przegrawszy

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

przegrawszy

przez lamadelrey 25 lip 2013, 06:17
U mnie sprawa wygląda tak, ze ja potrafie sie zdyscyplinowac, jak to napisalas, tylko w bardzo wyjątkowych przypadkach. Festiwal muzyczny poprzedniego lata, ktorego po prostu nie moglem opuscic, udalo mi sie, spedzilem trzy dni wsrod kilku tysięcy ludzi wokol. Ale to nie to samo, tam jak wiadomo zycie toczy sie troche inaczej. Zalatwiona przez rodzine dwutygodniowa praca we francji - okej, presja ze strony rodzicow i tez sie na to zobylem. Ale sprawy tak wazne jak zlozenie dokumentow na studia - odwlekanie na ostatnią chwile i ostatecznie rezygnacja. Nawet tego posta przeczytalem wczoraj, ale nie wiem sam czemu z zupelnie nieznanego mi powodu przelozylem odpisanie na dzisiaj. Z jednej strony to na sto procent ta prokrastynacja i leń, ale tez jakis lęk i swiadomosc tego, jak bardzo mnie ŻYCIE męczy. Kazde glupie wyjscie, kazde zalatwienie sprawy, nawet przyjemne chwile wiążą sie ZA KAZDYM RAZEM z jakimis nieprzyjemnymi wspomnieniami i uczuciami. Wezmy pod uwage chociazby te dwa wyjazdy. Festiwal - okej, bawie sie niezle, przyjemnie sie slucha muzyki, z jednej strony przyjemnie choc troche czasu spedzic wsrod ludzi. Ale kiedy wspominam te trzy dni, to pamietam tez, ze bylo mi zwyczajnie smutno. Bylem sam, czulem to jeszcze bardziej wsrod ludzi bawiących sie ze swoimi znajomymi. Przypomnialo mi to jak bardzo anonimowy jestem w tlumie, jak bardzo jestem nikim wsrod nich. Do tego wyglądalem okropnie i wstyd mi bylo sie pokazywac. Nie uzalam sie, tylko mowie co poczulem. Francja - okej, jestem. Praca nie jest ciezka, są nawet mlodzi ludzie, calkiem mili. Zachęcają mnie do wspolnych wyjsc wieczorem. Ale ja czuje, ze to 'nie moje towarzystwo' (tak jest z kazdym) i wybieram przygnębiające samotne spacery wieczorem z sluchawkami na uszach i fantazjami.
Rysunek to raczej nie dla mnie, srednio do mnie przemawia, probowalem.
Do grafika na pewno nie zaglądalbym w ogole.
I z czasem te lęki mineły? W sensie, podczas tego wyjazdu. Nie towarzyszyl ci ten lęk przez caly czas? Dobrze wspominasz ten wyjazd? Nie zmeczyl Cie psychicznie?
Ten sposob z samodyscypliną najbardziej mi odpowiada. Moze dlatego, ze jest najwygodniejszy. Ale wczoraj zmobilizowalem sie, powiedzialem, ze poszukam pracy w nocy i faktycznie, szukalem po internecie przez pare godzin.
Po poludniu bylem tez wykonac cwiczenie. No, po prostu pojawily sie typowe objawy osoby zestresowanej i moze, nie wiem, przestraszonej. Nerwowe gesty, przyspieszony krok. Mysl o tym, jak wyglądam. Przejrzenie sie w najblizszym oknie samochodu. Jesli dobrze ulozone wlosy i reszta okej (zdarza sie bardzo rzadko) - niewielkie uspokojenie i chęc pokazania sie, iscia dalej, nabranie pewnosci siebie. Jesli zle - jeszcze wieksze zdenerwowanie i mysl o jak najszybszym schowaniu sie, tj. powrocie do domu. Wczoraj oczywiscie to drugie. Straszny dyskomfort, a nawet zlosc i frustracja tym spowodowana. Do tego strach. Widok kogos przed kim moglbym odczuwac kompleksy i czuc sie gorszym - przyspieszenie kroku, czasem nogi z waty albo przejscie tak zeby nie byc widocznym, ewentualnie zawrocenie. Zmęczenie fizyczne, piekąca glowa, uczucie gorąca, pot, dyskomfort. Zly humor, zlosc i smutek ze to takie nieprzyjemne i męczące. Powrot do domu, ulga.
Czemu 'nie moge' wyjsc i czego sie boje? Boje sie porazki, kompromitacji i wysmiania. To brzmi smiesznie w obliczu chociazby wyjscia na spacer w miejsce pelne ludzi, ale to prawda. Boje sie tego cholernie nieprzyjemnego uczucia dyskomfortu, ich wzroku i ich obecnosci, mozliwej ocenie mojej osoby. Przede wszystkim boje sie uczucia bycia gorszym, brzydszym, biedniejszym, glupszym etc. I to nie musi objawiac sie w zachowaniu innych, wystarczy ze sam sie takim poczuje. Chyba mam kompleksy czy cos. Widzisz, w takim spacerze przejawia sie to przede wszystkim w wyglądzie. Ale jesli mialoby dojsc do wiekszych interakcji, to doszloby zdenerwowanie z powodu chociazby braku znajomych, wiedzy na jakis temat. Nie wiem, kazdej mozliwej rzeczy czy cechy, ktorej nie posiadam, a ktorą chcialbym miec. Nawet jesli to niemozliwe. Boje sie tego wszystkiego, kompromitacji, poczucia nizszosci.
W sumie, to przypominam sobie dosyc wstydliwą rzecz z mojego dziecinstwa, w ktorej podobnie smiesznie zachowywalem sie, jak podczas tego spoconego spaceru. Choc nie wiem czy to istotne i ma cos wspolnego. Jak cos to moge opowiedziec.
A, no i zazwyczaj na spacer wychodzę nocą, kiedy juz nikogo nie ma na ulicach. I dziwne jest to, ze nawet wtedy pojawiają sie te rzeczy. Doluje mnie ten spacer. Najbardziej przejawia sie to jednak wtedy w piekącej glowie i uczucie gorąca. Moze to nie tylko psychika, ale i fizycznie cos ze mną nie tak.
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

przegrawszy

przez Flea 26 lip 2013, 14:25
Wyśmiania... Chyba każdy nerwicowiec to zna. Na terapii nauczyłam się przestać czytać w ludzkich myślach. Kiedy dopada mnie "pewnie myśli sobie...." to odbijam takie myśli. Z czasem jest ich coraz mniej.
Czy lęk mi towarzyszył podczas całej podróży? Nie. Po pierwszej przesiadce było już ok. Okazało się, że dobrze sobie radzę i tak naprawdę bałam się swojej nieporadności i opuszczenia domu. Dom się nie zawalił, świat nie spłonął nic się nie stało. Pobyt w Poznaniu udany, pokosztowałam pysznej nalewki malinowej i poleżałam w hamaku. Właśnie. Tak leżąc i słuchając ciszy, głaskałam sobie kotkę i nagle wszystkie myśli się uporządkowały. Zmiana otoczenia dużo daje.
Tobie doskwiera straszna "samotność w tłumie". Brak bliskich przyjaciół, brak bliskiej osoby do wygadania się.
Dzieciństwo ma okrutny wpływ na to jakimi jesteśmy dorosłymi.
Mówisz, że znasz takie zachowania? Z czego one wynikają? Co się działo wtedy? Kiedy dotrzesz do punktu początkowego łatwiej sobie poradzić z lękami, stresami kiedy człowiek sobie uświadomi, że tamto już było a teraz jest inaczej. Łatwiej te zapanować nad sobą i swoimi dziwnymi reakcjami.

Poczucie gorszy, brzydszy rodzi się w głowie. Zwykle jest tak, że nikt tak nie uważa oprócz nas samych. Zmiana myślenia, zmiana własnego wizerunku we własnych oczach. Ale Twój perfekcjonizm trochę przeszkadza chyba w myśleniu o sobie "dość dobry, wystarczająco dobry".

Działaj z dyscypliną dalej zobaczysz efekty bardzo szybko, bo nagle świat zacznie magicznie się zmieniać. :) jak się skoncentrujesz na zadaniu ( np. wyjście do sklepu w czasie z góry określonym ) to inne rzeczy zejdą na bok, bo będziesz skupiony na czymś innym.

