Pomocy(?)

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Pomocy(?)

Avatar użytkownika
przez Davy 01 wrz 2014, 23:45
Dziś płakałem.
Nie aby było to coś nadzwyczajnego. Nie należę do tych twardzieli co sądzą, że wszelkie łzy są objawem słabości.
Od trzech, prawie czterech lat popłakuję sobie z powodu ojca którego już nie mam. Zwykle z jakimś punktem zapalnym. Scena w filmie gdzie ktoś traci rodzica, jakaś piosenka mówiąca o takiej sytuacji. Generalnie i mało oryginalnie: gdy coś mi o nim przypomni.

Ale dziś pierwszy raz, od bardzo wielu lat, płakałem za siebie.
I do tego robiłem to prawie, że publicznie. To mi się nie zdarza. Obecność osób trzecich zawsze daje mi dość motywacji by powstrzymać łzy, niezależnie od sytuacji. Ostatni raz ktokolwiek je widział na pogrzebie ojca.

Ale od początku... przynajmniej jeśli chodzi o dziś.
Dzień jak co dzień. Budzik zadzwonił o 4:45. Jak zawsze. Wstałem o 5:35. Jak zawsze. 5:55 - jestem w pracy. 6:00 - zaczynam.
Podśpiewuję sobie jakieś piosenki, recytuję wiersze (Invitus Henleya i Reduta Ordona, jeśli ma to jakieś znaczenie...), tak aby czas szybciej mijał. Jak zawsze.

Niedawno oglądałem film Watchmen. Przypomniałem sobie żart który opowiada jeden z bohaterów.
Przychodzi facet do lekarza i mówi:
- Panie doktorze. Jestem smutny. Nie potrafię znaleźć radości w życiu. Chce mi się tylko płakać.
- Mam na to świetne rozwiązanie. Pavarriachi, ten klaun którego wszyscy uwielbiają, przyjechał dziś do miasta i daje wieczorem występ. Proszę na niego pójść. Rozweseli pana.
Na to facet w płacz.
- Ale panie doktorze... to ja jestem Pavarriachi!

Nie śmieszny żart. Ale nie ważne. Ważne jest to, że gdy sam go sobie opowiedziałem to nagle dostrzegłem w Pavarriachim siebie.
Klauna o sztucznie poszerzonym uśmiechu. Śmiejącego się i żartującego, nie rzadko z samego siebie, wygłupiającego się durnia, poprawiającego humor wszystkim wokół, ale tak na prawdę, w głębi, zwiniętego w kłębek, samotnie płaczącego w ciemności, nie potrafiącego znaleźć powodu by żyć (często myślę obrazami).

(potem znalazłem dwa: 1) rodzina... gdybym coś sobie zrobił... nie chciał bym by przeze mnie cierpieli. Wiąże się to z moją filozofią mówiącą, że nasze życia nie należą tylko do nas, ale do wszystkich którzy są częścią tego życia, co odbiera mi wszelkie prawo by się na nie targać 2) kiedyś może będzie lepiej. Jak widać pierwszy nie bardzo tyczy mnie, a drugi to tylko możliwość. Gdyby nie pierwszy...).

W pierwszej chwili się uśmiechnął... "dramatyzujesz", zganiłem sam siebie. Ale w ciągu kilku następnych minut zupełnie się posypałem i przez bite półtorej godziny nie mogłem pozbierać. Walczyłem jak mogłem by się nie rozpłakać, ale i tak ciekły mi łzy. Kilka razy, gdy już myślałem, że nie wytrzymam, schowałem się gdzieś, gdzie nikt nie widział i wylałem kilka łez, wstrząsany niekontrolowanymi dreszczami. Po chwili kryzys przechodził, ale łzy wciąż nie chciały przestać lecieć. Ciężko było nie dopuścić by ktokolwiek to zauważył... bardzo się o to starałem... ale z drugiej strony, jakiś inny głos w mojej głowie, alternatywny rozsądek, darł się i krzyczał aby to pokazać. Aby się wprost rozpłakać tak aby wszyscy widzieli. Aby przestać wreszcie udawać, że wszystko jest w porządku. Nie potrafię tak. Pozbierałem się dopiero gdy zamknąłem się w łazience i ryczałem przez jakiś kwadrans.
Pod sam koniec dnia pracy koleżanka zapytała czy wszystko w porządku. Odpowiedziałem, że tak, że nieco źle się czuję. Wybrała zły moment. Na forum całej ekipy. Nigdy nie potrafiłem okazywać emocji, nie publicznie, a zrobienie tego na forum całego zespołu nie wchodziło w grę. Jednak za samo pytanie poczułem pewną wdzięczność. To dobra dziewczyna.

