Pomocy

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Pomocy

przez bojkotek 18 lis 2014, 00:56
Dziękuję Wam bardzo, bardzo mocno za wszystkie odpowiedzi, okazywanie zainteresowania wątkiem, to naprawdę bardzo podnosi na duchu, świadomość, że są jeszcze na tym świecie serdeczni ludzie!

bedzielepiej napisał(a):Jak masz jeszcze legitymację studencką ważną do marca to wykorzystaj to na leczenie.
Nie chciałaś wziąć dziekanki na rok, podleczyć się i wrócić na te studia?


Dziekanki chyba nie dostałabym ot tak... zresztą na jedno by chyba wyszło ze sprawą alimentów, po prostu by mi przepadły, więc czy tak czy tak przez rok nie miałabym środków do życia.
Szczerze mówiąc... to ja nie chcę wracać na te studia, w sensie... ten kierunek. Przyznam, że zbyt pochopnie go wybrałam, poszłam na zbyt głęboką wodę (to są studia magisterskie, licencjat mam z innej dziedziny - przepaść w materiale)... Być może z nauką (teorią) dałabym sobie sama radę, jednak jeśli chodzi o zajęcia praktyczne polegały one dotąd na: "Robiliście już to-to-i-to? Tak? No to róbcie." A uwierzcie, jeszcze tak mało pomocnych ludzi w jednym gronie, jak na tym roku, nie widziałam... A ciężko robić coś, czego się nigdy w życiu na oczy nie widziało, a nie dali nam nawet tematów z wyprzedzeniem, by się jakoś przygotować...
Jedyne czego pragnęłam co dzień to uciec stamtąd, jak najszybciej i jak najdalej..
No i uciekłam.
Ostatecznym bodźcem do tego była prezentacja, na którą się nie zjawiłam, spękałam po prostu. W tym momencie nawet jakbym chciała to nie miałabym już po co wracać.

Chciałabym od lutego bądź za rok zacząć coś innego... ale nie będę mogła, przynajmniej stacjonarnie. Alimenty od człowieka, który mnie spłodził na pewno mi odejdą, a mama na pewno nie pomoże w tej kwestii. Myślałam o tym, by iść na niestacjonarne... ale nie wiem czy dałabym sobie radę, finansowo i czasowo... Boję się, że nawet jakbym podjęła jakąś pracę to albo tak mało płatną, że nie wystarczyłoby mi ani na szkołę, ani na życie, albo najdrobniejszy problem w pracy spowodowałby poddanie się i kolejną ucieczkę...
Jestem kompletnie nie przystosowana do życia w społeczeństwie - bardzo łatwo mnie zranić, krytyka jest dla mnie jak nóż w serce.. nie mogę o niej zapomnieć...


kosmostrada napisał(a):bojkotek, nie wydaje mi się żebyś na tym etapie dała sobie radę z problemem sama, idź do specjalisty, myślę, że zacznij od psychiatry, nie ma w tym nic strasznego, idziesz w końcu po pomoc. Nie bój się swojej nieśmiałości, dobry specjalista wyciągnie od ciebie niezbędne informacje. Dostaniesz leki, które postawią cię na nogi i będziesz mogła zacząc walczyc o swoje życie. Pamiętasz przecież siebie sprzed choroby, warto o tą dziewczynę zawalczyc. Chwilowo jesteś na zakręcie, ale zobaczysz wrócisz jeszcze na studia i życie potoczy się dobrym torem, tylko pozwól sobie pomóc. Może znajdziesz w swoim otoczeniu kogoś, kto z tobą do lekarza pojedzie np. mama,koleżanka. Na studiach spróbuj załatwic zwolnienie ( może byc od psychiatry,nawet nie wiesz jak bardzo te problemy są powszechne, przestały już wzbudzac sensację), żebyś mogła bez problemu wrócic, gdy się lepiej poczujesz. Powodzenia!


Chciałabym iść, naprawdę, do psychoterapeuty zwłaszcza... ale nie wiem do którego... Już byłam zdecydowana na jednego, dziś mój chłopak dzwonił do niego i facet powiedział, by przedzwonił jeszcze raz po 15... później już nie odbierał... Teraz jeszcze poczytałam trochę na tym forum i parę osób przestrzegało przed nim no i... już nie wiem do kogo iść. :( No i pieniądze... jeśli wydam oszczędności na psychologa to skąd wezmę je później? Z NFZu będę czekała do momentu, jak już nic ze mnie nie będzie..
Psychiatra... boję się leków, boję się, że to mi da chwilowe ukojenie, że już nie będę mogła bez nich żyć i będę je musiała brać już zawsze... czytałam, że są leki, które nie uzależniają - jednak pewnie fizycznie, więc psychicznie nie uwolniłabym się od nich, bo zaprzestanie ich przyjmowania spowodowało by nawrót... Tak przynajmniej wiele osób pisało..
Boże, naprawdę źle się czuję...


lucy1979 napisał(a):Psychiatra będzie Ci zadawał pytania a Ty będziesz musiala tylko na nie odpowiadać. To nie tak, ze on spyta z czym pani przyszla. Na pewno dasz rade. Powiesz mu to samo co napisalas tutaj w pierwszym poscie.
I witaj na forum :D


