Chcę się ponownie wygadać

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

Chcę się ponownie wygadać

przez Dolan 15 cze 2013, 00:49
Witam, kiedyś, jeszcze w poprzednim roku już tu pisałem jedynie w celu wygadania się, ulżenia sobie. Tak też chciałbym zrobić teraz, gdyż nie jestem w stanie zasnąć i nie mam co robić, a czuję się źle. Swojej historii nie będę rozkładał na czynniki pierwsze tak jak wtedy, jedynie: mam obecnie 17 lat, problemy z depresją już od dziecka, tak samo próba samobójcza, zaburzone relacje społeczne, potem zmiana nastawienia i charakteru, optymista i dusza towarzystwa, nie jednokrotnie zadziwiałem ludzi w jaki sposób można być tak pozytywnie nastawionym do życia - no bo przecież się nie da? Jak ja to robię, mogę im wszystko opowiedzieć? Sam byłem pod wrażeniem i faktycznie wyróżniałem się wtedy spośród tłumu pod tym względem. Nie przejmowałem się porażkami, wyprowadziłem jedną osobę z nałogu narkotykowego (codzienne duże ilości amfetaminy), inną z alkoholu, a inną jedynie z nikotyny i sporej nadwagi, a także kilka z depresji. Starałem się pomagać ludziom mieć podobne podejście, aczkolwiek niejednokrotnie dobrze bawiłem się znęcając się też psychicznie nad innymi, odreagowywałem to co inni robili mnie przed moją przemianą, teraz bardzo tego żałuję i nikomu nie zezwoliłbym na pastwienie się nad kimś, nawet jeśli tej osoby nie znam i tak naprawdę jest mi obojętna. Tak było do aż do rozpoczęcia nauki w liceum, z resztą bodajże w listopadzie już opisywałem jak się czuję od jakiegoś czasu. Wtedy dostawałem myśli samobójczych, czułem się samotny, potraciłem kontakty z ludźmi, stałem się agresywny. Trafiłem nawet do szpitala psychiatrycznego, ale tylko na dwa dni ze względu na moją inną dolegliwość psychiczną związaną z tym, że moja podświadomość nie pozwala mojemu organizmowi oddać moczu poza domem - może jakiś ignorant i idiota uznałby, że to śmieszne, ale skręcanie się z bólu całą noc, wchłanianie toksyn przez nerki i niemożność opuszczenia domu na dłuższy czas jest przytłaczająca. Jak już to muszę ciągle kontrolować spożyte płyny. Byłem kiedyś zapraszany na sylwestra do innego miasta, pod namioty, na imprezy, nocowania, ale nie mogłem z tego skorzystać właśnie z tego powodu, teraz nie mam żadnych znajomych, a nawet jakbym nawiązał kontakt z kimkolwiek to urwałby się on równie prędko jak wszystkie poprzednie. Ludziom w moim wieku nie wystarczy kilkugodzinne wyjście do nie wiem - kina, parku, gdziekolwiek? Sam chciałbym bawić się tak jak reszta rówieśników, miałem taką możliwość, ale z niej nie byłem w stanie skorzystać przez chorobę. Tak, chorobę. To już nie jest fobia, organizm fizycznie blokuje mi wszelkie możliwości fizjologiczne.
Do następnej klasy nie przejdę, nie jestem w stanie skoncentrować się na nauce, ani na niczym, opuszczałem lekcje, teraz boję się chodzić do szkoły. Dostaję ataków paniki, gdy widzę dużo ludzi, czuję ścisk w głowie i klatce piersiowej, łomotanie serca. Dodatkowo odczuwam straszną nienawiść do ludzi, nie mogę patrzeć jak rówieśnicy stoją obok siebie, rozmawiają, uśmiechają się. Chciałbym ich zastrzelić, wymordować wszystkich, urządzić masakrę, a potem samemu popełnić samobójstwo. Robię się bardzo agresywny, w szkole już od dawna nie byłem. Raz przyszedłem i wytrzymałem tylko 2 godziny, wróciłem do domu bo naprawdę mógłbym zrobić komuś krzywdę. W stan amoku wchodzę teraz coraz częściej w domu. Zaczynam widzieć jak przez mgłę, niszczę wszystko, nie