Oczywiście to nie jest tak, że to zaczęło się dziś.
Ze śmiercią ojca sobie jako tako poradziłem. Sporo płakałem, ale to chyba całkowicie normalne.
Ale potem zaczęło mi się walić. Poszedłem na studia i nie zdałem pierwszego semestru.
Z matmy. Zawsze byłem w ścisłej czołówce we wszystkich klasach. W liceum najzwyczajniej najlepszy w szkole (choć to była szkoła plastyczna, czyli byłem najlepszy spośród najgorszych). Dosyć mocno uderzyło to w moją samoocenę. Ponadto przypominało, że nie mam już ojca... był fizykiem. Z pewnością pomógł by mi z tą matmą.
Plan był taki by znaleźć robotę i spróbować ponownie w przyszłym roku.
Z robotą się nie udało. Generalnie spędziłem niezbyt chwalebne pół roku przed komputerem, spędzając, lekko licząc 8 do 12 godzin dziennie przed monitorem. Niewiele się wtedy z kimkolwiek spotykałem, niewiele robiłem czegokolwiek. Przewegetowałem te pół roku (jednak nie wydaje mi się aby to było to 'popularne' ostatnimi czasy -uzależnienie od komputera- bo kilka razy jak, nie miałem do niego dostępu przez kilka dni, a wtedy nie czułem żadnej potrzeby by pograć, ani nic. Bardziej to wynikało z zerowej inwencji twórczej w temacie "jak można spędzić dzień?"). W tym okresie matka mi bardzo... nie pomagała. Przeciwnie. Dobijała mnie na każdym kroku. W sumie nieco zasłużyłem. Zawaliłem studia, nie mogłem znaleźć pracy, siedziałem przed komputerem zdecydowanie zbyt dużo. Zawiodłem ją i mocno dała mi to odczuć, przy każdej najmniejszej możliwości wypominając mi każdy ważniejszy błąd jaki popełniłem w życiu. Gdy wróciłem na studia (by znów je zawalić, znów z matmy), wcale nie przestała. Weszło jej to już w krew. Chciała dobrze. Po prostu nie przyszło jej do głowy, że coś takiego zamiast motywować do działania jedynie depcze moje poczucie własnej wartości. Wiele się wtedy z nią kłóciłem. Wzniosłem między nami solidny mur obojętności, bo tylko tak potrafiłem się bronić przed jej atakami. Przez ten czas nawet już nie liczyłem na jakiekolwiek emocjonalne wsparcie z jej strony. Zaakceptowałem to do tego stopnia, że wzruszyła mnie sytuacja gdy raz zrobiła mi kanapkę na śniadanie, bo byłem strasznie nie wyspany... nie pamiętam po czym. Wtedy nie oczekiwałem już po niej takich gestów.
Na szczęście koło stycznia/lutego z nią o tym pogadałem i zrozumiała jaki to na prawdę daje efekt. Od tego czasu żyjemy w zgodzie.

Mam też spore problemy w relacjach z innymi ludźmi. Zawsze byłem outsiderem. Nie potrafiłem się porządnie wpasować w grupę przez co byłem obiektem drwin. W gimnazjum sportowym, gdy zmieniłem szkołę i popełniłem kilka poważnych błędów na samym początku, osiągnęło to swoje ekstremum. Generalnie te lata przez długi czas nazywałem moim osobistym piekłem. Zostałem wtedy bardzo solidnie zahartowany. Z rozbeczanego dzieciaka, małej pizdeczki, stałem się 'twardzielem'. Chłopakiem zamkniętym w sobie, nie okazującym emocji, rzadko się uśmiechającym, tajemniczym (ale raczej w jakiś zły sposób) i milczącym. Przez te dwa lata niewiele do kogokolwiek gębę otwierałem, bo zawsze próbowano to wykorzystać przeciwko mnie. Wtedy moją tarczą stała się pogarda. Pogarda dla nich wszystkich. Obserwowałem grupkę chłopaków idącą za liderem i myślałem "jak psy, niezdolne do samodzielnego myślenia". Widziałem ich starania w nauce i myślałem "idioci, nigdy do niczego nie dojdą". Nie abym ja był jakimś prymusem (poza matmą). Widziałem ich zachowanie i myślałem "Prostaki. Oni na moim miejscu by sobie nie poradzili". Uważałem się za kogoś lepszego od nich. Kogoś o całą kategorię, albo i dwie wyżej. Nosz cholera... dawałem radę bandzie trzydziestu przesączonych testosteronem chłopów, którzy nie raz stosowali czystą brutalną siłę, a ja znajdowałem w sobie dość zaciętości by wszelki ból i upokorzenia przekuć w gniew i dumę. BYŁEM LEPSZY! Musiałem w to wierzyć, sam siebie podziwiać (yep, to o podziwianiu samego siebie jest z Dr. Housa, ale pasuje do mnie w tym okresie).
To była arogancja, ale również mój jedyny sposób by przetrwać.

