CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Forum poświęcone depresji oraz CHAD. Jeżeli czujesz, że sam/a sobie nie radzisz, nie zwlekaj z napisaniem o tym. A jeżeli depresje masz za sobą - możesz podzielić się wskazówkami.

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

przez Nicholas1981 15 mar 2015, 10:49
INTEL 1, ale Ty masz po prostu inną postać ChAD, koledzy Kazimierz i Halux - tak samo jak ja - mają klasyczną ChAD I - tak mi się wydaje przynajmniej
Nicholas1981
Offline

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez INTEL 1 15 mar 2015, 11:00
Zdaję sobie z tego sprawę i często nad tym faktem boleję :D
...nie mam podpisu...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1518
Dołączył(a)
11 maja 2013, 18:07
Lokalizacja
Śląsk

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez kazimierz61 15 mar 2015, 11:39
Ja mam rozpoznaną ChAD II tzn. typ w większości depresyjny.

-- 15 mar 2015, 10:56 --

INTEL 1, Mi się wydaje że masz właśnie ChAD I typ maniakainy tylko ukierunkowaną na taką agresję a może jeszcze autoagresję. Ja we wcześniejsztch latach też przechodziłem taką wkurwomanię, nienawidziałem siebie i wszystkich w okół, na wszystko i na wszystkich byłem zły, miałem problemy w domu i w pracy bo z wszystkimi się kłuciłem, dlugo by jeszcze pisać, teraz mam inaczej bo mam więcej depresji może nawet lekooprnej, a żadziej hipomanię.
Lamotrix 300mg
Kwetaplex 100mg
Escitalopram Actavis 20mg
Trittico CR 75mg 1.1/3 tabletki
F-31, F-31.0, F-31.3
Avatar użytkownika
Offline
Posty
964
Dołączył(a)
20 lut 2015, 09:02

Doradca Nerwica.com

przez Doradca Nerwica.com
Polecam tych psychologów i psychoterapeutów z Twojej okolicy
Doradca Nerwica.com

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

przez Widmo 15 mar 2015, 13:51
slow_down napisał(a):Jebać lit. Było dobrze, ale dawka 500mg tak ściągnęła mnie w dół, że robi się niebezpiecznie. Odstawiam. Bez lamotryginy również jest dupa.

A niecaly tydzien temu pisales:
"Moim najgłupszym krokiem w leczeniu w ostatnim czasie było odstawienie litu. Dlaczego to zrobiłem? Dlatego, że było zbyt spokojnie i szalone podróżowanie już nie sprawiało mi przyjemności. Byłem na drugim końcu Polski i czułem się po prostu... zwyczajnie"
Wiec jestes przekonany, ze to wina litu?
Nie chodzi o to czy lit czy cos innego Ci sluzy czy nie.
Chodzi o to, ze takimi skokami w farmakologii faktycznie nie jestes w stanie sie o tym przekonac.

-- 15 mar 2015, 12:55 --

halux napisał(a):Psychiatra mi mówił, że im rzadsze manie tym większe prawdopodobieństwo, że kiedys się tych leków nie będzie brało.. 3.5 roku to już kawał czasu. Jak długo chorujesz Nicholas1981.

Ja po 2.5 latach grzecznego brania litu jestem bez lekow.
Byl on podawany w pierwszym rzucie i tolerowalem go idealnie.
Mialem tez wylacznie hipomanie.

-- 15 mar 2015, 13:00 --

halux napisał(a):Jak to jest? kiedy występuje hipomania, pomiędzy jakimi fazami? bo ja sam już nie wiem. Przy pierwszej manii miałem hipomanię wcześniej przed nią, ale przy ostatniej nie miałem. Może te leki tak stabilizują, że się hipomanii nie odczuwa?

To zalezy od typu chad.
W chad II wystepuja wylacznie hipomanie.
Bardzo latwo pomylic hipomanie z dobrym nastrojem stad moze ten drugi przypadek?
Dlatego wazna jest czujnosc. W zasadzie (niestety czesto po fakcie) zawsze mozna wyroznic okres ktory zwiastuje nadejscie hipomanii/manii.

-- 15 mar 2015, 13:07 --

kazimierz61 napisał(a):Myślę że nie każdy w hipomani czuje się bigiem.