Warto żebyś zdiagnozował depresję (lub ją wykluczył). Będzie dobrze. Pisz, bo to też pomaga. Chwal się i ciesz najmniejszymi sukcesami. Do przodu!!!
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

przegrawszy

przez lamadelrey 08 sie 2013, 05:46
Okej, okazuje sie, ze jesli naprawde sie 'zepne', to potrafie wyjsc z domu i cos zalatwic. Przez ostatnie dni staralem sie jak najwiecej wychodzic, roznosilem CV, zalatwilem sobie ewentualny wyjazd za granice w pazdzierniku, cos tam zrobilem (oczywiscie z oporami i nie tyle ile moglbym w tym czasie zrobic).
Tyle ze kazdego dnia, praktycznie przez caly czas myslalem tylko o tym, zeby jak najszybciej znalezc sie w domu. Nawet przez moment nie zaznalem komfortu. Normalne czynnosci, jak robienie zakupow, wykanczają mnie jak jakis maraton. Czuje sie zszargany i psychicznie i fizycznie. Ten natłok natrętnych, dręczacych mysli jest nie do wytrzymania. Nawet jak wydaje sie ze jest okej, to nie jest okej. Nie potrafie tego opisac, to jakby, nie wiem, zżerało mnie powoli od srodka, doslownie. Nie wyobrazam sobie nawet, ze jestem w stanie kiedys jeszcze normalnie funkcjonowac.
Kiedy wychodze, choc nie tylko, to pojawiają sie nerwy, ktore mnie torturują, niszczą. Wiem, ze raczej nie jestem typem samobojcy, ale czasem w tych nerwach i ogromie energii ktory we mnie sie kumuluje czuje ochote bic samego siebie, zaciskam zęby i obrywa sie jakiemus przedmiotowi. Potrafie lezec i fantazjowac o swojej smierci. O tym co by bylo gdyby. Ale jak mowilem, nie targnąlbym sie na swoje zycie, bo po pierwsze moja rodzina jest dla mnie zbyt wazna, zeby wyrządzac im taką krzywde. A po drugie, to oczywiscie balbym sie, balbym sie i chyba po prostu chce zyc. Jest tyle piękna i rzeczy, ktorych nigdy nie zaznalem. Tyle ze to tez dla mnie kolejny powod do smutku. Czuje jak zycie przebiega mi przez palce, trace wszystkie okazje, trace najlepsze lata. Czuje jakby bylo po prostu za pozno. Kojarzysz z lekcji polskiego bohatera antycznego i fatum nad nim ciązące? Poniekąd sie z nim utozsamiam. Co bym nie zrobil, to i tak bede glupi, brzydki, przegrany. Ze, nie wiem, taka mi przypadla rola i nic na to nie poradze. Moge sie starac, moge probowac, moge odnosic zwyciestwa, wygrawac bitwy - wojny i tak nie wygram. Pelno zali jeszcze moglbym wylac, ale to chwila slabosci, ktora i tak nic nie da, wiec juz wystarczy.

Co do dziecinstwa, to kojarze dwie rzeczy (pewnie byloby tego wiecej gdybym tylko pomyslal), ktore zapadly mi w pamiec. Chyba bylem naprawde wrazliwym gowniarzem z duzą wyobraznią. W tym okresie, jak pewnie kazdy, zdarzaly mi sie bardzo czesto przerazające koszmary. Kiedy przestraszony wchodzilem do pokoju rodzicow ojciec zloscil sie na mnie, kazal wracac do siebie, mocno to przezywalem, balem sie jak cholera. Druga sytuacja jest bardziej wstydliwa. Do wczesnych czasow szkolnych mialem problem z nietrzymaniem moczu. To byl okropny wstyd i stres przed 'wpadką'. Przed innymi ludzmi, choc nie malym kosztem, to potrafilem to dobrze ukrywac. Nie pamietam wiekszosci reakcji rodzicow podczas takiej 'sytuacji'. Ale jeden dzien pamietam doskonale. Mama, w ktorej zazwyczaj mialem oparcie i obronce przed ojcem, widząc mnie wracającego do domu z mokrymi spodniami wpadla w zlosc i powiedziala tacie. Jak o rozne rzeczy nie mam do nich pretensji, jestem wdzieczny i w ogole, tak, /cenzura/, no to nie byla moja wina. Bylem tylko piepszonym dzieckiem, ktore juz idąc do domu przezywalo traume i ogromny stres usilując ukrywac swoją mokrą plame. Nie zrobilem tego specjalnie. Tak, to mnie akurat boli do dzis.
Oo, albo pamietam, ze w wieku wczesnoszkolnym mialem jakies napady lęku. Zawsze bardzo balem sie o swoją rodzine. Jako taki szczyl modlilem sie i prosilem o to zeby predzej stalo sie cos mi niz komus z bliskich. Kiedy mama spozniala sie godzine z pracy, mnie ogarnialy czarne mysli, bylem przerazony i przestraszony, nie myslalem o niczym innym tylko o tym gdzie jest, czemu jeszcze jej nie ma i czy cos sie przypadkiem nie stalo. Dziwilem sie, kiedy mlodszy brat w tym czasie potrafil spokojnie oglądac telewizje. Tak, to bylo dziwne.

Heh, w zasadzie, to nie ma tu na co odpisywac, mialem potrzebe wyklikac kilka zdan. Dobrze ze jest to miejsce
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

przegrawszy

przez Flea 08 sie 2013, 07:35
Doskonale znam ten stan, kiedy się leży i fantazja podpowiada co by było gdyby. Nawet w myślach rozparcelowałam swój śmieszny majątek.
Dużo lęku, wstydu strach przed wyśmianiem dziecka został w ciele dorosłego. Byłeś dzieckiem, które sobie nie poradziło w trudnej sytuacji i niestety gro dzieci tak ma. Pytanie co JA dorosły z tym robię.
Lęk o rodzinę wynika z czegoś.
Moczenie dzieci (jeżeli nie ma podłoża medycznego) wynika głównie z chęci zwrócenia na siebie uwagi, chociaż dziecko nie zdaje sobie z tego do końca sprawy i broń boże nie robi tego celowo. Gdzieś jednorazowo, "siknięcie" w majtki dało poczucie, że matka się interesuje i poświęciła kawałek czasu i tak dzieciakowi zostało. Organizm swoje, a głowa swoje i dzieciak nie panuje nad tym. Powiedzenie ojcu, zdrada! Mama zdradziła nasz "sekret" za co się jeszcze dzieciakowi oberwało.
Nie miej żalu do rodzica bo jako ojciec też byś się potężnie wku...ł, gdybyś musiał wstać rano a dziecko drepcze i miarczy po nocy. Okrutne? Tak ale to samo życie. Z takich rzeczy pozostają irracjonalne lęki i chęć "ukrzyżowania" się, stąd cierpienie i poczucie winy. Stąd też bierze się perfekcjonizm. Jak będę idealny to nikt mnie nie wyśmieje bo nie da się skrytykować ideału. Z tym, że ideał nie istnieje.


Jestem z Ciebie dumna i na prawdę cieszę się, że się udało wyjść, załatwić kilka rzeczy. Zrobiłeś niezły postęp i zacząłeś pracować nad sobą. Brawo!!!!!!
Traktuj wyjścia zadaniowo. Ograniczenia czasowe, szybkość wykonania zadania, sprawdzenie ile czasu mi to zajmuje pozwala na chwilę odgonić natrętne myśli.
Mam zadanie dla Ciebie. Chciałabym żebyś rano wyznaczył sobie karę. Coś dla zdrowia (zimny prysznic, zjedzenie czegoś zdrowego a czego nie lubisz) ale musi Ci to sprawić autentyczną przykrość. A potem wyjdź na miasto. Zaryzykuj wyjście bez natrętnych myśli i bez lęku. (Kara była to możesz spokojnie wyjść). Wyobraź sobie jak idziesz ulicami śmiało, z podniesioną głową i zadowolony. Zaryzykuj bycie zadowolonym i zobacz co się stanie.

Nic nie tracisz, a im bardziej sobie mówisz, że tracisz to tak się dzieje. Życie przed Tobą, teraz nie jutro zacznij nowe. Zrób coś na co nie miałeś do tej pory siły. Po prostu wstań i zrób to. Nie słuchaj wewnętrznych wymówek, podpowiedzi. Wstan i na przekór myślom zrób. Bunt na pokładzie!!
Zastanawia mnie inna rzecz. Jak mama poszła rodzić brata do szpitala to czy ktoś Cię przygotował na to? Powiedział, że mama musi pójść na kilka dni do szpitala, że pojawi się brat?


A żale wylewaj, wylewaj wszystko co siedzi w środku. Jak przeczytasz to za miesiąc to będziesz miał czarno na białym, jak bardzo się zmieniłeś.

Do dzieła!
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

przegrawszy

przez lamadelrey 10 sie 2013, 21:24
Nie no, nie mam jakiegos ogromnego zalu do rodzicow. Po prostu to pamietam, pamietam jak bylo mi przykro. A prawda jest taka, ze odkąd sie wyprowadzilem zacząlem o wiele bardziej doceniac to co robili dla mnie i rodzenstwa przez lata. Moj ojciec taki juz jest, ciezko mu powiedziec cos milego, ale cholernie staral sie nadrobic to wszystko cięzką pracą i zapewnieniem jak najlepszego bytu. Swoją drogą, moje stosunki z nim w chwili obecnej (z mojej winy) są mocno chlodne. Ale z nim sie bardzo ciezko rozmawia. Wiem, czuje i widze po tym co sam przezywam, ze on tez ma problemy. Ale on i psycholog? Nie ma szans, predzej wykonczy go ta nerwica. Dowiedzialem sie tez nie dawno, ze jego dziadek cierpial na depresje i nerwice tak na marginesie.
A jesli chodzi o narodziny brata, to sam mialem trzy lata i kompletnie tego nie pamietam. Z innych zrodel tez mi na ten temat nic nie wiadomo.