Zagłębiłem się w inne światy. Książki. One wypełniały cały mój czas wolny. Nie rozmawiałem z ludźmi, tylko przeżywałem przygody napisane na papierze. Myślę, że to właśnie stąd pozostało mi społeczne wycofanie. Nie potrafię nawiązać głębszych więzi. Nie tęsknię za ludźmi. Nie ważne jak długo ich nie widzę. Wszyscy których kiedykolwiek uważałem za przyjaciół... nie mam z nimi kontaktu.

Nie abym był jakimś społecznym wyrzutkiem, czy abym nie potrafił ciekawie gadać. Ja po prostu... nie potrafię wejść do towarzystwa. Znaleźć furtki do ludzi. Ale gdy, jakimś sposobem, już znajdę się w środku... nagle okazuje się, że nie potrafię jedynie zacząć rozmowy, ale brać w niej czynny udział (gdy już się rozkręci) to już zupełnie co innego.

Mam tylko tylko książki. Tylko inne światy. Gry (wciąż sporo siedzę przed komputerem), sporo gier fabularnych. Jedyna osoba z którą się regularnie spotykam to mój kumpel z którym grywam w nie. Poza tym sporo czasu spędzam na forach, gdzie się one rozgrywają poprzez internet (takie wspólne pisanie opowieści). Aby tylko jak najkrócej być w tym realnym świecie, w którym nie potrafię znaleźć motywacji do życia. W tych "innych światach" jestem kimś więcej. Mam cel, mam powód...

Co jakiś czas... wieczorami staję przed lustrem i patrząc sobie w oczy mówię "kolejny bezsensowny, całkowicie pozbawiony sensu dzień". Przez długi czas powtarzałem to sobie codziennie, każdego pojedynczego wieczora, z kilkoma wyjątkami gdy rzeczywiście udało mi się coś zrobić pożytecznego).

Dobra, rozpisałem się. Ale to chyba kwestia tego, że wreszcie przyznałem sam przed sobą, że nie jest dobrze, że muszę z kimś o tym pogadać... a w realnym życiu nie mam z kim.
Poza tym to moja spowiedź z wielu lat, mająca przybliżyć temat tym którzy znajdą dość współczucia dla żałosnego mnie by spróbować mi może jakoś pomóc, doradzić.
Bo chyba potrzebuję pomocy... i nie wiem gdzie jej szukać. Gdyby to była Ameryka znalazł bym jakieś koło wsparcia, ale w Polsce to nie jest chyba tak popularnie. A szkoda.

Dziś, w pierwszej chwili, chciałem pójść do jakiegoś psychologa, ale szybko sobie podliczyłem. Mam pieniądze, ale potrzebuję ich na czesne. Wszystkich. I jeszcze więcej. Oszczędzałem cały rok, nie mogę teraz wydać połowy na kilkanaście godzin rozmowy z jakimś kolesiem, który nie wiadomo czy pomoże. Cała moja nadzieja na to, że będzie lepiej wiąże się z dobrą szkołą, a ta co sobie wybrałem (psychologia, swoją drogą), nie jest tania.

Jestem logikiem, matematykiem. Stawiam rozsądek ponad emocjami. Od czasów gimnazjum mam nad nimi kontrolę.
Dziś to emocje mnie powaliły i źle mi z tym, ale jeszcze gorzej z tym co we mnie siedzi.
Po tym jak się pozbierałem znów założyłem na twarz ten poszerzony uśmiech, znów się śmiałem i żartowałem. Mam doświadczenie w oszukiwaniu samego siebie.
Usiadłem to napisać tylko dla tego, że trzymam się podjętej decyzji. Godzinę temu pewnie bym się na to nie zdecydował.