W zasadzie hipomania to jak butelka wodki dla alkoholika.
Duzo mozna wysnuc analogii.
Z czasem przypadki, kiedy hipo jest tworcze i przyjemne i bez konsekwencji staja sie coraz rzadsze.
Ale wiekszosc chadowcow nadal ma ciag do hipomanii.
Do tego stopnia, ze normalny stan (a zycie wiekszosci ludzi jest nudne szare i przewidywalne - powiedzcie im to to sie obraza :D )
uwaza nawet za stan subdepresji.
Offline
Posty
665
Dołączył(a)
10 mar 2012, 19:09

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez halux 15 mar 2015, 14:10
kurde, też już chciałbym nie brać tych leków... ale mój przypadek staje się co raz bardziej beznadziejny... Trudno się z tym pogodzić, a w szczególności myślę osobie młodej. Takie to życie jest poryte i niesprawiedliwe. Jeden ma wszystko, a drugi nic. Ale walczę by wyszarpać z tego życia jak najwiecej. Każdy dzień to walka. No pain, no gain ;)
No pain, no gain
Avatar użytkownika
Offline
Posty
14
Dołączył(a)
14 mar 2015, 16:24

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez INTEL 1 15 mar 2015, 14:16
kazimierz61 napisał(a):INTEL 1, Mi się wydaje że masz właśnie ChAD I typ maniakainy tylko ukierunkowaną na taką agresję a może jeszcze autoagresję. .


Nieeee. Ja mam typ mieszany. Niestety.

Rozpędziłem się dziś i gwoli odwrócenia się od mroków tej kurewskiej choroby zatraciłem się w tym co mnie trochę kręci.
W pisaninie.
Tak więc poniżej kolejny trochę przerażający i trochę komiczny tekst.
Dobrej zabawy.