Bez przesady, nie ma z czego byc dumnym. Moze to zabrzmialo tak, jakbym zrobil cos wielkiego, ale naprawde to pozalatwialem totalnie niezbedne duperele i kilka rzeczy wiecej. Mimo wszystko, zdolalem to zrobic dzieki twojej radzie z dyscyplinowaniem samego siebie. Za to ogromne dzięki, za to i ogolnie.
Okej, sprawozdanie z zadania. Zdrową zywnosc uwielbiam, a nie wpadlem na nic bardziej kreatywnego i co sprawiloby mi wiekszą przykrosc, wiec padlo na ten zimny prysznic. Rano nie mając przed sobą twojego posta nie wiedzialem o co chodzi i dlaczego mam to zrobic. Dopiero po samej nieprzyjemnej czynnosci zrozumialem, ze skoro nieprzyjemne juz za mną, to teraz czas na cos fajnego: wyjscie. To na tyle poprawilo mi humor, ze wyszedlem autentycznie zadowolony. Jednak po pewnym czasie w glowie zaczely pojawiac sie natrętne mysli, szyby samochodow w ktorych widzialem swoje odbicie, ludzie ktorych musialem mijac. Pozniej to najgorsze, czyli pieczący bol w glowie, dyskomfort, bol i chec szybkiego powrotu. Musze przyznac jednak, ze czas od wyjscia do pojawienia sie tych nieprzyjemnych rzeczy byl stosunkowo dlugi w porownaniu do dnia normalnego. Dopoki o tym nie pomyslalem, szlo mi sie calkiem niezle. Ale to niemozliwe, zebym o tym w ogole nie pomyslal. Tak sie nie da, przeciez ja praktycznie nie mysle o niczym innym. Nie jest latwo walczyc z takimi myslami, one sie po prostu pojawiają. Wydaje mi sie, ze gdybym byl chociaz UMIARKOWANIE zadowolony ze swojego wyglądu, to byloby mi o wiele latwiej. Ale tak sie przeciez nie da. Poza tym, chyba nie tędy droga do 'wyzdrowienia', nie wiem.

I na koniec cos waznego. Wygląda na to, ze mam ubezpieczenie. Rozmawialem dzis z mamą (sciemnilem, ze chodzi o innego specjaliste) i mowila, ze niby w jakis tam niezbyt fajny sposob, ale jestem ubezpieczony. No niewazne. Mowie to oczywiscie mając na wzgledzie psychologa/psychiatre. Nie bardzo wiem od czego mam zacząc. Gdzie isc, czy moze powinienem zadzwonic. Ktora przychodnia jak i co. Poszukam w internecie, moze sie dowiem. Mieszkam w warszawie, wiec problemu z dostepem do takich klinik etc raczej nie mam. Obym tylko zebral sie w sobie i to zalatwil.
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

przegrawszy

przez Flea 11 sie 2013, 07:48
Powiem tak. Gdybyś miał depresję to napisanie posta takiej długości byłoby cudem, a wyjście pomimo rad i porad też raczej by się nie udało. Więc good news depresja to to nie jest. Obstawiam zaburzenia lękowe.
Psycholog- pomoże zrozumieć pewne rzeczy, zada wiele niewygodnych pytan, powinien zrobić testy osobowości, które są bardzo pomocne w diagnozie.
Psychiatra - da leki, które zneutralizują lęk. Ale to trochę pułapka (jestem ogromną przeciwniczką psychotropów)
Najlepszy byłby terapeuta ale to się niestety wiąże z kasą. Chociaż oni teraz zasuwają projektami unijnymi i można znaleźć za darmo. Trzeba poszukać po ośrodkach terapeutycznych.
Jest jeszcze jedna możliwość. Poprosić terapeutę o skierowanie do oddziału leczenia nerwic, tam prowadzona jest szybka terapia i raczej stawiają ludzi na nogi.
Podłoże Twoich lęków może być naprawdę różne.
Widać, że masz kłopot z akceptacją siebie, i tu sprawdzają się karteczki z afirmacjami. "kocham siebie takiego jaki jestem" "rezygnuję z krytykowania siebie" "codziennie mój lęk opuszcza mnie stopniowo" I obserwuj nawet najmniejsze zmiany.

Ha ha ha kara działa!! U mnie zadziałało też w ten sposób. Ja mam problem z pokrzywką, która mnie autentycznie dręczy. Jak wylazła po karze to moje zdziwienie było ogromne i żal, no co jest? Już była kara. I co? Pokrzywka zaczęła znikać. Powoli i były nawet całe tygodnie bez swędząco piekących placków.
Jeden dzień to za mało... Zobaczysz po tygodniu, okresy luzu w głowie będą się wydłużać.
A kiedy się pojawiają naręctwa to trzeba się zastopować ( ooo. Nie, kara już była więc wypad z głowy).
Daj sobie czas, pewne nawyki sobie wklepałeś latami i nie da się ich usunąć z dnia na dzień.

Co do porodu mamy. Skoro nie pamiętasz (a trzylatek dobrze już łączy) to mogę tylko postawić hipotezę, skąd lęk, że coś się stanie. Jak mama zaszła w ciążę, automatycznie miała mniej czasu i nastroju na zabawy i dokazywanie z Tobą. Nagle zniknęła z horyzontu i przywiozła nowe dziecko. I teraz w ogóle brak czasu dla Ciebie. Mało, jeżeli nikt Ci nie powiedział gdzie jest mama, co to poród, o co chodzi tak naprawdę to poziom lęku trzylatka sięga zenitu. Pytania, które dziecko sobie stawia to :" co się stało?, czy coś źle zrobiłem?, czy mama wróci? " i potem faktycznie każde jej zniknięcie tworzyło sytuację lękową, zakodowaną w głowie, że jak mamy nie ma to stanie się coś nieoczekiwanego, niedobrego. Starsze dziecko już sobie lęk zracjonalizuje względem własnych doświadczeń. Jak wie, że można być napadniętym to będzie się bało, że ktoś mamę napadł itd. Stąd też brat spokojnie siedzi i ogląda tv bo on takiego doświadczenia nie miał. Chodzi o to, że sytuację się zapomina a irracjonalny lęk zostaje i przybiera różne formy, od ścisłego planowanie wszystkiego( jak kontroluję to nic się nie stanie) po niewychodzenie z domu.
Ważne, żeby z lękiem walczyć.
Podam Ci przykład swój. Zawsze bałam się być sama w domu i histerycznie bałam się pająków. Jak mi terapeutka powiedziała, że to tylko w mojej głowie, bo boję się że bliski pójdzie sobie, przestanie być ode mnie zależny (uzależniony) i zostanę sama to powoli polubiłam własne towarzystwo i lęk stał się mniejszy. I nagle zauważyłam, że nie boję się pająków. Czyli jedna sytuacja lękowa opanowana eliminuje inne.

Ja starasznie się wkurzam na swoją niemoc, bo chciałabym pójść na basen, na rysunek, teatr, pójść na miasto...a nie mogę. Przewalę cały swój czas a potem mam żal. I wczoraj machnęłam rysunek, żeby zajrzeć co mi w duszy gra naprawdę. Okazało się, że miotam się pomiędzy przeszłością ( nie potrafię się jeszcze oddzielić) a idealną ja, idealną czyli taką co powinna, musi coś robić, zatroskaną o byt i niebyt.
Pojawił się moment naprawdę akceptacji siebie i powiem Ci był to najcudowniejszy moment mojego życia.