Trochę zwięźlej.
Moja własna, amatorska autoanaliza:

Jestem aktorem, który osiągnął taką perfekcję, że oszukuje sam siebie. Na co dzień bezbłędnie, ale czasem to się sypie. Ostatnio znacznie bardziej.

Fundamentem (jeszcze z czasów gimnazjum) który trzyma mnie w całości jest moje dziwnie zdefiniowane "jestem twardy", nie pozwalające mi zbyt łatwo przyjąć pomocy innych, ani o nią poprosić. Ten fundament powoli przestaje wystarczać, a dzisiejszy wybuch sugeruje, że długo już nie wytrzyma.

Nie potrafię nawiązać głębszych relacji. Rzadko spodoba mi się jakaś dziewczyna, jeszcze rzadziej ze wzajemnością, ale gdy już się z kimś umawiam to błyskawicznie się angażuję... do pewnego stopnia. Takiego w którym wywnętrzenienie się (które, jak się okazuje, potrzebuję) jest na miejscu, ale ani kroku dalej. Jak bym potrzebował kobiety jedynie po to aby mieć komu się wygadać, bo moje dziwne "jestem twardy" najwyraźniej pozwala mi rozmawiać o moich słabościach z kimś z kim jestem w 'oficjalnym' związku.

Jestem zmęczony... tak straszliwie zmęczony udawaniem, że jestem szczęśliwy, oszukiwaniem samego siebie, usilnym odwracaniem wzroku od tej ziejącej dziury której sam nie jestem w stanie wypełnić. Jestem zmęczony sobą i swoimi niemożliwościami. Moją nieumiejętnością nawiązania przyjaźni. Zainteresowania sobą i utrzymania kobiety. Jestem zmęczony byciem twardym... radzeniem sobie samemu poprzez tłumienie i gaszenie "złych" emocji.

Ja... chyba potrzebuje pomocy... pomożecie? Albo podpowiecie gdzie i jak mogę ją znaleźć?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
01 wrz 2014, 21:13

Pomocy(?)

Avatar użytkownika
przez Łapa 02 wrz 2014, 00:09
Pewnie dużo zależy od wielkości miejscowości w jakiej się znajdujesz. Psycholog na NFZ?
Twoja historia jest bardzo ciekawa, dobrze napisana (widać weterana "papierowych" RPGów ;) ). Ale czy mogę coś poradzić? Nigdy nie straciłem członka rodziny, nie znam tak dużego bólu.
Trzymaj się chłopie!
ObrazekObrazekObrazekObrazek
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1253
Dołączył(a)
21 kwi 2013, 23:55
Lokalizacja
Warszawa

Pomocy(?)

przez Druid 02 wrz 2014, 00:16
Witaj. Skoro już myślałeś o skorzystaniu z pomocy psychologa, nie możesz zgłosić się do poradni z kontraktem z NFZ?

-- 02 wrz 2014, 00:24 --

Od ukończenia gimnazjum już nie musisz być twardzielem wedł. swojej definicji. Jak widać, "samo się domaga" przepracowania.
Druid
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Pomocy(?)

przez freda 02 wrz 2014, 09:31
Davy, witaj,fajnie to wszystko opisałeś.potrzebujesz psychologa,który pomoże Ci to wszystko ułożyć w głowie,powodzenia :D
A już myślałam,że ją pokonałam...
Offline
Posty
915
Dołączył(a)
27 sty 2013, 17:56

Pomocy(?)

Avatar użytkownika
przez Davy 02 wrz 2014, 11:51
Cześć. Dzięki za odpowiedzi. W sumie nie spodziewałem się tak szybkich.

Pierwszy kryzys minął. Dziś pozbierałem swoje kawałki i, w sumie, póki odwracam wzrok jest dobrze. Tylko to odwracanie jest trudniejsze niż kiedykolwiek. Raz czy dwa byłem bliski rozklejenia się.