Coraz trudniej żyć z obłędem.
Coraz trudniej znaleźć powody do kontynuacji tegoż życia.
Tak naprawdę, to żyję tylko z obowiązku (syn), a zdolność odczuwania jakichkolwiek przyjemności zostaje coraz bardziej redukowana do zera.
Za chwilę pozostanie tylko wieczorne chlanie i walenie konia. Dupczyć mi się jakoś mniej chce chociaż żona bardzo seksowna i chętna jest. Za dużo roboty i zbyt duża bliskość drugiej osoby. Oczywiście stukam żonę regularnie. Nie chcę jej dać powodów do szukania ekscytacji na boku. Chociaż czasami myślę, że chciałbym aby zaczęła się z kimś „puszczać” jak to brzydko się mówi. Pojawiłoby się znów energetyzujące wkurwienie, terror, mordercze instynkty i poczucie mocy sprawczej wynikające z umiejętności zastraszania i dojeżdżania ludzi, co choć na chwilę wybudza mnie z emocjonalnego stuporu…
Kompletnie nie chce mi się niczego robić. I nie mówię tutaj o czynieniu obowiązków. To oczywiste, że jest to trudne niczym zimowa wspinaczka na Czomolungmę. Ale oczywiste coraz bardziej jest to, że nie chce mi się robić niczego mającego na celu gratyfikację w postaci jakiejkolwiek przyjemności czy też radości. Te uczucia są często jedynym motorem jakichkolwiek działań i jeżeli ich nie ma na końcu wysiłku, to po co ta tytaniczna mobilizacja? ( chyba nie trzeba tutaj nikogo przekonywać, że praktycznie każda, najprostsza i nieabsorbująca czynność wymaga nadnaturalnego wysiłku i mobilizacji). Nawet nie chce mi się zarabiać kasy ponad to, co jest niezbędne dla absolutnego minimum socjalnego. Chyba nie ma takich gadżetów czy wydatków, które mogłyby sprawić mi jakąkolwiek radość. Mam wszystko w dupie, tak więc po co się wysilać? Może nie mam ambicji?
Mógłbym na przykład kupić bębny i wrócić do grania. Ale po co? Skoro niczego już nie czuję? Kolejny obowiązek? Kupię bębny, a potem moja frustracja będzie się nasilać z powodu zalegania tychże w jakimś garażu. Zagram z kilka razy, a potem przekonany już o bezcelowości szukania dawnej perkusyjnej ekscytacji oleję temat, co tylko potwierdzi, że jestem kompletnie do dupy.
Do niedawna koncerty niosły jakiś pozytywny , szczątkowy ładunek emocjonalny. Ostatnimi czasy przekonuje się, że czasy te odeszły w niepamięć.
Każdy koncert i przygotowania do niego wyprowadzają mnie tak strasznie z równowagi że nic, co potem się na nim dzieje nie jest w stanie mi tego wynagrodzić.
Jestem popierdolony do kwadratu.
Aby dalej nie było już smutno opiszę swoim, jak to niektórzy fajnie nazwali „lekkim piórem” mój udział w ostatnim koncercie.
Tak więc za dwa dni jest koncert Death na który bilety za namową brata zakupiłem już jakieś pół roku temu. Na samą myśl o wyprawie do Krakowa mam już dosyć. Ta cała logistyka z tym związana doprowadza moje skołatane nerwy do szału. Dlaczego znów byłem takim debilem i dałem się nakusić bracikowi na zakup tych biletów? Może swój komuś oddam, każe sprzedać przed koncertem, lub w ogóle mam to w dupie i niech go szlag trafi. Ja nigdzie nie jadę. Gdzie ta dawna rozkosz uczestniczenia w koncertach. Tyle ich w życiu już było. Tak strasznie pozwalały mi czuć że żyję....
Mija kolejny dzień bitwy z myślami. Jechać - nie jechać. Ta bitwa staje się tematem dnia, a nieumiejętność podjęcia decyzji dobija mnie do reszty. Wyjazd na ten kurewski koncert zaczyna przypominać kopanie rowów na kacu.
Dziś jednak jadę. Oczywiście już boli mnie głowa. Zazdroszczę bracikowi, który pojechał do Krakowa rano pociągiem. Jego pasją jest polowanie na autografy na płytach i robienie fotek z wielkimi tego świata. Potrafi znosić wielogodzinne niedogodności aby swoją pasję do syta karmić. Jego wieloletnia już kolekcja autografów i zdjęć z pewnością jest wyjątkowa. Adamek, Saleta, reprezentacyjni siatkarze, szczypiorniści, członkowie praktycznie KAŻDEJ czołowej kapeli metalowej kiedykolwiek grającej w Polsce. Nergal sprzed chyba 13 lat, Nergal obecnie. Strongmeni, najlepsi ciężarowcy świata ( mistrzostwa świata we Wrocławiu), skoczkowie, narciarze. Ma nawet zdjęcia ze MNĄ :-). Dlaczego ja już nie mam żadnej pasji?
Oczywiście muszę tak wyjazd zaplanować, aby przyjechać tylko i wyłącznie na koncert Death. Nie jestem w stanie wytrzymać kilku wcześniejszych kapel, nie jestem w stanie czekać przed klubem i z kimkolwiek rozmawiać. Rozmowa to spontaniczność. Ja ją mam tylko na fazie. Muszę tak rozplanować ilość, rodzaj i dozowanie używek, aby nie za słabo i nie za mocno się upierdolić. W sam raz. To kolejny powód do dywagacji. Co, kiedy i ile. Kolejny drobiazgowy plan do wykonania. Nie ma miejsca na spontaniczność. Pełna kontrola nawet nad „fazą”, której utrata ( kontroli) napawa lękiem i derealizacją.