Dam Ci zadanie a jednocześnie sama spróbuję się zmobilizować. Zrobimy konkurencję. Wierzę Ci na słowo, więc zakładam, że będziesz grać uczciwie. Wrzućmy listę rzeczy, których nie możemy zrobić i zobaczymy jak się nam uda realizować listę. Im bzdurniejsze zadania tym lepiej. Np. Przejść 30 min bez lęku.
Co ty na to?
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

przegrawszy

przez lamadelrey 25 sie 2013, 02:56
Nie pisalem ostatnio, bo bylem przez te dni w domu rodzinnym.
To strasznie dziwne jak tamtejsze powietrze, ludzie, okolica dziala na moj stan ducha. Przez te pare dni doswiadczylem dobrze znanych bodzcow i odczuc, ktorych tutaj nic nie jest w stanie we mnie wygenerowac. Zeby bylo jasne, nie mam na mysli czegos stylu 'tam mi bylo po prostu lepiej', a raczej inaczej. Odkąd wyjechalem, za kazdym razem kiedy tam przyjezdzam pojawiają sie stany emocjonalne związane z ostatnim rokiem pobytu tamże. Pytalas o rzecz, ktorej nie moge zrobic - to spora przesada, ale na pewno bardzo ciezko byloby mi wrocic do domu i nie zajarac. Tak szczerze, to kiedy teraz tam wracam wszystko kojarzy mi sie z ostatnim rokiem spędzonym na pograniczu trzezwosci i wplywu narkotykow. Bedąc tam nadal odczuwam dziwne podniecenie na mysl o tym, ze za moment sie upale. Wokol tego tam sie kreci dzien. Zresztą, bywalo ze nie tylko wokol tego. W ostatnich miesiącach w domu duzą role zaczela odgrywac amfetamina. Nie zdązylem sie na szczescie 'wkręcic' w to na 'dobre', ale wciągalem pewnie wiecej niz 20 razy, pewne sporo wiecej. Nawąchany mozesz wszystko, ale zjazdu nie da sie porownac z niczym. Pamietam jak dzis to lezenie w lozku nad ranem i przewracanie sie z boku na bok, poczucie beznadziei, pustki i zwątpenia w swoje mozliwosci, zwątpienia we wszystko. Teraz mam swoje zjazdy i bez amfetaminy, moze troche lzejsze. Jesli chodzi o sam narkotyk, to jestem pewien na sto procent, przy nadarzającej sie okazji bedąc w domu nawciągalbym sie znowu. Na szczescie powstrzymuje mnie przed tym nadcisnienie i paniczny strach o wlasne zdrowie. Kilka dni przed wyjazdem do rodzicow myslalem 'a moze ja powinienem wrocic tam?'. Ale zrozumialem, ze tam juz jestem spalony. Tam nic sie nie zmienia, zawsze wracają te stare nieprzyjemne momenty, poczucie nadchodzącej apokalipsy. To ze wszystko sie zmienia, zmienia na zle, ze wszystko sie konczy. Uczucie najwiekszej tesknoty za tym, co moglem miec, a czego miec juz nie bede.
Wracając do warszawy zawsze to wszystko mija, 'cisnienie' na narkotyki, niechęc spotykania sie ze starymi znajomymi, wszystkie te nieprzyjemne bodzce kojarzące mi sie z tamtym miejscem. Tutaj wracają problemy stąd.

Wrocilem, wiec musze zalatwic sprawe z psychologiem/psychiatrą. Nie wiem, czyli na początek do psychiatry? Z tego co patrzylem, to są osrodki w Warszawie, ktore mają kontrakt z NFZ na terapię. Ale pewnie ciezko tam bedzie sie dostac. I nie wiem, czy to terapia 'z prawdziwego zdarzenia'. Mimo wszystko jednak warto sprobowac pewnie. Choc mierzi mnie to nieprzyjemne uczucie, ze sprawa bedzie zalatwiana nie w najbardziej nalezyty sposob.

Dobrze, to postaram sie codziennie stosowac metode z karą. Moze faktycznie w jakims stopniu bedzie procentowac. Choc nie bede ukrywal, ze jako urodzony sceptyk nie podchodze zbyt pozytywnie do praktykowania i rzekomych efektow na dluzszą mete. Ale cicho juz, w koncu chodzi o dyscypline, prawda? Zepne tylek.

To co mowisz o porodzie, faktycznie, sklada sie w calosc i bardzo prawopodobne, ze wzielo sie z tamtego momentu. Co do samej mamy, to zdarzylo sie cos podczas mojego pobytu w domu. Mimo ze mnie tam nie ma, ona czula caly czas, ze ze mną jest cos nie tak, mimo ograniczenia informacji dotyczących mojego zycia tutaj. Ktoregos dnia ujarany, sam nie wiem jak to wyszlo, nie wytrzymalem i powiedzialem jej o moich problemach. Oczywiscie bardzo pobieznie, niewiele wiecej poza tym, ze po prostu istnieją, ze sobie nie radze ze sobą. Zaluje, ze to zrobilem. Nic tym nie wskoralem, a przysporzylem jej tylko kolejnego zmartwienia. Ona i tak nie jest w stanie mi pomoc (zresztą zastrzeglem, ze sam musze sobie poradzic z tym problemem i ze wiecej do tej rozmowy nie wrocimy). Wiem, ze bedzie sie o mnie martwic, wiem, ze zrobilaby doslownie wszystko, zeby mi pomoc, ale nie potrafi. Wiesz, powiedzialem jej o tym, ale ona tego nie zrozumie. Zaczela mowic jak samej jej jest ciezko, jak ciezko jej bylo kiedys tam i ze pomogla jej modlitwa czy tam inna bzdura. Ze powinienem wyjsc do ludzi, znalezc kolegow. Nie mam do niej pretensji oczywiscie, wiem ze chcialaby mi pomoc, ale chyba kompletnie nie zdaje sobie sprawy na czym moj problem polega. Lepiej byloby, zeby nie wiedziala, ze on istnieje. No coz, czasu nie zawroce.

Mam szczerą nadzieje, ze moment akceptacji o ktorym pisalas nadal u ciebie trwa, albo chociaz trwal jak najdluzej. Nie tylko z tego wzgledu, ze ci dobrze zycze, ale tez dlatego, ze to ze ktos moze daje malutką nadzieje, ze ja tez.

Nadal masz ochote na te konkurencje?
Okej, rozumiem zamysl, ale skoro to mają byc rzeczy ktorych nie jestesmy w stanie zrobic to ten... JAK MY JE ZROBIMY? haha
w kazdym razie tutaj kilka moich, jak na cos wpadne, to dodam:
- wizyta w pewnym barze
- zalozenie facebooka i zaproszenie ktoregokolwiek ze starych dobrych znajomych do friendsow (chodzi o koniecznosc rozmowy)
- wrzucenie na totalny luz podczas jazdy autobusem pelnym ludzi
- dzien bez zwyzywania strasznie mulącego sie komputera
- zagadanie do jakiejs randomowej atrakcyjnej dziewczyny (ha! to dalem z ciekawosci czy dalbym rade osiągnac)
- zapoznanie i gra w pilke (lubie grac) z miejscowymi, kompletnie obcymi chlopakami smigającymi na boisku obok mojego bloku
- przezwycięzenie na chociaz kilka minut urojenia/fobii związanej z palcami u stop
- zrobienie sobie zdjecia i pokazanie komukolwiek czy wstawienie gdziekolwiek (never)
wiecej teraz nie przychodzi mi do glowy, pozno juz.
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

przegrawszy

przez Flea 25 sie 2013, 11:11
Zastanawiałam się gdzie zniknąłeś. :)
Matkom zawsze przy takich rozmowach wydaje się , że gdzieś popełniły błąd, coś zrobiły nie tak obarczają się winą za wychowanie, nie danie wszystkiego... Ogólnie łapią dół zamiast pomóc. Mi depresja jest bardzo bliska bo mój ojciec chorował więc matka była wyedukowana na 5+, ale kiedy mnie dopadło to zaprzeczyła i zadawała pytania "a czemu, a jak to, a dlaczego" mniejsza z tym, depresje sresje mam za sobą i nigdy więcej.

W Wawie łatwiej o terapeutę i łatwiej o wybór nurtu w którym chce się być terapeutyzowanym. Poczytaj o różnych podejściach. Niestety nie wytłumaczę Ci na czym polegają. Mi się spodobała psychodynamiczna, chcoiaż jest raczej długoterminowa i podła w przebiegu. Ale działa więc w sumie lepsze to niż nic.

Też nie lubię swojego rodzinnego miasta. Jadę jak muszę. Wydaje mi się, że nic tam dla mnie nie ma, a wszyscy na mnie patrzą z perspektywy przeszłości i pochodzenia. Córka alkoholika i tak się ładnie udało....ku..a cięźko pracowałam na to a nie się udało. Co do narko, to mogę tylko powiedzieć, że też próbowałam i na chwilę było fajnie. Dawało poczucie energii, odwagi, człowiek rozmawia całą noc na tak wysokich lotów tematy, nagle mózg się otwiera na nowe wiadomości i horyzonty a potem zjazd. Nie wiem jakich szkód dokonałam, może już nawet nieodwracalnych, mam nadzieję, że nie.

Zdałam sobie sprawę, że własne lenistwo, brak konsekwentnego działania, mój styl życia na wariackich papierach- zawsze żywioł, trudności w przyjęciu konsekwencji za swoje czyny zwalałam na przeszłość, na wychowanie, na biedę w domu. Zadałam sobie pytanie, co zrobiłam, żeby to zmienić? Ile czasu poświęciłam na ćwiczenia na gitarze, ile na rysunek, ile na inne marzenia i plany? Zawsze znajdę sobie wymówkę, zawsze odsunę od siebie wiele rzeczy i znajdę usprawiedliwienie dla takiego stanu.
W związku z tym, postanawiam przełamać swój lęk przed samą sobą i postaram się zorganizować życie tak żeby je przeżyć a nie przewegetować.

Oto lista zmian :
Piszę w czasie teraźniejszym bo to pomaga podjąć decyzję :) odwlekanie na "pójdę, zrobię, jutro" jest wymówką.

