Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

Avatar użytkownika
przez ElCamino 21 lut 2014, 17:27
Witam wszystkich, wybaczcie że mój pierwszy post jest od razu sprawozdaniem z własnych problemów, wypadałoby najpierw dać się poznać ale zwlekałem z napisaniem tego wszystkiego dość długo i wolę zrobić to pod wpływem impulsu zanim znów odłożę to na x czasu. Kiedyś miałem potrzebę opowiadania o sobie ale problemem było komu, z czasem ta zdolność niemal całkowicie zanikła w obawie przed ośmieszeniem się. Dziś od człowieka wymaga się by był bez skazy inaczej jest spychany na margines i wszyscy odwracają się plecami w obawie ''równania do dołu''. Nie do końca wiem czy ten post powinien być tu czy w innym dziale. Borykam się z wieloma trudnymi dla mnie rzeczami które zaliczają się do nerwicy lękowej, depresji, socjofobii, syndromu DDD, pojawiają się myśli samobójcze, dawniej potrzeba samookaleczania, napady wściekłości, lęki i wiele innych chorobliwych objawów. W miarę rozwoju samoświadomości i zrozumienia poszczególnych problemów coraz mniej chciałem/umiałem na ten temat mówić innym. Dobrze się też maskuję, ludzi którzy kontakt ze mną mają sporadyczny i nie są w stanie sami wyciągnąć głębszych wniosków na mój temat potrafię tak zmylić że nie mają pojęcia z czym codziennie się zmagam a czasem szokiem dla nich byłoby odkrycie prawdy bo znają tylko tą stronę mnie którą chcę im pokazać, precyzyjnie dobraną z wyselekcjonowanymi cechami skromnego, uczynnego i pogodnego człowieka... Z biegiem lat staje się to jednak coraz trudniejsze i coraz bardziej zaczynam bać się kontaktów z ludźmi w ogóle w obawie że odkryją takiego mnie jakiego sam nienawidzę a wiem że nikt by takiej osoby nie zaakceptował.

Wszystko zaczęło się dawno temu... gdy moja biologiczna matka której do dziś nie znam zaszła przypadkiem w ciążę. Urodziłem się ja i zostałem już w tym szpitalu skąd trafiłem do jakiegoś ośrodka a później adoptowali mnie ludzie z maleńkiej miejscowości na południowym wschodzie. Tak się zaczęło 18 lat wyzwisk, poniżeń, nieuzasadnionych kar fizycznych, oczerniania, niemal niewolniczej pracy żeby ''odrobić'' czyjąś ''łaskę'', wyśmiewek rodziny że ''to ten wzięty'' i coraz większej izolacji środowiskowej. Jako dziecko osłuchałem się rzeczy które podobno były ''w złości'' więc nie mogę ich traktować poważnie. Nie wiem do końca jak można nie potraktować poważnie słów ''żałuję że Cię wziąłem pierdolony nierobie'', ''Ty bydlaku z dziwki'' czy ''trzeba było skurwiela zostawić na ulicy'' lub wytłumaczyć 10-14 letniemu dziecku że to ''w złości'' więc nic się nie stało. Pochodzę z domu gdzie nie było słowa ''kocham Cię'' ani okazywania miłości czy uczuć, była za to ciągła praca fizyczna, krzyk, wściekłość i agresja bo zużywam czyjeś pieniądze. Od dziecka słyszałem, że jestem nieudaną inwestycją. Kiedy dorosłem i zacząłem się temu sprzeciwiać doszło raz nawet do sytuacji gdzie zagroziłem ojcu nożem że go użyję jeśli podejdzie i mnie uderzy. Oczywiście wszystkiemu winien byłem ja, złe dziecko, opętane przez szatana, urodzony przez patologię i patologią będzie. Wtedy zaczęły się poważne myśli samobójcze, nawet jedna próba która skończyła się faktem iż jedynie naćpałem się tabletkami i obudziłem po 15 godzinach w lesie. Niedługo przed maturą zostałem wyrzucony z domu słowami ''wypierdalaj z mojego domu jebany śmieciu'' i mieszkałem 4 dni u kumpla w garażu aż znalazła mnie matka i sceną błagania niewdzięcznego syna (?) namówiła do powrotu do domu. Po maturze życie potoczyło się już inaczej ale zawsze w cieniu tamtych wszystkich wydarzeń. Dostałem się na studia ale po kilku miesiącach zostałem bez grosza bo uczelnia jaką wybrałem była w/g ojca niewłaściwa. Znalazłem pracę i zacząłem studia zaoczne ale ciągła depresja, nerwica, lęki, napady agresji sprawiały że wszystko trzymało się na włosku aż przez poważny wypadek z którego cudem ocalałem bez szwanku całkowicie załamałem się psychicznie i straciłem pracę a co za tym idzie studia. Długo żałowałem ze w ogóle przeżyłem. Przestało mnie być stać na mieszkanie więc znów wróciłem do ''domu'' i koszmar zaczął się na nowo. Zarzuty że zniszczyłem życie komuś i sobie, że zmarnowałem pieniądze, studia, wszystko wyniszczały mnie coraz bardziej. Nie wytrzymałem i w obawie przed odebraniem sobie życia sprzedałem wszystko co miałem i uciekłem za granicę. Nie układało się zbyt dobrze, nigdy nie radziłem sobie dobrze wśród ludzi więc środowisko rozbestwionych Polaków z wysokim mniemaniem o sobie traktujące jak wroga każdego nowego Polaka tym bardziej jeśli jest ze wschodu szybko uznało mnie za niezrównoważonego psychicznie wieśniaka. Znów musiałem uciekać i całkowitym przypadkiem trafiłem w miejsce gdzie zaczęło się powoli układać, pracowałem z ludźmi którzy mnie szanowali i doceniali to co potrafię. Przeniesiono mnie na lepsze stanowisko i wszystkie zaoszczędzone pieniądze zainwestowałem w auto które było warunkiem nowej posady. Niestety auto spłonęło w pożarze i wylądowałem znów na ulicy. Poszukiwanie pracy szło bardzo źle i musiałem zamieszkać w zrujnowanym domu gdzie była masa pleśni, brudu i brak ogrzewania. Znalazłem pracę ale wyrzucono mnie z niej kiedy 2 raz w ciągu 3 miesięcy zachorowałem. Kolejny raz się załamałem i będąc bez pracy oraz mając pieniądze tylko na 1 miesiąc w tej ruderze lub bilet do Polski wybrałem Polskę. To było w grudniu zeszłego roku...