Mając na uwadze swoje doświadczenie koncertowe wynikające z realizowania się jako koncertowy twórca jestem w stanie przewidzieć na podstawie „wagi” i ilości suportów o której zagra Death. Koncert zaczyna się o 19 tak więc o 21 - 21.15 „Deciol” wkroczy na scenę.
O której więc z domu wyjechać? Mam tam jakieś 100 km, czyli gdzieś godzina i 15 minut jazdy. Jechać więc o 19 czy 19.30? Bo jak o 19, to będę na miejscu jakieś 45 minut, może godzinę przed koncertem. Jak wytrzymać wówczas napięcie i zabić czas? Nachlać się szybciutko? Ale jak mocno, żeby sobie nie zepsuć koncertu. Jedno piwo? Dwa? Piwo i marycha? Dwa piwa i mach marychy, czy jedno piwo i dwa machy marychy? Czy może jechać o 19.30 i przyjechać na styk? Ale co, jak na tych jebanych bramkach na autostradzie będą znów korki tradycyjnie? Obłędne rozkminki wariata :D
W końcu z żoną jedziemy. Pada deszcz i jest ciemno. Źle się jedzie.
Jedziemy samochodem żony. Taniej. Mniej pali. Tylko że zapomniała napomknąć, iż wycieraczki zgrzytają po szybie. KURVA MAĆ! Jedyny ratunek to korzystanie tylko i wyłącznie z funkcji czasowej wycieraczek. Jeden ruch wycieraczek po mokrej szybie i przerwa. Kiedy szyba jest bardzo mokra wycieraczki nie zgrzytają. Tak więc jeden ruch wycieraczek- przerwa. W czasie przerwy szyba za szybko pokrywa się deszczem i błotem. Coraz mniej widzę, światła samochodów kompletnie się rozmazują, odległości są trudne do określenia, a świat nierealny. Zaraz się rozpierdolimy… na szczęście wycieraczki w swej nieograniczonej mądrości wykonują zbawczy ruch dzięki któremu wszystko na błogą chwile wraca do normy i cało jedziemy dalej.
Pada trochę mocniej tak więc załączam wycieraczki na ruch ciągły. Niestety nie pada tak mocno aby szyba była wystarczająco „zapadana”i żeby te kurvy nie chrobotały. Mam więc do wyboru dwie opcje. Jednakowo frustrujące. Czy wytrzymywać chrobotanie, ale mieć komfort optyczny, czy też ryzykować ograniczoną widoczność ale mieć komfort akustyczny???
Zaraz mnie rozpierdooli.
WRRRRRYT – ŁIIIIII , WRRRRRYT – ŁIIIIIII , WRRRRRYT – ŁIIIIIII , WRRRRRYT – ŁIIIIIII ...
Kończy mi się arsenał bluzgów. Generalnie strasznie dużo, bez przerwy bluzgam. Mój język to rynsztok. Nie potrafię nad tym zapanować. Przekleństwa w jakimś tam stopniu pomagają mi rozładować to przeklęte, stałe, od lat nieustające napięcie.
Niestety syn to wszystko stale słyszy…
Jak zwykle z napięcia co chwilę chce mi się szczać.
Zjeżdżam na parking przy autostradzie i okazuje się że kible są zamknięte na głucho, a budynek stacji jest trochę dalej.
Tak więc z pełną premedytacją szczam na drzwi z kibli. Tak się napinam że leję na tyle wysoko aby oblać tym chujoom klamkę. Prawie się posrałem z napięcia zwieraczy.
Mażę o tym, aby ktoś w swej błogiej nieświadomości i poczuciu wartości bojowej podszedł i zwrócił mi uwagę. Wsadzę mu w dupę te cholerne wycieraczki.
Kiedyś już jechałem na inny koncert do Krakowa do tego samego klubu. Pamiętam gdzie zjechać z południowej obwodnicy Krakowa. Pamiętam resztę drogi. Nie pamiętam natomiast ostatnich kilometrów. Tak więc żona odpala pożyczonego GPS.
Mojego ostatnio kompletnie rozpierdolilem w Żorach, kiedy nie mogłem dojechać na rezonans z dzieckiem, a pozostało już tylko kilkanaście minut. Ten debil nie potrafił mnie doprowadzić do wskazanego miejsca. Jeździliśmy w kółko, a mi po raz kolejny brakowało przekleństw. Tak więc zatrzymałem się na przystanku, wyrwałem to przeklęte urządzenie i przy konsternacji pasażerów czekających na przystanku z całej siły rozwaliłem je o ziemię. Uchwyt nie chciał się połamać, tak więc położyłem go pod przednie koło i kilka razy pojechałem do przodu i do tyłu. Myślę, że to uchroniło mnie przed wylewem czy zawałem. W sumie to często marzę o śmiertelnym wylewie czy zawale, ale tamta chwila była ze wszech miar nieodpowiednia. Znając jednak swojego pecha takowego zejścia ze świata doświadczę jadąc po autostradzie z rodziną na pokładzie samochodu…
Pożyczony GPS działa ok. Lecz po jakimś czasie absolutnie przestaję zgadzać się z jego komendami. Może chce mnie doprowadzić do celu jakąś krótszą drogą? Ale to raczej niemożliwe. Przed jakimkolwiek wyjazdem w nieznane dokładnie i pedantycznie przeglądam całą trasę w Google map i rysuję na kartce bałaganiarski, ale zrozumiały dla mnie plan podróży. Teraz mój plan i doświadczenie z poprzedniej jazdy zaczynają kolidować ze wskazaniami GPS. „Za – dwieście – metrów – trzymaj – się – lewego – pasa –a –następnie – zawróć – o – 180 – stopni - czule i seksownie mówi ta głupia pizdaa z urządzenia.