- chodzę na basen
- codziennie ćwiczę
- poświęcam czas na przyjemności manualne(szydełko, szycie, wycinanie)
- dbam o siebie i swój wygląd zewnętrzny
- ubieram się gustownie i kolorowo (precz czarne i szarobure ubrania)
- kupuję sobie rzeczy na które mam ochotę
- poświęcam czas w ciągu dnia na pielęgnację ciała
- czytam książki- raz w miesiącu kupuję nową o nowej tematyce
- nie palę
- daję sobie prawo do bycia w samotności i cieszenia się swoim towarzystwem
- znajduję czas dla koleżanek i podtrzymuję z nimi relacje
- nie kontroluję partnera
- nie szukam przeszkód, szukam rozwiązań
- planuję pracę i uwzględniam czas dla siebie.
- dbam o swoje otoczenie (estetyka)
- mówię otwarcie o tym, że potrzebuję czasu dla siebie
- proszę o pomoc, wsparcie (w tym finansowe)
- piszę bloga
- przestaję być "matką Teresą"
- jestem asertywna

Mi najwięcej trudności sprawia skupienie się na sobie, poświęcam się dla wszystkich i dla wszystkiego. Doskonała wymówka, żeby nie zrobić czegoś dla siebie :)
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

przegrawszy

przez lamadelrey 28 sie 2013, 02:14
Zdecydowanie bardziej restrykcyjnie i konsekwentnie musze podejsc do kwestii samodyscypliny.
Poprzedniego posta napisalem trzy dni temu i mimo pelnej swiadomosci tego, ze kilka godzin pozniej moglas odpisac nie zajrzalem tu przez ten czas. Dlaczego? No wlasnie, przeciez ja i tak nie robie prawie nic poza siedzeniem w internecie calymi dniami.

'Depresje sresje mam za sobą' - tu sie usmiechnąlem. To zabrzmialo optymistycznie lekceważąco in a good way. Znaczy, cos w stylu 'pff, pokonalam te kur*e przebrzydlą, bo jestem silniejsza'. Takiego podejscia to chyba nam wszystkim trzeba.

Ja pochodze z kompletnego zadupia, gdzie ludzka zasciankowosc, prostactwo i chamstwo nie znają granic. Naprawde, jesli jestes z chociazby malego miasta, to nie potrafisz sobie tego nawet wyobrazic. Zawisc w stosunku do drugiego czlowieka, glupota i brutalnosc dosięgają tam monstrualnych rozmiarow. Wiem co mowie, bo mam okazje przeciez to skonfrontowac obecnie z duzym miastem. Od zawsze roslem tam w przeswiadczeniu, ze jestem inny od rowiesnikow mimo sporej gromady kolegow. Brak jakichkolwiek zainteresowan ze strony tych ludzi, jednotorowe myslenie i zwyczajne buractwo dawaly mi poczucie wyzszosci, ale oni nawet tym potrafili wgonic w kompleksy. Kompletny koszmar. Jednakowoz przyjemnym uczuciem jest, bedąc zdala, zlewac teraz totalnie to co mowią i ich samych. Tez to masz pewnie.
I narkotyki nie 'przytrzymaly' cie na dluzej? Nie mialas tego momentu fascynacji i poczucia odskoczni? Znaczy tak, ja tez zrozumialem ze to zadne rozwiązanie problemow, moze nawet zawsze mialem tego swiadomosc. Ale skoro wiedzialem, ze sam ze sobą sobie nie poradze, to fajnie bylo na kilka chwil poczuc sie inaczej, lepiej. Teraz bedąc w domu, choc nie potrafilem sobie odmowic glupiego blanta, to ogarnąlem ze nawet mnie to juz jakos nie bawi. A szkody na pewno gdzies są, dragi zawsze je zostawiają.

Czytając twoją liste zmian mam wrazenie, ze jakby polączyc niektore moje cechy z twoimi, to calkiem niezle potrafilibysmy sobie radzic z naszymi problemami. Ze skupieniem sie na sobie nie mam takiego problemu. O wygląd etc dbam bardziej niz o cokolwiek innego. Z kolei ty potrafisz sie (a juz na pewno zdecydowanie bardziej ode mnie) zmobilizowac i spiąć tylek do zrobienia czegos poza idiotycznym kreowaniem wlasnego wizerunku w oczach ludzi. Oczywiscie bylem na tyle leniwy i niekonsekwentny, ze brak wykonania ktorejkolwiek z rzeczy na mojej liscie tlumaczylem sobie tym, ze jeszcze nie widzialem twojej (debilizm).
A, no i skoro to mają byc takie ogolne rzeczy, poprawiające nas kazdego dnia to dodaje:

- codziennie biegam
- nie obżeram sie kiedy jest pozno
- ogarniam i zamykam sprawe z edukacją
- cwicze LD
- wychodze z siostrą kiedy mnie zaprasza
- czas do wyjazdu spedzam na tyle na ile dam rade aktywnie
- szlifuje angielski
- zyje
Jesli dam rade z tym, postawie sobie kolejne cele. Daj znac jak tobie idzie realizacja tego wszystkiego
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

przegrawszy

przez Flea 28 sie 2013, 09:50
Jak chcesz poszlifować angielski to proszę.
My list of "things to do" is highly concentarated on myself, because it is my biggest problem. I created my apppearance as a person you could easily call "looser", someone who is not worth better life, someone who must pay fo what she did in the past, someone who cannot reach the higer level if life. It is a kind of punishment, a kind of thinking " i do not deserve", and at the point when I was happy for a moment i felt like dying, waiting for something terrible happen, because I simply cannot be happy. What would people say? The daughter of poor alcoholic happy?
Ha :) potraktuj to jako żart.
Też jestem z małego miasteczka, gdzie szczytem mody jest sukienka z butiku, błyszczyk na mordzie i mega wielkie okulary na tępym ryju. I oczywiście podążanie za tekstem "tak jest u ludzi" więc mam robić to co ludzie, myśleć tak jak ludzie i działać tak jak ludzie. Fuck you "ludzie".
Z depresją jest tak, że pokonałam tą k&@€ę przebrzydłą. Nie wyobrażam sobie życia w tej chwili w takim stanie jak byłam. Moje motto to: teraz jest najlepszy moment na zmianę, i codziennie wprowadzam w życie nowy porządek. Jak robię coś po staremu to mówię do siebie "widocznie tak ci pasuje, lubisz to, chcesz być postrzegana w taki sposób" czasami działa czasami nie.
Przede wszystkim skończyłam z marudzeniem i obwinianiem całego świata za moje rzeczy. JA jestem panią mojego życia, JA podejmuję decyzje, JA tworzę rzeczywistość i to jak ponoszę konsekwencje moich czynów.
Coś mi się stało w głowę normalnie bo czuję się inna, odważniejsza, nie czuję tego zasr....o lęku o przyszłość, nie widzę już tej czarnej dziury. Małymi krokami przeskoczyłam ogromną przepaść jaka chciała mnie wciągnąć. Czuję się jakbym wygrała los na loterii. A to wszystko dzięki terapii i pracy nad sobą.
Dużo przede mną, wiem.
Ty dbasz o siebie bo chcesz wykreować jakiś wizerunek w oczach ludzi, ja miałam to w nosie bo chciałam światu pokazać (podświadomie) jaka jestem biedna, zapracowana, nieszczęsliwa. W ten sposób mogłam uzyskać ich zainteresowanie, litość, pomoc. Plus trampki na nogach i porwane spodnie dodawały mi wigoru że mogę być wyluzowana i bezkarna. Palić na środku ulicy, balować do rana i nie przejmować sie zdaniem innych. Ech, te pozory...
Miałam moment fascynacji, oj miałam...speed dodaje czegoś czego normalnie nie masz. Do momentu kiedy nie zemdlałam z wyczerpania i to był pierwszy znak, że może nie warto. Zajęłam się studiami i z miernej w liceum uczennicy stałam się niezłą studentką.
A do rodzinnego miasta nienawidzę jeździć. Maleńka mieścina gdzie do siódmego pokolenia wstecz przypomną Ci skąd pochodzisz. Jak mi kiedyś znajomy powiedział : ty? Z takiej patologii i ci się udało? Przeryczałam kilka dni nad niesprawiedliwą oceną i skurwes.,,,em znajomego.

Co do listy...jak krew z nosa. Wyszłam w butach na obcasie i nic się nie stało :) więc mogę to zaliczyć do zrobienia jednej rzeczy. Ćwiczę. I coraz lepiej idzie mi puszczanie na luz czyli nie kontrolujemy nikogo! (Kontrola to "normalna cecha wszystkich DDA/DDD)
Potem jeszcze coś dopiszę. Na razie tyle.

Ale sobie prywatny publiczny wątek ciągniemy ha ha ha ha
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

przegrawszy

przez lamadelrey 30 sie 2013, 04:23
Ha! Od dwoch dni rozwiązuje jakies zadania, gadam do siebie jak nawiedzony po angielsku etc. Moj zapal jednak wlasnie mija niestety, to i tak ogromny sukces, ze udalo mi sie tyle zrobic w tym czasie.

