Depresja, nerwica, agresja i niemoc.

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Depresja, nerwica, agresja i niemoc.

przez Greenxx3 15 mar 2014, 15:23
Witam Was.
Mam 20 lat i masę problemów, z którymi kompletnie nie umiem sobie poradzić.
Od 5 lat leczę się na nerwicę i depresję. Znalezienie początku mojej choroby jest dość trudne. Podejrzewam, że duży wpływ na to miało gimnazjum. Przez 3 lata przeżywałam koszmar związany z brakiem akceptacji wśród innych. Każdy dzień rozpoczynał się bólem brzucha, biegunką, strachem odnośnie tego, co tym razem spotka mnie ze strony klasy. Miałam tam tylko 1 koleżankę, która nie umiała określić się, czy lubi tych ludzi. Była dla nich miła, czasem z nimi rozmawiała. W każdym bądź razie na pewno była bardziej tolerowana niż ja. Każdy mój ruch był krytykowany. Klasa spierała się, że nie zasługuję na daną ocenę(byłam jedną z lepszych uczennic), śmiała się z tego, jak wyglądam. Siedziałam zawsze pod ścianą, z dala od nich. Klasa wykorzystywała to, że nie jestem w stanie się obronić, że jestem sama, a ich blisko trzydzieścioro. Podchodzili do mnie, opluwali, "bekali" w twarz. Na zajęciach z wf-u byłam wyśmiewana, że nic nie potrafię. Nikt nie chciał widzieć mnie w swojej drużynie. W dodatku klasa, z którą mieliśmy łączony wf zachowywała się tak samo w stosunku do mnie. Przychodziłam do domu z kłuciem brzucha i łzami w oczach. Wszelkie próby zgłoszenia sytuacji wychowawczyni kończyły się fiaskiem. Klasa tłumaczyła, że nie zachowanie w/w nie miało nigdy miejsca, albo, że to ja zaczynam... Kiedy ukończyłam gimnazjum, złożyłam dokumenty do jednego z lepszych liceów. Na pierwszych zajęciach organizacyjnych poczułam, że tracę oddech. Było mi bardzo słabo, z trudem siedziałam. Kiedy poinformowałam o tym nauczycielkę, klasa wybuchnęła śmiechem. Docinali mi, że oni tez się źle czują, ale nie zwalniają się przez to, w dodatku na pierwszych zajęciach... Od tego momentu mój stan zdrowia uległ drastycznemu pogorszeniu. Do szkoły chodziłam bardzo rzadko, z trudem wytrzymując 45 minut. Trudności z oddychaniem, poczucie, że moje serce nie bije, bezdechy nocne i nieprzespane noce(przez kilka dobrych miesięcy praktycznie w ogóle nie spalam, a kiedy udało się jakimś cudem zasnąć, to nie wcześniej niż 6 rano). Pediatra do której regularnie chodziłam, przepisywała mi witaminy i kazała nie histeryzować, bo "masz 16 lat,a zachowujesz się jak dzieciak". Kiedy zmierzyła mi ciśnienie, miałam ponad 150 na ileś tam, już nie pamiętam. Wtedy dała skierowanie do szpitala. Tam, po wielu badaniach, okazało się, że fizycznie jestem zdrowa,a objawy są prawdopodobnie wynikiem nerwicy. Wizyta u psychiatry zakończyła się badaniem EEG i przepisaniem Depakiny. Pamiętam ten dzień jak dziś. Przyjechałam do domu, wieczorem wzięłam lek i... zasnęłam o godz. 20:00...Tak po prostu. Obudziłam się rano i nie dowierzałam. Dziękowałam Bogu, że w końcu normalnie zasnęłam. Brałam też Rispolept, ale w czasie leczenia nie chodziłam do szkoły. Potem załatwione miałam nauczanie indywidualne w domu(1 kl. liceum),a w 2 i 3-ciej indywidualne na terenie szkoły. Bałam się tego, jak sobie poradzę. Nie z nauką, bo z tym nie miałam nigdy kłopotów, ale z chorobą, lękiem i tym, jak będę funkcjonować z innymi. Nie było łatwo. Wielokrotnie uciekałam ze szkoły, nie chciałam próbować. 3 lata liceum ukończyłam ze świadectwami z wyróżnieniem, zdałam maturę, dostałam się na studia(praca socjalna). Zauważyłam, że nie wspomniałam o 1 ważnej rzeczy. O moim ojcu. Od czasów gimnazjum stosował przemoc psychiczną, ubliżając mi i grożąc. Słowa których używał rozwalały mi psychikę. Mówił, że jestem śmieciem, szmatą,zerem, gównem i gnojem. Że powinno się mnie utopić w szambie, że jeste4m pier*olonym skur*ysynem, kretynem, matołem. Że jestem jego błędem życiowym, że żałuje tego, że mnie ma. Niejednokrotnie padały słowa odnośnie tego, że mnie zatłucze, rozwali głowę o ścianę, że spuści mój łeb w toalecie. Pluł na mnie i rzucał we mnie popielniczką. Nie chcę dalej wypisywać tych oszczerstw, ale reszta była podobna. Obecnie chodzę do innej pani psychiatry, u niej zaczęłam brać Parogen i Arketis. Ten ostatni brałam do całkiem niedawna. Od 3 dni po konsultacji z nią, próbuję żyć bez leku. Jest strasznie. Jestem bardzo agresywna, przeklinam, trzaskam drzwiami, kopię w pralkę. Ubliżam matce słowami podobnymi do tych, które ojciec kierował do mnie. Nie raz uderzyłam ją w głowę, plecy czy kopnęłam...Czuję do niej jakiś żal. Nie umiem jej zaakceptować. Kiedy byłam mała, bardzo o mnie dbała. Ale nie umiem jej tolerować. Zresztą, ona też mi ubliża. Codziennie płaczę, krzyczę z bezsilności. Chciałabym umrzeć. Nie wiem, co mam robić. Jest mi słabo, niemoc rozwala mnie od środka. Nie umiem poradzić sobie z obecną sytuacją. Myślę nawet o rezygnacji ze studiów. Tylko, co wtedy? Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali ten tekst w całości. Proszę o jakieś porady, wskazówki, cokolwiek.
Pozdrawiam, Greenxx3
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
15 mar 2014, 14:31