Postanawiam ją ignorować, chociaż już myślę o zjechaniu na jakiś przystanek. Dojechałem po swojemu. Potem okazało się, że GPS jakoś przełączył się na nawigowanie do domu kolegi od którego sprzęt pożyczyłem i za wszelka cenę chciał mnie doprowadzić z powrotem do mojego miasta.
Dojeżdżam pod klub, gdzie czeka bracik. Co chwilę z napięcia chce mi się lać. Pierwsze co robię to pędzę za róg się odlać.
Wracam do samochodu i pozbywam się z kieszeni wszelkiego żelastwa które stale noszę, a z którym nie wpuszczą mnie na koncert. Piję jednego browara i świat zaczyna się wreszcie przyjemnie zaokrąglać. Idę zapytać bramkarzy kto teraz gra. Okazuje się że już nikt i że za jakieś pół godziny na scenę wkracza Death.
Trafiłem jak zwykle idealnie. Zaczynam wstydzić się jak zwykle przed żoną swojego nienormalnego, wcześniejszego wkurwienia, napięcia, bluzgania i wprowadzania nerwowej atmosfery. Współczuję jej coraz bardziej.
Wchodzimy do klubu. Moim zdaniem to w tej chwili najlepszy tego typu klub w południowej Polsce. Oczywiście dostaję paniki. Jak zwykle. Kolejny szybki browar, mach marychy w kiblu i znów jest w miarę dobrze. Zaczynają napierdalać. I to jak. Maestria, potęga, mięsiste, niskie brzmienie. Wkręcam się w pierwszy kawałek znakomicie. Boże jak dobrze, że mnie tu przywiodłeś. Ale już się zaczyna. Znów mnie wszystko irytuje. Jakaś tępa pizdaa cały czas trzyma jakiś telewizor nad głową i filmuje koncert. Po Co Debilu To Robisz? I tak jakość będzie gówniana. Łapię się na tym, że już nie słyszę kawałków. Patrzę z kim ona jest i jaką wartość bojową ten ktoś prezentuje. Planuję każdy kolejny ruch, każde słowo jakie zaraz padnie i każdy cios jaki zapewne wyprowadzę. Koncert jest już gdzieś z boku. Postanawiam przepchać się w inne miejsce. Chociaż traktuję to zachowanie jako rejteradę i frajerskie wycofanie się z nie powstałego jeszcze konfliktu. No tak. Frajer. Wypękałem zanim zacząłem burdę.
Znów na chwilę udaje mi się „wejść” w koncert, znów jest przyjemnie. Znów mam tą dawno utraconą zdolność całkowitego wpasowania się w każdy riff płynący ze sceny.
I znów po chwili przyłapuje się na tym, że koncert jest gdzieś z boku a gonitwa myśli całkowicie wyłączyła mnie z koncertu. Jest on nieistotny. To jest po prostu straszne.
Idę po kolejnego browara. Wypijam go na dwa strzały i znów udaje mi się „wejść” w fenomenalne wydarzenia rozgrywające się na scenie. I znów po jakichś dwóch kawałkach przestaje mnie to interesować. Chyba zaraz wyjdę na zewnątrz. Z zazdrością patrzę na żonę, brata i resztę „normalnych” zatraconych w koncercie, który jest przecież fantastyczny. Przypominam sobie, że mam tabakę. Wciągam kopczyk, a jako że nigdy nie paliłem papierosów tytoń urywa mi dosłownie dupę. Zaraz się przewrócę. Ale co to? Koncert znów wydaje się interesujący i fantastyczny. Wciągam jeszcze kilka razy po czym z niepokojem konstatuję, że to ostatni kawałek właśnie leci ze sceny. Na tyle ze sceną jestem obyty, że zdaję sobie sprawę z tego, jakie kawałki gra się na koniec…
Niestety te ostatnie, które najbardziej mi się podobały pamiętam jak przez mgłę.
I to jest straszne. Tylko za bardzo „porobiony” jestem w stanie wytrzymać w głośnym klubie pomiędzy całą rzeszą ludzi. Tylko wówczas jestem na tyle rozluźniony że nie dostaję zajoba i mogę chłonąc esencję tego , po co tu tak naprawdę przyjechałem…
Teraz po kilku dniach z rozrzewnieniem przypominam sobie na jakim to zajebistym koncercie byłem. I to jest chore. Jedyną radość daje mi wspomnienie koncertu, a nie w nim udział.
Wyprawa na koncert, udział w nim to niekończące się pasmo nerwowej huśtawki i napięcia które kastruje skutecznie jakiekolwiek inne doznania.
I teraz pytanie. Jechać na kolejny czy też nie? Czy przyjemność wspomnienia koncertu jest większa niż nieprzyjemność dojechania i uczestnictwa w nim???
Jak tu żyć, jak żyć……..
P.S
Żona wracała samochodem do domu. Tak się umówiliśmy. Ja pijany nie jeżdżę. Pijany pojadę tylko raz. Wtedy kiedy wyruszę w podróż pod TIRA.
Próbowałem chodzić na koncerty na trzeźwo. Za każdym razem atak paniki i lęków oraz derealizacji tak silny że musiałem zwiewać.
Tylko na fazie jestem w stanie przetrwać.
Po co więc chodzę? Ponieważ niczym tonący brzytwy chwytam się ostatnich enklaw normalności.
"Płynę jeszcze lecz kra nade mną zamarza"
...nie mam podpisu...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
1518
Dołączył(a)
11 maja 2013, 18:07
Lokalizacja
Śląsk