Teraz mam 26 lat i znów mieszkam u ludzi przez których jestem w opłakanym stanie psychicznym. Po powrocie nie zastałem tu już nikogo ze starych znajomych. Wszyscy ułożyli sobie jakoś życie, wyjechali, dążą do nowych celów, mają swoje własne problemy które są mi obce bo mój świat wygląda inaczej. Czuję jak powiększa się dystans między mną a innymi ludźmi, jak moje życie staje się odizolowane i nieadekwatne do społecznych wzorców. Ogarnia mnie przenikliwa samotność, ból i żal, boję się ludzi i ich surowych ocen, kiedy idę po ulicy mam wrażenie ze każdy patrzy na mnie jak na pomyleńca, czasami śpię cały dzień bo boję się świata który jest na zewnątrz. Często napór stresu (np oblany egzamin, strata pracy, szyderstwa innych ludzi) powoduje że rezygnuję i się załamuję uciekając od wszystkiego i wszystkich, po protu brakuje mi siły z tym walczyć i osiągnąć jakiś cel. Często wystarczyłoby wsparcie drugiej osoby ale przez chore cechy osobowości do dziś nie miałem nawet nigdy dziewczyny kiedy inni przeżywali swoje pierwsze związki, później brali śluby, rodziły im się dzieci itp. Ja tego nigdy nie poznałem, kiedyś to też bardzo mnie bolało, teraz już mniej ale często o tym myślę. Najbardziej boję się że takiego życia nie da się już naprawić i że jeśli potrwa to jeszcze dłużej wpadnę w zupełny obłęd i stracę nawet te resztki normalności dzięki którym mam jeszcze jakiś kontakt z rzeczywistością. Myśl że nic się z tym już nie da zrobić i ciągle będę wracał do zera odbiera mi nadzieję i wszystkie siły żeby dalej żyć. Na prawdę się starałem i robiłem wszystko żeby z tego wyjść ale znów jestem tu gdzie jestem i obawa że ponownie stracę wszystko na co tak ciężko pracowałem jest nie do zniesienia a słowa ''jeszcze się ułoży'' brzmią jak nieprawdopodobna utopia.

