muszę zrobić, bo to do mnie należy. Nie potrafię się temu poświęcić, to nie jest moja pasja, a rzecz od której robię sobie przerwy z ogromną ulgą. Niestety wszyscy myślą inaczej. Wiem, że wszystko wychodzi mi bardzo dobrze, ale to dla mnie męczarnia! Każdy napisany tekst wycieńcza mnie ze wszech stron. Nie mam siły już zabiegać o to by być najlepszym. Ciągle dążę do tego by stymulować swoje bycie dobrym, by nie popsuć sobie opinii nawet odrobinę.

Nie mam pojęcia co mam począć. Mam świadomość, że prawdopodobnie ta droga mogłaby mnie zaprowadzić wysoko, ale ja nie chcę nią podążać. Z drugiej strony osiągnąłem już wiele, ale udając zainteresowanego i zaangażowanego, więc czy warto to porzucić i poprzestać. Mam też świadomość, że mogą być to jedynie mrzonki i właściwie nic nie jest pewne.

Eh...... i co z tego, że mam uczelniany fejm, stypendia, kasę, skoro (w dużej mierze mimowolne) dążenie do tego mnie wyniszczyło i jeszcze bardziej pogłębiło mój i tak już od wielu lat beznadziejny stan.

Nie mam się nawet kogo poradzić co począć dalej. Nie chcę dalej studiować, ale wiem, że wybierając taką drogę, zawiodę masę osób.
Nigdy nie byłem podległy rodzicom, ale nie ma sensu ich się radzić, bo oni twardo obstają przy swoim, by dalej studiować bo to już tak jakby moja praca.

Co robić?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
36
Dołączył(a)
13 mar 2012, 19:10

Studia - Nie mogę już dłużej udawać....

Avatar użytkownika
przez ekspert_abcZdrowie 28 lis 2014, 23:31
Witaj Raito!

Każda praca, czy to praca umysłowa na uczelni, czy praca w szkole z dziećmi, czy jakaś praca fizyczna, jakakolwiek, jest męcząca, wymaga wysiłku, zaangażowania. Nawet, jeśli robimy coś, co lubimy, co jest naszą pasją, z czasem może stać się "przykrym obowiązkiem", od którego chce się uciec. Ja miewam podobne momenty i myślę, że wiele osób pracujących w swoich profesjach także - miewam gorsze chwile, kiedy myślę, że mam dosyć swojej pracy, że jest nieefektywna, mimo że się staram. Tego typu myśli pojawiają się, mimo że bardzo lubię swoją pracę. Myślę, że u Ciebie może być podobnie - czujesz się przemęczony, stąd zniechęcenie etc. Zauważ jednak, że jesteś dobry w tym, co robisz. Napisałeś, że zwlekasz do końca z jakąś pracą, napisaniem wystąpienia na konferencji, a mimo to i tak efekt jest doskonały. Może właśnie warto pójść tą drogą, skoro tyle lat już poświęciłeś tym studiom? Z drugiej strony rozumiem Twoje podejście, że nie chcesz robić czegoś, co Cię męczy, co nie jest Twoją pasją. Nie powiem Ci, co masz robić, bo to Twoje życie i wyłącznie Twoje wybory. Rób jednak to, co Ty czujesz. Nie rób niczego pod presją otoczenia - rodziców, wykładowców, innych studentów. Masz prawo do własnych wyborów, nawet jeśli nie podobają się one Twoim bliskim. Samych rozsądnych decyzji i powodzenia!
Psycholog
Posty
7574
Dołączył(a)
22 sie 2011, 15:11

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 15 gości

Przeskocz do