Łapa
Dzięki. Chciał bym kiedyś jakąś książkę napisać, więc takie uznanie podnosi na duchu ;)

Psycholog NFZ? Sądziłem, że to nie mieści się w standardowym ubezpieczeniu. Cóż. Nigdy nie uznawałem swojej nieomylności.
Potrzeba na kogoś takiego jakiegoś skierowania? Czy po prostu znajduję placówkę i się zapisuję? Jeśli skierowanie to ile takiemu lekarzowi powinienem powiedzieć? Wyłożenie tego wszystkiego co rozpisałem w poście było by dla mnie bardzo ciężkie.
Nie znam procedur, nigdy nie miałem żadnej styczności z psychologami... nie licząc dwóch uroczych psycholożek na jednej imprezie... ale to inna i zdecydowanie radośniejsza historia : )

Pluszowy w kosmosie
Rzecz w tym, że ja jestem tym twardzielem. Albo on jest integralną częścią mnie. Taką częścią którą powoli zaczynam postrzegać jako wadę, czy skazę. Taką samą jak skłonności do agresji, notoryczne lenistwo czy skrajne wycofanie. Ten 'twardziel' to, po prostu, podobna wada ale chyba nieco bardziej skomplikowana i związana z dumą, może pychą. To nie jest coś co można zwalczyć pojedynczą decyzją. Na samą myśl o pogadaniu o tych problemach z moim lekarzem, człowiekiem którego ledwo co znam, czuję się potwornie niezręcznie. Wiem doskonale, że zachowa się profesjonalnie, że nikt się nie dowie o tym co bym powiedział w gabinecie, że nie będzie oceniać, ani krytykować i postara się pomóc najlepiej jak może... ale po takim wywnętrznieniu się chyba bym musiał zmienić lekarza, bo nie wyobrażam sobie jakichkolwiek kontaktów z osobą która wie o mnie aż tak wiele rzeczy "których nikt nie powinien wiedzieć" (bo 'twardziel' nie powinien mówić tyle o swoich problemach). Czuł bym się... wrażliwy? Otwarty? Nie mam pojęcia jak to określić, ale czuł bym się z tym źle.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
01 wrz 2014, 21:13

Pomocy(?)

przez Druid 02 wrz 2014, 11:52
Davy, byłeś w dzieciństwie karany w sposób, który znosiłeś z zaciśniętymi zębami?
Druid
Offline

Pomocy(?)

Avatar użytkownika
przez Davy 02 wrz 2014, 16:19
Całe gimnazjum zniosłem z zaciśniętymi zębami.

Ale dzieciństwo? Kary fizyczne były obecne. Jedynie lanie po tyłku, nigdy nigdzie indziej i bez używania przedmiotów (tylko babcia lubiła swoją gumę). Nie mam o to żadnych pretensji.
Ojciec mawiał "ból jest złudzeniem umysłu" i facet powinien panować nad nim. Dla tego zaciskałem zęby i starałem się go nie okazać. To na pewno wpłynęło na to kim jestem, bo to ja dziś powtarzam "ból przemija" i znajduję satysfakcję w tym, że mój próg bólu jest znacznie wyżej niż u większości ludzi (ale to kwestia tego, że przez wiele lat trenowałem różne sporty i pewnej wady zgryzu. Mało widocznej, ale bolesnej, w efekcie czego żyję z ciągłym bólem, z którym oswoiłem się już do tego stopnia, że go dostrzegam tylko gdy bezpośrednio o nim pomyślę).
Swoją drogą to, z czasem, kary fizyczne zostały podmienione na kary "ćwiczeniowe". Zrobiło się coś nie tak to padała komenda "dwadzieście" i padało się na glebę robiąc dwadzieścia pompek. Dziś zostało z tego kilka fajnych historii : )

Nie wiem. Może być istotne, że jako dzieciak może nie byłem buntowniczy w zachowaniu, ale w duchu często się nie zgadzałem z decyzjami rodziców (z resztą nie tylko ich), z ich osądem, czy karami jakie otrzymywałem. Miałem wrażenie, że ojciec na mnie szczególnie się uwziął (zwyczajnie nie byłem w stanie spojrzeć na sytuację spoza swojej perspektywy, był surowy ale uczciwy) i często przeprowadzałem w myślach sceny gdzie wreszcie mu odpyskowywałem. Wypowiadałem swoje zdanie. Miałem z tym problem bardzo długo. Wcześniej wszelkie zarzuty przyjmowałem pokornym milczeniem, nie dostrzegałem sensu w próbie obrony. Nie wierzyłem w jej powodzenie. Dopiero po przejściu gimnazjum, gdy poszedłem do liceum plastycznego, cały stres ze mnie opadł i mogłem na spokojnie przemyśleć te lata nauczyłem się walczyć o swoje.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
01 wrz 2014, 21:13

Pomocy(?)

przez Druid 02 wrz 2014, 17:06
Nie mam o to żadnych pretensji.
O rodzicach i zmarłych nie wypada mówić źle, a i wyidealizować łatwo. Już od dzieciństwa jesteś twardzielem...
Druid
Offline

Pomocy(?)