Przepraszam za tak długiego posta i dziękuję komukolwiek kto doszedł aż do tego miejsca. Musiałem to wszystko wyrzucić w końcu z siebie bo zatruwało mnie jak trucizna a wszyscy ci ludzie którzy z taką łatwością oceniali mnie jako złego człowieka nigdy nie zadali sobie trudu żeby poznać tą historię. Wolałem to napisać tutaj bo pisanie tego dla samego siebie budziło obawy że będzie to jakiś list samobójcy którym nie jestem. Jeśli jest cokolwiek czego oczekuję to jakaś wskazówka lub pomysł czy da się jakoś z czegoś takiego wyjść i posprzątać syf nagromadzony w głowie po tak wielu latach bycia niszczonym przez własne słabości i trujące otoczenie. W tej chwili jest bardzo źle, nie mam grosza a kolejne rozmowy o pracę kończą się na niczym bo brak mi pewności siebie, wiary we własne możliwości i ''tego czegoś''. Musi to być widać już na pierwszy rzut oka jeśli pracodawcy pozwalają sobie na tak błyskotliwe uwagi jak ''[...]jak Pan nawet dzieci nie umie zrobić''. Nie wiem jak z tego wyjść i jak zacząć to wszystko co jest zniszczone w mojej głowie naprawiać a coraz częściej zaczynam myśleć że jeśli ma tak być dalej i nic się z tym nie da zrobić to trzeba to skończyć zanim zacznę wyrządzać sobą krzywdę innym ludziom...

Z góry dziękuję za cierpliwość i jakiekolwiek odpowiedzi, pozdrawiam
Ostatnio edytowano 25 lut 2014, 20:07 przez Artemizja, łącznie edytowano 1 raz
Powód: Poprawiono literówkę w tytule wątku.
“We are what we repeatedly do. Excellence, then, is not an act, but a habit.”
Aristoteles (384BC - 322BC)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
21 lut 2014, 14:48
Lokalizacja
Południowy Wschód

Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

Avatar użytkownika
przez ekspert_abcZdrowie 25 lut 2014, 18:22
Witaj ElCamino! Dobrze, że napisałeś swoją historię, nawet dla samego siebie. Dzięki za odwagę podzielenia się tym wszystkim. Przeczytałam wszystko do końca i nie ukrywam, że po policzkach spłynęły mi łzy. Bez wątpienia Twój obecny stan jest skutkiem wielu różnych, traumatycznych wręcz przeżyć, których doświadczyłeś. Twoja skrajnie zaniżona samoocena i brak pewności siebie to konsekwencja wpływu toksycznych rodziców adopcyjnych, którzy kazali Ci "zasługiwać na miłość", bo "nie jesteś ich". Swoim wpisem nie zamierzam podsycać w Tobie nienawiści czy żalu wobec nich, bo wiem, że to do niczego nie prowadzi. Negatywne emocje jeszcze bardziej zaleją Twoją duszę. Pytasz, czy jeszcze się ułoży? Nie wiem, bo wiedzieć tego nie mogę, ale wierzę, że tak. Po pierwsze, dlatego, że jesteś młodym mężczyzną. Po drugie, że jesteś zdeterminowany, o czym świadczą Twoje różnorodne próby zmienienia swojej sytuacji życiowej (np. wyjazd za granicę, podjęcie studiów). Próbujesz, działasz, mimo że czasem się nie udaje, że upadasz. Wiem, że trudności w znalezieniu pracy dodatkowo dołują, że potencjalni pracodawcy wysyłają pełne szyderstw komunikaty, że czujesz się niepasujący do wymagań rzeczywistego świata. Nie udawaj jednak, że jest wszystko "cacy", bo w ten sposób minimalizujesz szansę na to, że ktokolwiek Ci pomoże. Jeżeli udajesz pogodnego, uczynnego młodzieńca z obawy przed tym, że gdyby ktoś poznał Twoje wewnętrzne problemy, to nie zaakceptowałby Cię takim, jaki jesteś, okłamujesz siebie i innych i sprawiasz, że inni nawet nie mają świadomości, że z czymś sobie nie radzisz. Podejrzewam, że Twój obecny stan może wskazywać na depresję. Nie wiem, czy jesteś ubezpieczony zdrowotnie - jeśli tak, to radziłabym Ci udać się do lekarza psychiatry na NFZ, by nie musieć płacić za wizytę. Ponadto dobrze by było, gdybyś poszukał dla siebie psychoterapeuty/psychologa, bo bez wątpienia potrzebujesz przepracować na terapii wszystkie swoje problemy, a jest ich sporo. Może warto zapytać o wsparcie w PCPR (Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie)? W tego typu placówkach często pracują psychologowie i możesz szukać u nich wsparcia, wskazówek, co dalej robić, gdzie szukać dla siebie pomocy. No i mimo niepowodzeń w szukaniu pracy, nie ustawałabym w wysiłkach, by znaleźć jednak coś dla siebie, by mieć jakąś gotówkę i być choć trochę uniezależnionym od rodziców, którzy i tak pewnie dość często dają Ci odczuć, że jesteś "darmozjadem na ich utrzymaniu". Nie poddawaj się! Pozdrawiam i życzę powodzenia!
Psycholog
Posty
7582
Dołączył(a)
22 sie 2011, 15:11

Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

przez comatom 26 lut 2014, 08:11
ElCamino, pozdrawiam
comatom
Offline

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

Avatar użytkownika
przez ElCamino 08 kwi 2014, 15:16
Witam wszystkich ponownie. Dziękuję za odpowiedzi oraz za wskazówki Eksperta, to dla mnie ważne bo daje mi niezależną opinię co muszę zrobić w przyszłości żeby sobie pomóc. Po ponad miesiącu muszę przyznać ze nic się zbytnio nie zmieniło, bynajmniej na lepsze. Jedyne co udało mi się osiągnąć to być na kilku kolejnych nieudanych rozmowach kwalifikacyjnych. Nieudanych z różnych powodów. Udało mi się nawet ''załatwić'' przez znajomego rekomendację do pracy, jako kierowca więc nic niezwykłego, jednak tam też mnie odrzucono z powodu braku doświadczenia mimo że na przesłuchaniu usłyszałem ''widzę że Pan się nadaje, każdy musi przecież jakoś zacząć''. Ludzie którzy mi pomogli myślą teraz że to ja coś zawaliłem i kontakt się zerwał.. Sam nie wiem co powinienem zrobić, to jakieś szaleństwo gdy człowiek który chce coś robić jest odsyłany z każdego miejsca w jakim się znajdzie.

Prawda jest taka że czuję się coraz gorzej, to takie uczucie jak by czas się zatrzymał. Data się zmienia ale wszystko stoi w miejscu, nie umiem już nawet rozgraniczyć co było tydzień temu a co miesiąc temu, dni uciekają sprawiając wrażenie że po wtorku jest czwartek itp. Kolejne niepowodzenia w szukaniu pracy dały taki efekt że teraz czasami i tydzień zajmuje mi szukanie kolejnych ofert. Czasami siadam przed klawiaturą i zamiast wpisać adres strony zatrzymuję się i nie wiem co mam robić. Czasem przeglądam oferty i wszystkie zamykam mając niezwykle silne odczucie że i tak nic z tego. Wewnątrz dzieje się też coś dziwnego, emocjonalne rozchwianie pomiędzy rozpaczą i załamaniem a apatią i anhedonią. Cyrkulacja to ok 3 dni gdzie na 2 dni niewrażliwości przypada jeden zrozpaczenia. Często też w głowie pojawiają się retrospekcje powodowane pewnie miejscem w którym jestem. Zajmują więcej miejsca niż myślenie o przyszłości której po prostu nie ma, nie widzę jej. To straszne uczucie kiedy człowiek zaczyna czuć się wymazany z rzeczywistości..

Z moimi opiekunami sprawa przedstawia się jeszcze trudniej, nie są w ogóle zainteresowani moim stanem psychicznym czy też zdrowotnym, przez większość czasu mógłbym nie istnieć reszta to wyrzuty, agresywne wykrzykiwanie i przywoływanie setek negatywnych faktów z przeszłości które mają mi udowodnić że jestem i byłem, od zawsze, dnem, do niczego i zawsze są ze mną problemy i to wszystko wyłącznie moja wina. Czasami sytuacje zakrawają na miano zbiorowej paranoi gdy słyszę że jest we mnie zło, że jestem opętany, że internet służy mi do komunikacji z jakąś sektą masońską. Pojawiają się też projekcje typu gdybym miał dzieci to bym im krzywdę robił, że nie potrafiłbym nawet na rodzinę zarobić lub że wszyscy sobie radzą lub im się udaje a mnie nie bo jestem ''głupkiem''. Po każdej z takich sytuacji wszyscy udają że nic się nie stało i zachowują zwyczajnie nie zwracając na mnie uwagi. Ostatnio również odkryłem że przyczyną adopcji była zwykła zachcianka gdyż adoptowano mnie gdy żona jednego z młodszych braci mojego ojca zaszła w ciążę i miało to być pierwsze dziecko z tej strony rodziny. Daty z dokumentów rozpoczęcia procesu adopcyjnego i ciąży cioci pokrywają się niemalże idealnie. Moja obecność tutaj jest więc efektem zwykłej rywalizacji ''na dzieci'' między moim ojcem - najstarszym z braci a jego najmłodszym bratem z którym od zawsze konkurował we wszystkim. Żyjąc z tym faktem ciężko sobie wmawiać że jesteśmy rodziną a jednak nie potrafię rozbudzić w sobie całkowitej nienawiści która pozwoliłaby mi się w końcu całkowicie odciąć od destrukcyjnego wpływu tego chorego środowiska...