Taa, qmam o czym mowisz. Ludzie z prowincji są kur**sko podli. Bedąc dzieckiem sam potrafilem naprawde przejmowac sie ich zdaniem, łykalem wszystkie te zacofane poglądy i piramide wartosci. Teraz tylko zlewanie i ogromna niechęć do rzeczy, ktorymi wtedy bylem karmiony. Mimo wszystko zdaje sobie sprawe, ze jakies piętno to otoczenie odcisnelo, czuje to i widze kazdego dnia, niestety.
Ale takiej rzeczy jak ty od znajomego to na pewno nie uslyszalem. Przy mojej, powiedzmy, nieciekawej sytuacji ty wygląda na to, ze mialas naprawde ciezko. I ja chyba potrafie wspolczuc (tak, wiem ze nie dlatego to piszesz), ale dla mnie oczywistością jest, ze argument 'inni mają gorzej' nie sprawi ze poczuje sie lepiej. Mysle sobie, ze dobrze byloby, gdyby sytuacja byla odwrotna, moze kopnąlbym sie w dupe, przestal uzalac i zrozumial, ze wcale nie jest tak zle. Chcialbym, zeby sam ten fakt, ze przed chwilą zauwazylem, ze Ty czy inni mają/mieli (mowie ogolnie teraz) o wiele wieksze problemy, zeby sprawil ze moje problemy staną sie dla mnie male.
A, i bron boze nie zrozum mnie zle. To nie byla zadna sugestia, nawiązanie do twoich slow czy cokolwiek. A raczej cos na ksztalt przelania strumienia mysli (pozno jest). Po prostu pomyslalem o tym, ze masa osob jest w o wiele gorszej sytuacji i automatycznie przypomnial mi sie argument-pocieszenie niektorych osob w postaci 'inni mają gorzej'. Przyszla tez mysl, czy nie prawidlową reakcją powinno byc 'faktycznie mają, tak ze ruszaj tylek i przestan sie uzalac!'. Prawidlową czy nie prawidlową, na pewno wtedy byloby prosciej. Dobra koniec bo juz bredze.

Ej, musze powiedziec, ze zastanawialem sie kiedys co kieruje tymi ludzmi, ktorzy tu odpisują takim jak ja chociazby. Z jednej strony mi to imponuje, z drugiej dziwi i szukam w tym czegos wiecej niz zwykla bezinteresownosc i chęc pomocy.
Dlaczego to robisz? Pytam dlatego, ze mi nie przyszloby do glowy wejsc tutaj i probowac komus pomoc, chcialbym zrozumiec co czujesz. I nie chodzi o to, dlaczego odpisujesz akurat mi, tylko czemu to robisz w ogole. Co tobą kieruje? Skąd sie bierze ta potrzeba, jak to sama wczesniej napisalas, bycia matką teresą? Czy kiedy to robisz myslisz o tym, zeby ktos poczul sie lepiej, czy zeby poczul sie lepiej DZIĘKI TOBIE?
Oczywiscie dla mnie to nie powinno i w sumie nie jest jakos istotne. Ciesze sie, ze są takie osoby, a jesli korzysc bylaby obopulna (bo np ktos zaspokoil swoje ego czy cos tam) to tym bardziej. Po prostu najzwyczajniej w swiecie ciekawi mnie jak to wygląda z twojej strony.

Widzisz, z kolei ja tak nie potrafie. Dla mnie zawsze jest za pozno, na wszystko. Pamietam jak w wieku 17 lat chcialem nauczyc sie grac na gitarze, ale stwierdzilem, ze juz za pozno, jestem za stary. Banalny przyklad, ale tak jest ze wszystkim. Kiedy pojawia sie szansa, to ja ją marnuje, bo stwierdzam, ze i tak to nie ma sensu. Kiedy pojawia sie kolejna szansa na to samo, to ja zaluje ze jednak nie wykorzystalem tej poprzedniej w tym samym czasie marnując drugą. Blędne kolo. Patrze na wszystko przez pryzmat ewentualnego wkladu i korzysci, czy aby mi sie to oplaci.
Denerwuje mnie porządek tego swiata, schemat ciąglego dążenia do bycia kims. Paradoksalnie jednak to bycie kims jest wlasnie tym, czego najbardziej pragne. No wlasnie, zdaje sobie sprawe z bezsensownosci 'wyscigu' narzuconego przez spoleczenstwo, ale mimo tego nie potrafie przestac myslec o tym, ze 'biegnięcie jak najszybciej' jest najwazniejsze. Teraz kiedy zlapal mnie skurcz martwie sie tym, ze jestem ostatni. I wiem, ze ten skurcz jakby nie patrzec, no jest zly. I przychodzi ta mysl, ze moze ja po prostu powinienem cisnąc sobie truchtem, na miare mozliwosci. Ale czy widzialas kiedys biegnącego truchtem zwycięzce?
Dooobra, teraz sam sie rozesmialem, haha. Znowu zapedzam sie w grafomanskie porownania.
Poki co, to srednio potrafie sie zmobilizowac w formie autosugestii. Nasze przypadki są na pewno inne, ale kiedy czytam co piszesz, to odbieram cie jako bardzo pracowitą. Wiem za to, ze ze mnie to leser i leń do kwadratu. Od samego początku wyszlas z takim podejsciem (w sensie stawianie czola tym nawet malym wyzwaniom etc), czy to przyszlo z czasem, po ciezkiej pracy i terapii? Bo jesli to pierwsze, to u mnie nie pojdzie tak lekko. Ale ten, dogonie cie! Moze. W sumie, to musze przyznac, ze czytając to co piszesz czuje sie niejako zarazony optymizmem i przez jakis czas po czuje zastrzyk pozytywnej energii. Szkoda tylko, ze ona tak szybko znika.

Jesli chodzi o liste, to same here. Znaczy, nie mialem zbyt wiele czasu na realizacje i w ogole okazji (tak sobie tlumacze). Angielski to akurat pocisnąlem troche, raz sie przebieglem i dzis ostro dietowałem. Zobaczymy jak pojdze dalej.
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

przegrawszy

przez Flea 30 sie 2013, 17:06
Napisałam megatronicznie długiego posta i przeglądarka mi się wysypała. Life...
Ale od początku i w moim przypadku jeszcze raz.
Czy miaam źle? Nie. Nie czuję tego tak teraz. To ten człowiek nie miał prawa tak powiedzieć i szkoda, że dziś nie kogę mu odpowiedzieć "oj tam oj tam, przesadzasz stary" bo co jest większą patologią, żyć w ubogiej, pracowitej rodzinie, gdzie ojciec popija bo ma swoją straszną hostorię (post trauma syndrom, molestowany w dzieciństwie przez księdza, wcześnie osierocony przez ojca z matką suką itd) czy wkładanie komuś palca w oko i z pozorną troską wbijać go w glebę. Mam prawo mieć uniesioną głowę, bez względu na to gdzie i jak się wychowałam. ;)
Dlaczego piszę? Zadalam sobie to pytanie.. Po co to robię. Forum to moja droga do siebie, nie piszę w każdym wątku i w każdym temacie. Selekcjonuję. Piszę z ludźmi, którzy wydają mi się ciekawi, którzy na prawdę wołają o pomoc, czasami jestem strasznie podła bo złości mnie jak ktoś wchodzi na forum tylko po to, żeby potaplać się we własnym błocku, kiedy szuka poparcia że cały świat jest zły, rodzice be, znajomi be wszystko źle i niedobrze tylko ja taki piękny/a i wyjątkowy/a nie mogę się odnaleźć. Forum to moje lusterko, lusterko moich emocji, rzeczy które mnie interesują. A interesują mnie ludzie. Boli mnie kiedy ktoś cierpi, kiedy nie może znaleźć drogi i czasami jeden post moźe mu pomóc. I wtedy forum spełnia swoją rolę. Bo dobrze kiedy ktoś znajdzie duszę o podobnych problemach, kiedy będzie czuł że nie jest sam. Twoje posty dają mi do myślenia, szukania rozwiązań, zagłębiania się w ludzki tor myślenia, szukania podobieństw i różnic, szukania różnych dróg do wyzdrowienia i uwolnienia siebie.

Co do grafomaństwa to chciałabym żebyś przeczytał mojego bloga. Kilka wpisów, w tej chwili już zamknięty ale teksty zostały w sieci. To są moje przemyślenia w trakcie zdrowienia flea.bloog.pl jest tam tekst o Tobie pod tytułem Maratończyk. :)

Kiedy pojawia się szansa...ja ją marnuję. Trochę z kiepskiej perspektywy na to patrzysz. Kiedy pojawia się szansa, to nie chcesz z jakiś ukrytych powodów jej złapać. Dlaczego? Czego się boisz? Sukcesu czy porażki. A co przyniesie porażka? Brak akceptacji? Czyjej?