Avatar użytkownika
przez Davy 02 wrz 2014, 18:49
Nie do końca.
PROBÓWAŁEM być twardzielem, ale byłem płaczkiem, pizdeczką którą do łez potrafiła doprowadzić odpowiednia dobrana drwina. Jak pisałem w tej ścianie tekstu powyżej. Dopiero w gimnazjum zhardziałem.
A największy krok w 'uodpornieniu' się na ból był błyskawiczny. Było to zrozumienie przemijalności bólu. Dostrzeżenie, że coś co dzień wcześniej było nie do zniesienia dziś nie ma już żadnego znaczenia. Brzmi dosyć epicko, jak by wyciągnięte z książki i przez to mało wiarygodnie, ale tak było : P
Oczywiście do tego jeszcze to co napisałem o sporcie i wadzie zgryzu.
O rodzicach i zmarłych nie wypada mówić źle, a i wyidealizować łatwo

Cóż... wierzę.
Nie mogę założyć, że jestem obiektywny, ale nie znajduję luk w mojej logice.
Nie lali nigdy bez sensu, nie znęcali się, siła nigdy nie była wystarczająca by powstały jakiekolwiek siniaki, ograniczali się do stosunkowo bolesnego, ale bardzo ciężkiego do uszkodzenia tyłka, a potem zupełnie zarzucili takie praktyki na rzecz takich do których najbardziej 'postępowi' awangardziści nie mogą się przyczepić. Whatever.

Inna sprawa. Zgodnie z poradami udałem się do centrum zdrowia psychicznego. Zapisany jestem na 23go. Trochę dużo czasu. Mam wrażenie, że skończy się to na tym, że do tego czasu sam się jako tako pozbieram do kupy, a lekarzowi będę opowiadał w czasie przeszłym. Nie podoba mi się ta wizja. Jak bym przychodził do niego jak jakiś hipochondryk, co tak na prawdę nie będzie miał już wtedy problemu, a to, że wczoraj i dziś jestem w stanie jakim jestem nie będzie mieć już znaczenia.

Ale taki okres oczekiwania to chyba standard, więc lekarz raczej wie, że taka sytuacja może mieć miejsce.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
01 wrz 2014, 21:13

Pomocy(?)

przez Druid 02 wrz 2014, 19:27
Odniosłem wrażenie, że opłakujesz/opłakiwałeś upokorzone dziecko, którym kiedyś byłeś, ale to tylko interpretacja, która ma więcej wspólnego z moimi doświadczeniami, niż Twoją sytuacją.
Powodzenia na terapii.
Druid
Offline

Pomocy(?)

Avatar użytkownika
przez Davy 02 wrz 2014, 19:59
Nie dziecko. Nie bardzo dbam o przeszłość. Wydarzyła się. Nic jej nie zmieni. Najlepiej z niej wynieść naukę.
Potraktuj dosłowniej tekst
(...) dostrzegłem w Pavarriachim siebie.
Klauna o sztucznie poszerzonym uśmiechu. Śmiejącego się i żartującego, nie rzadko z samego siebie, wygłupiającego się durnia, poprawiającego humor wszystkim wokół, ale tak na prawdę, w głębi, zwiniętego w kłębek, samotnie płaczącego w ciemności, nie potrafiącego znaleźć powodu by żyć

Zgubiłem gdzieś sens i wiarę. Odwracałem od tego spojrzenie, udawałem przed sobą, że tego nie widzę, ale gdy wreszcie dostrzegłem to było jak wypadek. Nie chce się na to patrzeć, ale nie można odwrócić wzroku. Przeraziło mnie to i zdruzgotało. Odebrało stabilność emocjonalną.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
7
Dołączył(a)
01 wrz 2014, 21:13

Pomocy(?)

przez Druid 02 wrz 2014, 21:04
Ale że co, smutnym być jest politycznie niepoprawne? :bezradny:
Druid
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 14 gości

Przeskocz do