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez hasselti 15 mar 2015, 15:09
A zażywał ktoś z was neurotop? Depakina była jedynym lekiem spośród całej gromady, który jako jedyny mi pomógł. Niestety, cała masa objawów ubocznych.. zmienili mi na neurotop 1/1/2 i nie mam żadnych ubocznych objawów, a lek można by rzec mi pomógł w większej mierze, miewam okresy remisji i potrafię docenić "trzeźwość umysłu". Jeszcze biorę jedną tabletkę abilify rano, ale nie wiem po co. W każdym razie neurotop sobie chwalę..
Można nie spać przez cały tydzień, przepłakać całą noc, stracić głowę z miłości i nikt niczego nie zauważy.
- Janusz Leon Wiśniewski "Miłość oraz inne dysonanse"
_________________________________________________________________________
ChAD - moje szaleństwo.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
26 wrz 2014, 13:55
Lokalizacja
Kuj-pom.

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

przez Widmo 15 mar 2015, 15:18
hasselti,
viewtopic.php?f=10&t=6308&start=56
Ale nie wczytuj sie za bardzo bo zaraz pojawia sie jakies objawy uboczne ;)

P.S. Powinni nam wszystkim zabronic czytac ulotki i informacje o lekach ;)
Offline
Posty
665
Dołączył(a)
10 mar 2012, 19:09

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez hasselti 15 mar 2015, 16:39
To neurotop to jest tegretol??! Oszukali mnie. Jak byłam w szpitalu dawali mi tegretol, a ja sie naczytałam sporo i nie chciałam zażywać. Płakałam, że nie wezmę tego leku. Lekarz powiedział, że zmienią mi na inny. A dali mi to samo tylko pod inną nazwą! Oszukańce...

Tegretol przy długim zażywaniu powoduje uszkodzenie ciałek krwi, neurotop też? :shock:
Można nie spać przez cały tydzień, przepłakać całą noc, stracić głowę z miłości i nikt niczego nie zauważy.
- Janusz Leon Wiśniewski "Miłość oraz inne dysonanse"
_________________________________________________________________________
ChAD - moje szaleństwo.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
74
Dołączył(a)
26 wrz 2014, 13:55
Lokalizacja
Kuj-pom.