Mówmy otwarcie! Jestem leniem z dyplomem!!!! Ja jestem leniem nad leniami ale kiedy zdałam sobie sprawę, źe pracowita się robię tylko wtedy kiedy praca jest ponad moje siły, żeby wszyscy widzieli jaka jestem dzielna, jak się męczę ale daję radę! Patrz narodzie- oto przodownik pracy wszedł i zdechnie na posterunku dla idei!! słabo mi się zrobiło kiedy sobie uświadomiłam, że całe moje życie kręciło się wokół "sierotki marysi" która wzbudza litość, chęć pomocy ( ale zawsze pomoc odrzuca bo przecież ja sama sobie dam radę! ), która w swoim optymistycznym i zaraźliwym nastroju cierpi katusze bo po prostu cierpi, to poczułam, że czas skończyć z tym. Czas na coś nowego. I w sumie sama nie wiedziałam jak się wyrwać z kręgu, terapia pomogła mi bardzo. Nie zamartwiam się o los swój i całej populacji, nie płaczę z bezsilności w poduszkę. Działam na własnych zasadach, czy dobrze to się okaże, jestem gotowa ponieść konsekwencje swoich czynów, przynajmnie tak mi się wydaje. W końcu czuję się sobą, czuję się ....że sama się lubię. Patrzę w lustro i zamiast biadolić np łooo boże jakie ty masz nogi - ćwiczę, codzinnie widzę efekty, zamiast miauczeć że nie mam szukam skąd by tu wziąć.
Życie jest tak banalnie proste, bo wystarczy tylko żyć. Ot tak.
To pragnienie bycia kimś wynika z nietolerancji siebie. Ja też wyobrażałam sobie, że jestem kimśtam teraz mi się śmiać chce jak pomyślę... Bo ja sama w sobie nie przedstawiałam żadnej wartości, żadnych cech, które można by podziwiać. To straszne. Kiedy nienawidzisz siebie za to kim jesteś. Ta złość, żal za utraconymi właśnie szansami, że mogło być inaczej.
Wiesz zdałam sobie sprawę, że człowiek otrzymał niesamowity prezent. Każdy dzień niesie nową szansę na zmianę, każdy poranek to nowe wyzwanie, każda noc to chwila zebrania sił przed kolejnym dniem i dopóty człowiek żyje to ma szansę na odmianę losu.
Mówisz, że jesteś leniwy...Twoją fajną cechą jest pisanie właśnie. Piszesz ładnie ( przede wszystkim bez błędów) w miłym i ciekawym stylu. Nie wiem czy Ty widzisz zmiany w sobie, ale jak czytam porzednie posty to mam wrażenie, że coś się stało. Coś pęka.

I jeszcze coś. Nie bredzisz. Faktycznie zdrową reakcją jest "rusz tyłek". Jak widzisz żebraka na ulicy to go nie żałuj. To czyjś los. Pytanie czy chcesz do niego dołączyć? Nie? To działaj. Każdy ma wpływ na swoje własne losy. Owszem są zawirowania losowe, ale czy życie nie byłoby nudne gdyby układało się tak grzecznie po naszej myśli? :)

Moim zdaniem powinieneś zagłębić się w ten perfekcjonizm, rozbroić go na części pierwsze, ugryźć z każdej możliwej strony i wsłuchać się jakie prawdziwe motywy Tobą kierują. O co tak naprawdę walczysz. Prawda sama wyjdzie na jaw.

Jakbyś miał możliwość podjęcia terapii to nie zastanawiaj się, to na prawdę działa i czyni cuda.
To co uprawiamy tutaj to trochę tak pseudoterapia online. Ale kto wie może pomoże.
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

przegrawszy

przez lamadelrey 01 wrz 2013, 05:32
Przeczytalem twojego bloga.
Wiesz, czasem usmiecham sie sam do siebie jak pojebany. To zdarza sie kiedy uslysze komplement, dowiem sie czegos bardzo ciekawego, czy uswiadomie sobie, ze moge cos osiągnąc. Czytając twojego bloga usmiech ten pojawil sie przynajmniej dwa razy. Szczegolnie tekst 'who controls the past, controls the future' do mnie trafil (na tekscie o matczynej milosci mialem wzrusza, ale cicho). Rozesmialem sie ze swoich standardowych 'nie no, teraz to juz i tak za pozno'. Szczerze? Ogarnąlem to, wiem ze moge wszystko zmienic. Ale razem z tym przypomnialo mi sie cos, co zrozumialem takze podczas naszej rozmowy, kilka miesięcy wczesniej. Moze jakas częsc mnie wcale nie chce tych zmian.
Zaglądalem do kilku innych wątkow na tym forum i zastanawialem sie, jakim bylbym pacjentem dla psychoterapeuty i jakim jestem rozmowcą dla ciebie. Spory odsetek osob zakladających tutaj wątek to 'beton'. Cięzko im wyciągnąc jakikolwiek wniosek, o przetlumaczeniu jakiegos faktu nie ma mowy. Nieskromnie powiem, ze z tym to ja chyba stoje nienajgorzej. Naprawde potrafie czasem trzezwo myslec i zdac sobie sprawe ze stanu rzeczy. Co wcale nie oznacza jednak, ze jest ze mną lepiej. Bo tak, to ze samo uswiadomienie sobie czegos nie poprawi mojego samopoczucia i stanu rzeczy jest normalne, prawda? Ale problemem jest fakt, ze swiadomosc pewnych rzeczy nie przeszkadza mi w uprzedzeniach, sceptycznemu nastawieniu, czy strachu wobec tegoz. I tez, zdaje sobie sprawe, ze to jakis ogromny hamulec, bariera ktora mnie zatrzymuje. Ale chwila chwila, ja nie wiem czy akurat ten hamulec chce puscic. Cala ta zmiana wiąze sie ze zmianami swiatopoglądu i masy innych rzeczy. A jak pisalem kilka postow temu, sporo cech etc, ktore są efektem mojej 'choroby' mnie sie najzwyczajniej w swiecie w sobie podobają. Boje sie i nie chcialbym ich stracic. Wiem, ze paradoksalnie niektore z tych rzeczy mnie niszczą, ale to wszystko siedzi tak glęboko we mnie, ze sie boje to zniszczyc. Musialbym, kuhwa, musialbym zmienic wszystko. To jak patrze na swiat, to co budowalem przez te wszystkie lata. I co, mam zburzyc swoj swiatopogląd? Bo tego potrzeba do puszczenia hamulca, prawda? Tyle ze moje spojrzenie jest sluszne! Eh, zeby to wszystko zrozumiec musialabys wejsc na moment w moją skore, musialbym cie wpuscic do swojego swiata (lol) i pokazac jak patrze na ludzi, zycie. Choc z drugiej strony, to nic by nie dalo. No wlasnie, ja naprawde chce zmian, ale boje sie konsekwencji i samych ich. Moze nie tylko prokrastynacja mnie hamuje, a wygoda w obecnym stanie rzeczy. Sam nie wiem. To uczucie znow na moment wrocilo.

Zapytalas, czego sie boje, czyjego braku akceptacji. Zastanowilem sie nad tym i odpowiem najkrocej jak sie da: ludzi na ktorych w jakis sposob mi zalezy.

Milo ze to forum nie tylko od ciebie bierze, ale tez troszke daje. Mysle, ze troche empatii gdzies tam we mnie jest, ale egoizm nie pozwolilby mi na pomoc innym ludziom. Mnie przerazają i dolują ludzkie problemy, przewaznie nie lubie o tym czytac i sluchac. Bo tak serio, to skąd bierzesz na to sile? Sama masz/mialas problemy, nie przytlacza cie dokladanie ich przez innych ludzi? Zresztą, pewnie patrze na to z zupelnie innej perspektywy. Lusterko emocji to to w ktore ja niechętnie zaglądam. I wiesz co ci powiem, z mojego punktu widzenia jestes odwazna i silna. Bo i tego i tego trzeba bylo, zeby osiągnąc to co osiągnelas. Droga od sierotki marysi do swiadomej kobiety (oceniam tylko na podstawie tego co piszesz) wydaje sie baaardzo dluga. Niektore zdania w tym poscie są napisane tak, jakby to co wydaje sie tak trudne bylo oczywistoscią, ktorą trzeba po prostu pracą i czasem zrozumiec. Pytam po raz kolejny, skąd bierzesz na to sile?

Sugerujesz, zebym zalozyl bloga lub cos w tym stylu? Nie, to nie dla mnie. Zawsze kiedy cos pisze brakuje mi slow zeby przelac to co czuje, pozostaje wtedy niedosyt. Nawet pisząc kazdego posta tutaj zawsze mam wrazenie, ze nie powiedzialem wszystkiego, co moglem powiedziec (bo zazwyczaj tak jest) i ze nie powiedzialem tego w odpowiedni sposob.