Właśnie tak sobie wyobrażam tą wizytę. Pytanie "w czym problem" zwaliłoby mnie z nóg.. No bo co mam powiedzieć, od czego zacząć.. Gdy piszę mogę to sobie jakoś poskładać, jestem przy tym sama, czas mnie nie nagli, oczekujące spojrzenie także...
Echhh



No to się rozpisałam... będę w szoku jak ktoś dobrnie do końca.
Chciałabym choć jeden pełen dzień poczuć się cudownie.
Offline
Posty
41
Dołączył(a)
03 lis 2014, 17:08

Pomocy

przez mlody92 18 lis 2014, 01:17
Hej kochana, sam przed chwilą napisałem swój pierwszy post i jestem zaskoczony, że mimo że w ogóle się nie znamy, piszesz jakbyś pisała o moich uczuciach.

"Chciałabym choć jeden pełen dzień poczuć się cudownie." - ja też, wspaniale byłoby poczuć się tak radośnie jak kiedyś, ale skoro innym się udaje, to dlaczego nie nam? I podobnie jak Ty, też okropnie mierzi mnie na myśl o lekach ale wraz z czytaniem postów innych użytkowników nabieram przekonania, że może to jednak nie takie złe.

A powiedz proszę: jakieś szczególne wydarzenie wywołało u Ciebie tą niechęć do wszystkiego? Był jakiś przełomowy moment, który wszystko zmienił?
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
18 lis 2014, 00:10

Pomocy

przez bojkotek 18 lis 2014, 02:57
mlody92 napisał(a): I podobnie jak Ty, też okropnie mierzi mnie na myśl o lekach ale wraz z czytaniem postów innych użytkowników nabieram przekonania, że może to jednak nie takie złe.


Też się przekonuję, gdy czytam pozytywne o nich komentarze... Ale z kolei kiedy natknę się na mocno negatywny to prawdę mówiąc te zalety wyglądają na mało przekonywujące... Niedawno na przykład przeczytałam o tym, że po którymś z leków ktoś miał dziury w pamięci, zapominał o tym, po co gdzieś poszedł... i to nie tylko w trakcie przyjmowania leków, ale także po zaprzestaniu terapii.
Inni piszą także, że w trakcie leczenia farmakologicznego czuli się przewspaniale (albo mieli po prostu, krótko mówiąc, wszystko w D), a po odstawieniu leków wszystko wracało, ze zdwojoną siłą...
Tego się boję, to mnie powstrzymuje...
Moja mama, gdy brała Xanax miała bardzo silne bóle mięśni, mówiła, że nie dość, że nie pomagał jej psychicznie to dodatkowo fizycznie czuła się podle... Odstawiła.

mlody92 napisał(a):A powiedz proszę: jakieś szczególne wydarzenie wywołało u Ciebie tą niechęć do wszystkiego? Był jakiś przełomowy moment, który wszystko zmienił?