Zdaję sobie sprawę że mam wiele problemów które muszę rozwiązać by normalnie żyć oraz radzić sobie w życiu tak jak normalni ludzie. Wiem niestety również że nie uda mi się to tu gdzie teraz jestem. Nie jestem aktualnie ubezpieczony, wracając tu nie liczyłem że szukanie pracy potrwa tak długo, dłużej niż w obcym kraju przepełnionym cudzoziemcami. Wyklucza to niestety aktualnie wizytę u specjalisty refundowaną z NFZ. Moi rodzice mi w tym absolutnie nie pomogą gdyż psycholog/psychiatra jest dla nich tematem tabu toteż prośba o pieniądze na wizytę mogłaby znacznie pogorszyć aktualną sytuację i dla tego wolałbym to zatrzymać dla siebie. Mój znajomy farmaceuta z którym nieco rozmawiałem o tym jak się teraz czuję i ile to trwa nalegał niemalże żeby udać się do psychiatry i poprosić o leki z grupy SSRI co pomogłoby ograniczyć liczbę wizyt i początkowe eksperymentowanie ze słabszymi lekami niestety nawet to jest zbyt dużym wydatkiem na chwilę obecną. Chciałbym też bardzo porozmawiać z psychologiem i wiem że to konieczne ale obawiam się też że trafię na niekompetentną osobę która podejdzie do mnie zbyt szablonowo, nie znam żadnych osób które mogłyby mi kogoś dobrego polecić.

Ciągle wierzę że moja sytuacja nie jest bez wyjścia jednak przeraźliwe jest jak trudno je znaleźć. Zastanawiam się czy ktoś w ogóle był w podobnej sytuacji i jak mu się udało z niej wyjść.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
“We are what we repeatedly do. Excellence, then, is not an act, but a habit.”
Aristoteles (384BC - 322BC)
Avatar użytkownika
Offline
Posty
2
Dołączył(a)
21 lut 2014, 14:48
Lokalizacja
Południowy Wschód

Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

Avatar użytkownika
przez chester 08 kwi 2014, 16:01
ElCamino, Wszystko sobie stopniowo poukładasz. Kontakt z terapeutą jest konieczny. Leki SSRI mają dużo preparatów handlowych i nie są drogie. Poszukaj psychoterapii na NFZ, niedaleko miejsca zamieszkania. Pozdrawiam 3 maj się.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
293
Dołączył(a)
29 sty 2013, 13:58

Kiedy tracisz nadzieję, że kiedykolwiek będzie lepiej...

Avatar użytkownika
przez ekspert_abcZdrowie 08 kwi 2014, 19:58
ElCamino, zdaję sobie sprawę, że jesteś w trudnej sytuacji, a klepanie po ramieniu raczej za bardzo Ci nie pomoże. Potrzebujesz konkretnego działania. Skoro nie masz ubezpieczenia zdrowotnego i nie możesz skorzystać z pomocy nawet na NFZ, to może warto byłoby zarejestrować się w Urzędzie Pracy, chociażby dla tegoż ubezpieczenia? Mógłbyś wówczas skorzystać z bezpłatnej pomocy u lekarza, by uzyskać wsparcie w depresji, którą u Ciebie podejrzewam. Mógłbyś chociażby dostać leki, np. z grupy SSRI, o których wspomniałeś. Poza tym mógłbyś skorzystać z pomocy doradcy zawodowego w UP (może pomógłby w napisaniu dokumentów aplikacyjnych, może znalazłyby się jakieś oferty pracy dla Ciebie albo jakiś dodatkowy kurs, który mógłbyś sobie wpisać do CV?) W każdym razie zawsze byś coś robił, nie siedział w miejscu, by uniknąć wrażenia, że nic się w Twoim życiu nie zmienia, oprócz daty w kalendarzu. Nie musiałbyś rezygnować z własnych poszukiwań. Szukaj, przeglądaj oferty, próbuj aplikować nawet wtedy, gdy wydaje Ci się, że nie masz szans. Nie skreślaj się sam z góry. Wysyłając dokumenty, niczym nie ryzykujesz. Możesz tylko zyskać. Niech inni ocenią, czy się nadajesz, czy nie. I nie trać nadziei! Trzymam kciuki!
Psycholog
Posty
7582
Dołączył(a)
22 sie 2011, 15:11

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 11 gości

Przeskocz do