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez refren 15 mar 2015, 17:25
Od dwóch tygodni biorę pernazynę, z ketrelem to mega mocny zestaw na niepokój i pobudzenie, wzięłam jako ostatnią deskę ratunku, bo czułam że jeszcze chwila i nie będę mogła usiedzieć w miejscu i zacznę przymusowo chodzić. Póki co bardzo mi to pomogło, nakręcenie się wyciszyło, depresja i dręczące myśli też się wyciszyły. Jest to niby medycznie bez sensu, mój zestaw leków, bo pernazyna zmniejsza efekt sertaliny, a ja biorę oba, ale chwilowo działa i czuję ulgę. Nie wiem jak długo potrwa, bo ostatnio każda zmiana leczenia daje dobry efekt, ale tylko na krótki czas. No ale odpoczywam, jest spokojnie, momentami błogo.
Nie mam już nic innego w odwodzie.
All men will be sailors, then, Until the sea shall free them...
Avatar użytkownika
Offline
Posty
3284
Dołączył(a)
05 sty 2013, 20:12

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

przez Widmo 15 mar 2015, 19:07
hasselti napisał(a):Tegretol przy długim zażywaniu powoduje uszkodzenie ciałek krwi, neurotop też? :shock:

Oba zawieraja ten sam stabilizator czyli karbamazepine.
Kazdy lek moze miec dzialania niepozadane.

Zagadka do Wszystkich - co to za straszny psychotrop? ;)
Możliwe działania niepożądane::
reakcje alergiczne takie jak: wysypka skórna, swędzenie skóry, utrudnione oddychanie, opuchlizna warg, języka, gardła lub twarzy
wysypka skórna lub złuszczanie się skóry o nieznanej przyczynie
problemy z oddychaniem
sińce lub krwawienia o nieznanej przyczynie
utrata wzroku która może być spowodowana nadmiernie wysokim ciśnieniem śródgałkowym
trudności w oddawaniu moczu - bardziej prawdopodobne u mężczyzn
zaburzenia czynności wątroby
(NIE GOOGLOWAC!)
Offline
Posty
665
Dołączył(a)
10 mar 2012, 19:09

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

przez slow_down 15 mar 2015, 19:53
Znając życie, to jakiś łagodny i niegroźny lek, ale ulotka zasypana jest właśnie takimi skutkami ubocznymi. W sumie, to chyba nawet nie tylko psychotropy mają takie skutki uboczne wypisane.

Neurotop jest moim zdaniem ok. PODOBNO bardziej oczyszczony niż Tegretol, mimo że to jest to samo. Może coś w tym być, po neurotopie tak mnie żołądek nie napierdzielał. Efekt terapeutyczny był szybki.


Wczoraj na sen wziąłem kwetiapinę, ponoć z litem nie powinno się łączyć. Rano ledwo doleciałem do kibla. I to nie była nawet sraczka... To było jak szczanie dupą na brązowo. Stoperan + nifuroksazyd nie pomogły. Swoje trzeba było wylać. Może to zwykły przypadek. Nie wiem, objawów grypy nie mam, tylko ręce latają strasznie a mięśnie bolą.
Ostatnio edytowano 15 mar 2015, 19:58 przez slow_down, łącznie edytowano 1 raz
slow_down
Offline

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

Avatar użytkownika
przez S jak... 15 mar 2015, 19:54
INTEL ty się ciesz, ze regularnie żonę stukasz, ja się zastanawiam, kiedy mój mąż znajdzie sobie kochankę. Jak ja znam te stany umęczenia.
Sulpiryd 2x 50
Jak feniks raz ptak innym razem popiół

Nieskończoność można zmierzyć jedynie ludzką głupotą.
Avatar użytkownika
Offline
Posty
396
Dołączył(a)
04 lis 2011, 19:06

CHAD- Choroba Afektywna Dwubiegunowa cz.III

przez Bode Miller 15 mar 2015, 20:04
U mnie też seksualność leży i kwiczy. Ale w sumie jest to objaw ,który ma pozytywy. Nie lata się za babami, nie wypierdala się hajsu i nie przeżywa się żadnych zawodów miłosnych. Nawet jak jakaś panna Cię spuści to po prostu ma się na to wszystko wyjebane:D.
Bode Miller
Offline

Sortuj wg

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Yahoo [Bot] i 6 gości

Przeskocz do