Depresja, nerwica, agresja i niemoc.

Avatar użytkownika
przez ruda2121 15 mar 2014, 15:36
A dr psychiatra uprzedzała o możliwych skutkach odstawienia leku?

W sumie nie dziwię się, że masz jakiś żal do matki skoro pozwalała na to całe zło w Twoim życiu, mimo, że sama była dobra.
A jak na studiach?
Avatar użytkownika
Offline
Posty
19
Dołączył(a)
13 mar 2014, 20:25

Depresja, nerwica, agresja i niemoc.

przez Greenxx3 15 mar 2014, 22:44
Zdałam pierwszy semestr. Mam tylko 2 koleżanki, z którymi się "trzymam". Reszta chyba jest neutralna w stosunku do mnie. Mam wrażenie, że siedzę w jakimś zamkniętym kole, z którego nie będę w stanie nigdy wyjść. Obecna lekarka poinformowała mnie o tym, co może się dziać, kiedy przestanę brać lek. Dziś, mimo prób, wzięłam go z powrotem(1/2 20 mg Arketisu). Czuję się strasznie. Żyję w toksycznym domu. Pomyślałam sobie, że przeproszę matkę. W ataku furii kopałam w drzwi, pralkę, wrzeszczałam, nie raz ją uderzyłam. Napisałam list i wręczyłam go jej. Płakałyśmy obie. Starałam się potem być inna, lepsza. Wiem, że cierpi, że niejednokrotnie ją zraniłam, że czuje zawód w stosunku do mnie, bo córka o którą tak dbała, robi jej krzywdę. Przez ok. 2 lub 3 godziny było w miarę ok. Rozmawiałam tez z ojcem, który jak zawsze zrobił wykład nt. tego, co można/ nie można, jak należy się zachowywać i że powinnam się leczyć w zakładzie zamkniętym. Wspominał, że groźby, które kierowałam do matki(m.in. że ją zabiję)są karalne. Jednak jak zabawnie to brzmi, biorąc pod uwagę fakt, że sam takie groźby stosuje. Sam jest agresywny i nie potrafi mówić spokojnie. W domu codziennie są krzyki i awantury. Niestety, nie wytrzymałam. Ponownie ubliżyłam matce i uderzyłam ją... Nikt się nie stara. Ojciec oczekuje ode mnie, że zmienię w sobie wszystko. Ale ja też chciałabym, żeby był inny. Żeby był normalnym, czułym...tatą. Aby umiał mówić spokojnie, był cierpliwy, nie ubliżał. Nie grożąc, że przepije pieniądze. Ciągle powtarza mi, że jestem nieodpowiedzialna. A mnie ciągle się wydawało, że jestem rozsądna. Zawsze miałam bardziej racjonalny stosunek do życia niż inni. Nie miałam głupich pomysłów, nie stosuję żadnych używek, nigdy nie zapaliłam papierosa. Dla niego te i inne argumenty są mało istotne. Potrafi wypominać fakty, które miały miejsce kilkanaście lat temu, zamiast skupiać się na tym, co jest obecnie. To okropne uczucie patrząc na rodziców i czując żal, nienawiść. Ojciec nie rozumie, że nie mam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać, a przecież tak jak każdy potrzebuję odrobiny uwagi. Każdą propozycję odrzuca, robiąc uprzednio kolejny moralny wykład. Chciałabym, żeby usiadł koło mnie, przytulił i powiedział,że mnie kocha, przeprosił. Cokolwiek, byleby znów nie ranił. Tutaj także zapewne zauważyliście- moje posty są długie, bo chcę się wygadać. Chcę powiedzieć wszystko, co leży mi na sercu, co boli i męczy.
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