Wiesz, sama non stop się nad tym zastanawiam i szukam odpowiedzi w pamięci...
Wiem, że zawsze miałam napady melancholii, ale to chyba normalne, gdy się ma zły dzień... W gimnazjum zaczęło to jednak przyjmować głębszą formę, potrafiłam siedzieć przy oknie godzinami i rozmyślać, ale to też - czasami, tłumaczyłam to sobie, że taki myśliciel ze mnie. ;)
W tym okresie jednak zaczęły się moje problemy z wypowiadaniem na forum klasy, normalny stres jaki powinien temu towarzyszyć stawał się strachem, bynajmniej nie motywującym. W szkole podstawowej lubiłam być w centrum zainteresowania, lgnęłam do głośnego czytania czy przedstawień... W tym okresie (gimnazjum) zaczynałam dobrze rozumieć relację pomiędzy mamą a ojcem. Nigdy im się nie układało, on ją zdradzał chyba od samego początku (i oszukał, co wyszło na jaw jak już mój brat był w drodze), nie garnął się do pracy, a ona nie umiała odejść (mimo, że pamiętam jak byliśmy mali, że pakowała nas wielokrotnie, pamiętam też, że pisała list do siostry, by się nami zaopiekowała, jeśli...). Kiedy miałam jakoś 15 lat dotarło do mnie, że nie będzie go z nami na święta, nie z powodu pracy - miał zwyczajnie "inne plany". Pamiętam, że powiedziałam mu wtedy, że chciałabym żeby na te święta został w domu... i został. Wiadomo, że nie należały do najprzyjemniejszych, no ale...
W tym okresie właśnie załapał bardzo dobrze płatną pracę i co tu dużo mówić - sodówa uderzyła (nigdy tej kasy nie miał). Rzadko bywał w domu, pracował, a w międzyczasie prowadził podwójne życie, wpadał do domu znienacka, jak gdyby nigdy nic. Raz kiedyś moja mama podwędziła jego aparat jak spał (kupił sobie aparat, a my żarliśmy mortadelę), abym pomogła jej przenieść jego zdjęcia na komputer... Nie było jednak kabla, a fotki przedstawiały jego i jego Panią w wymyślnych pozycjach, z przeróżnej perspektywy - szok, ale też niezbity dowód na rozwód z orzeczeniem jednostronnej winy. Nie udało się niestety, ale uraz i obrazy w pamięci zostały.
Pod koniec gimnazjum zniknął na zawsze, rozwód moja mama uzyskała bez jego udziału i przeżyła załamanie nerwowe. Mimo naprawdę złego stanu walczyła o alimenty na nas jak lwica. Przyznano je, jednak on pracując na czarno był z 2-3 lata poza zasięgiem. Słabo było z kasą, nie powiem, czułam się gorsza, wiadomo, każda dziewczyna, zwłaszcza dojrzewająca, chce jakoś ładnie wyglądać i mieć choćby parę złoty...
A tu jeszcze brak wsparcia od jedynego rodzica, bo sama sobie nie dawała rady, a najgorszym wspomnieniem z tego czasu była mama, która od razu po pracy kładła się na kanapie, przykrywała kocem i spała... któregoś dnia płakała i krzyczała do mnie, z drugiego pokoju, bym jej pomogła... co ja mogłam?
Wtedy zbiegło się to z młodzieńczym buntem, zaczęłam popalać, chodzić na imprezy, wagarować... nie chciałam o tym myśleć i właściwie dobrze się bawiłam.
...ale trochę chyba odbiegłam... W liceum problemy z zawieraniem znajomości, wycofywaniem się i panicznym lękiem przed byciem w centrum uwagi przybierały na mocy. Nie unikałam tego jednak, siliłam się jak mogłam, by funkcjonować dobrze w środowisku. Miałam jedną przyjaciółkę i grupkę bliższych znajomych. Po jakimś czasie pojawiło się u mnie krytyczne nastawienie do ludzi, nie potrafiłam zaakceptować ich niektórych cech, odseparowywałam się od osób, które mi nie pasowały pod jakimś względem, coraz częściej miałam stany silnego przygnębienia. Dużo wagarowałam.
Po maturze chciałam zaszaleć, stwierdziłam, że będę otwarta na ludzi jak się tylko da, w końcu są wakacje! Byłam w pracy nad morzem, tam też zamieszkałam na ten czas. Muszę powiedzieć, że świetnie mi wychodziło to udawanie i choć czułam, że robię to na przymus dawało mi to jakąś satysfakcję... Szkoda tylko, że 50% czasu byłam pod wpływem.
Tak więc wraz z końcem wakacji stan euforii minął. W tym czasie jednak zakochałam się w wzajemnością więc rok czasu naprawdę było super. Zamieszkaliśmy z chłopakiem na drugim końcu Polski na czas studiów (wybrałam tak zanim go poznałam, już sama nie wiem od czego uciekałam, czy od domu i środowiska jakie mnie otaczało czy od samej siebie) i spędziliśmy tam 3 lata.
Było raz lepiej, raz gorzej, ale miałam przy sobie kogoś bliskiego, na kogo mogłam liczyć. Pierwszy rok studiów wspominam jako częste wizyty w toalecie - permanentne sraczki (wmówiłam sobie nawet, że mam raka). Prezentacje i inne ustne zaliczenia miały dla mnie okropny wymiar, zaczynałam się bać już z miesiąc przed terminem. W trakcie czytania głos drżący, niknący w gardle, blada jak ściana, kąciki ust ciągnęły w dół, jakbym udaru co najmniej miała dostać, ścisk żołądka, jelita jeden wielki supeł. Nawet nie słyszałam jak czytam, bo bicie serca zagłuszało wszystko - miałam wrażenie, że inni słyszą je jak ja. Przez cały okres studiów miałam tylko jedną koleżankę - JEDNĄ, gdzie kiedyś byłam podobno "duszą towarzystwa". Zamiast gdzieś wychodzić, zająć się czymś twórczym to wolałam siedzieć w pokoju (schronie). Straciłam kontakt z KAŻDYM, z kim kiedykolwiek miałam, lepszy czy gorszy. Wielokrotnie zapraszali mnie na wspólne imprezy w starym gronie, ale ja albo rzadko byłam w domu, albo po prostu bałam się do nich wyjść, bo co mam im mówić, po takim czasie.. Nic dziwnego, że się obrazili.
Skończyłam studia, nie mogłam uwierzyć, że się obroniłam, cały czas myślałam, że tego nie zdołam zrobić, że prędzej umrę ze strachu.

No i cóż, poszłam na magisterkę, wróciliśmy z chłopakiem na stare śmieci. Chciałam zdobyć inny zawód, więc wybrałam na drugi stopień inną dziedzinę. Kontynuacja "historii" jest wyżej...

Jezu, wiem, że teraz to przesadziłam, nie sądziłam, że aż tyle napiszę, a to i tak w telegraficznym skrócie... Nie wiem czy cokolwiek z tego, co napisałam ma jakieś znaczenie.
Offline
Posty
41
Dołączył(a)
03 lis 2014, 17:08

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 13 gości

Przeskocz do