Ta pseudoterapia, jak to niefortunnie nazwalas, sprawia, ze zaczynam myslec i stawiac czola pewnym rzeczom. Nie wiem czy robisz to specjalnie, ale nawet nie zadając dobrego pytania (jak to z brakiem akceptacji, w sensie dobre) sprawiasz, ze odpisując na twojego posta zaczynam sie naprawde mocno zastanawiac i juz w trakcie pisania, na bieząco dochodze do wnioskow do ktorych nie doszedlbym rozmyslając na lozku przed snem. Jak tak teraz mysle, to naprawde, przez te pare postow i twoich odpowiedzi zmienilo sie sporo w mojej swiadomosci i postrzeganiu tego wszystkiego. Idąc myslą za twoim blogiem, wiem juz, ze to ode mnie zalezy, czy cos z tym wszystkim zrobie i zmienie. Jesli tylko znajde sile i odwage, to dam rade.
Offline
Posty
15
Dołączył(a)
28 lut 2013, 02:35

przegrawszy

przez Flea 04 wrz 2013, 08:41
Usłyszałam gdzieś mądre zdanie: przez ok 20 lat pozwalasz swoim popędom, mózgowi rządzić ciałem i tobą, aż nagle odkrywasz, że ty chcesz przejąć kontrolę. I wtym momencie powstaje konflikt interesów.

Ja to widzę tak. Przez ileśtam lat, mózg wytworzył sobie bezpieczne mechanizmy, zachownia, które chronią człowieka przed zranieniem, przed emocjonalnym bólem, przed porażką. Ani się człowiek obejrzy a siedzi w tych mechanizmach jak w wygodnych i ciepłych ciapach. Świadomość to jedno, działanie to drugie.

To tak jakbym zamiast tych ciapów przyniosła nowe buty i powiedziała : od dziś chodzisz w tych butach. Noralną reakcją jest popukanie się w czoło i znalezienie miliona wytłumaczeń na to, że buty są złe. Świadomie widzisz, że ciapy są stare, podniszczone, niemodne ale coś w środku płacze, są takie miłe, tyle lat razem, ciepłe, wygodne, przecież w takich butach to będziesz musiał zmienić i ubranie, i pójść gdzieś, a na pewno pęcherzy narobisz, a to wszyscy w takich butach chodzą, a jestem taki "inny" w ciapach. :) (to jest popis grafomaństwa)
Oczywiście, że trudno jest wywalić pewne rzeczy z siebie przede wszstkim dlatego, że trzeba stanąć z prawdą twarzą w twarz i powstydzić się trochę.
Jestem leniem - boli... Łatwiej mi było powiedzieć "nie miałam czasu bo byłam w pracy do 22 i byłam strasznie zmęczona, w ogóle to spałam 3 godziny i umieram"
Jestem źle zorganizowana - też piecze.... Dużo łatwiej znaleźć wymówkę.
Mam niską samoocenę- ooooo to nie do przełknięcia. Zawsze to ludzie byli głupi, tępi, bez zainteresowań, bez własnego zdania, za to ja... Ja to byłam dopiero gwiazdą. (Aż mi wstyd jak to piszę)

Zaryzykowałam. Naprawdę. Nałożyłam but na obcasie i poszłam...i nic się nie stało. Nikt mnie nie wyśmiał, nikt nie zaatakował, nikt mnie nie opluł. Wręcz przeciwnie- jakiś kierowca uśmiechnął się do mnie, całkiem sympatyczny chłopak obrócił się za mną, usłyszałam miły komentarz na swój temat. Czyli nie muszę być "sierotką"? Mogę być sobą i nic się nie dzieje!!! Mogę być taka jaka jestem.

Terapia to dla mnie terapia okulistyczna. Więcej widzę, więcej czuję. Nazywam te emocje, nazywam je nawet jak nazwać nie chcę, nawet wtedy kiedy muszę się przyznać do czegoś co jest wstydliwe ale z drugiej strony naturalne dla człowieka. Bo jestem tylko człowiekiem- pełnym niedomagań, błądzącym, próbującym różnych nowych rzeczy.
Uwalniam się ze swoich debilnych schematów i czuję ulgę. Ulgę, że tamta ja jest za mną, że goni mnie czasami jak pies ale już potrafię ją rozpoznać i kijem przegonić.

Pytasz skąd biorę siłę? Sięgnęłam dna. Po bardzo ciężkim epizodzie depresyjnym, z lękami, z myślami samobójczymi, z obrzydzeniem świata sobie i wszystkim, doszłam do wniosku, że czas to skończyć i dlatego podjęłam się najpierw leczenia (pół roku) potem były warsztaty na których zdobyłam wiedzę o co chodzi z DDA/DDD i miałam ten sam etap co Ty. Wiem ale nic się nie dzieje, nie mogę tego złamać. Więc spod ziemi wygrzebałam terapeutę i ....to działa. Wiedza połączona z podświadomymi procesami dała mi kopniaka w d...ę zza krzaka i motywację, że warto!
Co do cudzych problemów. Ja zawsze taka byłam :) lubię słuchać ludzi i lubię obserwować. Na większych zgromadzeniach typu disco, czy cokolwiek nie mogę się powstrzymać, żeby nie obserwować jak ludzie się zachowują, jak wyglądają "gody", jak wyglądają relacje między różnymi ludźmi. Często udaje mi dość trafnie odgadnąć co kogoś dręczy, co go trapi.. Ale to chyba dlatego, że dużo wyłapuję ze zdań i zachowania.
A siła bierze się stąd, że jak Cię kopią przez pół życia to w końcu nabierasz wprawy, że nie wolno się poddać. I dziękuję wszystki kopiącym za danie mi "mocy" sprawczej, to co im się wydawało kopniakiem dla mnie było jak zastrzyk siły. Tak to teraz widzę.
Jedyne co mogę Ci poradzić to ryzyko. Zaryzykuj zrobienie czegokolwiek innego. Na przykład pozwól sobie na coś... Hmmmm prokrastynacja.... A co będzie jak coś zrobisz teraz? Kiedy zrezygnyjesz z tej wygody? Kiedy zdejmiesz stare ciapy i włożysz nowiutkie buty? Bo zaje....e trafnie to powiedziałeś, to wygoda i strach nami kieruje. Lenistwo- przecież to nic innego jak wygoda i lęk przed zrobieniem czegoś, przed zmianą, to obrona.
Dam Ci zadanie. Mission impossible.
Wsiadasz w autobus, i obserwujesz. Na początek jeden przystanek. Wysiadasz i analiza "czy coś się stało?". Jeżeli nic. Wsiadasz do następnego i dwa przystanki. Wysiadasz. Dwa głębsze oddechy i analiza. Następny autobus i trzy przystanki. Jak dojedziesz do pięciu to jedź do domu.

Zadanie nr.2.
Zagadanie do dziewczyny.
Wymyśl sobie jedno pytanie które można zadać przechodniowi bez konsekwencji. Np. Która godzina, gdzie jest jakaśtam ulica. I codziennie zaczep jedną dziewczynę takim pytaniem.
Ważne jest żebyś posłuchał siebie co się dzieje w głowie przed zaczepieniem. Jakie się zdania pojawią.

Ja miałam zadanie pójść do najdroższej galerii i przymierzyć jakiś ciuch. Żebyś widział jak ja krążyłam dookoła sklepu ha ha ha bo nie mogłam wejść. Potem weszłam na chwilę, potem na dłużej...jeszcze nie przymierzyłam ale jestem blisko ( to zadanie ma na celu pozbycie się myśli- jestem gorsza i nie zasługuję na dobre rzeczy).

Z kary nie zwalniam ani siebie ani Ciebie :) więc karajmy się za szczęście, które czycha za rogiem. Za to, że przez cały dzień będziemy wolni od myśli "jestem nikim".
Od dziś panuje zasada "jestem kimś ważnym a na pewno najważniejszą osobą w tym pomieszczeniu" bo być sobą jest dobrze. I lubię w sobie siebie, pełną wad i zalet.

Aach, miałam napisać jeszcze jedną rzecz, w trakcie terapii strasznie się bałam, że jak się coś zmieni w dotychczasowych schematach to stracę kawałek siebie. Stracę pewne swoje cechy, które tak lubię, że przestanę być spontaniczna, emocjonalna, że zgubię pociąg do sztuki. Acha....chciałoby się. Nic się nie gubi wręcz przeciwnie, zyskałam. Zyskałam lepszy odbiór (w końcu mogłam powiedzieć, że koncert był nudny DLA MNIE a jak reszta publiczności to mam to wiadomo gdzie- i powiedziałam to jako pierwsza bez słuchania opinii i podlizywania się- i okazało się, że był nudny nie tylko dla mnie ale część ludzi obawiała się tego powiedzieć głośno). Wyrażam lepiej swoje zdanie, łatwiej mi się żyje, a co do sztuki to jednak rysunek a nie muzyka. Czerpię z tego, że jestem wzrokowcem i na maxa wykorzystam.
Offline
Posty
334
Dołączył(a)
15 lut 2012, 19:15

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google Ads [Bot] i 10 gości

Przeskocz do