15 mar 2014, 14:31

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Depresja, nerwica, agresja i niemoc.

Avatar użytkownika
przez bittersweet 15 mar 2014, 23:52
Greenxx3, wiem, co to wzrastanie w toksycznym domu. Po takiej traumie jestes zaburzona, dlatego uwazam, że oprócz leków powinnas niezwłocznie zgłosic sie na terapię. Najgorsze, że dalej mieszkasz z rodzicami, bo obcując z patologicznym srodowiskiem bardzo trudno wyzdrowieć. Sama rozmowa z rodzicami nie wystarczy, reaguja tak jak Ty - wiedzą, ze postepują źle, ale nie potrafia inaczej. Nikt ich tego nie nauczył, tak samo jak Ty nie potrafisz traktować np matki normalnie, mimo że chcesz. Radziłabym wynieśc się z domu jak najszybciej i iśc na terapie, to Twoja szansa na wyrwanie się z tego diabelskiego kregu przemocy. Sama tego nie przeskoczysz.
kto walczy, czasami przegrywa - kto sie poddaje, przegrywa zawsze
Avatar użytkownika
Offline
Posty
5143
Dołączył(a)
21 lut 2012, 21:03

Depresja, nerwica, agresja i niemoc.

przez Greenxx3 16 mar 2014, 16:20
Próbowałam dwukrotnie chodzić na terapię. Pierwszy raz-w wieku 17 lat, trwała ok. miesiąc. Drugą próbę podjęłam w poprzednie wakacje. Nie wytrzymałam długo i zrezygnowałam. Pierwsza terapia nie dała mi niczego konkretnego. Uczęszczały na nią osoby, które w większości nie były tu z własnej woli, ale za przymusem rodziców. Sami twierdzili, że nie mają żadnych kłopotów, a ich obecność na terapii jest zbędna. Wygłupiali się, przeszkadzali w prowadzeniu zajęć, w których zresztą sama także nie miałam ochoty uczestniczyć. Druga terapia trwała 5 dni w tygodniu po kilka godzin. Siedzieliśmy w kółku i opisywaliśmy swoje problemy. Jednak czułam, że nie chcę tam już dłużej przebywać. Dużo płakałam. Każda wzmianka odnośnie tego, że ktoś czuje się niepotrzebny wywoływała u mnie morze łez. Widziałam w tych ludziach cząstki siebie. Był też dzień na tzw. zabawy, czyli zajęcia ruchowe, manualne etc. Ciężko mi było się ośmielić, współpracować. Bywało tak, że kiedy nie umiałam sprostać jakiemuś zadaniu, zachowywałam się jak dziecko. Od razu miałam łzy w oczach lub ironiczny uśmiech. Mówiłam, że nie mam zamiaru wykonywać jakiegoś ćwiczenia i nikt ani nic nie zmusiło mnie do zmiany decyzji. Dla uczestników terapii bardzo dziwną rzeczą w moim zachowaniu był fakt, że nigdy nie byłam z nimi w kuchni podczas przerwy. Nie jadłam ciasta, kiedy ktoś częstował czy po prostu nie siedziałam z nimi przy stoliku. Zostawałam sama w sali terapeutycznej. Nie lubię jeść przy innych osobach. Kiedyś spróbowałam wejść do kuchni, ale wycofałam się. Drugą rzeczą byli terapeuci, z którymi źle mi się współpracowało. Siedzieli razem z nami w kółku i przez większość czasu nic nie mówili. Czasem coś wtrącili, ale ich sposób mowy irytował mnie. Mówili bardzo cichutko, powoli, dość specyficznie. Wolałabym dyskutować z terapeutą, a nie być przez niego tylko i wyłącznie obserwowaną.