mogę się kontrolować, mało nawet pamiętam z tego, to nie jest ode mnie zależne. Języka też nie kontroluję, wyzywam i przeklinam na własnych rodziców, płaczę, wszystko dewastuje i nie mogę tego powstrzymać. Nie da się, czuję jakby to był nawet ktoś inny, a ja jestem tylko obserwatorem z poziomu oczu. Nie odczuwam bólu, ani współczucia, gdy widzę płaczącą mamę. Gdy mi to przechodzi to bardzo mi przykro, nawet w tym momencie się popłakałem, jestem kompletnie bezradny, że nawet osoba, którą tak kocham, która zawsze dawała mi wszystko czego bym zapragnął tak przeze mnie cierpi.
Podejmowałem próbę leczenie lekami SSRI, ale wywołują one u mnie kompletną impotencję już trzeciego dnia (każdy z leków), a z tego co się dowiadywałem to może uszkodzić na trwałe, więc nie ma możliwości abym ryzykował. Załóżmy, że po latach leczenia i ciężkiej pracy jakoś staję na nogi - i co wtedy? Kończę jako impotent bez wykształcenia, znajomych, niczego. W dupie mam podejmowanie "małych kroczków" w celu poprawy, tego się nie da wyleczyć to zawsze wróci, za dużo pracy, nie mam już na to siły. Chciałbym popełnić samobójstwo, to by było najlepsze rozwiązanie. Wszystkie problemy znikają, zarówno moje jak i moich rodziców - nie muszą mnie leczyć, znosić moich niekontrolowanych zachowań, tego wszystkiego. Po prostu zostaje zorganizowanie pogrzebu, chwilowa żałoba, a potem koniec. Nie będzie mnie, nic już nie będzie. Cały czas w głowie mam jednak te psychopatyczne myśli pozabijania innych, męczą mnie. Cały czas coś mi mówi: "Nie umarłbyś na darmo, zwróciłbyś na siebie wreszcie uwagę, na co tym szczęśliwym bananowym dzieciom byłby te znajomości, zabawa, związki, chęć do życia skoro by go już nie mieli? Zostawiłbyś przy życiu tych słabszych, truchło tych drugich byłoby warte tyle co twoje, nie byłoby już podziału na tych silniejszych, zaradnych, szczęśliwych i cwanych, a słabszych, nieporadnych, nieszczęśliwych i naiwnych z powodu dobroci swojego serca, sprawiedliwości choć w niewielkim stopniu stałoby się zadość". Nie mam zamiaru słuchać tych myśli, mimo, że są bardzo natrętne. To jest jakiś absurd, który wytwarza moja chora głowa, wolę już odejść sam, nikt mnie nie będzie żałował. W końcu nie mam żadnych przyjaciół, dziewczyny też nie. Dla rodziny jestem tylko utrapieniem. Nic w życiu nie osiągnę, nie jestem już nic warty, a zbyt dużo pracy, aby to zmienić jeśli w ogóle się da. Nie mam na to czasu, ani chęci, jak myślę o tym, że rówieśnicy w tym momencie cieszą się nadchodzącymi wakacjami, sobą, planowanymi imprezami, a ja miałbym walczyć z fobią społeczną, rosnącą agresją, depresją, a i tak bym tego nie wyleczył, tylko się nacierpiał to naprawdę... Nie wiem czy to co piszę ma w ogóle jakiś sens czy składnię, w głowie mam jeden wielki chaos, nie interesuje mnie to i tak, miałem się wygadać, tak też zrobiłem. Nie jest istotne, czy ktoś to przeczytał czy nie bo nie po to to pisałem. O rady nie proszę bo rad na to nie ma. W każdym razie "małymi kroczkami do celu" jakby to napisali co poniektórzy tutaj, którzy nie znaleźli się nigdy w takiej sytuacji, gdyż jest to niemożliwe bo każda sytuacja, psychika, wydarzenia losowe itd. to sprawa indywidualna i należy to rozpatrywać indywidualnie, bo ogólnie przyjęte kanony nie zawsze się sprawdzają. To tyle, robię się bardziej senny więc może zasnę za jakiś czas. Pozdrawiam.
Offline
Posty
6
Dołączył(a)
04 lis 2012, 22:28

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 16 gości

Przeskocz do