-- 19 mar 2014, 09:49 --

Naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie radzę sobie z emocjami. Dzisiaj znów nie poszłam na uczelnię. Przepadły mi ćwiczenia. Pokłóciłam się z matką, tak, jak zawsze zresztą. Boli mnie to, że kiedyś byłyśmy bardzo blisko siebie, że kochałam ją... Teraz nasze relacje sprowadzają się do kłótni, szarpanin, wyzwisk. Nie potrafię z nią rozmawiać. Przykro mi, bo osoba, która powinna być dla mnie najważniejsza, staje się kimś, kogo nie umiem akceptować. Najgorsze jest to, że jeśli się wkurzę, to oprócz tego, że ubliżam, szarpię i kopię(np. w drzwi), to opuszczam zajęcia na uczelni. Nie mam osoby, z którą mogłabym porozmawiać o tym i o wielu innych sprawach. Czuję tysiące negatywnych emocji i żadnych pozytywnych...

-- 26 kwi 2014, 18:08 --

Nie wiem co się ze mną dzieje. Z dnia na dzień czuję się gorzej. Tracę to, co było moimi mocnymi stronami-umiejętność ładnego wysławiania się, dobrą pamięć, łatwość w przyswajaniu wiedzy. Dziś nie spalam do godz. 4:00 rano. Nie mogłam. Czułam dziwne napięcie, tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Każdy dzień spędzam tak samo, każdego dnia jest w domu kłótnia. Moje relacje z matką na chwilę obecną są złe. Nie mogę na nią patrzeć. Wzbudza we mnie złość, obrzydzenie, niechęć. Nie umiem jej zaakceptować, patrzeć na nią. W ciągu dnia prawie z nikim nie rozmawiam. Nikt z domowników nie ma dla mnie czasu. Ojciec poza pracą cały dzień spędza na czytaniu gazet i oglądaniu telewizji. Kiedy proszę go o to, żeby porozmawiał ze mną, odpowiada, że za chwilę leci jakiś program w telewizji... Niejednokrotnie zwróciłam mu uwagę na to, że mógłby raz odpuścić sobie oglądanie "Wiadomości" czy innych programów ma rzecz rozmowy ze mną. Jego odpowiedź zawsze jest taka: "Oglądam to, co mnie interesuje". Ok, rozumiem, ale czy nie interesuje go moje zdrowie?! Ojciec mówi, że mój stan psychiczny jest bardzo zły i najlepszym rozwiązaniem byłoby umieszczenie mnie w zakładzie zamkniętym po to, żeby nie musieli się ze mną męczyć... Czuję się bardzo źle, nie umiem sobie poradzić z własnymi emocjami, z moim obecnym stanem. Nie mam wsparcia, nie czuję, żeby ktoś był moją ostoją. Boli mnie to, że mówię to Wam-obcym ludziom, a nie mogę spokojnie porozmawiać z tymi, z którymi powinnam...
Offline
Posty
9
Dołączył(a)
15 mar 2014, 14:31

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 13 gości

Przeskocz do